Aktualności / Polityka
Wildsteina jazda na fali
Artykuł był czytany 1420 razyBronisław Wildstein to już nie publicysta - to działacz polityczny, zaangażowany i stronniczy
Czy można prowadzić zaangażowaną prawicową publicystkę w sposób intelektualnie wyważony i bezstronny, odnosząc się tylko do zagadnień politycznych, społecznych, ideowych?
Można, oczywiście, że można. Wymaga to jednak odpowiedniego warsztatu pojęciowego, wiedzy, chęci i wysiłku umysłu, który by pozwolił na wymyślenie i przelanie na papier (oczywiście stwierdzenie umowne, w dobie nowoczesnych technik informacyjnych) świeżych poglądów, takich, które by dyskurs polityczny posunęły do przodu. Nie jest to łatwe, tym bardziej, że konkurencja prasowa, dziennikarska, daje łatwe możliwości ominięcia twórczego wysiłku. Od dłuższego czasu, szczególnie od momentu, kiedy na rynek prasowy wszedł “Dziennik”, wydawnictwa Axel Springer, daje się zauważyć tendencja, że dziennikarze co raz rzadziej zajmują się sprawami bieżącej sytuacji politycznej, społecznej, coraz mniej ich interesują konotacje społeczne, krajowe czy międzynarodowe danej decyzji takiego, czy innego polityka, a częściej reagują na to, co o danym wydarzeniu napisała konkurencyjna gazeta czy w programie telewizyjnym powiedział “wrogi” dziennikarz. Panowie żurnaliści zatracili poczucie odpowiedzialności za słowo i za to, czego powinni się dowiedzieć czytelnicy - bardziej ich interesuje, aby “dołożyć” przeciwnikowi po drugiej stronie barykady dziennikarskiej.
W ten sposób dziennikarze przestają komentować rzeczywistość - a wchodzą w buty polityczne - jako strona sporu. Jest to wynikiem tego, że dziennikarze czują się “esencją” polityki - i ze zwykłego narcyzmu, jaki jest ich udziałem. Dziennikarze “Rzeczpospolitej” celują w tego rodzaju “publicystykę”. Biorąc gazetę do ręki, czy wchodząc na portal wydawnictwa “Presspublica”, możemy być pewni, że w komentarzach, dziale opinii znajdziemy jakiś artykuł lub notkę, odnoszącą się do gazety konkurencji. Przez kilka tygodni tego roku prowadzona była wojenka pomiędzy “Rzepą” a springerowskim “Dziennikiem” o to, która z nich jest lepszym wydawnictwem katolickim, która bardziej jest “papieska”. Ale oczywiście - głównym celem - i jakby dziennikarze Pawła Lisickiego się przed tym nie bronili - jest “Gazeta Wyborcza”, jej szef, Adam Michnik, (choć coraz częściej punktem odniesienia są kierujący faktycznie redakcją Jarosław Kurski i Piotr Pacewicz) i coś, co określane jest mianem “środowiska” tejże gazety. Do tego środowiska zapisywani są wszyscy, którzy mają odmienne zdanie od dziennikarzy “Rzepy” i innych, tak zwanych “niezależnych” i “patriotycznych” publicystów.
