Aktualności / Polityka
„Wyzwolenie”
Artykuł był czytany 726 razy
Czy faktycznie kobiety były przez wieki ciemiężone? Czy w celu zmiany tej sytuacji podejmowały morderczą walkę, na którą patriarchat odpowiadał agresją i opresją?A może wręcz przeciwnie.
Walka sufrażystek (pierwsza fala), feministek (druga fala) i wszelkiego rodzaju oszołomstwa (trzecia fala) często przedstawiana jest przez media jako walka „uciśnionej” większości (ach jak dziennikarzom musi być ciężko ten jeden raz gardłować za większością) z „represjonującą” ją mniejszością. Ba, wiele feministek, w tym tak grube postacie jak Magdalena Środa, niczym marksiści i komuniści, uważają, że cała historia świata toczy się wokół jednego tematu, „ciemiężenia” kobiet i ich buntu przeciwko „uciskowi” (choć monotematyczność marksistów była bardziej wysublimowana, „ciemiężenie” klasy pracującej przynajmniej dzielili oni na stadia: niewolnictwa, feudalizmu i kapitalizmu). Przyjrzyjmy się zatem, czy ta walka feministek, rzeczywiście przypomina walkę podporządkowanych grup przeciwko grupom panującym i czy mężczyźni traktowali opór przeciw feminizmowi jak wojnę z przeciwnikiem czy raczej jak kryzys kulturowy we własnej zbiorowości. Sprawdźmy, czy mężczyźni rzeczywiście chcieli sobie podporządkować kobiety tak, jak feudałowie chcieli sobie podporządkować chłopów, czy może raczej mężczyźni w swojej polityce kierowali się dobrem kobiet, również w czasach buntów niektórych z nich. Zbadajmy, czy mężczyźni traktowali odmienność kobiet jako ich wadę tak, jak naziści traktowali odmienność Żydów, czy może raczej z odmienności tej wynikało wiele przywilejów kobiet. Aby sprawdzić, czy kobiety postrzegano jako grupę rywalizującą z mężczyznami o władzę czy też jako tryb tej samej wspólnej maszyny, o którą razem trzeba dbać, i czy feministyczne rebelie traktowano jako zagrożenie dla rzekomo posiadanych przez mężczyzn przywilejów, wybierzmy sobie jak najszerszy wachlarz buntujących się upośledzonych grup i sprawdźmy, jak traktowane były ich rebelie i (jak w przypadku Żydów) same te grupy przez grupy uprzywilejowane. Niech przykładowymi grupami upośledzonymi będą: niewolnicy, chłopi, mieszczanie, heretycy, murzyni, mniejszość etniczna Żydów, oraz grupa, którą łączą tylko poglądy, konkretnie pacyfiści. Wreszcie wybierzmy sobie dla porównania z kobietami jakąś inną grupę, w której imieniu również jej radykalni członkowie występują z hasłami antydyskryminacyjnymi, np. homoseksualistów.
Przykładem (i tylko przykładem, bo nie da się wymienić wszystkich opresji zastosowanych wobec danej grupy, chyba że chodzi ot grupę kobiet, których opresje nie spotykały) prześladowań niewolników niech będzie stłumienie przez Rzym powstania Spartakusa. Ze Spartakusem i zbuntowanymi niewolnikami nie dyskutowano, nie czyniono wobec nich ustępstw, nie krytykowano ich w debacie, lecz wysłano przeciwko nim wojska. Wojska, które ostatecznie przelały krew kilkudziesięciu-kilkuset tysięcy niewolników, a 6000 złapanych brutalnie ukrzyżowały w drodze do Rzymu, mimo iż tym samym naraziły się ich „właścicielom” chcącym odzyskać swoją „własność”. Bunty niewolników zdarzały się jednak aż do końca (legalnego) trwania niewolnictwa, tj. do połowy XIX wieku (przykładem niech będzie bunt na Amistad), a więc czasów, kiedy działały już sufrażystki. Niech ktoś mi pokaże w historii kobiety, sufrażystki czy feministki, przeciwko którym chociaż wysłano armię, nie wspominając już o (brutalnym) zamordowaniu ich po wzięciu w niewolę!
Przykładem prześladowań chłopów niech będą represje wobec powstań chłopskich na terenach niemieckich w czasie reformacji. Zginęło w nich kilkaset tysięcy chłopów. Nikt ich nie poparł, żadni przywódcy religijni, ani katoliccy ani protestanccy. Ci wręcz podburzali przeciwko nim władców i krytykowali ich z pozycji religijnych. Podobnie było z powstaniem chłopów w Wandei, gdzie u schyłku XVIII i XIX wieku tym razem „postępowcy” wymordowali 400 000 chłopów. Gdzież są historyczne powstania kobiet, feministek i sufrażystek, tak podobno „uciskanych”, tak „zbuntowanych”, tak „wojujących” i tak „zwalczanych”…?! Gdzież ten tak „anty-kobiecy” kościół krytykujący tego typu walkę, nie mówiąc już o jakichkolwiek „postępowcach” występujących przeciw kobietom…?!
