iThink.pl - dziennikarstwo i publicystyka

Menu

Logowanie/Rejestracja

[?] Rejestracja
Logo

Kategorie

Dodaj Artykuł

Artykuł

Aktualności / Pozostałe
+ - 16

Jak otwierałem fabrykę LG, czyli Great Company Great People

10 07 2007 Marcin Bor.(owicz) Artykuł był czytany 187956 razy
Źródło: LG
Źródło: LG

Kiedy rozpocząłem swoją „wielką” przygodę z azjatycką kulturą pracy w jednej z koreańskich firm grupy LG budujących swą fabrykę pod Wrocławiem, fabryki jeszcze nie było, ale rosła jak na drożdżach. Kiedy kończyłem pracę, okazało się...

  • Komentuj
  • Wyślij do znajomego
  • Drukuj artykuł
  • Wersja do łatwego czytania
  • Dodaj do ulubionych

DZIESIĘCIOPROCENTOWY INŻYNIER
Dzięki olbrzymiemu wysiłkowi pod koniec września rusza produkcja telewizorów. U nas jest z tym problem. Bo, po pierwsze telewizor składa się z kilkudziesięciu części, a lodówka z kilkuset. Po drugie poddostawcy części na bazie koreańskich rysunków technicznych wykonują coś, co w ogóle nie da się zastosować. I tu się trudno dziwić. Zdzisiek odpowiedzialny za rysunki sam ledwo co rozpoznaje, co na nich jest.
- To jakieś chore jest – denerwuje się Zdzisiek, który całymi dniami usiłuje zapanować na dokumentacją i zrozumieć, co jest zatwierdzone przez Koreańczyków, a co nie. I co to oznacza....
A wreszcie, po trzecie, ciągle opóźnia się budowa naszej fabryki lodówek. Za to tworzymy mnóstwo prezentacji, na których pokazujemy, jak wkrótce będzie pięknie. Na razie więc wyręczamy w pracy dział Blue Ocean, który i tak nie ma gdzie powiesić swoich tablic. Z tym prezentacjami chodzimy do prezesa. Prezes jak to prezes. U Koreańczyków wzbudza respekt i nie jest nigdy zadowolony. I na dodatek dużo krzyczy. Kiedy idziemy na prezentację, nasz szef zachowuje się jak przerażone zwierzę, które wpadło w śmiertelną pułapkę i wie, że jego koniec będzie bliski. Na jednej z prezentacji, Aleksander po dwóch dniach owocnej dwunastogodzinnej pracy i wykonania kawałka ciężkiej oraz żmudnej roboty, słyszy od niezadowolonego prezesa:
- Jesteś 10% procentowym inżynierem! Kto pracuje w tym dziale? Musisz pokonać swoją słabość! – docenia wysiłek, lata nauki i doświadczenie zawodowe Aleksandra.
Nie mam zbyt dużo okazji do kontaktu z prezesem, ale nie żałuję. Podobno mówi po angielsku, z tym, że ja go nie jestem w stanie zrozumieć. I tak jest z 90 procentami Koreańczyków, z którymi mam do czynienia.