Dodatkowo - ego dziennikarzy “Rzepy” nic tak nie podbija, jak wydanie własnej, zaangażowanej koniecznie, książki. I niezależnie od tego, czy talent sprzyja, jak Rafałowi Ziemkiewiczowi, czy nie - dziennikarzom wydaje się , że nie przejdą do historii, kiedy nie pozostawią po sobie “dzieła”. “Dolina nicości” Bronisława Wildsteina, okrzyknięta przez Salon IV RP pierwszą książką polityczną, z nie jednym kluczem, która ma być rozliczeniem się z elitami. Elitami III RP, oczywiście. Niektórzy piszą, że jest to pamflet polityczny, niektórzy twierdzą, że karykatura. Postacie zaludniające karty powieści, mają swoje odniesienia w rzeczywistości. Książka Wildsteina jednak jest porównywana do dzieł takich, jak “Przedwiośnie”, czy “Wesele” - a nawet ma być swoistą przypowieścią o losach Judaszy III RP. I oczywiście, apologeci piszą o niej, jak o dziele literackim. Może kilka smakowitych cytatów literackich; “Popatrzył na swój pomarszczony wielki brzuch, który nadawał jego sylwetce kształt wrzeciona. Pod brzuszyskiem ukrywał się mizerny kutasik.” [...] “Powietrze nie chciało wypełnić klatki piersiowej, a oddech stawał się niekontrolowanym skurczem. Bolało go serce. Uzmysłowił sobie, że ta wytarta metafora jest po prostu opisem fizjologicznej reakcji.” [...] “Postacie na pierwszym planie kręciły się na obrotowej scenie wprawianej w ruch przez maszynerię kontrolowaną przez tych za kulisami”. [...] “Sen wpływał z burej wydzieliny nocy. Był lepki i pełen wykrzywionych twarzy.” Nie da ukryć - wielka, wielka literatura…(sic!). Ale i w tej książce znajdziemy odniesienia do “Gazety Wyborczej” i Michnika - w książce jest to Michał Bogatyrowicz.
Każdy, kto dotknął się windsurfingu, wie, że żeby dobrze pływać i jechać na fali, oprócz dobrej deski, trzeba mieć dobry żagiel. Dopiero on da dobre rezultaty. Dla Wildsteina takim żaglem dla jego pisania publicystycznego jest właśnie “Gazeta Wyborcza” - a szerzej sprawy III RP, gdzie to właśnie Michnik ma być tym, który jest synonimem zła. W ostatnim wydaniu weekendowym “Rzeczpospolitej” znajdujemy artykuł, pod tytułem “Zapomnieć o Rywinie”, w którym to redaktor próbuje udowodnić, po raz kolejny, że siłą sprawczą afery nazwanej nazwiskiem znanego producenta filmowego, był Adam Michnik. Jestem dość świeżo po długiej rozmowie z byłym premierem, Leszkiem Millerem (wywiad wkrótce), który na tej całej sprawie stracił najwięcej, tak zresztą, jak i jego ówczesna formacja polityczna - i wiem doskonale, jak Wildstein się głęboko myli. Według niego afera ta odsłoniła mechanizmy funkcjonowania III RP. Określenie “III RP” jest zresztą traktowane przez większość prawicowych komentatorów jako obelga i synonim wszelkiego zła, korupcji, nepotyzmu i - oczywiście - układów szarych sieci, które oplatają kraj. Zapominają oni, że III RP jest zapisana w Konstytucji RP, akcie dalej w Polsce obowiązującym. Wildstein oczywiście również taką semantykę stosuje, przeciwstawiając ją nieskalanej i pełnej jasnych stron IV RP. Wildstein pisze w artykule, ze wybory w 2005 roku były klęską ugrupowań III RP, zapominając, że obie zwycięskie partie miały swoje korzenie w formacjach powstałych już na początku lat ‘90 - a główni politycy obu ugrupowań mają wiele wspólnego z OKP, z pierwszego parlamentu po wyborach czerwcowych roku ‘89. Jest faktem, że obie partie szły do wyborów pod hasłem IV RP - ale to Prawo i Sprawiedliwość, dla władzy, szybko związało się umowami - właśnie umowami, które niosły za sobą korupcje polityczną z ugrupowaniami skrajnymi, populistycznymi - i do tego ksenofobicznymi i w przypadku LPR, dodatkowo antyeuropejskimi. Wildstein wyśmiewa