Aktualności / Polska
PiS wraca do władzy!!!
Artykuł był czytany 1101 razyPartia, która wydawała się pokonana raz na zawsze, która miała już nigdy nie wrócić do władzy, znalazła potężnego sojusznika, a właściwie sojuszniczkę, która za wszelką cenę stara się ulokować ją z powrotem na szczycie. PiS jest wspierany przez ideologię feministyczną!!!
Ale zacznijmy od początku. Prawdą wręcz objawioną jest, że kobiet jest w polityce za mało (za mało do czego?), że kobiet w polityce potrzeba więcej, że kobiety w polityce są potrzebne, że kobiety wprowadziłyby do polityki nową jakość (tzn. jaką?), że kobiety wprowadziłyby do polityki nową wrażliwość… ufff… bla, bla, bla itd. Innymi słowy, że kobiety w polityce są towarem deficytowym. Gdyby wierzyć słowom posłanek i posłów stanowią one cenne i poszukiwane zasoby ludzkie wszelkich partii.
Nic zatem dziwnego, że kierownictwo SLD przyjęło już parytet kandydatek na kolejne wybory parlamentarne w wysokości 50%, mimo jedynie 30% liczebności kobiet w szeregach tej partii, czyli uczyniło to, dyskryminując swoich męskich członków, którzy teraz posiadać będą dwuipółkrotnie mniejszą niż członkinie szansę znalezienia się na listach wyborczych Sojuszu. Nic dziwnego, bo w końcu czego się nie robi, aby pozyskać tak cenne kandydatki? Czyż nie można posunąć się do dyskryminacji płciowej, jeżeli dzięki niej partia może stać się skuteczniejsza, a na jej barkach wyznawany przez tę partię Postęp może uczynić kolejne parę kroków…? Podobnie uczyniła Platforma Obywatelska, która również ustanowiła 34%-owy parytet kandydatek na swoich listach wyborczych w przyszłych wyborach parlamentarnych.
Na tym jednak koniec podobieństw między tymi partiami. Bo o ile PO zachowuje się spójnie, zwiększając znaczenie kobiet w swoich szeregach, ale jednocześnie nie zmuszając innych partii do korzystania z tego pomysłu, o tyle SLD, czyniąc wręcz przeciwnie, jest fałszywe. Pełne frazesów o doskonałej przydatności kobiet do polityki, jednocześnie nie tylko nie stara się ze swojego „genialnego” pomysłu zwiększenia udziału kobiet w polityce czerpać korzyści, lecz wręcz zacietrzewia się, aby nim zarazić innych. Ileż to razy politycy oskarżali się o kradzież najdrobniejszych punktów programów partyjnych… A tu nagle takiego genialnego pomysłu, jaki ma SLD, miałoby ono nie tylko nie bronić przed kradzieżą ale wręcz narzucać go innym…?
A moje postępowe marzenia już miały się ziścić. Tajna broń postępu, kobiety w polityce, miała zostać rozdystrybuowana między partie zgodnie z postępowością poszczególnych z nich, najwięcej postępowcom, średnio umiarkowanym i najmniej konserwatystom… Bezbronny PiS, pozbawiony kobiecego wunderwaffe, miał ostatecznie polec w starciu z SLD i w mniejszym stopniu z PO. Najwięcej natomiast miała zyskać jedna z najwspanialszych partii w kraju, Partia Kobiet, która jako jedyna w pełni skorzystała z tego leżącego odłogiem zasobu, jakim są uzdolnienia polityczne kobiet…
Niestety SLD i, co ciekawe, Partia Kobiet, która za sprawą nakazu stosowania parytetu płciowego musiałaby się pozbyć połowy owego niedocenianego i leżącego odłogiem zasobu politycznego, jakim są kobiety, upierają się jednak, aby dać PiSowi szansę czy wręcz pewność wygranej w przyszłych wyborach. Za sprawą ustawowego przymusu stosowania parytetu płciowego przez partie parlamentarne, dotąd patriarchalny i szowinistyczny PiS, otwarłby się na ów zbawienny napływ kobiet do kierowniczych organów tej partii… Czemu jednak tak miałoby się stać…? Czemu musi się tak stać? Posiadam co do tego swoje podejrzenia.
