Demokracja bezpośrednia? Ależ tak!
Artykuł był czytany 2203 razyWobec wciąż nowych zdarzeń na scenie politycznej właściwie trzeba by pisać tylko bieżące komentarze. Jednak podobno zaraz wybory, podpowiadam więc, o co można by zapytać startujących w nich polityków: np. o ich stosunek do referendów.
Demokracja bezpośrednia, w takiej stechnicyzowanej postaci jaką sobie wyobraża Michał Pisarski, pojawia się już zresztą powoli w bardziej zaawansowanych cywilizacyjnie krajach, pod postacią rozmaitych udogodnień technicznych w trakcie różnego rodzaju głosowań. Jednak demokracja bezpośrednia to wciąż przede wszystkim bezpośrednie głosowania obywateli, czyli referenda.
Różnie z takimi głosowaniami jest na świecie, ale w Polsce mamy z tym niewątpliwie duży problem. Ponieważ ustawa referendalna ustanowiła wymóg 50 procentowej frekwencji, udało się jak do tej pory tylko jedno, zatwierdzające konstytucję. Ostatnim przykładem nieudanego, jest referendum w sprawie Rospudy. Niebezpiecznie prawie się już ukształtowało powszechne przekonanie, że referendum (w dowolnej sprawie) można sobie odpuścić, bo i tak nic z niego nie wyjdzie. Zdarza się też, że nie uczestniczenie w referendum jest traktowane jako jednak zabranie głosu, np. przeciwko zmianie, proponowanej w tym głosowaniu. Niechęć do udziału w referendum wynika również z ogólnie złych notowań polityki i polityków oraz świadomości, że i tak po referendum dalsze, konkretne działania będą od nich uzależnione.
Z takiego nastawienia społeczeństwa do tej najbardziej demokratycznej z demokratycznych form sprawowania władzy korzystają politycy, w naprawdę ważnych dla ogółu sprawach uzurpując sobie prawo do wyłącznego decydowania o tym, co jest słuszne, bądź jak trzeba postąpić (chociażby Irak, czy tarcza antyrakietowa). W naszej, polskiej sytuacji politycznego rozdrobnienia, gdy nawet partia o największym poparciu i mająca największy wpływ na wszelkie decyzje reprezentuje już nawet nie mniejszość wszystkich obywateli (czyli licząc również tych, którzy nie wypowiedzieli się, nie uczestnicząc w wyborach), ale często nawet mniejszość spośród tych, którzy głosowali, referenda powinny być znacznie częstsze, i zdecydowanie bardziej wiążące, dla aktualnie sprawujących władzę.
Czy można coś zrobić, by zatem zmienić to dość negatywne nastawienie społeczeństwa do wszelkiego rodzaju powszechnych głosowań? Moim zdaniem można i koniecznie trzeba, ponieważ bez poczucia podmiotowości, kształtowanego w największym stopniu właśnie poprzez bezpośrednie głosowania, ginie w społeczeństwie poczucie odpowiedzialności za los narodu jako wspólnoty, stajemy się społeczeństwem zatomizowanym, podatnym na rozmaite manipulacje, bezwzględnie walczącym ze sobą, pojedynczo i w rozmaitych grupach, wyłącznie o własne interesy. Przykładów aż nadto, ale odwołam się tylko do jednego: bezwzględnie zwalczającego wszelką konkurencję środowiska adwokatów i radców prawnych, pod nie mającym żadnego racjonalnego uzasadnienia pretekstem utrzymania wysokiego poziomu swoich usług. A przecież to spora część tzw. intelektualnej elity narodu. Jest wprawdzie w tej sprawie pewien postęp (ustawa o doradcach prawnych), jednak o pełnym otwarciu zawodów prawniczych, wobec bezradności polityków, mogłoby rozstrzygnąć właśnie referendum.
Konkretnie trzeba by zmienić ducha i literę ustawy o referendach. Ducha ustawy zmienimy, jeżeli będzie ona jasno stwierdzała (może w preambule?), że nie uczestniczenie w referendum nie oznacza zajęcia jakiegokolwiek stanowiska w sprawie, czy temacie referendum, lecz wręcz przeciwnie, oznacza zgodę na to, co i jak zadecyduje większość biorących udział obywateli. Takie podejście otwiera drogę do zupełnie innego spojrzenia na sprawę frekwencji w referendum i oduzależnienia od niej w dużym stopniu ważności głosowania.