Przykładem zwalczania heretyków niech będzie herezja katarów, jedna z wielu krwawo zwalczonych herezji. Przeciwko katarom, zyskującym na znaczeniu na terenach dzisiejszej południowej Francji nie tylko wysłano wojska ale wręcz ogłoszono krucjatę. W czasie samego tylko zdobycia Beziers wymordowano 20 000 katarów i katolików (gdyż, jak nakazał dowódca krucjaty, legat papieski Arnaud Amaury, zabijano wszystkich „a Bóg ocali swoich”), w tym 7000 osób chroniących się w kościele św. Marii Magdaleny. Na tereny zamieszkałe przez katarów organizowane były kolejne wyprawy (nadal zwane krzyżowymi), a mieszkańców zdobywanych miast palono. Po stłumieniu herezji sądy inkwizycyjne przez wiele lat prześladowały dawnych heretyków, zasądzając przeciw nim kary śmierci, przepadek mienia albo wygnanie. W nowszych czasach, w XIX wieku, w bardziej cywilizowanym miejscu mormonów spotkały krwawe prześladowania ze strony amerykańskich protestantów (kilka masakr w różnych stanach); a całkiem już współcześnie hindusi mordują chrześcijan w Indiach. Pokażcie mi feministki, które za ich poglądy czy nawet działalność spotkałaby chociaż taka kara jak odebranie mienia, albo które z powodów politycznych wypędzono by z kraju!
Również walka z segregacją rasową w Stanach Zjednoczonych nie przebiegała lekko. Mimo że odbywała się ona w latach 60-tych XX wieku, do demonstrantów strzelano a pozostałych przy życiu aresztowano. Działalność ruchu sprzeciwiającego się segregacji rasowej odbiła się wzrostem liczby linczów w okresie tej działalności, których w sumie w XX stuleciu w Ameryce było kilkadziesiąt tysięcy. Zaowocowała też zamachami na przywódców ruchu (również białych studentów oraz białych funkcjonariuszy FBI), z których najbardziej znanym jest zamach na Martina Luter-a Kinga. Pokażcie mi jakieś udane (czy chociażby nieudane) zamachy na sufrażystki czy feministki! Albo lincze przeprowadzane na sufrażystkach lub feministkach! Pokażcie mi w ogóle jakieś demonstracje feministek czy sufrażystek, do których by kiedykolwiek strzelano!
Nawet pacyfiści, choć z definicji nastawieni pacyfistycznie, byli obiektem prześladowań. Nie wspominam nawet o rozstrzeliwaniu mężczyzn buntujących się przeciwko, traktowaniu ich ciała, jak cudzej własności, i zmuszaniu ich do służby wojskowej i śmierci na wojnie, czyli tzw. „dezerterów”. Pacyfiści odmawiający służby wojskowej, jak Muhammed Ali, byli zamykani w więzieniach, a ów sławny bokser stracił wszystkie swoje dotychczasowe tytułu mistrzowskie. Gdzież są więzienia pełne zbuntowanych „wyzwolonych” kobiet…?!
W trakcie drugiej wojny światowej Hitler, który uważał, że rolą Niemki jest rodzić dzieci, zagazował w Obozach 6 milionów osób „za to” tylko, że osoby te były Żydami. Jak wiele osób zabił Hitler za to, że były kobietami, albo przynajmniej za to, że będąc kobietami, nie chciały rodzić dzieci…?! Czy SS miało specjalny wydział do walki z bezdzietnymi kobietami obok wydziałów ds. walki z Żydami, z kościołem czy też z komunistami…?!
Również homoseksualistów Hitler nie oszczędzał i obejmował ich w „ostatecznym rozwiązaniem” niezależnie od ich poglądów i działalności politycznej a tylko dlatego, że byli homoseksualistami. Obecnie w wielu krajach za homoseksualizm grozi kara śmierci a na naszym kontynencie i w Stanach Zjednoczonych jeszcze 40 lat temu za homoseksualizm groziła kara więzienia i przymus inwazyjnego leczenia hormonalnego (od którego mężczyznom np. wyrastały piersi; to w obawie przed tą represją matematyk, logik i twórca komputera Alan Turing popełnił samobójstwo). Na paradach równości w Belgradzie zdarzały się zabójstwa homoseksualistów. Często dochodzi też do pobić gejów. Kiedy ostatni raz została pobita jakaś feministka…?! Czy udział w przecież znacznie częstszych i liczniejszych od parad równości manifach grozi śmiercią? Czy kobiecość albo feminizm leczy się hormonalnie?
