Klasyczny pat
Artykuł był czytany 2041 razy
Podobno wśród polskich polityków jest kilku solidnych szachistów. Szkoda tylko, że nie potrafią oni przenieść na łono swoich partii podstawowej zasady królewskiej gry – umiejętności przewidywania ruchów własnych i przeciwnika.
Przy okazji pojawiła się jeszcze jedna żaba, którą PiS musi przełknąć. Ponieważ nowe wybory w Warszawie wydają się nieuniknione, partia musi zachować pozory walki o prezydenturę stolicy. Oznacza to, że nie może do wyścigu z HGW wystawić politycznej płotki, a raczej polityka bliskiego pierwszej ligi. Kilka nazwisk na dziennikarskiej giełdzie zdecydowanie odcięło się już od pomysłu. I mają rację – ostatecznie wskazana osoba będzie z góry skazana na porażkę w konfrontacji z panią prezydent i przynajmniej tymczasowe odejście w niebyt. Bo w mniemaniu dużej społeczeństwa nawet jeśli dopuściła się niedopatrzenia, to przyczyna z jakiej pozbawiono ją mandatu jest… zwyczajnie głupia, a zacietrzewienie Prawa i Sprawiedliwości kompletnie nieadekwatne.
Na szczęście dla PiSu problemy z przewidywaniem ma też Platforma. Najpierw popisała się bowiem całkowitą ignorancją przygotowując projekt ustawy, która anulowałaby nieszczęsny przepis o zeznaniach majątkowych. Czyli prawo, które miałoby działać wstecz – po chwili zastanowienia, może Dorn jednak miał trochę racji? Że nie wspomnę już o tym, że takie działanie to jednak trochę przyznanie się do błędu pani Hanny…
Potem swoim czołgiem zajechał Jan Rokita przedstawiając „w imieniu całej partii” projekt programu PO będący efektem pracy gabinetu cieni. Szkoda tylko, że szefostwo Platformy dowiedziało się o tym na kilka godzin przed upublicznieniem programu i nie kryło swego zdziwienia. I nawet jeśli poseł Gowin powiedział, że ogłoszenie planu było „wyrazem jedności w Platformie” sytuacja jest jasna – w tej partii toczy się otwarta wojna o władzę. Wojna między liberałami Tuska, a bardziej konserwatywną grupą Rokity. Ten ostatni widząc coraz mniej przychylne traktowanie jego osoby zdecydował się pójść na całość i zaryzykować publiczny wizerunek partii. Mimo to mądrze rozgrywa swoją grę. Sam nie odejdzie z partii, bo nieprędko mu do rządzonego żelazną ręką Kaczyńskiego PiSu. Trudno mi też sobie wyobrazić, aby spiknął się z Płażyńskim, gdyż po pierwsze byłaby to partia kanapowa, a po drugie wciąż za panem Janem ciągnie się opinia z połowy lat dziewięćdziesiątych, gdy zmieniał partie jak rękawiczki. Czy Tusk ugnie się pod presją? Jeśli umie kalkulować i nie chce, aby Platforma zmieniła się w drugie KLD będzie próbował się dogadać. Ostatecznie PO to mieszanka gospodarczego liberalizmu z twardością i stanowczością wewnątrz i na zewnątrz kraju, z czym kojarzony jest Rokita. Bez niego w PO zostaną tylko „różowi”. I choć przy scenariuszu wyjścia Rokity z partii poparcie dla Platformy nie spadnie drastycznie (choć na pewno poleci kilka kresek w dół), bo żelazny antyPiSowy elektorat nie widzi dla obecnego rządu lepszej przeciwwagi, to ucierpi na tym ogólny wizerunek partii. Jeszcze bardziej niż w tej chwili, bo jednak wywlekanie personalnych konfliktów na zewnątrz to nie jest dobry sposób na przekonanie wyborców.
