iThink.pl - dziennikarstwo i publicystyka

Menu

Logowanie/Rejestracja

[?] Rejestracja
Logo

Kategorie

Dodaj Artykuł

Artykuł

Aktualności / Polska
+ - 3

Między młotem mocarstwowości a kowadłem marginalizacji

11 07 2007 Lesław Kawalec Artykuł był czytany 1564 razy

Dylematem Polski jest że "i chciałaby, i boi się". Z jednej strony dobrze jest być partnerem i współdecydować o kształcie swego losu, ale z drugiej trzeba znać swoje miejsce w szeregu.

  • Komentuj
  • Wyślij do znajomego
  • Drukuj artykuł
  • Wersja do łatwego czytania
  • Dodaj do ulubionych
Przez cały okres przedakcesyjny, może z wyjątkiem pierwszego roku, dokonywaliśmy szeregu poświęceń by z naszej tratwy do tego statku o nazwie UE wejść: trzeba coś było z tratwy zrzucić, trzeba było jakąś łapówkę Charonowi dać. Zostaliśmy zmuszeni do rezygnacji z tanich leków, musieliśmy ograniczyć produkcję przemysłową, uwolnić przepływ kapitałów z polskich filii firm ubezpieczeniowych do ich central i tolerowaliśmy wzrastający z każdym rokiem deficyt w handlu z UE, co starej unii dało kilkaset tysięcy miejsc pracy, a być może przyczyniło się do odzyskania witalności przez gospodarkę unijnego silnika: Niemiec. Zapłaciliśmy wpisowe do klubu, lub -- jak kto woli -- frycowe, i spodziewaliśmy się rewanżu.

Rewanż w zasadzie nadszedł. Przez pewien czas mieliśmy uprzywilejowaną pozycję i głos tak silny jak Niemcy a przez najbliższych sześć lat będziemy biorcą netto. Rachunki się jakby wyrównują. Może jednak niepokoić nadciągające widmo katastrofy ubezpieczeń społecznych i ryzyko spadku dynamiki wzrostu w  gospodarce z uwagi na masową imigrację wykształconych (za nasze pieniądze) milionów obywateli polskich na zachód. Pojawiają się więc żądania renegocjacji ustaleń. Zauważamy, że temu przewoźnikowi zależy na nowych pasażerach z bo dzięki temu ma kto myć pokład. Podnosimy głowy i chcemy podmiotowego traktowania. Dodatkowo, podniesieni na duchu przekonaniem o swej szczególnej roli jako amerykańskiego alianta i ufni we wzrost PKB, wykazujemy aspiracje by stać się jednym z liderów Unii. Pewni siebie, waląc wiosłem naszej tratwy w burtę statku, który nas zabrał, żądamy uwzględnienia naszych życzeń w planie podróży.

Stanowcze "nie" kapitana traktujemy jako otwarcie negocjacji a jego uderzenie pięścią w stół jak obrazę. Zachowujemy się jakbyśmy nie rozumieli,że na pełnym morzu nasza tratwa daleko nie popłynie i alternatywą jest "integracja" załogi z piratami na horyzoncie. Można też dalej sprzedawać warzywa działającej akurat w tej okolicy łodzi podwodnej, ale ubot może wkrótce odpłynąć... Czy jednak sternicy naszej tratwy mają aż takie atuty i umiejętności by podjąć ryzyko wyrzucenia nas z powrotem na tratwę?
Wracając od alegorii do realiów przyznam, że nie jesteśmy w Unii traktowani po partnersku. Ale jakim my partnerem jesteśmy? OK, mamy prężną giełdę, choć teraz już mocno przeszacowaną, i powiedzmy, że do tej pory możliwość zaproszenia potencjalnych partnerów w interesach politycznych przez nasze czynniki dobrze poinformowane do korzystnych transakcji giełdowych to mógł teoretycznie być nasz skuteczny wynalazek na forsowanie swej pozycji w klubie zamożnych. W ostatnich latach zyski były raczej gwarantowane inwestycjami samych tylko funduszy rzędu ponad miliarda euro miesięcznie. Ale to się kończy, podobnie jak skończyło się nasze pięć minut szczególnej roli szefa Watykanu w kierowaniu swą dyplomacją.