Na lewicy za przymusowością parytetów optują najbardziej feministki. To każe mi podejrzewać spiskowe porozumienie feministek z władzami PiS-u, mające na celu niechybne przewrócenie tej partii do władzy. Skąd miałoby się takie porozumienie wziąć…? A któż to może wiedzieć?! W końcu to wspieranie PiS-u to pomysł feministek, a one zdają się posiadać magiczny cylinder z absurdalnymi pomysłami… Może jak wiele kobiet lubią typ gardzącego nimi macho i znalazły taki w Jarosławie Kaczyńskim, a może po prostu „ciocia” je odwiedziła…
***
A może wręcz przeciwnie… Może te najcwańsze z kobiet zdecydowały się na ruch, który miałby uratować ukochane przez nie partie postępowe, SLD i Partię Kobiet, przed zgubą. Może feminy, zdawały sobie sprawę z tego, że odsetek pań minister w rządach jest wyższy niż odsetek parlamentarzystek, mimo że te panie minister stanowią później najmniej popularnych członków rady ministrów. Może zdawały sobie sprawę, że w każdych wyborach przywódcy partyjni wystawiają na listach wyborczych większy odsetek kobiet niż odsetek ostatecznie wybieranych kandydatek (odpowiednio w 2007 23% i 19,78%, w 2005 24,5% i 20,4%, w 2001 23,2% i 20% a w 1997 16% i 13%), czyli że wyborcy są mniej przychylni kobietom niż ich szefowie partyjni. Może pamiętały, że partie posiadające największy odsetek parlamentarzystek, Samoobrona i LPR, pogrążyły się w wyborach. Może feminy, zdając sobie sprawę ze wszystkich tych faktów, chciały zapobiec popełnieniu przez SLD i (o zgrozo!) Partię Kobit błędu zbyt dużego polegania na kobietach. Aby realizować kobiece interesy SLD i Partia Kobit powinny składać się z materiału skuteczniejszego politycznie niż kobiety, mianowicie wyłącznie z mężczyzn. Trzeba było więc natychmiast zapobiec samobójczym pomysłom SLD i Partii Kobiet ściągającym do siebie tak marny polityczny materiał jak kobiety.
Tego jednak w już sprowokowanym do histerii pchania się do koryta tłumie kobiet nie dało się uczynić. Jedynym, co można było zrobić było próbowanie wyrównania szans wyborczych różnych partii poprzez wtrynienie im wszystkim równej liczby kobiet (a Partii Kobiet 50% mężczyzn, którzy by wreszcie tę partię dokądś doprowadzili). Aby więc PiS nie skorzystał na błędach partii lewicowych i Platformy należało czym prędzej zmusić go do popełnienia tego samego błędu, który popełniła Platforma i partie lewicowe, tj. do powiększenia liczby Nellych Rokit w swojej partii. Aby, i tak niski poziom dyskusji politycznej w naszym kraju, ostatecznie sprowadzić do poziomu salonu manicure.
A teraz zakończenie na poważnie. Czyż nie jest dziwne, że partie, które najwięcej krzyczą o doskonałej przydatności kobiet w polityce, najmniej starają się tę przydatność wykorzystać samemu a najbardziej starają się pomóc, nawet na siłę, wykorzystać ją swoim przeciwnikom politycznym, którym nie udostępniliby nawet najmniejszego pomysłu ze swojego programu wyborczego? Czy nie dziwi, że Partia Kobiet tak ochoczo chce dać się zmusić do wprowadzenia na swoje listy wyborcze 50% mężczyzn, byleby inni przyjęli na swoje listy jakieś dodatkowe kobiety? Cieszyć może, że PO jest przeciwne przymusowi stosowania parytetów, dzięki temu hipokrytki z SLD będą miały okazję przetestować absurdalność swojego pomysłu na skórze własnej partii. Z drugiej strony szkoda, że bez żadnego przymusu taka partia jak PO zdecydowała się na tak poważny błąd jak rezygnacja z kryterium kompetencji na rzecz kryterium płci przy wpisywaniu kandydatów i kandydatek na listy wyborcze. Cóż, przywódcy partyjni są kobietom pchającym się do polityki bardziej przychylni niż wyborcy, a PO kroczy ścieżką, która już kiedyś pogrążyła Samoobronę i LPR.
Adam Hajduk
Niniejszy artykuł rozpoczyna serię publikacji kilku autorów na temat parytetów wyborczych.
