Aktualności / Polska
Myślisz partia...
Artykuł był czytany 1642 razyJarosław Kaczyński może do władzy wrócić tylko w dwóch przypadkach – kiedy rząd Tuska skompromituje się całkowicie – lub kiedy nastąpi całkowite tąpnięcie w gospodarce światowej, co będzie rzutowało na Polskę.
Sytuacja Prawa i Sprawiedliwości po wyborach, jako formacji politycznej i sejmowej, jest zupełnie jasna. Partia została opozycją i to patrząc zarówno na wynik samych wyborów, dający 166 mandatów sejmowych i 39 senatorskich – najsilniejszą opozycją w historii polskiego parlamentaryzmu. Ustawa o finansowaniu partii politycznych oraz formuła kampanii wyborczej w roku 2007 dały partii Jarosława Kaczyńskiego niepodważalną pozycję. Dodajmy do tego potężną dotację finansową i silne, jak się wydaje, struktury regionalne – i mamy organizację sprawną, zdyscyplinowaną i gotową do walki o władzę za cztery lata… Czyżby?
Jak pokazują dwa tygodnie powyborcze – nie jest tak różowo, nie jest nawet szaro, jakby się można spodziewać. Jest wprost czarno. Zajęcie ław opozycyjnych powinno być dla Prawa i Sprawiedliwości szansą na zmiany, refleksję, analizę programu i celów, na rozliczenia wewnętrzne i na określenie drogi i działań na najbliższe 4 lata. Niestety, nie wydaje się, aby Jarosław Kaczyński potrafił tak na to systemowo i trzeźwo spojrzeć. Po raz pierwszy od lat widzimy szefa partii zachowującego się jak po knock downie. Jego wypowiedzi, wywiady wskazują, że nie zrozumiał lub nie przyjmuje do wiadomości, że porażka jest jego zasługą – i na nim spoczywa odpowiedzialność za zmiany i podtrzymanie partii. Kaczyński najwyraźniej nie kalkulował oddania władzy. Kaczyński nie zdaje sobie sprawy do końca i nie potrafi wyciągnąć z tego trzeźwych wniosków, że przegrał, dlatego że zmobilizował przeciwko sobie ogromny elektorat negatywny, wielkomiejski i inteligencki. I że drogą do wzmocnienia jego partii nie jest w dalszym ciągu kierowanie oferty w stronę „pokrzywdzonych i odrzuconych”, lecz próba pozyskania właśnie tego elektoratu, który głosował na Platformę Obywatelską i Lewicę i Demokratów. A można tego dokonać jedynie poprzez zmianę wizerunku partii, nowy program – i to, w czym Kaczyński jest najmocniejszy – stworzenie nowego modelu działania, nowej socjotechniki. Tylko czy potrafi to zrobić?
Prawo i Sprawiedliwość to prywatny projekt Jarosława Kaczyńskiego, który utorował mu drogę do premierostwa i prezydentury brata i zapewnił krótkie, dwuletnie panowanie. Rządowe. To projekt marketingowy, który dał mu dostęp do władzy – ale już nie pozwolił na jej utrzymanie. I problemem Kaczyńskiego jest to, że to jest człowiek, który nie potrafi ani pracować w zespole, ani adaptować innych praktyk niż te, które sam skonstruował. Kaczyński umiejętnie, ale ze szkodą dla kultury politycznej i dla państwa zaadaptował tak zwane przystawki – Samoobronę i LPR. Przejął elektorat tych partii – populistyczny i ksenofobiczny, na pewno nie konserwatywny i prawicowy. Dlatego trudno PiS nazwać partią prawicy. Prawo i Sprawiedliwość to partia socjalno-ludowa. Przy konsumowaniu przystawek, retoryka i metody działania PiS przesuwały się w stronę radykalizmu społecznego