SLD też nie do końca przewidziało możliwe reperkusje zawarcia związku z demokratami.pl i odrzutami Borowskiego. I choć wybory samorządowe mogły dać im pewną nadzieję na renesans, nie sądzę, aby mariaż czerwonej mafii z formacją na zawsze potępioną w oczach elektoratu wyszedł komukolwiek na zdrowie. Bo Partia Demokratyczna jest trupem, a od czasów Zbawiciela nie stwierdzono dotąd żadnego przypadku zmartwychwstania. I choćby nie wiem ile jeszcze inkarnacji przechodziła ta grupa ideowców, już zawsze będzie się kojarzyła wyborcom z wypasionym Expressem Wolności objeżdżającym biedne poPGRowskie gminy w kampanii wyborczej 2001 roku, co było gwoździem do trumny tej formacji. A także grupką profesorów, którzy o losie przeciętnego człowieka wiedzą co najwyżej tyle, ile przeczytali w książkach (o ile czytają zresztą cokolwiek innego niż podręczniki do ekonomii). Borowski wchodząc do LiD zaprzeczył całkowicie idei powstania SdPl. Przecież władze SLD, które tak zapamiętale krytykował, nie zmieniły się. Wystarczyła jednak szybka i spektakularna strata „premii startowej” w postaci kilku procent poparcia, a już podkulone „borówki” wróciły do matecznika.
Z kolei u głównego członu tej koalicji razi mnie obłuda. To paradoks, że partia, która rządziła w poprzedniej kadencji, a jej politycy naprodukowali tyle afer, że można by nimi obdzielić co najmniej kilka kadencji prac parlamentu, tak zajadle krytykuje każde posunięcie rządu. I to bez obiecanej odnowy w szeregach partii. Wybrano co prawda alibi w postaci młodego pięknego Olejniczaka, zarząd partii pozostał jednak bez zmian. Zabrakło spektakularnego odebrania legitymacji Millerom i innym Oleksym, posypania głowy popiołem i uregulowania spraw w „terenie”, gdzie karty ciągle rozdają „leśne dziadki” z nostalgią wspominające czasy gierkowskiej prosperity. I nie pomoże w tym nawet chęć uczynienia głównymi twarzami stronnictwa ludzi kojarzonych z Okrągłym Stołem. Gdyby rzeczywiście Frasyniuk tak oddziaływał na ludzi, trup PeDecji nie śmierdziałby tak brzydko w trumnie. Bo wbrew wszystkiemu, pamięć wyborców aż tak zawodna nie jest. Piszę te słowa mimo całej sympatii dla posłanki Senyszyn, która swoimi zgrabnymi komentarzami jest w stanie rozbroić cały arsenał Sojuszu Północnoatlantyckiego.
Na sam koniec zostawiłem koalicjantów lub, jak celnie określiła to Janina Paradowska „zakładników” PiS. Samoobrona i LPR wiedzą, że w razie przyspieszonych wyborów ich szanse na wejście do parlamentu są nikłe, będą więc wspierać partię dominującą tak długo, jak to będzie koniecznie. Czas politycznych szantaży dawno minął – nie robią już na premierze Kaczyńskim żadnego wrażenia.