Ale zacznijmy od początku. Prawdą wręcz objawioną jest, że kobiet jest w polityce za mało (za mało do czego?), że kobiet w polityce potrzeba więcej, że kobiety w polityce są potrzebne, że kobiety wprowadziłyby do polityki nową jakość (tzn. jaką?), że kobiety wprowadziłyby do polityki nową wrażliwość… ufff… bla, bla, bla itd. Innymi słowy, że kobiety w polityce są towarem deficytowym. Gdyby wierzyć słowom posłanek i posłów stanowią one cenne i poszukiwane zasoby ludzkie wszelkich partii.
Nic zatem dziwnego, że kierownictwo SLD przyjęło już parytet kandydatek na kolejne wybory parlamentarne w wysokości 50%, mimo jedynie 30% liczebności kobiet w szeregach tej partii, czyli uczyniło to, dyskryminując swoich męskich członków, którzy teraz posiadać będą dwuipółkrotnie mniejszą niż członkinie szansę znalezienia się na listach wyborczych Sojuszu. Nic dziwnego, bo w końcu czego się nie robi, aby pozyskać tak cenne kandydatki? Czyż nie można posunąć się do dyskryminacji płciowej, jeżeli dzięki niej partia może stać się skuteczniejsza, a na jej barkach wyznawany przez tę partię Postęp może uczynić kolejne parę kroków…? Podobnie uczyniła Platforma Obywatelska, która również ustanowiła 34%-owy parytet kandydatek na swoich listach wyborczych w przyszłych wyborach parlamentarnych.
Na tym jednak koniec podobieństw między tymi partiami. Bo o ile PO zachowuje się spójnie, zwiększając znaczenie kobiet w swoich szeregach, ale jednocześnie nie zmuszając innych partii do korzystania z tego pomysłu, o tyle SLD, czyniąc wręcz przeciwnie, jest fałszywe. Pełne frazesów o doskonałej przydatności kobiet do polityki, jednocześnie nie tylko nie stara się ze swojego „genialnego” pomysłu zwiększenia udziału kobiet w polityce czerpać korzyści, lecz wręcz zacietrzewia się, aby nim zarazić innych. Ileż to razy politycy oskarżali się o kradzież najdrobniejszych punktów programów partyjnych… A tu nagle takiego genialnego pomysłu, jaki ma SLD, miałoby ono nie tylko nie bronić przed kradzieżą ale wręcz narzucać go innym…?
A moje postępowe marzenia już miały się ziścić. Tajna broń postępu, kobiety w polityce, miała zostać rozdystrybuowana między partie zgodnie z postępowością poszczególnych z nich, najwięcej postępowcom, średnio umiarkowanym i najmniej konserwatystom… Bezbronny PiS, pozbawiony kobiecego wunderwaffe, miał ostatecznie polec w starciu z SLD i w mniejszym stopniu z PO. Najwięcej natomiast miała zyskać jedna z najwspanialszych partii w kraju, Partia Kobiet, która jako jedyna w pełni skorzystała z tego leżącego odłogiem zasobu, jakim są uzdolnienia polityczne kobiet…
Niestety SLD i, co ciekawe, Partia Kobiet, która za sprawą nakazu stosowania parytetu płciowego musiałaby się pozbyć połowy owego niedocenianego i leżącego odłogiem zasobu politycznego, jakim są kobiety, upierają się jednak, aby dać PiSowi szansę czy wręcz pewność wygranej w przyszłych wyborach. Za sprawą ustawowego przymusu stosowania parytetu płciowego przez partie parlamentarne, dotąd patriarchalny i szowinistyczny PiS, otwarłby się na ów zbawienny napływ kobiet do kierowniczych organów tej partii… Czemu jednak tak miałoby się stać…? Czemu musi się tak stać? Posiadam co do tego swoje podejrzenia.