NG ZNACZY NIE
Aby wspomóc nas w pracach z Korei przyjeżdża kolejny Mister S. Dzięki temu nasz zasób słownictwa technicznego wzbogaca się o nowe słowo - NG. To skrót od angielskiego „negative”. Tak mówimy na coś, co jest niedobre. Trzy miesiące później pola odstawcze, gdzie składuje się części nie spełniające naszych wymagań, zajmują prawie pół fabryki. NG, NG, NG.
W telewizorach wybucha pierwszy bunt niezadowolonych z pensji pracowników. I ze źle obliczonych nadgodzin oraz z tzw. azjatyckiej kultury pracy. Pracownicy liniowi demonstracyjnie opuszczają obowiązkowe nadgodziny. Kończy się przyjaźń polsko-koreańska. O ile kiedykolwiek była. Ktoś daje w pysk jednemu Koreańczykowi za to, że zbyt nachalnie szarpał go za rękaw w pracy w niedzielę z rana. Też bym jakiemuś dał. Pojawią się pierwsze próby założenia związków zawodowych. Ale za to można od razu wylecieć – zapowiada prezes.
- Jeszcze z pół roku i spadam stąd – rozmarza się Arek i jak większość w naszym dziale w wolnej chwili przegląda w Internecie portale typu pracuj.pl.
- 10 procentowy inżynier – nie może przeżyć zniewagi Aleksander.- Pierdolę i nie zostaję po godzinach. Niech sami sobie robią.
Tak łatwo to się nie uda. Nasz szef stosuje sprytną taktykę. Kiedy z rana ktoś zadaje mu zbyt trudne pytanie z cyklu „Co mamy robić z tym lub tamtym”, znika na parę godzin, zostawiając nas samych z problemem. I jakoś tak dziwnie pojawia się dopiero o godzinie 16.00, kiedy wszyscy chcą wyjść do domu.
- Aleksander dokąd idziesz? Gdzie jest nowa prezentacja i raport? – zadaje pytanie i wszystko jest jasne. I tak jest dzień w dzień.
Wszechobecne błoto i codzienny zimny deszcz w twarz zaczynają mnie coraz bardziej wkurzać. Przemykam po pracy do domu, tak by nikt mnie nie zauważył, jak wracam ubłocony od stóp do głów. Na szczęście dzień jest coraz krótszy, więc powracam taki ubłocony po zmroku. Z takim wyglądem mógłbym się położyć z puszką w przejściu na Świdnickiej i bezstresowo dorobić sobie do pensji.


PORZĄDEK MUSI BYĆ
Od początku pobytu na budowie ciągle sprzątamy. Z rana biegamy po niedokończonej hali i pucujemy miotłami posadzkę, którą zaraz potem zabrudzają budowlańcy. Gdy nie mamy kasków ochronnych, goni nas inspekcja BHP. Gdy wracamy do kontenera, z powrotem na halę gonią nas Koreańczycy.
- Najwyżej zapłacimy karę. Mamy kasę – Mister A. ma na to radę.
Dziewczyny z linii produkcyjnych sprzątają tak cały dzień, bo nie mają jeszcze za bardzo co montować. Kiedy temperatura w hali spada poniżej 15 stopni to zajęcie ma nawet sens. Przynajmniej rozgrzać się można. Zmieniam się powoli w zarządcę mioteł, których brak dotkliwie odczuwamy, bo wszyscy je sobie nawzajem podkradają.
Czara goryczy się przelewa się, gdy nasz dział ma co piątek sprzątać niedopalone pety i inne śmiecie wokół kontenera. Dusza inżyniera gotuje się nam z wściekłości. Stwierdzamy stanowczo, że nie będziemy sprzątać.
- To powoduje większe zrozumienie filozofii pracy w firmie, integrację z jej wartościami, jakimi są czystość i porządek – przekonuje Mister A. i sam dla przykładu zaczyna wybierać niedopałki z błota.
- To niech zatrudniona na etacie sprzątaczka, zasiądzie w międzyczasie na moim komputerze i zrobi odpowiednie prezentacje, żebym nie musiał siedzieć po godzinach. Może nawet szybciej uruchomimy produkcję. – akurat nie palę i nie widzę powodu, dla którego mam po kimś sprzątać pety.
Jakoś nie przekonuje nas mętne tłumaczenie Mistera A., że sprzątanie petów po prezesie i jego pobratymcach, powoduje większe zrozumienie filozofii firmy. Ostentacyjnie wracamy do baraku. A ja zastanawiam się nad stanowiskiem sprzątacza w Londynie. Z takim doświadczeniem zrobiłbym tam karierę. I te zarobki. Zastanawiam się też, ilu Polaków skusi się na powrót do Polski z takiej Wielkiej Brytanii w ramach akcji promocyjnej „Wracajcie do Wrocławia. Jest praca”.