Wreszcie przejdźmy do odbywających się w mniej więcej tym samym czasie, co ustępstwa wobec sufrażystek, prześladowań całej klasy grup, którą ironicznie nazwę burżuazją. W Rosji, w trakcie wojny domowej odbywającej się tuż po rewolucji październikowej bolszewicy zamordowali 8-9 milionów ludzi – nie licząc kilku milionów zabitych w trakcie działań wojennych. Jak ma się do tych liczb „ofiarność” feministek…?!
Jak widać na powyższych przykładach feministki i ich aktywność polityczna traktowane były o niebo łagodniej niż inne grupy i ich działalność, nawet prowadzona w podobnym czasie, nie w wspominając już o tym, że kobietom, w przeciwieństwie do grup uciskanych faktycznie, przez całą historię ludzkości nie przychodziło do głowy buntować się. Do tego stopnia feministki były traktowane łagodniej, że nawet ich aktywność nie musiała być tak głęboka jak aktywność innych grup, nie tylko nie traktowano brutalnie feministycznej działalności ale też nie czekano, aż feministki ją podejmą, i ustępowano im, mimo że były politycznie zbyt słabe, aby zbuntować społeczeństwo. Wystarczyło, że jako kobiety zgłaszały „niedogodności” a już mężczyźni – szczególnie ci o wysokim statusie, a więc szczególnie łasi na pochwały kobiet – rzucali się do naprawiania ich. Przykładem może być tu (niespodziewane) przegłosowywanie przez kolejne 100% męskie parlamenty, których wyborcami byli w 100% mężczyźni, praw wyborczych kobiet, mimo ogromnego wówczas sprzeciwu społecznego.
Ani sufrażystek ani feministek nie zamykano w więzieniach, nie wypędzano z kraju, nie konfiskowano im mienia, nie strzelano do ich demonstracji, nie toczono z nimi bitew, właściwie to nie było przeciw komu tych bitew wytaczać, bo feministki nie wywoływały powstań, nie mordowano schwytanych uczestniczek demonstracji feministycznych, właściwie ich w ogóle nie chwytano (nawet jak porozbijały głowy kijami baseballowymi kilku ochroniarzom kina pornograficznego w Szwecji), nie dokonywano na nich ludobójstwa a nawet najbardziej mizoandryczne i wrogie mężczyznom działaczki mogły cieszyć się bezpieczeństwem, nie groziły i nie grożą im zamachy. Nikt też nigdy nie stosował odpowiedzialności zbiorowej polegającej na karaniu kobiet za działania feministek. Dlaczego tak rzekomo „mordercza” walka feministek była i jest tak zdumiewająco lekka…???
Dzieje się tak z powodu odmienności różnic płciowych do innych różnic występujących między grupami ludzi. Różnica płciowa w przeciwieństwie do różnic klasowych, rasowych czy religijnych nie powoduje tak ostrych konfliktów, gdyż nie jest dziedziczona, a w związku z tym biologicznie nie mamy żadnych predyspozycji do zwalczania grupy, do której należą osoby o odmiennej płci. Będąc murzynem, robotnikiem, baptystą uczynię moje dzieci (przynajmniej w połowie) murzynami a najpewniej też baptystami i robotnikami; dlatego opłaca mi się walczyć o status tych grup i przeciwko statusowi innych grup: białych, mieszczan, katolików. Ale moje dzieci mogą być zarówno synami jak i córkami. Biologicznie nie jestem więc predysponowany do walki o status mężczyzn. Z biologicznego punktu widzenia była by to walka równie bezsensowna, jak z politycznego punktu widzenia byłaby bezsensowną walka młodych o podniesienie statusu młodzieży: zanim dobiegłaby końca, walczący należeliby już do innej grupy wiekowej (co innego walka starych, emerytów itd. o swoje przywileje).
Podobnie jak moi potomkowie będą obojga płci tak ja synem jestem zarówno mojego ojca jak i mojej matki. Przeraża mnie więc, kiedy gówniary na różnych forach żądają dla siebie zadośćuczynienia za lata podobno (załóżmy, że faktycznie) wyrządzanych kobietom krzywd, podczas gdy te rzekome krzywdy w żadnej mierze nie dotyczyły ich ani nawet nie dotyczyły ich przodków bardziej niż przodków któregokolwiek mężczyzny (czemu spadkobierczyniami krzywd mojej prababci zamiast mnie miałaby być jakaś smarkula?).
