iThink.pl - dziennikarstwo i publicystyka

Menu

Logowanie/Rejestracja

[?] Rejestracja
Logo

Kategorie

Dodaj Artykuł

Artykuł

Aktualności / Polska
+ - 0

Zapalony kibic w służbie zdrowia

08 10 2008 Marcin Bor.(owicz) Artykuł był czytany 3243 razy
Źródło: getty
Źródło: getty

Kiedy zaczynają się jakiekolwiek mistrzostwa w piłce nożnej przeciętnego zdrowego mężczyznę ogarnia stan amoku. Interesuje go tylko jedno: wyniki, składy, piękne akcje i efektowne gole. Do tego stopnia rozpala go magia tego osobliwego sportu...

  • Komentuj
  • Wyślij do znajomego
  • Drukuj artykuł
  • Wersja do łatwego czytania
  • Dodaj do ulubionych
w którym 22 spoconych facetów w krótkich spodenkach ugania się po boisku za piłką, że gotów jest on prawie "umrzeć" dla futbolu.

SAMOBÓJCZY SPALONY
Na boisku Czesi toczą wyrównany bój z Turkami. Ja toczę walkę ze swoim żołądkiem, który stanowczo domaga się spóźnionej kolacji dla kibica. Od obiadu nie miałem nic w ustach, tylko śledziłem w telewizji mecze i wszystko, co związane z EURO. Także teraz nie sposób oderwać się od telewizora.
Mecz toczy się w szybkim tempie. Ciekawe akcje, efektowne parady. Emocje sięgają zenitu, kiedy Turcy wyrównują stan meczu na 2:2, choć jeszcze chwilę temu to Czesi prowadzili 2:0. To jest ten moment, kiedy muszę szybko wrzucić coś na ruszt. Albo za chwilę opadnę z sił jak bramkarz Petr Czech, który leży na boisku załamany po swym fatalnym kiksie.
Wpadam błyskawiczne do kuchni, stawiam wodę na herbatę i z szybkością światła zaczynam przygotować kanapki. Ciągle jednak kątem oka zerkam w stronę telewizora w pokoju obok. Pod polem karnym Czechów znów robi się gorąco, kiedy piłka mija o kilka centymetrów ich bramkę. Rzut rożny, przepychanka w polu bramkowym i główka. Czech tym razem broni. Wrzucam kanapki na talerz, została jeszcze tylko herbatka. Obracam się gwałtownie tyłem do kuchenki, sięgam po kubek i czuję, jak fala gorąca błyskawicznie ogarnia moje plecy. Komentator coś wykrzykuje podekscytowany. Turcy na spalonym? Tego nie jestem już w stanie zobaczyć. Chwila nieuwagi, jeden fałszywy ruch plus zbyt duży płomień palnika i tył mojej koszulki zajmuje się ogniem od kuchenki. Zaczynam na plecach płonąć niczym żywa pochodnia. Przez ścianę słyszę, że sędzia jednak odgwizduje jakiegoś spalonego. Pewnie mojego. Z krzykiem rzucam się do łazienki pod prysznic, zanim na kolację będzie tylko jajecznica na przysmażonym boczku plus grzanki: Gore, goRE, GOOOL!