BOB BUDOWNICZY RAZY PIĘĆ
Wraz Maćkiem dostaję ambitne nadzorowanie budowy komory klimatycznej, w której będziemy męczyć nasze lodówki, tak aby wytrzymywały ekstremalne warunki temperaturowe. Od minus trzydziestu do plus czterdziestu stopni.
Budowę komory zaczynamy oczywiście od sprzątania i umycia podłogi. Z Korei przyjeżdża pięciu specjalistów ds. budowy komór i jeden kontener, w którym mają wszystko. Od śrubki do młotka. Od latarki do suwmiarki. Od kleju do rozpuszczalnika. Oczywiście żaden z nich nie mówi po angielsku, dlatego staramy się nie przeszkadzać im w pracy. Wymiana myśli technicznej ogranicza się do prostej konwersacji:
- OK? –
- OK! –
- Good? –
- NG! –
- Why?-
- OK! -
Za to na polecenie szefa robimy dużo zdjęć, aby się jak najwięcej nauczyć. Nie za bardzo rozumiem czemu, bo przecież mamy składać i testować lodówki, a nie montować komory. Ale tu w LG z szefem się nie dyskutuje.
Kiedy specjaliści ds. komór zakładają swoje kaski i chwytają za dziwaczne koreańskie piło-wyrzynarki skrzyżowane z siekierami, przypominają pięciu Bobów Budowniczych. Kiedy po złożeniu połowy komory okazuje się, że ściany nie pasują, bo złożyli je odwrotnie, przypominają nam Sąsiadów z słynnej czeskiej animacji. I tak zostaje do końca. Wspólna burza mózgów i radosna improwizacja. Po tygodniu zaczyna brakować śrubek i trzeba uzupełniać ich zapasy w Castoramie czy innym OBI. Po dwóch tygodniach okazuje się, że specjaliści zostaną dłużej, bo muszą dostarczyć z Korei nowe urządzenia i elementy, które popsuły się w trakcie instalacji. I tak mamy lepiej. Na hali obok gigantyczne urządzenie do pianowania izolacji lodówek montują Włosi. Bordello bum, bum.


CHORA KOMORA I MYSZY
Wreszcie po wielu bojach uruchamiamy komorę. Podłączamy wysokie napięcie, uruchamiamy pompy z substancją chłodzącą. Nikt z działu utrzymania ruchu nie chce się przyznać do tego urządzenia. Zamiast odbioru technicznego nowego urządzenia, Koreańczycy rozstawiają ołtarzyk ze świnią i polewając alkoholem dokonują tradycyjnego błogosławieństwa pomyślności, tak aby komora szczęśliwie działała. BHP na całego. Specjaliści-Sąsiedzi zabierają dokumentację techniczną i zmykają do domu. Zostajemy sami z tym tajemniczym urządzeniem. A tymczasem komora ma działać 24 godziny na dobę przez cały tydzień, więc Maciek ma poważne wątpliwości, czy obroni w tym roku dyplom inżyniera. A ja mam poważnie wątpliwości, czy przeżyję obsługę tego urządzenia. I czy nie pójdę siedzieć, jeśli komuś niechcący coś się stanie na nocnej zmianie. Kiedy dwa tygodnie później z komory zaczyna coś cieknąć, a szafa sterownicza delikatnie pieści prądem przy nieostrożnym dotknięciu, wątpliwość przeradza się w pewność.
- Jakiś porządny doktor powinien zajrzeć do naszej komory i ją wyleczyć – stwierdzam.
- I przydałby się jeszcze kot, bo myszy jest tu więcej niż wyprodukowanych lodówek. Jak z głodu zaczną przegryzać przewody, będzie afera – słusznie zauważa Maciek.
Za to Sławek, nasz nowozatrudniony inspektor ds. kontroli jest szczęśliwy.
- Będę miał darmowe żarcie dla węża, którego hoduję – i zastawia pułapkę, przy ścianie komory.


ABSOLUTNY TOP 5
Niespodziewanie odwiedza nas sam szczyt managementu LG. Członek zarządu z pierwszej piątki firmy. Jeden z tych, którzy rzadko wychodzą ze swojego 100 piętrowego biurowca LG w Korei. A dokładniej z ostatniego piętra, gdzie zwykły śmiertelnik nie ma prawa wstępu. Chciałoby się wręcz rzec, że to sam „bóg” zstąpił z niebios i zaszczycił nas są obecnością. Wizyta „boga” jest ściśle tajna. Ktoś mógłby zrobić jemu krzywdę w ramach wyrażania swoich uczuć religijnych. Sam „bóg” ma na oko około metr pięćdziesiąt wzrostu, antybłotne worki foliowe na stopach i dwa gumiaki nie od pary. W dodatku oba lewe. Podobno takie dostał w Castoramie czy innym OBI. Z dumą pokazujemy naszą komorę. „Bóg” z szerokim uśmiechem podchodzi do komory i dotyka klamki od drzwi wejściowych.
- OK – słyszymy jego głos.
- OK - potwierdzamy z dumą, choć to nieprawda.
Mamy kolejne błogosławieństwo. Odpływam ze szczęścia. Przez chwilę byłem tak blisko wielkiego międzynarodowego biznesu. Będę jeszcze opowiadał o tym dzieciom, jak nie zginę porażony prądem. Albo porażony po wypłacie, z której właściwym wyliczeniem wciąż są problemy, co powoduje dalsze niepokoje wśród załogi firmy. Kiedy zapada decyzja o nowej inwestycji TOSHIBY obok naszej fabryki, wiele osób z produkcji zapowiada, że się tam przeniesie, licząc na lepszą kasę.
- Całe szczęście, że gościu nie dotknął szafy sterowniczej. Ale byłaby afera, gdyby go pierdolnęło – mówi pan Zenek, który trzaska u nas drzwiami. – Niemcy to budowali komory – dodaje zaraz ze znawstwem tematu.


