iThink.pl - dziennikarstwo i publicystyka

Menu

Logowanie/Rejestracja

[?] Rejestracja
Logo

Kategorie

Dodaj Artykuł

Artykuł

Aktualności / Polska
+ - 2

Eliminacja Kaczmarka

02 09 2007 Seweryn Lipoński Artykuł był czytany 1476 razy
Źródło: www.wprost.pl
Źródło: www.wprost.pl

Janusz Kaczmarek został zatrzymany przez Agencję Bezpieczeństwa Wewnętrznego. Można się było tego spodziewać, gdyż od kilku tygodni stawał się osobą nadzwyczaj niewygodną dla kierownictwa PiS-u oraz służb specjalnych.

  • Komentuj
  • Wyślij do znajomego
  • Drukuj artykuł
  • Wersja do łatwego czytania
  • Dodaj do ulubionych

W czwartek rano, około godz. 7.00, były szef MSWiA został zatrzymany w Warszawie, w mieszkaniu reżysera Sylwestra Latkowskiego. Oficerowie ABW zakuli go w kajdanki i przewieźli do warszawskiej prokuratury. Przebieg akcji jest znany dzięki filmowi z telefonu komórkowego, który Latkowski – jak na reżysera przystało – nakręcił podczas aresztowania i przekazał mediom.

W międzyczasie, zatrzymany został również były szef policji, Konrad Kornatowski, a także szef PZU Jaromir Netzel. Wszystkim trzem prokuratura postawiła zarzuty utrudniania przebiegu śledztwa w sprawie przecieku dotyczącego lipcowej akcji CBA w resorcie rolnictwa.

Dlaczego?

Oficjalnie przedstawione przyczyny zatrzymania pozornie nie wzbudzają podejrzeń. Janusz Kaczmarek, zeznając przed sejmową speckomisją, od kilkunastu dni ujawniał zaskakujące informacje, z których część przedostawała się do mediów. Premier Kaczyński nazywał je od samego początku niedorzecznymi bzdurami, zaś Zbigniew Ziobro ostrzegał publicznie Kaczmarka, iż może zostać oskarżony o składanie fałszywych zeznań. Jeżeli więc rewelacje byłego ministra w istocie nie opierają się na prawdzie, prokuratura mogła je uznać za próby utrudniania przeprowadzenia śledztwa.

Rzecz w tym, iż wiele wskazuje, że opowieści Kaczmarka – albo przynajmniej ich część – mogą okazać się jak najbardziej prawdziwe. Wówczas jego zatrzymanie nie ma żadnych podstaw – mało tego, samo w sobie jest działaniem utrudniającym prowadzenie śledztwa, gdyż uniemożliwia byłemu szefowi MSWiA ujawnienie kolejnych szczegółów związanych z rzeczywistym działaniem władzy oraz służb specjalnych, co ma koniec końców doprowadzić do wyjaśnienia przecieku z CBA.

Znamienne jest, że Kaczmarek zatrzymany został w chwili, gdy speckomisja ma rozpocząć wyjaśnianie jego zarzutów. Co więcej, Kornatowski miał być przez nią przesłuchiwany w piątek. Nikt przy zdrowych zmysłach nie uwierzy w taki zbieg okoliczności. Staje się jasne, iż rzeczywistym powodem zatrzymania obydwu panów K. jest chęć opóźnienia działań komisji. Decyzja ta wynikać więc musi bezpośrednio od prokuratora generalnego, Zbigniewa Ziobry, a niewykluczone, że wpływ na jej podjęcie miał sam premier, który nigdy nie ukrywał, że uczestniczył w naradach poprzedzających najgłośniejsze zatrzymania.

Paradoks medialny

Niezależnie jednak od tego, jaka była rzeczywista przyczyna czwartkowej fali zatrzymań, ich dokonanie powoduje jeszcze większy zamęt w i tak mocno już skomplikowanym dochodzeniu. Słyszeliśmy już do tej pory wiele najróżniejszych wersji zdarzeń, dotyczących przecieku, który spowodował fiasko akcji CBA. Inaczej widzieli i zapamiętali wszystko Kaczmarek, Andrzej Lepper, a jeszcze inaczej – Zbigniew Ziobro i premier Kaczyński. Sprzeczne są także zeznania głównodowodzących służb specjalnych.