Poza tym, że moi potomkowie będą a moi przodkowie byli i są płci obojga, również w rodzinie mam zarówno braci jak i siostry, kuzynów jak i kuzynki, wujków jak i ciotki. Nigdy więc nie zaakceptowałbym praktyk społecznych czy politycznych korzystnych dla mnie, ale jednocześnie takich, które krzywdziłyby połowę mojej rodziny.
Co więcej, ja jako mężczyzna potrzebuję kobiety, a kobieta jako kobieta potrzebuje mężczyzny (znacznie bardziej niż, jak głosi feministyczne hasło, „ryba roweru”), nie rywalizujemy więc o nic, ale staramy się wspierać w budowie wspólnego dzieła, rodziny, domu, wychowania dzieci. Kochamy się wzajemnie a nie nienawidzimy, rywalizujemy natomiast z osobami tej samej płci a nie odmiennej.
To wszystko sprawia, że stosunki klasowe, rasowe czy religijne mogą być budowane na gruncie wzajemnych przepychanek i rywalizacji o wpływy, przywileje czy dobra, ale relacje damsko-męskie opłaca się i zawsze opłacało budować sprawiedliwie. (Po prostu w dawniejszych czasach ta sprawiedliwość oznaczała podział ról na równorzędne wobec siebie role męskie i żeńskie. A w ramach tego podziału mężczyźni otrzymali role nie lżejsze lecz cięższe od kobiet. Będąc zmuszonymi do 14 godzinnej pracy w fabryce lub chucie, cierpieli pewnie bardziej niż przebywające z dziećmi kobiety, a męskie ciała podlegały znacznie większej „opresji” niż ciała kobiet, kiedy byli oni porywani w kamasze i kiedy zmuszano ich do poświęcania swojego życia na licznych wtedy wojnach. )
Za sprawą tej opłacalności budowania sprawiedliwych stosunków damsko-męskich mężczyźni zawsze prowadzili politykę przyjazną wobec kobiet. Nikt nie knował przeciwko kobietom, nikt ich nie zwalczał. Wręcz przeciwnie, wrodzona mężczyźnie skłonność do szukania aprobaty u kobiet skłaniała panów do opieki nad nimi. Zawsze (nawet do tej, ponoć „równościowej”, pory) zabójstwem na wojnie brzydzono się, kiedy ofiarami były kobiety (lub dzieci) a nie mężczyźni. Zawsze nakazywano opiekować się wdowami (i sierotami) a nie wdowcami. Często martwego człowieka żałowano nie ze względu na jego los ale los jego żony (i dzieci), ze względu na „jego płaczącą matkę”. Jak widać kobietami opiekowano się tak troskliwie, jak dziećmi, a analogie są tu bezpośrednie.
Mężczyźni tak troszczyli się o kobiety, że to oni a nie feministki, posunęli przywileje kobiet do granic absurdu. To nie wbrew tzw. „patriarchatowi” kobiety zdobyły najpierw swoje prawa a następnie przywileje lecz za jego przyzwoleniem, aprobatą a w końcu przy czynnej i aktywnej współpracy. Dość powiedzieć, że prawo do równej zapłaty (choć z ekonomicznego punktu widzenia nie potrzebne i absurdalne) mężczyźni czuli się w obowiązku przegłosować na 5 lat przed nadejściem drugiej fali feminizmu. W USA prawo o równej płacy przegłosowano w 1963 roku, gdy tymczasem kontrkulturowe szaleństwo rozpoczęło się dopiero w 1968 r. (i niestety trwa do dziś), rozwinęło w latach 70-tych a płacową paranoję zaczęło wywoływać dopiero w latach 90-tych.
Nawet w epoce buntów kobiet, mężczyźni traktowali te bunty jako wyzwanie dla swojej pro-kobiecej polityki a nie powód do oporu. Wszystkie przywileje kobiet na rynku pracy, wszystkie przywileje rodzicielskie matek, przywileje emerytalne i kampanie profilaktyczne zostały wprowadzone przez mężczyzn bijących się w piersi z tego powodu, że do tej pory „tak ciemiężyli kobiety”, a nigdy przy i oporze.
Prawa wyborcze kobiety zdobyły nie w wyniku jakiegoś aktywnego sprzeciwu, zamieszek, bojkotu itp. ale dlatego, że, podobno ochraniający patriarchat, mężczyźni doszli do wniosku, że brak prawa wyborczego jest nieuczciwy wobec kobiet.