KOREAŃCZYK TEŻ CZŁOWIEK
Pan Zenek to ewenement. Zgodził się potrzaskać 100 tysięcy razy drzwiami próbnie wyprodukowanej serii lodówek w ramach testowania ich wytrzymałości. W Korei jest do tego specjalne drogie urządzenie. W Polsce mamy specjalnego tymczasowego taniego pracownika tzw. czasownika. Pan Zenek ma około 50 lat, obraca się w szemranym towarzystwie i czas nam umila swymi opowieściami z innego świata.
W przerwach dowiadujemy się od niego, jak to Koreańczycy latają po wrocławskich agencjach towarzyskich, dzięki czemu lokalny seks biznes przeżywa drugi koreański boom inwestycyjny. Przynajmniej ktoś na tym zarobi. Atena czy Lajtmotiw to miejsce obowiązkowych licznych azjatyckich pielgrzymek. Zaraz na drugim miejscu po wizycie w Oświęcimiu.
- Skośnooki też człowiek. Po stresie w pracy musi zaruchać – filozoficznie stwierdza pan Zenek i trzaska kolejny tysiąc jedną ręką. Ma chłop zdrowie.
- Jak akurat nie mam baby, to dużo ćwiczę w samotności – wyjaśnia puszczając oko.
Dwa dni później przy okazji firmowego wyjścia na piwo dowiaduję się więcej na temat znaczenia agencji w życiu Koreańczyka na obczyźnie.
- Żony są do rodzenia dzieci i sprzątania – wyjaśnia po wypiciu jednego piwa Mister S. I chwiejnym krokiem podąża do ubikacji. Muszę mu pomóc, żeby się nie wywrócił.


I CO JA ROBIĘ TU?
Wizytacja top managementu przyprawia Koreańczyków o palpitację serca. Nasz prezes z tej okazji idzie do fryzjera i farbuje siwe włosy na czarno. Mordercze prezentacje wykańczają ostatnich twardzieli. A im bliżej uruchomienia linii montażowej, dyrektor produkcji Mister K. zachowuje się jak oszalały jeleń w trakcie rui. Wydaje dziwne ryki i co chwilę pokrzykuje na swoich inżynierów. Potem wpada na halę i dewastuje wstępnie zmontowaną lodówkę na oczach osłupiałych pracowników myjących linię produkcyjną.
Nie mam czasu na dalsze oglądanie postępów w przygotowaniu produkcji, bo przyjeżdża do nas kolejny Koreańczyk, aby nauczyć nas obsługi komory. Ze swą misją bywał tu i ówdzie. W Chinach, w Meksyku. Znaczy się światowiec pełną gęba.
- Macie się od niego jak najwięcej nauczyć – grozi nas szef Mister A. – On wyjedzie po miesiącu. I jak po tym czasie nie będziecie wiedzieli jak wykonywać wszystkie testy, to...
Aluzją zostaje zrozumiana. Mister P. ma wieloletnie doświadczenie i bogatą wiedzę w temacie komór i oczywiście ledwo co mówi po angielsku. Kiedy jednak wyjmuje materiały szkoleniowe po hiszpańsku, załamuję się, a Maciek wydaje z siebie się nerwowy chichot. Chichot ten od jakiegoś czasu pojawia się coraz częściej. Mamy jeszcze materiały tłumaczone z koreańskiego na nieco bardziej zrozumiały koreański-angielski, ale nie poprawia nam to zbyt samopoczucia. Dodatkowo, w ramach przygotowań do produkcji oraz z braku rąk do pracy, zostajemy rzuceni do magazynu, gdzie w pocie czoła montujemy podzespoły, z których mają powstawać lodówki.
- Koreańczycy chcieliby przenieść wolne w Boże Narodzenie na marzec, bo koliduje z ich ambitnymi planami produkcyjnymi – szepce mi do ucha Arek, szukając brakujących uszczelek. - Serio, tak słyszałem. Podobno w marcu mają jakieś swoje święta i dla ich wygody można by je połączyć z naszymi.
- To oni mają jakieś święta? – dziwię się. Przypominam sobie olbrzymie zdumienie Mistera A., gdy usłyszał, że mamy w Polsce po dwadzieścia dni urlopu i kilka długich weekendów w roku.