Oczywiście nie można zupełnie zrezygnować z ustawienia poprzeczki frekwencji na jakimś poziomie - przy zmianie litery ustawy możliwy jest jednak rozsądny kompromis. Tu proszę o skupienie się, bo będzie trochę matematyki:
Otóż jak już się powiedziało, do ważności referendum potrzebna jest obecnie frekwencja co najmniej 50 procentowa, a pozytywną (lub negatywną) odpowiedź na zadane pytanie musi udzielić większość, czyli co najmniej 50 procent głosujących, oczywiście plus jeden głos. A więc jak łatwo policzyć (0,50 uprawnionych głosujących, razy 0,50 głosów popierających, lub przeciwnych = 0,25 wszystkich uprawnionych) wystarczy by nieco więcej niż 25 procent uprawnionych do głosowania powiedziało "tak" (lub "nie") i wynik jest ważny i na tyle wiążący, na ile w konkretnych sprawach przewiduje ustawa. Jeżeli jednak głosować przyjdzie tylko 40 procent uprawnionych, to nawet gdy 80 procent z nich odpowie "tak" (czy też "nie") na pytanie referendalne, co przecież daje już (0,40 razy 0,80=0,32) 32 procentowe poparcie (lub brak poparcia), to głosowanie jest nieważne. Dlaczego? Czyż 32 procent głosów obywateli to mniej niż 25 procent? To właśnie ustawowe, nigdzie wprawdzie wyraźnie nie sformułowane założenie, że nie uczestniczenie w głosowaniu jest głosem sprzeciwu (nie głosowali, nie wiemy co myślą, więc na wszelki wypadek zakładamy nieważność głosowania, która to decyzja jest często faktycznym poparciem jednego z możliwych stanowisk w sprawie będącej przedmiotem referendum), powoduje utrzymywanie się takiej beznadziejnej bzdury.
Rozwiązanie tego problemu pewnie już Szanowni Czytelnicy widzicie: wyrzucamy z ustawy wymóg określonej frekwencji i wprowadzamy wymóg określonego procentowego poparcia (lub odmowy poparcia), ale właśnie: czy 25 procent ? A może by tak pójść jeszcze dalej ?
Popatrzmy na to, jak wygląda sytuacja w Sejmie tworzącym prawo: niektóre partie koalicyjne, które uzyskały poparcie raptem kilkunastu procent wyborców, co przekłada się na poparcie mniejsze, niż 10 procent ogółu społeczeństwa, miały poważny, często decydujący wpływ na decyzje nieraz równie ważne, jak te będące przedmiotem referendum, bo potrzebne było w zamian ich poparcie w innych sprawach. No to dlaczego nie dać takich samych szans bezpośrednio obywatelom? Czy głos często paru "dietetycznych" posłów, głosujących według własnego widzimisię (bo poseł nie jest związany zdaniem wyborców) jest ważniejszy, niż bezpośrednio oddane głosy uprawnionych obywateli?
Proponuję zatem: wprowadźmy do ustawy prostą zasadę "100 procent + 1 głos" i minimalny, 10 procentowy próg frekwencji. Zasada "100 procent +1 głos" określałaby referendum jako ważne, jeżeli suma procentów frekwencji i procentu oddanych głosów ("tak" lub "nie") równałaby się 100, plus oczywiście jeden głos. A więc przy 10 procentowej frekwencji "tak" (lub "nie") powinno wypowiedzieć się co najmniej 90 procent biorących udział (plus 1 głos), przy 20 procentowej co najmniej 80 procent (plus 1 głos), przy 30 frekwencji co najmniej 70 procent głosujących (plus 1 głos) itd. Oczywiście przy frekwencji większej niż 50 procent decydowała by już po prostu zwykła większość głosów "tak" lub "nie".
Ale na tym nie koniec. Wprowadźmy do ustawy także możliwość wypowiedzenia się głosującego w sposób neutralny, ponieważ brak takiej możliwości, to też powód nie uczestniczenia w referendach. Przypuśćmy, że w temacie referendum nie jestem przekonany ani na tak, ani na nie, ale uważam, że sprawę np. wyeliminowania z Sejmu mniejszych partii i pozostawienia 2 największych (patrz mój artykuł "Precz z koalicjami!"), trzeba załatwić właśnie w tym referendum, zgodnie z wolą większości, gdyż niekorzystne jest przewlekanie sprawy i pozostawianie jej bez decyzji. Zatem na karcie do głosowania, spośród 3 opcji "tak", "0" i "nie" - zakreślam "0" (zero). Podnoszę w ten sposób frekwencję, nie przesądzając wyniku, który może przecież być w jedną, lub drugą stronę - ale jakiś będzie, dzięki większej frekwencji.