Mężczyźni, kiedy mieli niemal monopol na władzę, sprawowali ją nie dla siebie ale dla kobiet, nawet gdy te się przeciwko tej władzy buntowały. Jakąż jest to różnicą względem stylu sprawowania władzy przez kobiety. Obecnie, kiedy mężczyźni startują do wyborów, robią to pod hasłami naprawy gospodarki i finansów, poprawy w służbie zdrowia, reformy edukacji, zmiany polityki zagranicznej, a kobiety prawie wyłącznie pod hasłami walki o prawa kobiet, w tym o więcej miejsc w parlamencie dla kobiet (zaskakujące że, można zdobyć władzę startując z hasłem walki o jeszcze większą władzę dla siebie…).
Jeżeli jest jakiekolwiek odstępstwo od wynikającego ze wspólnoty interesów porozumienia międzypłciowego, to jest nim właśnie ów przejawiający się w polityce kobiecy a nie męski egoizm. Takie szkodliwe odstępstwo od porozumienia międzypłciowego umożliwia kobietom męska opiekuńczość wobec nich i typowe dla mężczyzn szukanie aprobaty u kobiet. To za sprawą kobiet, które postrzegają siebie jako obiekt pożądania ze strony mężczyzn i zgrywają wieczne ofiary, nierównowaga między płciami i opresja wobec mężczyzn mogły w ogóle zaistnieć.
Historia nie kręci się wokół „ciemiężenia” i „wyzwolenia” kobiet. Feminizm nie jest walką uciskanej większości z uciskającą mniejszością. Feminizm to wścieklizna kulturowa wywołana męską nadopiekuńczością wobec kobiet.
Przykładem (i tylko przykładem, bo nie da się wymienić wszystkich opresji zastosowanych wobec danej grupy, chyba że chodzi ot grupę kobiet, których opresje nie spotykały) prześladowań niewolników niech będzie stłumienie przez Rzym powstania Spartakusa. Ze Spartakusem i zbuntowanymi niewolnikami nie dyskutowano, nie czyniono wobec nich ustępstw, nie krytykowano ich w debacie, lecz wysłano przeciwko nim wojska. Wojska, które ostatecznie przelały krew kilkudziesięciu-kilkuset tysięcy niewolników, a 6000 złapanych brutalnie ukrzyżowały w drodze do Rzymu, mimo iż tym samym naraziły się ich „właścicielom” chcącym odzyskać swoją „własność”. Bunty niewolników zdarzały się jednak aż do końca (legalnego) trwania niewolnictwa, tj. do połowy XIX wieku (przykładem niech będzie bunt na Amistad), a więc czasów, kiedy działały już sufrażystki. Niech ktoś mi pokaże w historii kobiety, sufrażystki czy feministki, przeciwko którym chociaż wysłano armię, nie wspominając już o (brutalnym) zamordowaniu ich po wzięciu w niewolę!
Przykładem prześladowań chłopów niech będą represje wobec powstań chłopskich na terenach niemieckich w czasie reformacji. Zginęło w nich kilkaset tysięcy chłopów. Nikt ich nie poparł, żadni przywódcy religijni, ani katoliccy ani protestanccy. Ci wręcz podburzali przeciwko nim władców i krytykowali ich z pozycji religijnych. Podobnie było z powstaniem chłopów w Wandei, gdzie u schyłku XVIII i XIX wieku tym razem „postępowcy” wymordowali 400 000 chłopów. Gdzież są historyczne powstania kobiet, feministek i sufrażystek, tak podobno „uciskanych”, tak „zbuntowanych”, tak „wojujących” i tak „zwalczanych”…?! Gdzież ten tak „anty-kobiecy” kościół krytykujący tego typu walkę, nie mówiąc już o jakichkolwiek „postępowcach” występujących przeciw kobietom…?!
Przykładem zwalczania heretyków niech będzie herezja katarów, jedna z wielu krwawo zwalczonych herezji. Przeciwko katarom, zyskującym na znaczeniu na terenach dzisiejszej południowej Francji nie tylko wysłano wojska ale wręcz ogłoszono krucjatę. W czasie samego tylko zdobycia Beziers wymordowano 20 000 katarów i katolików (gdyż, jak nakazał dowódca krucjaty, legat papieski Arnaud Amaury, zabijano wszystkich „a Bóg ocali swoich”), w tym 7000 osób chroniących się w kościele św. Marii Magdaleny. Na tereny zamieszkałe przez katarów organizowane były kolejne wyprawy (nadal zwane krzyżowymi), a mieszkańców zdobywanych miast palono. Po stłumieniu herezji sądy inkwizycyjne przez wiele lat prześladowały dawnych heretyków, zasądzając przeciw nim kary śmierci, przepadek mienia albo wygnanie. W nowszych czasach, w XIX wieku, w bardziej cywilizowanym miejscu mormonów spotkały krwawe prześladowania ze strony amerykańskich protestantów (kilka masakr w różnych stanach); a całkiem już współcześnie hindusi mordują chrześcijan w Indiach. Pokażcie mi feministki, które za ich poglądy czy nawet działalność spotkałaby chociaż taka kara jak odebranie mienia, albo które z powodów politycznych wypędzono by z kraju!