JAKOŚ(Ć) TO BĘDZIE
W końcu postanawiam jednak wrócić z Azji do Europy. Miesiąc później przypadkiem spotykam kolegę, który dalej pracuje w LG.
- Jaja jak berty. Twój następca wytrzymał dwa tygodnie. Aleksander, który odpowiada za kontrolę wyjściową, zatrzymuje wszystkie wyprodukowane lodówki, bo nie spełniają norm jakościowych. Mister A. ze strachu przed prezesem, że nie wyprodukowano nic dobrego dla klientów i tak wszystko puszcza na sprzedaż. A zaraz potem wszystkie lodówki wracają z reklamacją. Cyrk chłopie.
Wszystkie lodówki z podwrocławskiego LG mają iść na eksport do Anglii. Mam nadzieję, że żaden z naszych rodaków na brytyjskiej obczyźnie nie dorobił się na tyle, aby kupić tam taką lodówkę wartą około 7 tysięcy złotych. Bo jak zwracając ją do sklepu, dowiedzą się gdzie ją wyprodukowano, to nigdy nie wrócą do Polski.

IMIONA BOHATERÓW ZMIENIONO





+ - 16

Artykuł został pozytywnie zrecenzowany przez:

Agnieszka Owczarczak , Crystal ---, Adam Losny, Natalia Gomółka

Dodaj Komentarz

Zaloguj się aby komentować. Jeśli nie masz jeszcze konta, zapraszamy do rejestracji.

RSS komentarzy

Komentarze: 61

1. Krzysztof | 10:00 11-07-2007

Gratuluję świetnego artykułu. Czytało się jak niezłą powieść sensacyjną! I przy okazji dzięki za ostrzeżenie, akurat miałem lodówkę kupić.

2. Crystal | 12:24 11-07-2007

Hmm wydaje mi się, że to troszkę za długie, ale świetnie się czyta i jest naprawdę warty przeczytania ;)

3. Natalia | 12:09 12-07-2007

Podoba mi się. Ciekawy sposób przedstawienia tragicznej sytuacji. Życzę powodzenia w korporacji (o ile jeszcze tam pracujesz) ;) .

4. Rafal | 12:18 13-07-2007

Ja polecam ten artykul każdemu.

5. Piotr | 13:34 13-07-2007

Mega bomba :)

6. Anna | 13:53 13-07-2007

Duuuży plus. Świetne!

7. mateusz | 14:29 13-07-2007

zajebistyyyyyyyyyyyy :) spadlem z krzesla :)

8. Rafal | 15:54 13-07-2007

ja czekam na kolejny tekst - juz mam Ciebie w moich RSS

9. Andrzej | 18:53 13-07-2007

Hehe oj działo się tam przy otwieraniu fabryki duzo i nie watpie, ze teraz dzieje sie nie mniej:) Pozdrowienia dla tych co mieli przyjemnosc spedzic troche czasu z naszymi koreanskimi "specjalistami" :) Nalezy tez pamietac, ze najlepszym i najprostszym rozwiazaniem problemu po koreansku jest zmiana specyfikacji:)

10. Mateusz | 00:43 14-07-2007

super artykuł pisz dalej :) pzdr

11. Marcin | 00:57 14-07-2007

Dzięki wam czytelnicy za komentarze. Mniej więcej, w baaaaaardzo dużym skrócie tak powstała ta fabryka. I na pewno dorzucę na ithink jeszcze swoje trzy grosze :) Ale z zupełnie innej beczki...:)

12. Andrzej | 23:40 17-07-2007

U mnie podobnie, chociaż firma mniejsza ale podporządkowana LG-Mława. U koleżanek i kolegów za ścianą podobnie. Dobry artykuł, szczególnie Pan Zenek mi przypadł, bo dosłownie widzę siebie, swoją firmę i Pana Wieśka. Czy nie uważacie, że warto zrobić jakieś większe ogólnopolskie forum pracowników firm koreańskich? To może być ciekawe.