Uważam, że moja propozycja uelastyczniłyby ustawę i jest zgodna z powszechnym odczuciem słuszności, reprezentowanym przez pogląd, który można wypowiedzieć kolokwialnie tak: skoro większości "wisi", to dlaczego nie zrobić przyjemności mniejszości, której zależy? Poza tym ma tą zaletę, że ogłaszając referendum, moglibyśmy powiedzieć ludziom tak: to, jak zostanie rozwiązany problem, którego dotyczy referendum zależy naprawdę tylko od was. Zastanówcie się więc, czy lekkomyślnie chcecie oddać inicjatywę w inne ręce i czy wynik referendum jest wam rzeczywiście obojętny? Dopiero czując nieomal namacalnie ciężar autentycznej odpowiedzialności, ludzie potraktują referendum poważnie. No ale to wymaga także dokładnego napisania w ustawie, kiedy referendum jest naprawdę i od razu wiążące dla władzy, a kiedy wymaga jeszcze jakiegoś zatwierdzenia - to ludzie powinni wiedzieć, idąc do głosowania. Zasadę "100 procent+1 głos" można oczywiście wprowadzać stopniowo - wypróbować najpierw np. w referendach lokalnych.
Na koniec, trochę by dać pretekst do napisania ulubionego komentarza ("sf"), tym Czytelnikom, których nie stać na nic innego, a trochę wracając do artykułu Pisarskiego opisującego skomputeryzowaną, ale jednak dość skomplikowaną demokrację bezpośrednią, podpowiadam, że można by do niej dorzucić pomysł, który oczywiście jest także kompletnie nierealny w obecnej polskiej rzeczywistości, ale jednak wciąż chodzi mi po głowie, gdy słyszę wokół siebie rozmaite wypowiedzi na tematy polityki krajowej, świadczące o kompletnej nieznajomości mechanizmów politycznych, ale wypowiadane w tonie prawd objawionych i jedynie obowiązujących.
Otóż przywróćmy szlachtę, tyle, że szlachectwo nie byłoby kwestią urodzenia, lecz nadania po zdaniu egzaminu obywatelskiego, obejmującego odpowiedzi na 20 - 30 spośród wcześniej opublikowanych 100 - 200 średnio trudnych pytań, sprawdzających orientację zdającego w zagadnieniach politycznych takich, jak instytucje demokratycznego państwa, stanowienie prawa, konstytucja, prawa i obowiązki obywateli itp. Można by taki egzamin zdać w dowolnym miejscu w Polsce nie związanym z miejscem zamieszkania, byłyby kursy (bezpłatne) przygotowujące do egzaminu i można by go zdawać (bezpłatnie) "do oporu", nieograniczoną ilość razy. Jednym słowem należałoby dać wszystkim każdą możliwą szansę zdania takiego egzaminu i zostania współczesnym "szlachcicem", uzyskującym bierne i czynne prawo wyborcze (o ile go nie straci z innego powodu). Praw tych nie mieliby pozostali obywatele i być może czuliby się z tego powodu gorsi. I bardzo dobrze, gdyż urażona ambicja bardzo dobrze motywuje do podciągnięcia się do ogólnego poziomu. Wtedy być może bezpośrednia demokracja Pisarskiego mogłaby zafunkcjonować, a frekwencja wyborcza w referendach, obowiązkowa dla "uszlachconych" pod karą grzywny i liczona właśnie w stosunku do nich byłaby 100 procentowa i absolutnie największa w Europie. Również zasięg i poziom powszechnej dyskusji o sprawach Kraju byłby znacznie większy i wyższy.
A tak już zupełnie na końcu przypominam, że na mojej, tematycznie innej stronie, www.gnglotto.webpark.pl gościnnie opublikowałem tekst APELU DO PREZYDENTA RP w sprawie podniesienia progów wyborczych do Sejmu, tak by nie dopuścić do kolejnej hecy koalicyjnej po najbliższych wyborach. Zapraszam i namawiam do wysłania apelu Prezydentowi Kaczyńskiemu.
Dodaj Komentarz
RSS komentarzyKomentarze: 1
( ) fajny artykulik i w większości się zgadzam za wyjątkiem braku rozważań o kosztach przeprowadzania referendów. Kto będzie płacił za sprawowanie władzy 'szlachty' także Ci najbiedniejsi?. Może należało by 'szlachtę' obciążyć podatkiem który by opłacał te fererenda - ciekawe ilu wtedy obywateli zgodziło by się na częste przeprowadzania referendów. Poza tym dla jednego wycięcie drzewa było by sprawą życia i śmierci a dla drugiego kara śmierci - czy referendum należało by przeprowadzać w każdym wypadku?.
Jestem jak najbardziej za wprowadzaniem demokracji bezpośredniej ale przez ludzi świadomych swojego głosu.