się z poglądu, wynikającego z wyroku sądu białostockiego, że afery Rywina nie było. Wyroku, który nie tylko oczyścił Aleksandrę Jakubowską z zarzutów, potwierdził brak “grupy trzymającej władzę”, ale również uczynił z raportu Zbigniewa Ziobro z prac komisji bezwartościową kupkę makulatury. Oczywiście - nie omieszkał obrazić wyroku sądu, który jednoznacznie określił działania prokuratury - a także mediów ją wspierających mianem “szukanie paragrafu na człowieka”. W dalszej części artykułu Bronisław Wildstein usiłuje udowodnić - bez podania ani jednego przykładu, ani jednego dowodu, ani jednego stenogramu rozmów, czy dowodu procesowego - że “Gazeta Wyborcza” i Adam Michnik byli tymi, którzy już po wykonaniu nagrania Lwa Rywina w gabinecie szefa “GW” rozgrywali karty w sprawie nowego kształtu ustawy medialnej - i wręcz szantażowali SLD, w celu uzyskania jak najkorzystniejszych zapisów prawnych. Zapisów, które miały ponoć im dać prawo zakupu “Polsatu” Solorza - Żaka, co miało dać spółce Agora panowanie na rynku mediów papierowych i telewizji. Ciekawe, ale jakoś nikt wtedy, a i później nie pytał się Zygmunta Solorza, co on na kupczenie jego koncernem medialnym, poza jego plecami… Jest oczywiście prawdą, o czym pisze Wildstein, że lewica (a właściwie część polityków zaangażowanych w sprawy mediów) usiłowały wykorzystać sprzyjającą koniunkturę polityczną do uzyskania dominacji nad mediami - także publicznymi. I tu należy szukać źródła całej tej afery - ale w działaniach Adama Michnika i spółki Agora. To, że “Gazeta Wyborcza” była sojusznikiem postkomunistów z pod znaku SLD - jest nadużyciem, stwierdzeniem ukutym tylko dla tego, aby udowodnić, że jeżeli ktoś nie zgadza się z poglądami współbieżnymi z poglądami dziennikarzy prawicowych - to koniecznie musi wspierać komunę… Jednocześnie Wildstein sam sobie zaprzecza, pisząc w następnym akapicie, że SLD nie chciało wzmocnienia spółki Agora, przez zezwolenie jej na kupno telewizji. Pisze o jakiś negocjacjach, które jakoby miały mieć miejsce pomiędzy spółką Agora a przedstawicielami rządu, w których to członkowie zarządu spółki mieli negocjować korzystne zapisy nowych regulacji prawnych. Nigdy i nikt jakoś nie potrafił do tej pory przedstawić, kto, z kim, kiedy i o czym rozmawiał przez lipce 2002 roku, kiedy dokonano nagrania Lwa Rywina, na ulicy Czerskiej. Wildstein pisze, że już tuz po dokonaniu nagrania Michnik ponoć chodził i opowiadał, całą historię - a pomimo to przez 5 miesięcy nikt nie odważył się poważnie o tym napisać. Twierdzi, że pozycja i naciski Michnika były tak potężne, że nikt nie odważył się na publikacje informacji o propozycji korupcyjne Rywina i wręcz naczelny “Wyborczej” posuwał się do nieformalnych nacisków. Nasz redaktor twierdzi, że Michnik trzymał sprawę w tajemnicy, ponieważ miała ona taką siłę rażenia, że odsłaniała brudne sprawki establishmentu III RP. Nie odpowiada jednak na najważniejsze pytanie, które narzuca się samo - dlaczego Adam Michnik jednak zdecydował się na publikację tego materiału i nagrań ze spotkania z Rywinem, jeżeli to doprowadziło do osłabienia pozycji spółki Agora, a także rzuciło cień na “układ” III RP, którego modus furandi ma być właśnie on?! Wildstein powiela dalej bajeczkę i schemat myślenia, który został zbudowany po wybuchu tej afery, że odsłania ona brudy demokracji III RP. Pisze standardowe w tych przypadkach dyrdymały o fasadowości tej konstrukcji, nie unika użycia w znaczeniu pejoratywnym określenia “elity”, w kontekście powiązań polityczno - biznesowych. Problem jest tylko taki, że takie konstrukcje i poglądy zostały zbudowane w okresie