13. Katarzyna | 19:04 19-07-2007

a ja tam wysyłam pracowników "od brudnej roboty" i zastanawiam się czy spać spokojnie

świetny artykuł

pozdrawiam

14. tfergerg | 13:38 22-07-2007

"wysiadywanie jajek" heh Polak to by wolał na dupie tylko siedzieć !!
uznajecie zasadę "dużo zarobić i się nie narobić"
przerzucali was do różnych działów bo tacy z was "specjaliści"
mój wujek pracuje w LG i jakoś nie narzeka

15. Ryba | 14:35 23-07-2007

Co to jest ŚLĄSKA AGH?

16. mateusz | 16:19 26-07-2007

Akademia Gorniczo - hutnicza :)

17. Piotrek | 18:46 26-07-2007

Zadnego pozytywu.. tylko negatywne spostrzezenia... zle... niedobrze... bezmyslnie...blotko sie nie podoba na terenach powstajacej fabryki... i chory system wysiadywania po godzinach(to akurat faktycznie patologia)... to chyba wystarczajaca charakterystyka mentalnosci autora... no tylko kasy dali tyle ile chcial... a czy autor ma poczucie ze faktycznie dal cos z siebie w tej pracy, staral sie cos zmieniac/budowac?

...i nie mam zamiaru bronic korenaczykow... z punktu widzenia organizacyjnego pewnie faktycznie jest tam dramat(nie jest to latwe zagadnienie przy tej skali - choc to zadne akurat usprawiedliwienie)... mierzi mnie jedynie tak jednostrajnie negatywny w wymowie tekst... stek narzekan na wszystko na kazdym kroku.

... a moje przemyslenie... wiekszosc zaganicznych koncernow na poczatku bardziej odopowiedzialne stanowiska obsada "swoimi" z racji na niezbedny czas na wyksztalcenie rodzimej kadry kierujacej... Szczerze cos watpie znajac specyfike Koreii.. ze to w tym wydawaloby sie racjonalnym kierunku pojdzie

18. Hubert | 17:29 28-07-2007

Artykul to tylko wierzcholek "gory lodowej" tego co sie dzieje naprawde.

Jesli ktokolwiek zabiera sie za komentowanie tego artykulu negatywnie to wg. mnie przede wszystkim powienien miec jakiekolwiek BEZPOSREDNIE doswiadczenie z tymi ludzmi nabyte przez np (wspol)prace oraz jakiekolwiek pojecie o ich kulturze i stylu zycia.

A nastepnie po tym ciekawym przezyciu (zwykle krotkoterminowym, czasowym), niech wynajduje glebokie obszary pozytywnych doznan (jesli jest jeszcze w stanie je znalezc...).

Pozdrowienia dla autora...

19. krzysiek | 08:06 02-08-2007

świetny tekst, dawno się tak nie usmiałem! a że sam mam kilka rzeczy z LG to inna sprawa :)

20. Marek | 14:44 03-08-2007

Fantastyczny artykuł ! Czytałem z zapartym tchem.



Deja vu!?...

:o(



Sam miałem okazję pracować dwa lata z japończykami. Tworzyłem dla nich 'tylko' biuro handlowe na Europę Środkową i Wschodnią. Wyobrażam sobie co by się działo, gdyby chodziło o zakład produkcyjny...

21. Irmina | 23:24 08-08-2007

Bardzo fajny artykuł świetnie opisana rzeczywiastośc w tych fabrykach...mam doświadczenia z LG CHEM nie powiem bardzo pozytywne bo niedługotrwałe. Ale na dłuzej to chyba nawet wroga tam usadzić szkoda, ciekawi mnie jedno, że naszi jak jechali do nich na staże to zostali wyposażeni w małe ściągawki ichniego savoir vivre... a oni tutaj tak sobie siedzą niereformowalni...ciekawy naród... ale można wiele zrozumieć z tego co sie dzieje w ich północnej części...poprostu nikomu do głowy nie przyjdzie używać własnego rozumu bez aprobaty z góry... bardzo fajny artykuł

22. Marcin | 20:49 11-08-2007

Widzę że rozwinęła się cała dyskusja na temat LG;) Chyba trzeba będzie jeszcze coś dopisać w ramach przemyśleń na ten temat.