i socjalnego oraz populizmu. Przyniosło to skutek taki, że, oczywiście – elektorat LPR i Samoobrony został przejęty – natomiast elektorat wielkomiejski, inteligencki i młodzież – skutecznie odepchnięto. Na jednym z wieców przedwyborczych Kaczyński wprost powiedział, że PiS nie jest partią elit, lecz zwykłych ludzi. Czy Kaczyński potrafi odejść od tej linii, czy potrafi poszerzyć bazę społeczną swojej partii i także otworzyć się na inne środowiska polityczne? Raczej, jak wskazują ostatnie dni, jest wprost przeciwnie. Trzej wiceprezesi PiS: Ludwik Dorn, Kazimierz M. Ujazdowski i Paweł Zalewski złożyli na ręce prezesa memoriał dotyczący zmian w partii, bardziej demokratycznego zarządzania organizacją, czyli reformy wewnętrznej, która miała wprowadzić w partii świeży oddech. Został on brutalnie odrzucony – ku uciesze tak zwanego „twardego jądra” partyjnego, składającego się z wiernych, ale nie najbardziej lotnych, działaczy dawnego PC, którzy od 1993 roku odbyli z Jarosławem Kaczyńskim „długi marsz”. Odrzucenie projektu trzech wiceszefów partii będzie w dłuższej perspektywie kosztowne dla PiS-u i dla samego Kaczyńskiego. Wizerunek partii ulegnie znacznemu zawężeniu, a te środowiska, na których partii powinno zależeć najbardziej, dostaną czytelny sygnał, że nie mają co liczyć na przemianę. Ostatnie trzy dni, wywiady prasowe, radiowe i konferencje wskazują, że pękniecie jest dużo poważniejsze, że nie są to tylko sprawy personalne. Jest to wprost sprawa doktrynalna, rozgrywka, jaką partią ma być Prawo i Sprawiedliwość. Czy w partii mają się liczyć ludzie analityczni, wykształceni, niezależnie myślący – czy miernoty, gotowe bezkrytycznie realizować program wodza – aż do ostatecznego upadku. Dorn i jego koledzy zakwestionowali po raz pierwszy otwarcie fuhrerprinzip Jarosława Kaczyńskiego. Zburzyli mit integralności partii polegającej na sparafrazowanym starym haśle Majakowskiego – „mówisz partia – myślisz… Kaczyński”. Prezes Kaczyński swoim zachowaniem dał sygnał w dół partii, że o tym, kto i co ma do powiedzenia w partii, decyduje on i tylko on. Wszystkie „farmazony” Gosiewskiego, Lipińskiego czy Brudzińskiego o demokracji wewnątrzpartyjnej obalił zresztą sam Jarosław Kaczyński, wyraźnie mówiąc w wywiadzie dla „Sygnałów dnia” w środowy poranek, że od czasu wyborów w 2005 roku Rada Polityczna partii była tylko dodatkiem do jego decyzji. Kaczyński tym jednym ruchem zamknął partię. Nie może już liczyć na powrót takich ludzi, jak grupa Marka Jurka czy na bliższe kontakty i szczerą współpracę ze środowiskiem Artura Balazsa. Oni wiedzą, że wchodząc do Prawa i Sprawiedliwości utraciliby resztki politycznego znaczenia i podmiotowości. Partią będzie rządził tylko Jarosław Kaczyński z grupą wiernych akolitów. A o klasie takich ludzi, jak Kuchciński, Gosiewski, Brudziński, Cymański, Karski wszyscy zdążyli się już przekonać. Jeżeli w ciągu kilku dni nie nastąpi ochłonięcie Jarosława Kaczyńskiego i wyciągnięcie reki do trzech byłych już wiceszefów, a jak wywiad w „Fakcie” wskazuje, nie należy na to liczyć, to PiS może w ciągu krótkiego czasu spaść w sondażach poniżej progu 15%, co może być barierą psychologiczną.