funkcjonowania komisji rywinowskiej i pielęgnowane przed lata. Mit o układzie, sformułowany przez Andrzeja Zybertowicza, był samoistnym przedłużeniem tych poglądów. Stał się także programem politycznym, który wypełniał dychawiczny projekt tak zwanej IV RP. Niestety, pomimo długich i kosztownych (społecznie) poszukiwań tego układu, którego częścią miała być sprawa Rywina, a Michnik - zakulisowym Mefistofelesem - nie udało się go odkryć, ujawnić powiązań i zależności. Nawet słynny raport Macierewicza nie wstrząsnął Polską i nie doprowadził masowego potępienia “chorego układu” III RP. Nie jest prawdą, jak to widzi Wildstein, że establishment III RP zorganizował się w formie układu przeciwko rządom Prawa i Sprawiedliwości i IV RP. On się po prostu obudził i zareagował, widząc, jak usiłuje się pod płaszczykiem odnowy moralnej zanegować 20 lat wolnej Polski. Elity, tak nienawistne dla Wildsteina, rzeczywiście próbują kierować krajem i społeczeństwem wskazując im kierunki rozwoju. A kto inny ma to robić? Radio Maryja i Jerzy Robert Nowak? Czy może doktrynerzy katoliccy, pod wezwaniem Tomasza Terlikowskiego, czy manipulatorzy medialni, jak Jan Pospieszalski? “Gazeta Wyborcza” nie jest i nie była, dla ludzi myślących, jedyną wykładnią społeczną i jedynym centrum opiniotwórczym, jak chcą to widzieć dziennikarze prawicowi. Jest i będzie jednak zawsze głosem rozsądku i dyskusji, bez twardej ideologii i odwołań bogoojczyźnianych, narodowo - endeckich. Jest przykre, czytając Bronisława Wildsteina, że ten zdolny publicysta i zły pisarz, wszedł tak mocno w kanał pisania “zaangażowanego”. Mogę zrozumieć jego nastawienie psychologiczne, związane ze sprawą lustracji (sprawa śmierci Stanisława Pyjasa i działania Maleszki), mogę zrozumieć jego niechęć do części dziennikarzy 0 nie mogę zrozumieć, że dziennikarz tak inteligentny potrafi sprowadzić procesy polityczne i społeczne do działań Adama Michnika… Wildstein, kiedy nie pisze o Michniku (dotyczy to też Ziemkiewicza) - jest uczciwy, nie można mu zarzucić tego, że postępuje niezgodnie z pewnymi wzorcami, kanonami moralnymi. Ale to nie są wzorce, które mogą przynieść jakieś konstruktywne rozwiązanie, na przykład problemu lustracji, dla dobra społecznego.To, że to załatwi ona wszelkie problemy i oczyści państwo – to jest właśnie demagogia, która myślącemu publicyście nie przystoi. Jest coś takiego, na co zwrócił kiedyś uwagę Przemysław Gintrowski, że ludzie, którzy stan wojenny i najtrudniejsze lata 80 spędzili za granicą – czują, że są traktowani przez tych, którzy tu zostali – inaczej, trochę jak ciało obce, jak ludzie, którym coś się zarzuca…tak było z Jackiem Kaczmarskim, tak jest z Maciejem Rybińskim, podobnie – z Wildsteinem. I oni często nadrabiają to radykalizmem w sądach, takim często mściwym podejściem do innych… Na zakończenie - Panie redaktorze - sprawa “afery’ Rywina to była wewnętrzna rozgrywka obozu lewicy, skierowaną z jednej strony na osłabienie pozycji Leszka Millera, z drugiej strony - na przejęcie kontroli nad jednym z programów telewizji publicznej - a to, że Rywin trafił do Michnika - to był tylko odprysk sprawy. I to Adam Michnik stanął na wysokości zadania - a nie ci, którzy próbowali zbudować na tej sprawie teorię “układu” i IV RP. Azrael