CZERWONA KARTKA DLA KARETKI
Pogotowie przy ulicy Traugutta we Wrocławiu to prawdziwa szkoła przetrwania dla cierpiącego pacjenta sponsorowanego przez NFZ. Tu spotyka się prawie wszystkich, którzy na terenie miasta łamią kończyny, krwawią z ran kłutych i ciętych, urywają członki lub mają bóle wszelkiej maści, na które sami znaleźli skutecznej maści (bądź nie stać ich na osobistego znachora). Tu trafiam i ja po szalonej jeździe taksówką, gdyż pod telefonem 999 oczywiście nie obsługuje się przypadków zapalonych fanów piłkarskich. Pani po drugiej stronie słuchawki doradza mi, że skoro nogi mam całe, to mogę sobie podejść na pogotowie. I przecież przy okazji schłodzę się nieco.
Jedno jest pewne. W izbie przyjęć na Traugutta można umrzeć z bólu za nim Cię obsłużą, ale za to nie da się umrzeć z nudów, obserwując jak jeden jedyny lekarz na wieczornym dyżurze próbuje rozładować korek z poszkodowanych. Czekam grzecznie w kolejce "innych wypadków" prawie godzinę, żeby się dowiedzieć, że moje poparzenie należało zgłosić na ostrym dyżurze w klinice na Skłodowskiej.
- Nic na to nie poradzę - lekarz bezradnie rozkłada ręce – Taki układ. Poza tym nie mam narzędzi i specjalistycznych bandaży. - nawet opatrunku nie założy.
W takiej chwili chciałoby się zerknąć na pasek wypłaty i zobaczyć, ile to co miesiąc potrącają na składkę zdrowotną za taką przyjemność. Albo wyciągnąć i pokazać panu czerwoną kartkę, skoro moje czerwone plecy nie robią aż takiego wrażenia.

KONTUZJA CZYLI SCHODZĘ Z BOISKA
Kiedy przybywam na ostry dyżur do szpitala klinicznego, wszystko wydaje sie pozornie proste. Oprócz jednej osoby nie ma nikogo innego. Wystarczy wejść do gabinetu zabiegowego, opatrzyć rany i wrócić do domu, żeby obejrzeć noce skróty meczów. Niestety, mam dziś wyjątkowego pecha. Właśnie przywieźli jakąś ofiarę wypadku samochodowego, a zaraz za nią pobitego bezdomnego z dworca. Pojawia się policja, następuje spisywanie zeznań na korytarzu, dyskusje, ustalenia. Czekam kolejne pół godziny i mam ochotę wyć. Żeby nie oszaleć z bólu, staram się odwrócić swoją uwagę od grilla na moich plecach i przypominam sobie najciekawsze fragmenty z oglądanych meczy. Niestety przy okazji przypominam sobie występy naszej drużyny narodowej i czuję, że znów płonę. Ze wstydu. Mijają z dwie godziny, aż ktoś łaskawie się mną zainteresuje. Wreszcie ląduję na stole, dostaję jakiś zastrzyk oraz zakładają mi prowizoryczny opatrunek. Diagnoza nie pozostawia złudzeń. Kontuzja jest poważniejsza niż sądziłem. Oparzenie II stopnia, fragmenty syntetycznej koszulki "Made in China" wtopiły się aż pod naskórek. Trzeba będzie zrywać starą tapetę. Plan na najbliższe dwa tygodnie przedstawia się tak: szpital, wygodne łóżko, ekskluzywne wyżywienie i dobrze opłacane pielęgniarki, które nie uciekły za chlebem za granicę. Na razie dostaję pasiastą piżamę niepierwszej młodości, robią mi zdjęcie rentgenowskie do kartoteki i ląduję na oddziale pod fachową opieką. Od momentu wypadku do tej długo oczekiwanej chwili ulgi mija ponad 3 godziny. Całe szczęście, że nie urwało mi ręki podczas miksowania bitej śmietany.