Kaczyński, przegrywając władzę i swój projekt tak zwanej IV RP – przegrał dużo więcej, niż wydaje się to z czystego wyniku wyborczego. Kaczyński zniszczył swój mit nieomylności, zniszczył swoją charyzmę, już nie jest postrzegany jako genialny strateg, myślący o dwa albo i trzy kroki dalej niż jego przeciwnicy. I jeszcze więcej – zawiódł tysiące ludzi, którzy związali się z PiS-em jako partią władzy. Oni zostaną pozbawieni stanowisk, synekur i do tego, właśnie ze względu na olbrzymi elektorat negatywny i sposób prowadzenia polityki przez Jarosława Kaczyńskiego, zostaną poddani pewnemu, krótkiemu, ostracyzmowi społecznemu, głównie właśnie w środowiskach inteligenckich i młodzieżowych. Kaczyński, prowadząc przez najbliższe lata politykę konfrontacji, awanturniczej opozycji, negacji wszystkich działań rządu i obstrukcji parlamentarnej, doprowadzi do następnej klęski – do tego, że jego brat nie otrzyma reelekcji na fotel prezydenta państwa. I nic się z tego powodu nie stanie. Kaczyński nie umie, nie potrafi przyznać się do błędów – co za tym idzie – nie wyciągnie wniosków z porażki. Jarosław Kaczyński (i jego milczący brat) obwiniają wszystkich o „bezprzykładne ataki”, o nieprzychylność mediów, o to, że społeczeństwo poszło do wyborów… brak klasy, brak godnego przyjęcia porażki jest, mówiąc ich językiem, porażający. Sprawy z Radosławem Sikorskim, straszenie aneksem raportu Macierewicza – wzbudzają już tylko politowanie i przyjmowane są jako kolejna odsłona znanego spektaklu – wiem coś strasznego, ale nie powiem, bo jest to tak straszne… a potem okazuje się, że są to… mokre kapiszony. Lech Kaczyński z kolei zrobił z siebie i urzędu pośmiewisko. Jego milczenie i obrażanie się na Donalda Tuska – a tak naprawdę na obywateli – było żenujące i trywialne. Obrażanie się na wynik demokratycznych wyborów, na to, że ludzie przy urnach odważyli się powiedzieć prawdę – było dla niego podstawą, aby zamknąć się w Pałacu Namiestnikowskim na całe 10 dni. Dobrze, że w czas ochłonął, ale jego milczenie w Sejmie i przemówienie w Senacie wskazują, że idzie drogą wyznaczoną przez swego brata. Na swoją zgubę. Nie zapomnijmy także jeszcze o jednej sprawie – Donald Tusk tuż przed wyborami obiecał, że rozliczy sprawy działalności służb specjalnych, CBA, ABW, a także prokuratury z czasów rządu Jarosława Kaczyńskiego. Może to być spektakl pełen niespodzianek, dla byłego szefa rządu, jego ministrów – być może zakończony na sali sądowej – i to nie tylko przed Trybunałem Stanu. Jarosław Kaczyński może do władzy wrócić tylko w dwóch przypadkach – kiedy rząd Tuska skompromituje się całkowicie lub kiedy nastąpi całkowite tąpnięcie w gospodarce światowej, co będzie rzutowało na Polskę. Wtedy nastroje populistyczne i izolacjonistyczne znów by wzięły górę i tylko na tej fali Prawo i Sprawiedliwość mogłoby wrócić do władzy. Ale jest to tak prawdopodobne jak to, że Lech Kaczyński i Lech Wałęsa zostaną przyjaciółmi. Jarosław Kaczyński i jego IV RP to czas przeszły - dokonany – i zostanie zapisany na kartach historii petitem.
Jak pokazują dwa tygodnie powyborcze – nie jest tak różowo, nie jest nawet szaro, jakby się można spodziewać. Jest wprost czarno. Zajęcie ław opozycyjnych powinno być dla Prawa i Sprawiedliwości szansą na zmiany, refleksję, analizę programu i celów, na rozliczenia wewnętrzne i na określenie drogi i działań na najbliższe 4 lata. Niestety, nie wydaje się, aby Jarosław Kaczyński potrafił tak na to systemowo i trzeźwo spojrzeć. Po raz pierwszy od lat widzimy szefa partii zachowującego się jak po knock downie. Jego wypowiedzi, wywiady wskazują, że nie zrozumiał lub nie przyjmuje do wiadomości, że porażka jest jego zasługą – i na nim spoczywa odpowiedzialność za zmiany i podtrzymanie partii. Kaczyński najwyraźniej nie kalkulował oddania władzy. Kaczyński nie zdaje sobie sprawy do końca i nie potrafi wyciągnąć z tego trzeźwych wniosków, że przegrał, dlatego że zmobilizował przeciwko sobie ogromny elektorat negatywny, wielkomiejski i inteligencki. I że drogą do wzmocnienia jego partii nie jest w dalszym ciągu kierowanie oferty w stronę „pokrzywdzonych i odrzuconych”, lecz próba pozyskania właśnie tego elektoratu, który głosował na Platformę Obywatelską i Lewicę i Demokratów. A można tego dokonać jedynie poprzez zmianę wizerunku partii, nowy program – i to, w czym Kaczyński jest najmocniejszy – stworzenie nowego modelu działania, nowej socjotechniki. Tylko czy potrafi to zrobić?