Można, oczywiście, że można. Wymaga to jednak odpowiedniego warsztatu pojęciowego, wiedzy, chęci i wysiłku umysłu, który by pozwolił na wymyślenie i przelanie na papier (oczywiście stwierdzenie umowne, w dobie nowoczesnych technik informacyjnych) świeżych poglądów, takich, które by dyskurs polityczny posunęły do przodu. Nie jest to łatwe, tym bardziej, że konkurencja prasowa, dziennikarska, daje łatwe możliwości ominięcia twórczego wysiłku. Od dłuższego czasu, szczególnie od momentu, kiedy na rynek prasowy wszedł “Dziennik”, wydawnictwa Axel Springer, daje się zauważyć tendencja, że dziennikarze co raz rzadziej zajmują się sprawami bieżącej sytuacji politycznej, społecznej, coraz mniej ich interesują konotacje społeczne, krajowe czy międzynarodowe danej decyzji takiego, czy innego polityka, a częściej reagują na to, co o danym wydarzeniu napisała konkurencyjna gazeta czy w programie telewizyjnym powiedział “wrogi” dziennikarz. Panowie żurnaliści zatracili poczucie odpowiedzialności za słowo i za to, czego powinni się dowiedzieć czytelnicy - bardziej ich interesuje, aby “dołożyć” przeciwnikowi po drugiej stronie barykady dziennikarskiej.
W ten sposób dziennikarze przestają komentować rzeczywistość - a wchodzą w buty polityczne - jako strona sporu. Jest to wynikiem tego, że dziennikarze czują się “esencją” polityki - i ze zwykłego narcyzmu, jaki jest ich udziałem. Dziennikarze “Rzeczpospolitej” celują w tego rodzaju “publicystykę”. Biorąc gazetę do ręki, czy wchodząc na portal wydawnictwa “Presspublica”, możemy być pewni, że w komentarzach, dziale opinii znajdziemy jakiś artykuł lub notkę, odnoszącą się do gazety konkurencji. Przez kilka tygodni tego roku prowadzona była wojenka pomiędzy “Rzepą” a springerowskim “Dziennikiem” o to, która z nich jest lepszym wydawnictwem katolickim, która bardziej jest “papieska”. Ale oczywiście - głównym celem - i jakby dziennikarze Pawła Lisickiego się przed tym nie bronili - jest “Gazeta Wyborcza”, jej szef, Adam Michnik, (choć coraz częściej punktem odniesienia są kierujący faktycznie redakcją Jarosław Kurski i Piotr Pacewicz) i coś, co określane jest mianem “środowiska” tejże gazety. Do tego środowiska zapisywani są wszyscy, którzy mają odmienne zdanie od dziennikarzy “Rzepy” i innych, tak zwanych “niezależnych” i “patriotycznych” publicystów.
Dodatkowo - ego dziennikarzy “Rzepy” nic tak nie podbija, jak wydanie własnej, zaangażowanej koniecznie, książki. I niezależnie od tego, czy talent sprzyja, jak Rafałowi Ziemkiewiczowi, czy nie - dziennikarzom wydaje się , że nie przejdą do historii, kiedy nie pozostawią po sobie “dzieła”. “Dolina nicości” Bronisława Wildsteina, okrzyknięta przez Salon IV RP pierwszą książką polityczną, z nie jednym kluczem, która ma być rozliczeniem się z elitami. Elitami III RP, oczywiście. Niektórzy piszą, że jest to pamflet polityczny, niektórzy twierdzą, że karykatura. Postacie zaludniające karty powieści, mają swoje odniesienia w rzeczywistości. Książka Wildsteina jednak jest porównywana do dzieł takich, jak “Przedwiośnie”, czy “Wesele” - a nawet ma być swoistą przypowieścią o losach Judaszy III RP. I oczywiście, apologeci piszą o niej, jak o dziele literackim. Może kilka smakowitych cytatów literackich; “Popatrzył na swój pomarszczony wielki brzuch, który nadawał jego sylwetce kształt wrzeciona. Pod brzuszyskiem ukrywał się mizerny kutasik.” [...] “Powietrze nie chciało wypełnić klatki piersiowej, a oddech stawał się niekontrolowanym skurczem. Bolało go serce. Uzmysłowił sobie, że ta wytarta metafora jest po prostu opisem fizjologicznej reakcji.” [...] “Postacie na pierwszym planie kręciły się na obrotowej scenie wprawianej w ruch przez maszynerię kontrolowaną przez tych za kulisami”. [...] “Sen wpływał z burej wydzieliny nocy. Był lepki i pełen wykrzywionych twarzy.” Nie da ukryć - wielka, wielka literatura…(sic!). Ale i w tej książce znajdziemy odniesienia do “Gazety Wyborczej” i Michnika - w książce jest to Michał Bogatyrowicz.