ZAKLINOWANY W KLINICE
Super nowoczesny szpital kliniczny przy ulicy Skłodowskiej to w głównej mierze zestaw przedwojennych ceglanych budynków. Sala na której mam przyjemność leżakowania, kojarzy się z lazaretem z czasów I wojny światowej. Z tą różnicą, że ktoś wstawił cztery zdezelowane łóżka z lat 70-tych zeszłego wieku, wstawił jedno nieco nowsze urządzenie, które robi "ping" i uzupełnił całość bardzo nowoczesnym telewizorem marki Daewoo. Za dwa złote będzie można obejrzeć w nim pół meczu i bełkot naszych ekspertów w przerwie między obiema połowami. Pierwsza noc na oddziale to prawdziwa katorga. Najgorsze jest leżenie na brzuchu. To jedyna pozycja, w której mogę spocząć. Plecy pieką niemiłosiernie, gorączka rozpala resztę ciała. Piec hutniczy przy mnie to maleńki grzejniczek. Pół żywy i kompletnie odwodniony doczekuję w takiej pozycji do porannej wizytacji. Formalnie opiekuje się mną światowej klasy lekarz z Akademii Medycznej pan Prof. Doc. Hab. Ordynator. Tak przynajmniej wynika z karty. Przez cały okres pobytu widzę go tylko raz, gdy podczas obchodu razem z studentami I roku przemyka jak błyskawica pośród pacjentów.
"Tak wygląda szpital, jeślibyście chcieli kiedyś pracować w takim miejscu" – pewnie wyjaśnia swoim podopiecznym, potencjalnym kandydatom na współczesnego doktora Judyma w państwowym szpitalu.
Na co dzień zajmuje się mną doktor N., który przybył tu aż z Czarnego Lądu, aby zobaczyć w naszym kraju cywilizowaną medycynę o wysokim stopniu rozwoju. Już pierwszego dnia zaleca mi, abym sam sobie kupił parę potrzebnych leków, bo inaczej będzie krucho. Dobrze, że choć basen dostałem gratis.

KROPOLÓWKA JEST DOBRA NA WSZYSTKO
Nadchodzi czas na pierwszy porządny opatrunek. Najpierw trzeba będzie jednak zedrzeć przypalony i martwy naskórek. Siostra Basia zaprasza na stół zabiegowy.
- Niech Pan nie pęka. Doktor jest dobry w te klocki.
Pan Doktor zakłada gumowe rękawiczki, namacza wacik w spirytusie i zaczyna dezynfekcję rany. Na żywca. Jak w średniowieczu. Wcześniej nie byłem w stanie wyobrazić sobie bólu, jaki może towarzyszyć takiemu zabiegowi. Nawet borowanie u dentysty to sama czysta przyjemność. Teraz czuję, że dłużej nie utrzymam języka za zębami. W czasach Świętej Inkwizycji przyznałbym się do wszystkich grzechów i jeszcze wsypałbym Papieża. Teraz mam ochotę wyśpiewać cała arię Jontka z Halki. Doktor N. doradza mi zakup specjalnych bandaży na oparzenia, bo oczywiście ich nie ma na stanie. Pewnie dlatego są specjalne, że nadają się również do kneblowania pacjentów o operowych zapędach podczas zabiegów.
Kiedy wieczorem zbliża się pora na zmianę opatrunku, to nawet ciarki ze strachu nie chcą mi przejść po plecach, bo w sumie już nie mają po czym przechodzić. Wacik, spirytusik, sadomacho. Moje przypalone plecy przypominają ziemniaki na placki ścierane na tarce. Gdybym miał pod ręką ampułkę z morfiną, bez otwierania rozgryzłbym ją i połknął. W nocy biorę na litość dyżurną pielęgniarkę i błagam o podwójną dawkę czegoś na sen, bo inaczej zacznę wyć do księżyca. Dostaję złoty strzał siostry Basi i śpię jak zabity do południa. Nawet nie pytam się mojej Sister of Mercy, z czego zmajstrowała tę miksturę. Ale NFZ pewnie dopisze tą przyjemność do mojego rachunku i odbije sobie ją oszczędzając na czymś innym. Na przykład na jakimś powiatowym szpitalu przeznaczonym do likwidacji. Prawo dżungli.
Za to codziennie, bez proszenia, jestem dopinany do stacji paliw czyli kroplówki. Po kilku dniach jestem już tak pokłuty niczym jakiś narkoman z okolic dworca PKP. Brakuje świeżych miejsc na nowe podłączenia. Pompują we mnie, ile tylko wlezie. Z tego powodu mam już zatory. Jedna z kroplówek powoduje powstanie wielkiej "buły" na moim przedramieniu. Ze zdumieniem obserwuję błyskawiczne powstawanie nowego mięśnia. Siostra Basia musi interweniować zanim upodobnię się do Pudzianowskiego dzięki kolejnej dawce dożylnych odżywek.