W porównaniu z potężnymi korzyściami jakie Europie dają relacje surowcowe i strategiczne z Rosją w obliczu konkurencji z Ameryką i problemu muzułmańskiej imigracji, nasze stawianie się i pakowanie koła w szprychy naraża nas na szereg retorsji, które z grzeczności politycy europejscy oględnie przedstawiali w retorycznym pytaniu czy warto umierać za pierwiastek? Czy stać nas na prawdziwe postawienie się i ryzykowanie konfliktu? Nawet Zbigniew Brzeziński przed szczytem w Brukseli ostrzegał, że nasza pozycja w Waszyngtonie zależy od naszej pozycji w Unii. Ten sam polityk nieraz powtarzał, że głównymi partnerami USA w Europie są Niemcy. Skoro słucha go Senat amerykański, to może my też powinniśmy. Czy my odbieramy takie sygnały jak choćby to symboliczne podesłanie naszym w Afganistanie złomu zamiast wozów bojowych? W tym starciu możemy tylko oberwać po ryju i nikt się za nami nie wstawi. Bo kimże jesteśmy?
Prawdziwe tygrysy gospodarcze są w Azji, prawdziwe studnie bez dna do pompowania wszelkich dostępnych pieniędzy w Afryce, prawdziwe problemy polityczne do rozwiązania są z Islamem i Rosją. Sprawy, którymi Zachód naprawdę żyje są nam obce a nasze problemy im. Jeśli rzeczywiście chcemy być aktorem w jakiejś ważnej grze, to jedynym pomysłem na to jest modlić się o wojnę rosyjsko-amerykańską i zaoferować w niej silniejszemu swą strategiczną pozycję, co zresztą chyba robimy. Ja rozumiem, że może to być nawet korzystne dla oferentów, ale czy my, obywatele, wkładając palce między drzwi możemy na tym coś wygrać? Bo nawet jak Rosja zostanie pokonana i jakimś cudem nie dojdzie do eksplozji nuklearnych, to chętnych na eksploatowanie tego kraju jest więcej niż Iraku a my w Iraku dostaliśmy raptem możliwość sprzedaży tam kilkuset wozów bojowych i paru tysięcy karabinów.

Tak bardzo chcemy być aktorem globalnym... W '39 też się Śmigłemu wydawało, że -- jak w piosence --  "nikt nam nie zrobi nic!" Tylko potem, już po srogim laniu,  okazywało się, że Beck był podejrzewany o agenturalne związki z Niemcami. Czasem brzydki wróg jest mi na rękę, bo może dać dobry pretekst, nieprawdaż? Jest w Europie sporo krajów silniejszych i bogatszych od Polski, które jak widać aż takich jak my aspiracji do wtrącania się w niemieckie plany nie mają i żadna korona im z głowy nie spada. A może sobie myślą: a niech się tam Niemcy realizują w tym co od pokoleń mają zakorzenione w głowach, czyli przewodzenie imperiom, bo może się do tego nadają?
Co właściwie możemy stracić na niemieckiej hegemonii? Ziemie Odzyskane, o ile są w zgodzie z prawem zapisane w nasze hipoteki, pozostaną nasze. Trzeba tu być na miejscu, żeby zobaczyć jak nasi rodacy trwonią to dobro, które po wojnie wpadło im w ręce! Widząc co się tu dzieje, łatwo się domyślić, że jakby się rząd nie starał, tutejsi ludzie i tak sami się Niemcom sprzedadzą albo dadzą wywłaszczyć nawet jakbyśmy w Radzie UE byli drugą Wielką Brytanią. Zamiast walić głową w mur może lepiej uregulować parę spraw prawnych i wychowywać lud by się mniej między sobą żarł, by cokolwiek interesował się tym co się dzieje, mniej się upijał i łajdaczył, mniej był łasy na kasę za nic, za to więcej myślał, bo jeśli Niemcy masowo kupią nasze sądy to nawet nie będzie miał się kto - ani jak - organizować do cywilnej samoobrony.