Każdy, kto dotknął się windsurfingu, wie, że żeby dobrze pływać i jechać na fali, oprócz dobrej deski, trzeba mieć dobry żagiel. Dopiero on da dobre rezultaty. Dla Wildsteina takim żaglem dla jego pisania publicystycznego jest właśnie “Gazeta Wyborcza” - a szerzej sprawy III RP, gdzie to właśnie Michnik ma być tym, który jest synonimem zła. W ostatnim wydaniu weekendowym “Rzeczpospolitej” znajdujemy artykuł, pod tytułem “Zapomnieć o Rywinie”, w którym to redaktor próbuje udowodnić, po raz kolejny, że siłą sprawczą afery nazwanej nazwiskiem znanego producenta filmowego, był Adam Michnik. Jestem dość świeżo po długiej rozmowie z byłym premierem, Leszkiem Millerem (wywiad wkrótce), który na tej całej sprawie stracił najwięcej, tak zresztą, jak i jego ówczesna formacja polityczna - i wiem doskonale, jak Wildstein się głęboko myli. Według niego afera ta odsłoniła mechanizmy funkcjonowania III RP. Określenie “III RP” jest zresztą traktowane przez większość prawicowych komentatorów jako obelga i synonim wszelkiego zła, korupcji, nepotyzmu i - oczywiście - układów szarych sieci, które oplatają kraj. Zapominają oni, że III RP jest zapisana w Konstytucji RP, akcie dalej w Polsce obowiązującym. Wildstein oczywiście również taką semantykę stosuje, przeciwstawiając ją nieskalanej i pełnej jasnych stron IV RP. Wildstein pisze w artykule, ze wybory w 2005 roku były klęską ugrupowań III RP, zapominając, że obie zwycięskie partie miały swoje korzenie w formacjach powstałych już na początku lat ‘90 - a główni politycy obu ugrupowań mają wiele wspólnego z OKP, z pierwszego parlamentu po wyborach czerwcowych roku ‘89. Jest faktem, że obie partie szły do wyborów pod hasłem IV RP - ale to Prawo i Sprawiedliwość, dla władzy, szybko związało się umowami - właśnie umowami, które niosły za sobą korupcje polityczną z ugrupowaniami skrajnymi, populistycznymi - i do tego ksenofobicznymi i w przypadku LPR, dodatkowo antyeuropejskimi. Wildstein wyśmiewa się z poglądu, wynikającego z wyroku sądu białostockiego, że afery Rywina nie było. Wyroku, który nie tylko oczyścił Aleksandrę Jakubowską z zarzutów, potwierdził brak “grupy trzymającej władzę”, ale również uczynił z raportu Zbigniewa Ziobro z prac komisji bezwartościową kupkę makulatury. Oczywiście - nie omieszkał obrazić wyroku sądu, który jednoznacznie określił działania prokuratury - a także mediów ją wspierających mianem “szukanie paragrafu na człowieka”. W dalszej części artykułu Bronisław Wildstein usiłuje udowodnić - bez podania ani jednego przykładu, ani jednego dowodu, ani jednego stenogramu rozmów, czy dowodu procesowego - że “Gazeta Wyborcza” i Adam Michnik byli tymi, którzy już po wykonaniu nagrania Lwa Rywina w gabinecie szefa “GW” rozgrywali karty w sprawie nowego kształtu ustawy medialnej - i wręcz szantażowali SLD, w celu uzyskania jak najkorzystniejszych zapisów prawnych. Zapisów, które miały ponoć im dać prawo zakupu “Polsatu” Solorza - Żaka, co miało dać spółce Agora panowanie na rynku mediów papierowych i telewizji. Ciekawe, ale jakoś nikt wtedy, a i później nie pytał