Prawo i Sprawiedliwość to prywatny projekt Jarosława Kaczyńskiego, który utorował mu drogę do premierostwa i prezydentury brata i zapewnił krótkie, dwuletnie panowanie. Rządowe. To projekt marketingowy, który dał mu dostęp do władzy – ale już nie pozwolił na jej utrzymanie. I problemem Kaczyńskiego jest to, że to jest człowiek, który nie potrafi ani pracować w zespole, ani adaptować innych praktyk niż te, które sam skonstruował. Kaczyński umiejętnie, ale ze szkodą dla kultury politycznej i dla państwa zaadaptował tak zwane przystawki – Samoobronę i LPR. Przejął elektorat tych partii – populistyczny i ksenofobiczny, na pewno nie konserwatywny i prawicowy. Dlatego trudno PiS nazwać partią prawicy. Prawo i Sprawiedliwość to partia socjalno-ludowa. Przy konsumowaniu przystawek, retoryka i metody działania PiS przesuwały się w stronę radykalizmu społecznego i socjalnego oraz populizmu. Przyniosło to skutek taki, że, oczywiście – elektorat LPR i Samoobrony został przejęty – natomiast elektorat wielkomiejski, inteligencki i młodzież – skutecznie odepchnięto. Na jednym z wieców przedwyborczych Kaczyński wprost powiedział, że PiS nie jest partią elit, lecz zwykłych ludzi. Czy Kaczyński potrafi odejść od tej linii, czy potrafi poszerzyć bazę społeczną swojej partii i także otworzyć się na inne środowiska polityczne? Raczej, jak wskazują ostatnie dni, jest wprost przeciwnie. Trzej wiceprezesi PiS: Ludwik Dorn, Kazimierz M. Ujazdowski i Paweł Zalewski złożyli na ręce prezesa memoriał dotyczący zmian w partii, bardziej demokratycznego zarządzania organizacją, czyli reformy wewnętrznej, która miała wprowadzić w partii świeży oddech. Został on brutalnie odrzucony – ku uciesze tak zwanego „twardego jądra” partyjnego, składającego się z wiernych, ale nie najbardziej lotnych, działaczy dawnego PC, którzy od 1993 roku odbyli z Jarosławem Kaczyńskim „długi marsz”. Odrzucenie projektu trzech wiceszefów partii będzie w dłuższej perspektywie kosztowne dla PiS-u i dla samego Kaczyńskiego. Wizerunek partii ulegnie znacznemu zawężeniu, a te środowiska, na których partii powinno zależeć najbardziej, dostaną czytelny sygnał, że nie mają co liczyć na przemianę. Ostatnie trzy dni, wywiady prasowe, radiowe i konferencje wskazują, że pękniecie jest dużo poważniejsze, że nie są to tylko sprawy personalne. Jest to wprost sprawa doktrynalna, rozgrywka, jaką partią ma być Prawo i Sprawiedliwość. Czy w partii mają się liczyć ludzie analityczni, wykształceni, niezależnie myślący – czy miernoty, gotowe bezkrytycznie realizować program wodza – aż do ostatecznego upadku. Dorn i jego koledzy zakwestionowali po raz pierwszy otwarcie fuhrerprinzip Jarosława Kaczyńskiego. Zburzyli mit integralności partii polegającej na sparafrazowanym starym haśle Majakowskiego – „mówisz partia – myślisz… Kaczyński”. Prezes Kaczyński swoim zachowaniem dał sygnał w dół partii, że o tym, kto i co ma do powiedzenia w partii, decyduje on i tylko on. Wszystkie „farmazony” Gosiewskiego, Lipińskiego czy Brudzińskiego o demokracji wewnątrzpartyjnej obalił zresztą sam Jarosław Kaczyński, wyraźnie mówiąc w wywiadzie dla „Sygnałów dnia” w środowy poranek, że od czasu wyborów w 2005 roku Rada Polityczna partii była tylko dodatkiem do jego decyzji. Kaczyński tym jednym ruchem zamknął partię. Nie może już liczyć na powrót takich ludzi, jak grupa Marka Jurka czy na bliższe kontakty i szczerą współpracę ze środowiskiem Artura Balazsa. Oni wiedzą, że wchodząc do Prawa i Sprawiedliwości utraciliby resztki politycznego znaczenia i podmiotowości. Partią będzie rządził tylko Jarosław Kaczyński z grupą wiernych akolitów. A o klasie takich ludzi, jak Kuchciński, Gosiewski, Brudziński, Cymański, Karski wszyscy zdążyli się już przekonać. Jeżeli w ciągu kilku dni nie nastąpi ochłonięcie Jarosława Kaczyńskiego i wyciągnięcie reki do trzech byłych już wiceszefów, a jak wywiad w „Fakcie” wskazuje, nie należy na to liczyć, to PiS może w ciągu krótkiego czasu spaść w sondażach poniżej progu 15%, co może być barierą psychologiczną.