W sytuacji, gdy społeczeństwo i media nie wiedzą, komu wierzyć, a komu nie, dochodzi najczęściej do próby osłabienia wiarygodności przeciwnika. Tak też było i w tym przypadku. Zbigniew Ziobro i Jarosław Kaczyński od niemal miesiąca do znudzenia powtarzają, iż słowa Kaczmarka to bajki wyssane z palca i nie należy zawracać sobie nimi głowy. Aby dodatkowo skompromitować swojego byłego współpracownika, kierownictwo PiS wyciągnęło na niego kwity i ogłosiło publicznie, iż był członkiem PZPR.

Należałoby po tych ruchach sądzić, że po wykazaniu, iż Janusz Kaczmarek rzekomo jest osobą, której trudno ufać, premier i minister sprawiedliwości machną ręką na jego rewelacje i przejdą nad nimi do porządku dziennego. Jak zatem wytłumaczyć fakt, iż Ludwik Dorn jeszcze przed tygodniem robił wszystko, aby utrudnić byłemu szefowi MSWiA składanie zeznań? Jak wyjaśnić aresztowanie Kaczmarka i chęć opóźnienia działań speckomisji, skoro wszystkie złożone w niej zeznania to rzekomo kłamstwa niemające nic wspólnego z rzeczywistością?

Cios w plecy

Niewykluczone zatem, że rzeczywiste motywy działań prokuratury oraz propaganda PiS-u właśnie zostały zdemaskowane. A ściślej rzecz ujmując – Ziobro i Kaczyński sami się zdemaskowali, widząc, iż Janusz Kaczmarek staje się osobą coraz bardziej niebezpieczną.

Do tej pory wmawiano nam wszystkim, że zeznania Kaczmarka są bezpodstawne i niezgodne z prawdą. Logika nakazuje myśleć, że jeśli tak było w istocie, premier i reszta ekipy rządzącej powinni ze spokojem pozwolić na dokończenie przesłuchiwań – ba, wręcz zachęcić byłego szefa MSWiA do kontynuacji, by później wykazać, iż jego zeznania nie mają związku z rzeczywistością. Przecież najlepszym sposobem na kłamstwa jest wykazanie ich fałszywości.

Skoro jednak żadne dowody nie zostały rzucone na stół, a zamiast tego próbuje się Kaczmarka zdyskredytować, odciąć od mediów i zakneblować mu usta, to nakazuje spojrzeć na całą sprawę z zupełnie innej perspektywy. I pozwala przypuszczać, że może w istocie coś jest na rzeczy. Że Kaczmarek to wcale nie dwulicowy kłamca, jak usiłują go przedstawić premier do spółki z Ziobrą, tylko człowiek, który został wciągnięty w przerażające mechanizmy PiS-owskiej władzy i poznał je od środka.

Ekipa rządząca do spółki z prokuraturą same zadały sobie zatem cios w plecy. Zatrzymując Kaczmarka, automatycznie potwierdziły jego słowa i pokazały, jakie są ich metody politycznej walki z opozycją i osobami o niewygodnych poglądach.

Niedoceniony

Sytuacji tej nie zmienia nawet fakt piątkowej prezentacji dowodów, obniżających wiarygodność byłego ministra. Wręcz przeciwnie – to próba odciągnięcia uwagi od głównej części opowieści Kaczmarka przed sejmową komisją. Opowieści, w której obnaża nieprawidłowości w działaniach władzy i służb specjalnych.

Cokolwiek sądzić o Kaczmarku, historii tych nie wymyślił znikąd. Być może nieco wyolbrzymia, być może myli się w szczegółach, ale ogół prezentowanych przez niego kulisów działań PiS zapewne pokrywa się z rzeczywistością. A to z kolei oznacza, iż ta rzeczywistość jest przerażająca. Coś w tym jest, że niemal każdy poseł opozycji, po wysłuchaniu stenogramów z zeznań Kaczmarka, stwierdzał jednoznacznie, iż są one „porażające”.