się Zygmunta Solorza, co on na kupczenie jego koncernem medialnym, poza jego plecami… Jest oczywiście prawdą, o czym pisze Wildstein, że lewica (a właściwie część polityków zaangażowanych w sprawy mediów) usiłowały wykorzystać sprzyjającą koniunkturę polityczną do uzyskania dominacji nad mediami - także publicznymi. I tu należy szukać źródła całej tej afery - ale w działaniach Adama Michnika i spółki Agora. To, że “Gazeta Wyborcza” była sojusznikiem postkomunistów z pod znaku SLD - jest nadużyciem, stwierdzeniem ukutym tylko dla tego, aby udowodnić, że jeżeli ktoś nie zgadza się z poglądami współbieżnymi z poglądami dziennikarzy prawicowych - to koniecznie musi wspierać komunę… Jednocześnie Wildstein sam sobie zaprzecza, pisząc w następnym akapicie, że SLD nie chciało wzmocnienia spółki Agora, przez zezwolenie jej na kupno telewizji. Pisze o jakiś negocjacjach, które jakoby miały mieć miejsce pomiędzy spółką Agora a przedstawicielami rządu, w których to członkowie zarządu spółki mieli negocjować korzystne zapisy nowych regulacji prawnych. Nigdy i nikt jakoś nie potrafił do tej pory przedstawić, kto, z kim, kiedy i o czym rozmawiał przez lipce 2002 roku, kiedy dokonano nagrania Lwa Rywina, na ulicy Czerskiej. Wildstein pisze, że już tuz po dokonaniu nagrania Michnik ponoć chodził i opowiadał, całą historię - a pomimo to przez 5 miesięcy nikt nie odważył się poważnie o tym napisać. Twierdzi, że pozycja i naciski Michnika były tak potężne, że nikt nie odważył się na publikacje informacji o propozycji korupcyjne Rywina i wręcz naczelny “Wyborczej” posuwał się do nieformalnych nacisków. Nasz redaktor twierdzi, że Michnik trzymał sprawę w tajemnicy, ponieważ miała ona taką siłę rażenia, że odsłaniała brudne sprawki establishmentu III RP. Nie odpowiada jednak na najważniejsze pytanie, które narzuca się samo - dlaczego Adam Michnik jednak zdecydował się na publikację tego materiału i nagrań ze spotkania z Rywinem, jeżeli to doprowadziło do osłabienia pozycji spółki Agora, a także rzuciło cień na “układ” III RP, którego modus furandi ma być właśnie on?! Wildstein powiela dalej bajeczkę i schemat myślenia, który został zbudowany po wybuchu tej afery, że odsłania ona brudy demokracji III RP. Pisze standardowe w tych przypadkach dyrdymały o fasadowości tej konstrukcji, nie unika użycia w znaczeniu pejoratywnym określenia “elity”, w kontekście powiązań polityczno - biznesowych. Problem jest tylko taki, że takie konstrukcje i poglądy zostały zbudowane w okresie funkcjonowania komisji rywinowskiej i pielęgnowane przed lata. Mit o układzie, sformułowany przez Andrzeja Zybertowicza, był samoistnym przedłużeniem tych poglądów. Stał się także programem politycznym, który wypełniał dychawiczny projekt tak zwanej IV RP. Niestety, pomimo długich i kosztownych (społecznie) poszukiwań tego układu, którego częścią miała być sprawa Rywina, a Michnik - zakulisowym Mefistofelesem - nie udało się go odkryć, ujawnić powiązań i zależności. Nawet słynny raport Macierewicza nie wstrząsnął Polską i nie doprowadził masowego potępienia “chorego