Również walka z segregacją rasową w Stanach Zjednoczonych nie przebiegała lekko. Mimo że odbywała się ona w latach 60-tych XX wieku, do demonstrantów strzelano a pozostałych przy życiu aresztowano. Działalność ruchu sprzeciwiającego się segregacji rasowej odbiła się wzrostem liczby linczów w okresie tej działalności, których w sumie w XX stuleciu w Ameryce było kilkadziesiąt tysięcy. Zaowocowała też zamachami na przywódców ruchu (również białych studentów oraz białych funkcjonariuszy FBI), z których najbardziej znanym jest zamach na Martina Luter-a Kinga. Pokażcie mi jakieś udane (czy chociażby nieudane) zamachy na sufrażystki czy feministki! Albo lincze przeprowadzane na sufrażystkach lub feministkach! Pokażcie mi w ogóle jakieś demonstracje feministek czy sufrażystek, do których by kiedykolwiek strzelano!
Nawet pacyfiści, choć z definicji nastawieni pacyfistycznie, byli obiektem prześladowań. Nie wspominam nawet o rozstrzeliwaniu mężczyzn buntujących się przeciwko, traktowaniu ich ciała, jak cudzej własności, i zmuszaniu ich do służby wojskowej i śmierci na wojnie, czyli tzw. „dezerterów”. Pacyfiści odmawiający służby wojskowej, jak Muhammed Ali, byli zamykani w więzieniach, a ów sławny bokser stracił wszystkie swoje dotychczasowe tytułu mistrzowskie. Gdzież są więzienia pełne zbuntowanych „wyzwolonych” kobiet…?!
W trakcie drugiej wojny światowej Hitler, który uważał, że rolą Niemki jest rodzić dzieci, zagazował w Obozach 6 milionów osób „za to” tylko, że osoby te były Żydami. Jak wiele osób zabił Hitler za to, że były kobietami, albo przynajmniej za to, że będąc kobietami, nie chciały rodzić dzieci…?! Czy SS miało specjalny wydział do walki z bezdzietnymi kobietami obok wydziałów ds. walki z Żydami, z kościołem czy też z komunistami…?!
Również homoseksualistów Hitler nie oszczędzał i obejmował ich w „ostatecznym rozwiązaniem” niezależnie od ich poglądów i działalności politycznej a tylko dlatego, że byli homoseksualistami. Obecnie w wielu krajach za homoseksualizm grozi kara śmierci a na naszym kontynencie i w Stanach Zjednoczonych jeszcze 40 lat temu za homoseksualizm groziła kara więzienia i przymus inwazyjnego leczenia hormonalnego (od którego mężczyznom np. wyrastały piersi; to w obawie przed tą represją matematyk, logik i twórca komputera Alan Turing popełnił samobójstwo). Na paradach równości w Belgradzie zdarzały się zabójstwa homoseksualistów. Często dochodzi też do pobić gejów. Kiedy ostatni raz została pobita jakaś feministka…?! Czy udział w przecież znacznie częstszych i liczniejszych od parad równości manifach grozi śmiercią? Czy kobiecość albo feminizm leczy się hormonalnie?
Wreszcie przejdźmy do odbywających się w mniej więcej tym samym czasie, co ustępstwa wobec sufrażystek, prześladowań całej klasy grup, którą ironicznie nazwę burżuazją. W Rosji, w trakcie wojny domowej odbywającej się tuż po rewolucji październikowej bolszewicy zamordowali 8-9 milionów ludzi – nie licząc kilku milionów zabitych w trakcie działań wojennych. Jak ma się do tych liczb „ofiarność” feministek…?!
Jak widać na powyższych przykładach feministki i ich aktywność polityczna traktowane były o niebo łagodniej niż inne grupy i ich działalność, nawet prowadzona w podobnym czasie, nie w wspominając już o tym, że kobietom, w przeciwieństwie do grup uciskanych faktycznie, przez całą historię ludzkości nie przychodziło do głowy buntować się. Do tego stopnia feministki były traktowane łagodniej, że nawet ich aktywność nie musiała być tak głęboka jak aktywność innych grup, nie tylko nie traktowano brutalnie feministycznej działalności ale też nie czekano, aż feministki ją podejmą, i ustępowano im, mimo że były politycznie zbyt słabe, aby zbuntować społeczeństwo. Wystarczyło, że jako kobiety zgłaszały „niedogodności” a już mężczyźni – szczególnie ci o wysokim statusie, a więc szczególnie łasi na pochwały kobiet – rzucali się do naprawiania ich. Przykładem może być tu (niespodziewane) przegłosowywanie przez kolejne 100% męskie parlamenty, których wyborcami byli w 100% mężczyźni, praw wyborczych kobiet, mimo ogromnego wówczas sprzeciwu społecznego.