Wygląda na to, że Kaczyński i Ziobro nie docenili Kaczmarka (podobnie zresztą jak Leppera), wyrzucając go z rządu. Przypuszczali zapewne, że po tym, co widział i słyszał za kulisami, będzie bał się postawić i usunie w cień. Stało się inaczej, były minister dąży do ujawnienia prawdy o panującej władzy i ma ten atut, że wie całkiem sporo o działaniach poszczególnych resortów. To policzek dla premiera Kaczyńskiego, który usuwając go z rządu, zupełnie nie przewidział podobnej sytuacji. A teraz próbuje po czasie naprawić swój błąd i zamknąć Kaczmarkowi usta.

Policja polityczna

Zwolnienie Kaczmarka z prokuratury musi świadczyć o słabości zebranych przeciwko niemu dowodów. Zdaje się zatem, że cała akcja z jego zatrzymaniem miała na celu jedynie podważenie jego wiarygodności oraz skompromitowanie w oczach społeczeństwa. Cel ten jednak nie został osiągnięty, skoro ponad połowa Polaków uważa, iż PiS nadużyło w ten sposób władzy dla własnych interesów politycznych.

Sprawa Kaczmarka udowadnia jednak, iż w obecnej chwili działa w Polsce istna policja polityczna. Musi się jej obawiać każdy, kto nie zgadza się z poglądami PiS i ma odwagę publicznie o tym mówić. Osoby politycznie niewygodne będą zatrzymywane i kompromitowane – szczególnie teraz, gdy zbliżają się przyspieszone wybory i kierownictwo ekipy rządzącej z Jarosławem Kaczyńskim na czele panicznie boi się utraty władzy.

Problem w tym, że publiczne kompromitowanie, szykanowanie i poszukiwanie kwitów oraz badanie przeszłości – to nie są metody konkurencji politycznej, które stosuje się w demokratycznym państwie. Jakkolwiek politycy PiS zaprzeczają więc, że dążą do autorytaryzmu, nie można mieć już co do tego wątpliwości. Eliminacja rywali politycznych oraz próby ograniczenia wolności słowa są pierwszymi krokami w tym kierunku.

Byle do wyborów

Miejmy nadzieję, że następnych już nie będzie. Wierzy w to również opozycja i dąży do jak najszybszych wyborów. Donald Tusk ma absolutną rację mówiąc, że komisje śledzcze należy odsunąć na dalszy plan, bo najważniejsze jest obecnie odsunięcie PiS od władzy. Im prędzej to nastąpi, tym lepiej dla państwa oraz dla polskiej kultury politycznej.

Musimy być jednak przygotowani na to, że obecny rząd będzie próbował rozpaczliwie ratować władzę wymykającą mu się sprzed nosa. Deklaracje Kaczyńskiego o popieraniu przyspieszonych wyborów to blef. Premier i wszyscy jego ludzie bardzo chętnie pozostaliby przy władzy, lecz nie mają perspektyw rządzenia, gdyż skonfliktowali się ze wszystkimi. Wybory to dla nich zatem tylko jedno ze złych rozwiązań, popierane w dodatku przez opozycję.

Ponieważ inne wcale nie są lepsze, premier Kaczyński zapowiedział już wybory. Ale skoro już do nich dojdzie, PiS zrobi wszystko, by ugrać w nich jak najwięcej. A uczyni to, rzecz jasna, takimi metodami jak dotychczas. Zbigniew Ziobro już zapowiada, że ujawnione zostaną kompromitujące fakty dotyczące Donalda Tuska i Wojciecha Olejniczaka. Wszystko po to, by osłabić pozycję partii opozycyjnych za wszelką cenę.

Kampania wyborcza będzie więc piekłem. Ale po wyborach powinno się ono skończyć. O ile, rzecz jasna, nie wygra ich PiS. Bo wówczas wrócimy do punktu wyjścia i piekło będzie trwać.





+ - 2

Artykuł został pozytywnie zrecenzowany przez:

Magdalena Danaj

Dodaj Komentarz

Zaloguj się aby komentować. Jeśli nie masz jeszcze konta, zapraszamy do rejestracji.

RSS komentarzy

Komentarze: 0