Moja diagnoza jest taka: Rosjanie nas nie zniszczą jak nie będziemy im psuli interesów z Niemcami, Francją i resztą Unii, Ameryka nam nie pomoże bo mają na świecie zbyt wielu klientów w jeszcze większej potrzebie, którym w większości i tak nie pomogą.. Ich klasa polityczna jest niezwykle uległa lobby żydowskiemu, które też czegoś od Polski chce. Czy my kiedykolwiek bylibyśmy w stanie spełnić ich roszczenia? Dla Brytyjczyków jesteśmy użyteczni jako spowalniacz niezbyt pasującej im integracji, bo oni tego nie chcą robić w pojedynkę. Czechom dajemy nadzieję, że nie są sami wobec Niemiec. Sojusz z Brytyjczykami zawsze był dla nas egzotyczny a nasza tam imigracja jest im równie na rękę jak samym naszym emigrantom. Nikt nam zaś nie broni nawzajem sobie pomagać i mieć dobre relacje z Czechami bez wsadzania Unii kija w szprychy.

W sytuacji pozostawania między młotem a kowadłem najlepiej wysunąć stamtąd łapę, bo ani kowadłu nie jest koniecznie potrzebna ani młota nie uniesie. Jest czas byśmy jako naród osiągnęli wreszcie jakieś wykształcenie, cywilizacyjną ogładę i względną zamożność. Jeśli polskość ma jakiś obiektywny sens - a wierzę, ze ma - to jest nim to co w naszej chrześcijańskiej tożsamości pozytywne, a w historii godne pochwały: zdrowy rozsądek, pracowitość, ambicja, życzliwość wobec słabszego, tolerancja światopoglądowa i umiejętność współżycia z innymi kulturami i wspólnego budowanie nowej jakości. Taka byłą I Rzeczpospolita do czasu wyrzucenia arian.

 Urzeczywistniajmy to, budujmy się od wewnątrz, a na razie posłuchajmy Chiraca. W naszym obiektywnym interesie jako ludzi i obywateli jest silna Unia respektująca prawa obywatelskie a zarazem respektująca krajowe normy wrażliwości obyczajowej. Taka właśnie może powstać i nie jest w naszym interesie by jej w tym przeszkadzać, bo alternatywą jest pozostawanie pod butem naszego własnego państwa w państwie, co niektórzy zwą niepodległością. Skoro nie da się nawet we własnym domu tego buta zdjąć, to skąd ten zapał, by go tym mocniej sznurować, np. broniąc się rękami i nogami przed wyższością jurysdykcji unijnej?

Nie da się tracąc cnotę pozostać dziewicą. Klamka zapadła w 2004. Nie da się dyktować warunków silniejszym. I mam nadzieję, że tą właśnie  logiką kierowali się Bracia kiedy podpisywali w Brukseli kapitulację. Wartością dodaną całej sprawy jest umiejętność przedstawienia jej jako zwycięstwo by udobruchać tych, którym rozumowanie to jest obce. 




+ - 3

Artykuł został pozytywnie zrecenzowany przez:

Magdalena Danaj

Dodaj Komentarz

Zaloguj się aby komentować. Jeśli nie masz jeszcze konta, zapraszamy do rejestracji.

RSS komentarzy

Komentarze: 5

1. Lesław | 21:17 11-07-2007

jejku, chyba niechcący kliknąłem sobie plusa - pewnie będzie obciach na inaugurację :-/ sorki, jeszcze raczkuję w tym serwisie i nie wiem co naciskam (myślałem, że przeczytam recenzję)...

2. Anna | 22:53 11-07-2007

Drogi Lesławie, ja postawiłabym Ci plusa, ale skoro sobie sam go "Kliknąłeś" to potraktuj, że był on ode mnie. Ciekawy artykuł, bardzo podoba mi się Twój styl pisania i analogie, które wprowadziłeś, masa informacji i trafnych połączeń, niekoniecznie oczywistych na pierwszy rzut oka. Nie do końca zgadzam się z Twoim zdaniem, ale wnioski końcowe bardzo trafne. Pozdrawiam i życzę sukcesów i mniej "błędnych klików" na iThink.