Na lewicy za przymusowością parytetów optują najbardziej feministki. To każe mi podejrzewać spiskowe porozumienie feministek z władzami PiS-u, mające na celu niechybne przewrócenie tej partii do władzy. Skąd miałoby się takie porozumienie wziąć…? A któż to może wiedzieć?! W końcu to wspieranie PiS-u to pomysł feministek, a one zdają się posiadać magiczny cylinder z absurdalnymi pomysłami… Może jak wiele kobiet lubią typ gardzącego nimi macho i znalazły taki w Jarosławie Kaczyńskim, a może po prostu „ciocia” je odwiedziła…
***
A może wręcz przeciwnie… Może te najcwańsze z kobiet zdecydowały się na ruch, który miałby uratować ukochane przez nie partie postępowe, SLD i Partię Kobiet, przed zgubą. Może feminy, zdawały sobie sprawę z tego, że odsetek pań minister w rządach jest wyższy niż odsetek parlamentarzystek, mimo że te panie minister stanowią później najmniej popularnych członków rady ministrów. Może zdawały sobie sprawę, że w każdych wyborach przywódcy partyjni wystawiają na listach wyborczych większy odsetek kobiet niż odsetek ostatecznie wybieranych kandydatek (odpowiednio w 2007 23% i 19,78%, w 2005 24,5% i 20,4%, w 2001 23,2% i 20% a w 1997 16% i 13%), czyli że wyborcy są mniej przychylni kobietom niż ich szefowie partyjni. Może pamiętały, że partie posiadające największy odsetek parlamentarzystek, Samoobrona i LPR, pogrążyły się w wyborach. Może feminy, zdając sobie sprawę ze wszystkich tych faktów, chciały zapobiec popełnieniu przez SLD i (o zgrozo!) Partię Kobit błędu zbyt dużego polegania na kobietach. Aby realizować kobiece interesy SLD i Partia Kobit powinny składać się z materiału skuteczniejszego politycznie niż kobiety, mianowicie wyłącznie z mężczyzn. Trzeba było więc natychmiast zapobiec samobójczym pomysłom SLD i Partii Kobiet ściągającym do siebie tak marny polityczny materiał jak kobiety.
Tego jednak w już sprowokowanym do histerii pchania się do koryta tłumie kobiet nie dało się uczynić. Jedynym, co można było zrobić było próbowanie wyrównania szans wyborczych różnych partii poprzez wtrynienie im wszystkim równej liczby kobiet (a Partii Kobiet 50% mężczyzn, którzy by wreszcie tę partię dokądś doprowadzili). Aby więc PiS nie skorzystał na błędach partii lewicowych i Platformy należało czym prędzej zmusić go do popełnienia tego samego błędu, który popełniła Platforma i partie lewicowe, tj. do powiększenia liczby Nellych Rokit w swojej partii. Aby, i tak niski poziom dyskusji politycznej w naszym kraju, ostatecznie sprowadzić do poziomu salonu manicure.
A teraz zakończenie na poważnie. Czyż nie jest dziwne, że partie, które najwięcej krzyczą o doskonałej przydatności kobiet w polityce, najmniej starają się tę przydatność wykorzystać samemu a najbardziej starają się pomóc, nawet na siłę, wykorzystać ją swoim przeciwnikom politycznym, którym nie udostępniliby nawet najmniejszego pomysłu ze swojego programu wyborczego? Czy nie dziwi, że Partia Kobiet tak ochoczo chce dać się zmusić do wprowadzenia na swoje listy wyborcze 50% mężczyzn, byleby inni przyjęli na swoje listy jakieś dodatkowe kobiety? Cieszyć może, że PO jest przeciwne przymusowi stosowania parytetów, dzięki temu hipokrytki z SLD będą miały okazję przetestować absurdalność swojego pomysłu na skórze własnej partii. Z drugiej strony szkoda, że bez żadnego przymusu taka partia jak PO zdecydowała się na tak poważny błąd jak rezygnacja z kryterium kompetencji na rzecz kryterium płci przy wpisywaniu kandydatów i kandydatek na listy wyborcze. Cóż, przywódcy partyjni są kobietom pchającym się do polityki bardziej przychylni niż wyborcy, a PO kroczy ścieżką, która już kiedyś pogrążyła Samoobronę i LPR.
Adam Hajduk
Niniejszy artykuł rozpoczyna serię publikacji kilku autorów na temat parytetów wyborczych.
Dodaj Komentarz
RSS komentarzyKomentarze: 1
Bardzo dobry artykuł. Zgadzam się w pełni, a parytety nawet na listach wyborczych to jakaś straszliwa pomyłka. Nie mówiąc już o próbach wprowadzenia parytetów w parlamencie.
