układu” III RP. Nie jest prawdą, jak to widzi Wildstein, że establishment III RP zorganizował się w formie układu przeciwko rządom Prawa i Sprawiedliwości i IV RP. On się po prostu obudził i zareagował, widząc, jak usiłuje się pod płaszczykiem odnowy moralnej zanegować 20 lat wolnej Polski. Elity, tak nienawistne dla Wildsteina, rzeczywiście próbują kierować krajem i społeczeństwem wskazując im kierunki rozwoju. A kto inny ma to robić? Radio Maryja i Jerzy Robert Nowak? Czy może doktrynerzy katoliccy, pod wezwaniem Tomasza Terlikowskiego, czy manipulatorzy medialni, jak Jan Pospieszalski? “Gazeta Wyborcza” nie jest i nie była, dla ludzi myślących, jedyną wykładnią społeczną i jedynym centrum opiniotwórczym, jak chcą to widzieć dziennikarze prawicowi. Jest i będzie jednak zawsze głosem rozsądku i dyskusji, bez twardej ideologii i odwołań bogoojczyźnianych, narodowo - endeckich. Jest przykre, czytając Bronisława Wildsteina, że ten zdolny publicysta i zły pisarz, wszedł tak mocno w kanał pisania “zaangażowanego”. Mogę zrozumieć jego nastawienie psychologiczne, związane ze sprawą lustracji (sprawa śmierci Stanisława Pyjasa i działania Maleszki), mogę zrozumieć jego niechęć do części dziennikarzy 0 nie mogę zrozumieć, że dziennikarz tak inteligentny potrafi sprowadzić procesy polityczne i społeczne do działań Adama Michnika… Wildstein, kiedy nie pisze o Michniku (dotyczy to też Ziemkiewicza) - jest uczciwy, nie można mu zarzucić tego, że postępuje niezgodnie z pewnymi wzorcami, kanonami moralnymi. Ale to nie są wzorce, które mogą przynieść jakieś konstruktywne rozwiązanie, na przykład problemu lustracji, dla dobra społecznego.To, że to załatwi ona wszelkie problemy i oczyści państwo – to jest właśnie demagogia, która myślącemu publicyście nie przystoi. Jest coś takiego, na co zwrócił kiedyś uwagę Przemysław Gintrowski, że ludzie, którzy stan wojenny i najtrudniejsze lata 80 spędzili za granicą – czują, że są traktowani przez tych, którzy tu zostali – inaczej, trochę jak ciało obce, jak ludzie, którym coś się zarzuca…tak było z Jackiem Kaczmarskim, tak jest z Maciejem Rybińskim, podobnie – z Wildsteinem. I oni często nadrabiają to radykalizmem w sądach, takim często mściwym podejściem do innych… Na zakończenie - Panie redaktorze - sprawa “afery’ Rywina to była wewnętrzna rozgrywka obozu lewicy, skierowaną z jednej strony na osłabienie pozycji Leszka Millera, z drugiej strony - na przejęcie kontroli nad jednym z programów telewizji publicznej - a to, że Rywin trafił do Michnika - to był tylko odprysk sprawy. I to Adam Michnik stanął na wysokości zadania - a nie ci, którzy próbowali zbudować na tej sprawie teorię “układu” i IV RP. Azrael
Dodaj Komentarz
RSS komentarzyKomentarze: 2
to co zrobił Wildstein do 1980 roku wystarczy, by mieć do niego szacunek i nie ma znaczenia, że w latach 80. był na emigracji
skoro tyle tu o Michniku, to warto dodać, iż to on właśnie z kilkoma zaufanymi, był tym, który pierwszy penetrował archiwa SB po 1989 roku,
co Michnik tam znalazł?????
może się kiedyś dowiemy?
Może...