3. Lesław | 22:59 11-07-2007

Dzięki Aniu, i będę się starał :-)

4. Mateusz | 01:00 14-07-2007

Artykuł mi się podobał, bo jest dość dobrze napisany, ale nie zgadzam się z treścią. Zarzuca Pan Polsce dążenie do hegemonii w obszarze Europy Środkowo Wschodniej oraz uważa Pan, że powinniśmy siedzieć cicho w Europie, zgodnie zresztą z radami samego byłego prezydenta Francji. Nasza dość kulawa polityka zagraniczna, ma jednak na swoim koncie pewne sukcesy, m.in. wciągnięcie całej UE do sporu polsko - rosyjskiego odnośnie eksportu polskiego mięsa do Federacji, sukces negocjacyjny w Brukseli, zwrócenie europie uwagi zarówno na kwestie Ukrainy jak i na to, że Putin nie jest jednak "prawdziwym demokratą" za jakiego uważał do kanclerz Schroder.

Wydaję mi się, że powinniśmy walczyć o swoje prawa w UE, jednocześnie jednak powinnismy umieć stworzyć koalicję mniejszych i średnich państw, które popierały wspólne dobre dla nas i koalicjantów stanowiska w UE.

5. Lesław | 22:44 15-07-2007

Panie Mariuszu. W zasadzie nie tyle krytykuję dążenie Polski do dominacji w Europie Śr.-Wsch. a raczej zadaję pytanie "z czym do gościa?". Uważam, że nie mamy atutów do stawania okoniem wobec Niemiec, Rosji, Francji i innych naraz, bo nasze sojusze mające być przeciwwagą dla tego co dzieje się ponad naszymi głowami z lewa i prawa są egzotyczne. Owszem wciągnęliśmy UE do sporu i co? I nic. Nasza postawa wobec Ukrainy jest co najmniej niejednoznaczna. Ukraińcy wprost zarzucją nam, że Kwaśniewski tak naprawdę pojechał tam ratować oligarchów Kuczmy z Pińczukiem na czele. Teraz możnowładca mu się odwdzięcza mniej więcej tak jak Putin Schroederowi. Sytuacja na Ukrainie jest dalej trudna a zwycięstwo pomarańczowych iluzoryczne. Ale nawet jakby Juszczenko rządził tam niepodzielnie i utrzymał popularność, którą traci to pamiętajmy, że jego naturalne zaplecze -- nacjonaliści galicyjscy -- nienawidzą Polaków o wiele bardziej niż na Wschodzie i są ślepo zakochani w Niemcach, a Tymoszenko nawet brałą udział w jakiejś antypolskiej ruchawce. Tak, zwróciliśmy uwagę, ale przecież polityka europejska oczy ma otwarte. Chodziło o interesy naszego tzw. "państwa w państwie". Teraz Ukraina jest ważniejsza dla USA niż Polska i miałoby to sens jeślibyśmy mieli budować w oparciu o USA jakieś Międzymorze. Ale o tym pisałem pośrednio przy okazji "modłów" o wojnę amerykańsko-rosyjską. Logika osaczania Rosji przez USA może i ma sens (Polska, Pomarańczowa Ukraina, różana Gruzja, bazy w Iraku i Afganistanie, Korea). To jest wywieranie presji na Rosję by oddała część zasobów m-narodowym konsorcjom. Rosjanie dość logicznie idą do Niemiec i wąchają się z zawsze antyamerykańskimi Francuzami. Na dłuższą metę bycie osłem trojańskim Ameryki w Europie nie wróży nam dobrze, bo Amerykanie mają taką masę interesów globalnych, że gdyby ich polityka względem sojuszników miałabyć szczodra i honowowa to dawno poszliby z torbami, a tak z torbami puszczają kraje gdzie rządzą wspierane przez nich reżimy. Przyczyniamy się tylko do powstawania sojuszy dla nas potencjalnie śmiertelnych.