RZUT WOLNY WEDŁUG PANA STEFANA
Żebym miło spędzał czas i kurował się w komfortowych warunkach, obok mnie dostawiają pacjenta w końcowym stadium choroby nowotworowej. Akurat na onkologii zabrakło miejsc. Rodzina podczas odwiedzin strasznie rozpacza. Paradoksalnie poprawia mi to samopoczucie. Zawsze mogło być ze mną gorzej. A tak, co najwyżej nie będę się opalał na plaży przez najbliższych parę lat.
Na szczęście rekonwalescencja przebiega, na tyle dobrze, że w tzw. międzyczasie mogę pooglądać na spokojnie parę meczów w towarzystwie panów w zaawansowanym wieku z usuniętymi kamieniami żółciowymi oraz z sfastrygowanymi jelitami. Usłyszę kilka dobrych rad z cyklu, co za parę lat będzie mnie czekało, jeśli nie będę codziennie jeść warzyw i owoców. Oraz uprawiał sportu. Pan Stefan (lat 62) mówi tak:
- Trzeba być w formie. Pamiętaj Pan, kiedyś coś Panu padnie w najmniej oczekiwanym momencie. Kurowałem się na nerki sanatorium i jednego wieczoru obracałem w pokoju niezłą babeczkę z Łodzi, kiedy to dziadostwo w środku się posypało. Miał być szybki rzut wolny bezpośredni i piękny gol - pada piłkarskie porównanie. - A tu nagle taka kontuzja! Kobita rozpalona, a ja na jałowym biegu. No kurna nie mogę strzelać. Trzeba było prowizorycznie zszywać zawór. A potem szpital.
Wniosek nasuwa się sam. Sanatorium koedukacyjne nie służy powrotowi do zdrowia.
Pan Stefan wierzy, że to Portugalia zostanie mistrzem i ciągle w tej kwestii spiera się z Panem Jankiem (lat 58).
- Na cyckach to może się znasz! Ale nie na piłce. Niemcy i tak wygrają! Jak byłem młody, to też tak kopałem wolne jak Ballack. Gdyby nie uraz biodra, grałbym w reprezentacji - i pan Jan zaczyna ściągać gacie, żeby się pochwalić bliznami zdobytymi na boiskach świata. Całe szczęście, że salowa czuwa na posterunku.
- Panie Janie. Jak się pan będzie tak wypinał, to dostanie pan drugą kroplówkę w otwór i będzie obieg zamknięty.
Pan Jan się uspokaja i zrzucamy się po złotówce na następny mecz. Jednym uchem słucham rozważań obu panów na temat bólów korzonkowych na tle burzliwych wydarzeń w meczu Francja-Włochy.
Po meczu obowiązkowa kontrola opatrunku. Zaczynam to lubić. Zwłaszcza Złoty Strzał Siostry Basi. Biorę już przed, po a nawet i w nocy.
Pan Stefan przed snem usiłuje jeszcze podjąć temat hemoroidów, ale ja w tym czasie jestem już w łaźni i tracę wyjątkową szansę na włączenie się do tej wielce fascynującej dyskusji. Mam ważniejsze problemy na głowie. Usiłuję wziąć prysznic tak, aby nie umyć sobie przypadkiem świeżo zdezynfekowanych pleców i nie zmyć bandaży. Nie jest to łatwe w pojedynkę. Nie jest to łatwe w kabinie prysznicowej pamiętającej czasy bratniej przyjaźni narodów socjalistycznych.