Kaczyński, przegrywając władzę i swój projekt tak zwanej IV RP – przegrał dużo więcej, niż wydaje się to z czystego wyniku wyborczego. Kaczyński zniszczył swój mit nieomylności, zniszczył swoją charyzmę, już nie jest postrzegany jako genialny strateg, myślący o dwa albo i trzy kroki dalej niż jego przeciwnicy. I jeszcze więcej – zawiódł tysiące ludzi, którzy związali się z PiS-em jako partią władzy. Oni zostaną pozbawieni stanowisk, synekur i do tego, właśnie ze względu na olbrzymi elektorat negatywny i sposób prowadzenia polityki przez Jarosława Kaczyńskiego, zostaną poddani pewnemu, krótkiemu, ostracyzmowi społecznemu, głównie właśnie w środowiskach inteligenckich i młodzieżowych. Kaczyński, prowadząc przez najbliższe lata politykę konfrontacji, awanturniczej opozycji, negacji wszystkich działań rządu i obstrukcji parlamentarnej, doprowadzi do następnej klęski – do tego, że jego brat nie otrzyma reelekcji na fotel prezydenta państwa. I nic się z tego powodu nie stanie. Kaczyński nie umie, nie potrafi przyznać się do błędów – co za tym idzie – nie wyciągnie wniosków z porażki. Jarosław Kaczyński (i jego milczący brat) obwiniają wszystkich o „bezprzykładne ataki”, o nieprzychylność mediów, o to, że społeczeństwo poszło do wyborów… brak klasy, brak godnego przyjęcia porażki jest, mówiąc ich językiem, porażający. Sprawy z Radosławem Sikorskim, straszenie aneksem raportu Macierewicza – wzbudzają już tylko politowanie i przyjmowane są jako kolejna odsłona znanego spektaklu – wiem coś strasznego, ale nie powiem, bo jest to tak straszne… a potem okazuje się, że są to… mokre kapiszony. Lech Kaczyński z kolei zrobił z siebie i urzędu pośmiewisko. Jego milczenie i obrażanie się na Donalda Tuska – a tak naprawdę na obywateli – było żenujące i trywialne. Obrażanie się na wynik demokratycznych wyborów, na to, że ludzie przy urnach odważyli się powiedzieć prawdę – było dla niego podstawą, aby zamknąć się w Pałacu Namiestnikowskim na całe 10 dni. Dobrze, że w czas ochłonął, ale jego milczenie w Sejmie i przemówienie w Senacie wskazują, że idzie drogą wyznaczoną przez swego brata. Na swoją zgubę. Nie zapomnijmy także jeszcze o jednej sprawie – Donald Tusk tuż przed wyborami obiecał, że rozliczy sprawy działalności służb specjalnych, CBA, ABW, a także prokuratury z czasów rządu Jarosława Kaczyńskiego. Może to być spektakl pełen niespodzianek, dla byłego szefa rządu, jego ministrów – być może zakończony na sali sądowej – i to nie tylko przed Trybunałem Stanu. Jarosław Kaczyński może do władzy wrócić tylko w dwóch przypadkach – kiedy rząd Tuska skompromituje się całkowicie lub kiedy nastąpi całkowite tąpnięcie w gospodarce światowej, co będzie rzutowało na Polskę. Wtedy nastroje populistyczne i izolacjonistyczne znów by wzięły górę i tylko na tej fali Prawo i Sprawiedliwość mogłoby wrócić do władzy. Ale jest to tak prawdopodobne jak to, że Lech Kaczyński i Lech Wałęsa zostaną przyjaciółmi. Jarosław Kaczyński i jego IV RP to czas przeszły - dokonany – i zostanie zapisany na kartach historii petitem.