Już teraz (niezależnie opd prostackiego postępowania rodaków na Zachodzie) tak nas zohydzają w mediach i traktują jako straszak dla przeciwników integracji, że można się spodziewać najgorszego, bo każda wojna zaczyna się od obrzydzania wroga swoim obywatelom. Poza tym, czy znaczące państwo atakuje się tak bezceremonialnie i -- coby nie mówić -- niesprawiedliwie? Normalnie jak ci na kimś zalezy to go jakoś kokietujesz. Tak jak teraz Zachód Rosję.

Czy Putin jest demokratą nikt na Zachodzie wątpliwości nie ma. Ale czy w Unii jest demokracja? Czy demokracja taka jak my ją rozumiemy istnieje? Oni dobrze wiedzą jak jest. Amerykanom też nie przeszkadza jakoś mordercza junta w Indonezji bo tam jest gaz dla Dalekiego Wschodu, choć banda ta niedawno wymordowała kilkadziesiąttysięcy Chrześcijan na Timorze a w ogóle ponad milion własnych obywateli. Business is business.

Ja tytlko apeluję by patrzeć na politykę realnie nie nie próbować mierzyć sił na zamiary. My cierpimy na jakąś zakompleksioną megalomanię. Z kim my mamy tu coś kombinować? Nawet Litwa ma nas w nosie i gra nam na nosie wywłaszczając ludność polską z ziemi pod Wilnem i co my im możemy zrobić? Bułgarzy czy Rumuni nie traktują nas zbyt poważnie i trzymają stronę Niemiec. Słowacy nas szczerze nie cierpią a ich rząd będzie zawsze proniemiecki lub prorosyjski (teraz może być jakikolwiek i na to samo wyjdzie). My w Unii nie mamy przyjaciół tylko 1 pewnego sojusznika: Czechy i jedno życzliwe państwo, któremu akurat teraz po drodze z naszym awanturnictwem: UK. Małym państwom jak widać pasuje traktat po niemiecku. Większość nami gardzi bo aniśmy bogaci ani dobrze wychowani, ani wyrobieni intelektualnie. OK, cenią nas za tanie i fachowe usługi, ale inni za to samo nas nienawidzą, bo właśnie zburzyliśmy im pewien porządek i równowagę sił m. pracodawcami a pracownikami. Teraz znów pracodawca rządzi i szlag trafia to co zdobyli przez ostatnie 20 lat czyli Eurpoę jakości życia (nie daj się zwariować i szanuj się) zamiast wyścigu szczurów. Znajoma była niedawno w Holandii i jeden typ na wieść że są z Polski pozwolił sobie ostentacyjnie macać kurtkę czy jeszcze jest portfel. To żaden odosobniony przypadek. A myśmy się tam pchali z ewangelizowaniem... A tak poza tym, ani nie mamy silnej armii, ani wielkich zasobów poza węglem, ani się sami nie szanujemy. Jarek do Brukseli nie pojechał, bo słusznie się spodziewał afrontu. Jesteśmy konkurencją do dopłat, problemem dla Unii, co mieli od nas wziąć to wzieli, a my nawet się nie chcemy rozmnażać, a właśnie na naszą tradycyjną dzietność trochę liczyli niektórzy adwokaci naszego wejścia. Nawet już im ie pomożemy z Islamem. Siła by gadać, ale lepiej siedzieć cicho. Czas budować własny ustrój, bo nie wiem czy to już widać, ale nam się parę rzeczy zaczyna walić i ta papka medialna jest po to by odwrócić uwagę: 30% wspólnot mieszkaniowych jest niewypłacalnych, giełda nadęta i może spaść o 50%, prawo nie funkcjonuje, parę grubych pasożytów wyciąga z nas ostatnie soki, szkoły produkują setki tysięcy analfabetów i chamów, w służbie zdrowia coraz większy cynizm zaś stan zdrowia lludzi gwałtownie się pogarsza, a jeszcze nie wiemy ile tak naprawdę mamy nosicieli aids i żółtaczki C i może nawet lepiej nie sprawdzać. I my chcemy być mocarstwem. My się najpierw obrońmy przed katastrofą społeczną i krachem, żebyśmy 2gą Argentyną nie zostali.