Andrzeja Leppera nie podejrzewam (więc już jestem w mniejszości) o grę w szachy, raczej o płynne posługiwanie się cepem lub jedną z tych ośmiu socjotechnik, które wpoił mu Tymochowicz. Choć on też, zajęty tropieniem spisków i obalaniem kolejnych oskarżeń wyraźnie zaniedbał swój naturalny elektorat. Nie można się dziwić irytacji rolników, kiedy ceny żywca i innych płodów rolnych pikują w dół, a odpowiedzialny za to minister miast interweniować pisze książki o swoich urojeniach. Z ręką na sercu: kiedy ostatnio zdarzyło się Wam oglądać jakieś wystąpienie Przewodniczącego, w którym mówiłby o rozwiązywaniu problemów rolnictwa? I nie mówię tu o polemice błędnego rycerza po tym, jak za grzech zaniechania zbeształa go Zyta Gilowska. Z polemiką też zresztą trafił kulą w płot, bo okazało się, że pani minister doktoryzowała się z ekonomiki rolnictwa i o problemach tej grupy społecznej ma znacznie większe pojęcie niż Lepper. W tej chwili dla Samoobrony najgorsze jest to, że „chłop żywemu nie przepuści”, tym bardziej jeśli jeden chłop wystawia drugiego do wiatru. Dali temu wyraz pikietując pod Ministerstwem Rolnictwa i wygwizdując swego niedawnego idola. Lepper stracił też argument, którym szafował od zawsze - „oni już rządzili, teraz nasza kolej”. I niestety, kiedy przyjdzie mu zwolnić wygodny fotel ministra rolnictwa, nie będą go chcieli nawet na blokadzie…
Z kolei LPR jest w tej chwili pośmiewiskiem nawet dla własnego elektoratu, który i tak kurczy się w zastraszającym tempie. Po poPiSowej akcji z atakiem na media partia Kaczyńskich przesunęła się na prawo tak bardzo, że zmniejszyła do granicy błędu statystycznego zajmowaną dotąd przez Ligę przestrzeń między sobą, a przysłowiową ścianą. Kiedy w październiku ubiegłego roku miałem okazję rozmawiać z p. Tymochowiczem, zasugerował terapię ekstremalną – jeszcze większą radykalizację i przywdzianie przez członków partii brunatnych mundurów. Jednak jak tu się radykalizować, jeśli twarz wykrzywia się w spazmatycznym śmiechu. Takie były reakcje większości Polaków, gdy czołowy polityk LPR uzyskał w wyborach na prezydenta Warszawy poparcie mniejsze niż przedstawiciel ugrupowania Krasnoludki i Gamonie. Partia dostosowała się więc do humorystycznej tendencji i zaczęła zajmować się zakazaniem używania symbolu marihuany, czy problemem uczynienia z Polski monarchii z Jezusem na tronie. Co prawda LPR miał zawsze ukryty elektorat (i nie dziwota, bo kto otwarcie przyznałby się do głosowania na nich?), ale dziś wydaje się, że potencjalni wyborcy partii Giertycha ukryli się tak głęboko, że do następnych wyborów nie zdążą się odnaleźć.
Paradoksalnie najlepiej na politycznych przepychankach wychodzi gospodarka. Nie dajcie się jednak Państwo zwieść triumfalnym przemowom Kaczyńskiego, który usiłując przypisać sukces koalicji rządzącej obwieszcza, że pod względem ekonomicznym ten rok był najlepszy dla Polski od 1989 roku. Nie jest to jego zasługa, tak samo jak zasługą sanacji nie było nagłe ożywienie gospodarcze II RP w połowie lat 30-tych – był to raczej wynik ogólnej tendencji światowego wzrostu gospodarczego po Wielkim Kryzysie lat 1929-32. A sama sanacja, tak jak teraz PiS była zbyt zajęta rachowaniem się z opozycją. Wszystko to zgadza się z pierwszą zasadą ekonomii, która mówi, że najlepiej gospodarkę pozostawić sobie samej i nie pozwolić ingerować w nią politykom. Wniosek z tego taki, że tak długo jak będzie trwała deubekizacja, mamy szanse na rozwój.
Kiedy obserwuję obecną kondycję polskiej sceny politycznej przestaję się dziwić ludziom nie chodzącym na wybory, którzy tłumaczą to tym, że „nie ma na kogo głosować”. I faktycznie, wśród waśni, sporów i popełnianych błędów najlepszym wyborem wydaje się opcja będąca mniejszym złem. Tyle tylko, że tak trudno je wybrać. Nie zdziwcie się więc, szanowni politycy, jeśli następnym razem na Wasze apele o pójście do wyborów jako „obywatelskiego obowiązku” odpowie znikoma liczba Polaków. Żeby wymagać od innych, najpierw trzeba wymagać od siebie.