NIE BĄDŹ TAKI PRZYGASZONY
Jak tylko już mogę, w ramach rozprostowania kości, wychodzę na spacery na zewnątrz budynku. Zwykle okrążam dziedziniec z pięknym widokiem na spalarnię i komin, w którym kremują resztki tego, "co nie dało już rady". Takie sympatyczne i optymistyczne miejsce, przy którym nie sposób zagrzać dłużej miejsca. Głównie ze względu na zapach.
- Nie bądź taki przygaszony chłopie - na szczęście można liczyć na przyjaciół, którzy towarzyszą mi na spacerniaku.
Przy okazji docinają mi ile tylko wlezie, kiedy słyszą, w jaki to sposób można opalić sobie plecy bez wychodzenia na słońce. Wspólnie ustalamy, że oficjalna wersja "dla prasy" głosi, iż heroicznie ratowałem małego kotka z pożaru.
- I tak u mnie w bloku jestem już spalony - czarny humor także i mnie się udziela.
- Musisz mieć plecy, żeby wrócić do gry - docinkom nie ma końca.
- W sumie to nawet dobrze. Odpocznę sobie. Wcale się nie palę, żeby szybko wracać do pracy. Ostatnio byłem jakiś taki wypalony.
Idziemy do kiosku spożywczego, gdzie uzupełniam braki wyżywieniowe, kupując parę słodkich bułek, dwa banany i paluszki. Przez pierwsze dwa dni pobytu na oddziale prawie nie tykam jedzenia serwowanego przez kuchnie szpitalną. Nie mam siły i ochoty. Kiedy wraca mi apetyt oraz smak, ledwo, co przełykam szpitalne specjały i o mało co znów nie tracę apetytu. Za 9 zł dziennej stawki żywieniowej można zdziałać kulinarne cuda. Dla własnego zdrowia, dożywiam się więc w kiosku.

DOGRYWKA
W ten oto sposób, tak miło i przyjemnie, mija mi dziesięć dni intensywnej terapii. Kroplówka, świeży opatrunek, jakiś mecz albo dyskusja o cewnikowaniu i leżakowanie. Brzuch mam prawie wciśnięty do środka. Po serii zbiegów obdzierania ze skóry, konsylium naukowe wreszcie ustala, że mogę wrócić do domu na dalszą rekonwalescencję. NFZ oddycha pewnie z ulgą. Pacjent spławiony, kasa zaoszczędzona. Ja oddycham także swobodniej. Półfinały obejrzę więc już w domu. Oczywiście z dala od kuchenki. I bez widoku blizn pana Janka. Stawiam się u siostry dyżurnej. Następuje tradycyjna wymiana koszulek. Zwracam przepoconą piżamę. W zamian oddają mi koszulę, w której tu przybyłem. Ciągle czuć zapach spalenizny. Jeszcze tylko tradycyjna formułka, że wypisu i wszystkich papierów nie dostanę dziś od ręki, tylko później i mogę już wyjść na słońce. Żyję. Ale co to za życie, kiedy nawet po plecach nie można się porządnie podrapać.
Dobrze, że już niedługo kolejnie mistrzostwa. Jeszcze piękniejsze akcje, efektowniejsze gole. Znów będzie gorąco. Do tego czasu spokojnie wyleczę kontuzję, żeby być w formie. Choć czeka mnie jeszcze dogrywka. Będę musiał stawić się na kontrolne badanie u Doktora N. Może nawet niejedno. Na szczęście Złoty Strzał Siostry Basi wynagrodzi wszystkie cierpienia zapalonego kibica.




+ - 0

Artykuł został pozytywnie zrecenzowany przez:

Tomasz Albecki

Dodaj Komentarz

Zaloguj się aby komentować. Jeśli nie masz jeszcze konta, zapraszamy do rejestracji.

RSS komentarzy

Komentarze: 1

1. Marcin | 14:39 01-10-2009

Że tak się pochwalę, tekst "Zapalony kibic..." zdobył wyróżnienie w II edycji konkursu im. J.Cyperlinga na Najlepszy Reportaż w Roku Akademickim 2008/2009:

http://www.wsp.lodz.pl/news-226.html