Ani sufrażystek ani feministek nie zamykano w więzieniach, nie wypędzano z kraju, nie konfiskowano im mienia, nie strzelano do ich demonstracji, nie toczono z nimi bitew, właściwie to nie było przeciw komu tych bitew wytaczać, bo feministki nie wywoływały powstań, nie mordowano schwytanych uczestniczek demonstracji feministycznych, właściwie ich w ogóle nie chwytano (nawet jak porozbijały głowy kijami baseballowymi kilku ochroniarzom kina pornograficznego w Szwecji), nie dokonywano na nich ludobójstwa a nawet najbardziej mizoandryczne i wrogie mężczyznom działaczki mogły cieszyć się bezpieczeństwem, nie groziły i nie grożą im zamachy. Nikt też nigdy nie stosował odpowiedzialności zbiorowej polegającej na karaniu kobiet za działania feministek. Dlaczego tak rzekomo „mordercza” walka feministek była i jest tak zdumiewająco lekka…???
Dzieje się tak z powodu odmienności różnic płciowych do innych różnic występujących między grupami ludzi. Różnica płciowa w przeciwieństwie do różnic klasowych, rasowych czy religijnych nie powoduje tak ostrych konfliktów, gdyż nie jest dziedziczona, a w związku z tym biologicznie nie mamy żadnych predyspozycji do zwalczania grupy, do której należą osoby o odmiennej płci. Będąc murzynem, robotnikiem, baptystą uczynię moje dzieci (przynajmniej w połowie) murzynami a najpewniej też baptystami i robotnikami; dlatego opłaca mi się walczyć o status tych grup i przeciwko statusowi innych grup: białych, mieszczan, katolików. Ale moje dzieci mogą być zarówno synami jak i córkami. Biologicznie nie jestem więc predysponowany do walki o status mężczyzn. Z biologicznego punktu widzenia była by to walka równie bezsensowna, jak z politycznego punktu widzenia byłaby bezsensowną walka młodych o podniesienie statusu młodzieży: zanim dobiegłaby końca, walczący należeliby już do innej grupy wiekowej (co innego walka starych, emerytów itd. o swoje przywileje).
Podobnie jak moi potomkowie będą obojga płci tak ja synem jestem zarówno mojego ojca jak i mojej matki. Przeraża mnie więc, kiedy gówniary na różnych forach żądają dla siebie zadośćuczynienia za lata podobno (załóżmy, że faktycznie) wyrządzanych kobietom krzywd, podczas gdy te rzekome krzywdy w żadnej mierze nie dotyczyły ich ani nawet nie dotyczyły ich przodków bardziej niż przodków któregokolwiek mężczyzny (czemu spadkobierczyniami krzywd mojej prababci zamiast mnie miałaby być jakaś smarkula?).
Poza tym, że moi potomkowie będą a moi przodkowie byli i są płci obojga, również w rodzinie mam zarówno braci jak i siostry, kuzynów jak i kuzynki, wujków jak i ciotki. Nigdy więc nie zaakceptowałbym praktyk społecznych czy politycznych korzystnych dla mnie, ale jednocześnie takich, które krzywdziłyby połowę mojej rodziny.
Co więcej, ja jako mężczyzna potrzebuję kobiety, a kobieta jako kobieta potrzebuje mężczyzny (znacznie bardziej niż, jak głosi feministyczne hasło, „ryba roweru”), nie rywalizujemy więc o nic, ale staramy się wspierać w budowie wspólnego dzieła, rodziny, domu, wychowania dzieci. Kochamy się wzajemnie a nie nienawidzimy, rywalizujemy natomiast z osobami tej samej płci a nie odmiennej.
