Instytut Pamięci Jednoosobowej
Artykuł był czytany 1469 razyRzucanie łajnem w przeciwnika to nasz sport narodowy - już ze sporymi tradycjami i sukcesami. Rzuca się ochoczo i raźnie - każdy "czysty" jest czysty tylko do czasu. Myślisz, że nic na to nie poradzisz? Błąd! Przekonaj się.
Ten artykuł nie jest "przeciwko" jakimkolwiek instytucjom. Nie bronię w nim biskupów, ani nie celuję nim w nikogo. Ten artykuł jest dla mnie. Dla człowieka, któremu teczki i brukowce obrzydły już do reszty - dla obywatela zatrutego nienawiścią, agresją i przeterminowanymi świństwami.
Jak już wspomniałem, obrzucanie ludzi syfem to nic nowego, i ani trzecia, ani czwarta RP nie wynalazły tego popularnego sportu. Można chyba śmiało powiedzieć, że w zbieraniu "kwitów" i zarzutów przeciwko komukolwiek poprzedni ustrój jest wciąż niedoścignionym wzorem - skoro to, co udało się w archiwach UB i SB zgromadzić, do dziś służy jako pierwszorzędna amunicja w brudnych rozgrywkach.
Jest jednak jedna, ogromna różnica. Dawniej te wszystkie "trujące" historie dało się zrównoważyć, zagłuszyć opowieściami o ludziach silnych, mądrych i dobrych. Te historie - nielegalne, tłumione przez oficjalną propagandę, i dlatego właśnie takie ważne i pożądane - pozwalały mieć nadzieję. Dookoła roiło się od drani i "życzliwych" - ale pojawiały się też (spontanicznie i po kryjomu powielane) legendy: Popiełuszko, Wyszyński, Solidarność.
Dzisiaj - mimo wolnych mediów, przezroczystości i o wiele większego dostępu do informacji - sytuacja jest może nawet bardziej niezdrowa. Pewnie, że ciężko dziś o naprawdę wielkich drani - i że żyje się łatwiej, kiedy nie trzeba podejrzewać sąsiadów o "życzliwość". Ale jednocześnie brakuje opowieści o Prawdziwych, Dobrych Ludziach.
To naprawdę jest problem. "Newsy" robi się najłatwiej o drobnych oszustach, erotomanach i dziadkach w Wehrmachcie. Afery i skandale sprzedają się wyśmienicie. Ciągle więc są w obiegu trujące, wredne treści. Bez pozytywnych historii, łatwo się nimi zatruć. A stąd już niedaleko to nieuleczalnego pesymizmu, "Onizmu" i tumiwisizmu.
Myślałem intensywnie o tym, co da się zrobić, żeby jakąś dawkę opowieści "ku pokrzepieniu serc" sobie zapewnić. Oto efekty:
- Zacznij od własnej rodziny. Wypytaj babcię, dziadka, poszperaj w starych albumach. Jeśli się okaże, że masz w rodzinie bohatera, będziesz dumny jak paw. A jeśli dowiesz się, że komuś przyszło kiedyś zrobić jakieś świństwo - przynajmniej unikniesz szoku w przyszłości. Wyniki mojego śledztwa: Dziadek walczył pod Monte Cassino, babcia (też pod Monte Cassino) obroniła starszego pana przed napaścią kieszonkowców, bijąc ich parasolką, a pradziad był myśliwym i robił meble z dębu. Nieźle, jak na początek :)
- Przejdź się po mieście. Jak sądzisz, ilu bohaterów dzisiejszych wiadomości zasłuży na pomnik - albo chociaż na to, żeby ich imieniem nazwać ulicę? A jednak byli ludzie, którzy okazali się tego warci. Pospisuj nazwiska, wyguglaj, sprawdź w encyklopediach...tylko żadnych "Kościuszków", bo to oklepane i każdy sobie tym byle ulicę może wytrzeć. Szukaj ludzi, o których nie masz zielonego pojęcia.
- Bloguj, czytaj blogi, pisz i czytaj maile. Pewnie, że 90% polskiej blogosfery to zdołowane albo zakochane w Tokio Hotel nastolatki. Ale jeśli trafi Ci się perełka w stylu "pamiętnika młodej matki", to zyskasz podwójnie. Po pierwsze - regularna dawka optymizmu, po drugie - jednak bardziej Cię to może poruszyć niż afery gdzieś "na górze". A jeśli jeszcze uda Ci się włączyć w to wszystko swoją opowieść - efekty mogą być naprawdę niezłe.
"27 państw poszukujących swojej opowieści" - tak Timothy Garton Ash nazwał niedawno Unię Europejską. To nie jest tylko problem Grup Trzymających Władzę, biskupów i kandydatów na prezydenta. Brak "opowieści" - historii, która motywuje zamiast wkurzać, może podłamać każdego. Jak Wy sobie z tym radzicie?
Dodaj Komentarz
RSS komentarzyKomentarze: 4
Pierwszy art na jaki rzuciłem się od razu po wkroczeniu w tutejsze zakamarki. Oddaje w zupełności to, co jest teraz w polsce postrzegane przez obserwatorów za podstawę, a zarazem w delikatny sposób stara się naprowadzić innych na drogę odbudowy.
Ale starając się odpowiedzieć na Twoje pytanie, to obecna sytuacja sprowadza mnie do jednego punktu - wyemigrować, nie na zawsze, lecz odbić się od tego wszystkiego, bo czasem wstydze się, nie tego, że jestem polakiem, ale tego, co się w Polsce dzieje. Męczy, osłabia i deprymuje.
do Kamila: pojade cynicznie:
wyjedzmy wszyscy, zostawmy wszystko i narzekajmy z daleka jak to w Polsze zle...
czy nie smierdzi to spolecznym tchorzostwem?
to co sie dzieje zalezy tez od nas
Do Gregora: Dokładnie tak jak mówisz, ale w dzisiejszych czasach jest ten pieprzony wybór - albo poświecasz siebie, albo to co Cie otacza, sam jako jednostka całkowicie podrzędna pod inne, nie jesteś w stanie nic zrobić, a zmobilizuj teraz tą "pozostałą" część społeczeństwa do takich czynów - nie w tym życiu. Chcesz coś naprawić ? Ok, ale pytanie - jak?