To wszystko sprawia, że stosunki klasowe, rasowe czy religijne mogą być budowane na gruncie wzajemnych przepychanek i rywalizacji o wpływy, przywileje czy dobra, ale relacje damsko-męskie opłaca się i zawsze opłacało budować sprawiedliwie. (Po prostu w dawniejszych czasach ta sprawiedliwość oznaczała podział ról na równorzędne wobec siebie role męskie i żeńskie. A w ramach tego podziału mężczyźni otrzymali role nie lżejsze lecz cięższe od kobiet. Będąc zmuszonymi do 14 godzinnej pracy w fabryce lub chucie, cierpieli pewnie bardziej niż przebywające z dziećmi kobiety, a męskie ciała podlegały znacznie większej „opresji” niż ciała kobiet, kiedy byli oni porywani w kamasze i kiedy zmuszano ich do poświęcania swojego życia na licznych wtedy wojnach. )
Za sprawą tej opłacalności budowania sprawiedliwych stosunków damsko-męskich mężczyźni zawsze prowadzili politykę przyjazną wobec kobiet. Nikt nie knował przeciwko kobietom, nikt ich nie zwalczał. Wręcz przeciwnie, wrodzona mężczyźnie skłonność do szukania aprobaty u kobiet skłaniała panów do opieki nad nimi. Zawsze (nawet do tej, ponoć „równościowej”, pory) zabójstwem na wojnie brzydzono się, kiedy ofiarami były kobiety (lub dzieci) a nie mężczyźni. Zawsze nakazywano opiekować się wdowami (i sierotami) a nie wdowcami. Często martwego człowieka żałowano nie ze względu na jego los ale los jego żony (i dzieci), ze względu na „jego płaczącą matkę”. Jak widać kobietami opiekowano się tak troskliwie, jak dziećmi, a analogie są tu bezpośrednie.
Mężczyźni tak troszczyli się o kobiety, że to oni a nie feministki, posunęli przywileje kobiet do granic absurdu. To nie wbrew tzw. „patriarchatowi” kobiety zdobyły najpierw swoje prawa a następnie przywileje lecz za jego przyzwoleniem, aprobatą a w końcu przy czynnej i aktywnej współpracy. Dość powiedzieć, że prawo do równej zapłaty (choć z ekonomicznego punktu widzenia nie potrzebne i absurdalne) mężczyźni czuli się w obowiązku przegłosować na 5 lat przed nadejściem drugiej fali feminizmu. W USA prawo o równej płacy przegłosowano w 1963 roku, gdy tymczasem kontrkulturowe szaleństwo rozpoczęło się dopiero w 1968 r. (i niestety trwa do dziś), rozwinęło w latach 70-tych a płacową paranoję zaczęło wywoływać dopiero w latach 90-tych.
Nawet w epoce buntów kobiet, mężczyźni traktowali te bunty jako wyzwanie dla swojej pro-kobiecej polityki a nie powód do oporu. Wszystkie przywileje kobiet na rynku pracy, wszystkie przywileje rodzicielskie matek, przywileje emerytalne i kampanie profilaktyczne zostały wprowadzone przez mężczyzn bijących się w piersi z tego powodu, że do tej pory „tak ciemiężyli kobiety”, a nigdy przy i oporze.
Prawa wyborcze kobiety zdobyły nie w wyniku jakiegoś aktywnego sprzeciwu, zamieszek, bojkotu itp. ale dlatego, że, podobno ochraniający patriarchat, mężczyźni doszli do wniosku, że brak prawa wyborczego jest nieuczciwy wobec kobiet.
Mężczyźni, kiedy mieli niemal monopol na władzę, sprawowali ją nie dla siebie ale dla kobiet, nawet gdy te się przeciwko tej władzy buntowały. Jakąż jest to różnicą względem stylu sprawowania władzy przez kobiety. Obecnie, kiedy mężczyźni startują do wyborów, robią to pod hasłami naprawy gospodarki i finansów, poprawy w służbie zdrowia, reformy edukacji, zmiany polityki zagranicznej, a kobiety prawie wyłącznie pod hasłami walki o prawa kobiet, w tym o więcej miejsc w parlamencie dla kobiet (zaskakujące że, można zdobyć władzę startując z hasłem walki o jeszcze większą władzę dla siebie…).
Jeżeli jest jakiekolwiek odstępstwo od wynikającego ze wspólnoty interesów porozumienia międzypłciowego, to jest nim właśnie ów przejawiający się w polityce kobiecy a nie męski egoizm. Takie szkodliwe odstępstwo od porozumienia międzypłciowego umożliwia kobietom męska opiekuńczość wobec nich i typowe dla mężczyzn szukanie aprobaty u kobiet. To za sprawą kobiet, które postrzegają siebie jako obiekt pożądania ze strony mężczyzn i zgrywają wieczne ofiary, nierównowaga między płciami i opresja wobec mężczyzn mogły w ogóle zaistnieć.
Historia nie kręci się wokół „ciemiężenia” i „wyzwolenia” kobiet. Feminizm nie jest walką uciskanej większości z uciskającą mniejszością. Feminizm to wścieklizna kulturowa wywołana męską nadopiekuńczością wobec kobiet.