23. mateusz | 21:14 16-08-2007

czekamy Marcinie czekamy :))))))))))

24. Uku | 20:43 20-08-2007

świetnie napisane.
znam kilka osób, które miały "przyjemność" pracować dla koreańskich firm - ich opisy w 100% zgadzają się z powyższym tekstem

25. Marcin | 19:41 06-09-2007

"i rozdał melie, adresy itp...i wiecie co?? nikt jakoś się nie skusił perspektywą pracy u koreańczyka;-)"



Im więcej żyję tym bardziej dociera do mnie, że statystyczny Polak w ogóle się nie kusi perspektywą pracy. Za dużo nam wyrasta specjalistów w narzekaniu. W efekcie pretensje do całego świata, że nikt nie płaci 5 tys. złotych za "dwie ręce i dwie nogi do podłogi" (patrz: opis autora).

26. Grzegorz | 12:56 07-09-2007

Rewelacyjny. Na "Top 5" poryczałem się ze śmiechu a nie często mie się to zdarza ;)

27. Adam | 15:43 20-09-2007

świetny tekst, chociaż brakuje wyrazistej puenty na końcu. polecam.

28. Bolesław | 12:22 05-10-2007

Fajnie napisałeś ten artykuł. Z niecierpliwością będę czekał na następny.

29. Wojciech | 08:18 17-10-2007

Gratuluję; dobre! Autor po prostu ma talent (ale to nie cytat ze Stuhra: "bo ja się wcale nie chwalę, ja - niestety - mam talent") i wyraźne zacięcie publicystyczne; może przy okazji kręcenia się w gumofilcach wokół mitycznej "komory" przypominającej indiański totem - odkrył swoje powołanie, którym jest np. literatura faktu czy paradokument? Są przykłady. Tadeusz Siejak - dzisiaj niestety nieco już zapomniany, przedwcześnie zmarły polski pisarz był z wykształcenia inżynierem elektrykiem, a natchnienie do znakomitych powieści, niezwykle popularnych w latach 80. (m.in. „Oficer”, „Próba”), czerpał z pracy w Pilskim Przedsiębiorstwie Robót Inżynieryjnych. Zresztą, jakże to nieszczęsne LG przypomina mi tamtą przodującą budowę socjalizmu, co wskazywałoby, ż przodujący ustrój jest ponadczasowy i globalny... Niestety...

PS. Przymierzałem się do zakupu LCD TV LG (a właściwie byłem do tego silnie namawiany przez domowników, bo ja jakoś do produktów koreańskich nigdy nie miałem przekonania), ale to już czasy minione...

PS2. interesujący jest komentarz IRMINY: „ciekawi mnie jedno, że nasi jak jechali do nich na staże to zostali wyposażeni w małe ściągawki ichniego savoir vivre... a oni tutaj tak sobie siedzą niereformowalni...ciekawy naród... ale można wiele zrozumieć z tego, co sie dzieje w ich północnej części...po prostu nikomu do głowy nie przyjdzie używać własnego rozumu bez aprobaty z góry...” Nic dodać, nic ująć; ale czy TYLKO dotyczy Koreańczyków?

30. Michał | 18:15 24-10-2007

Do: Natalia , jakbyś czytała to byś wiedziała czy Pan X tam pracuje czy przeniósł się do "...Europy". Pozdro! Dobry TEXT!

31. .... | 12:16 27-10-2007

O kurcze jaka wyzyskiwalnia, a tak sobie wyobrażałem że praca na lini w takiej fabryce musi byc fajna.... ciekawe swoją drogą ile ci ludzie zarabiaja tak bez nadgodzin i z nadgodzinami.

32. fazi | 13:47 06-12-2007

artykół super bez dwóch zdań ,wniosków parę :

-wygląda na to że frajerów u nas w kraju jest wciąż wielu,a co gorsza wielu po studiach i innych politechnikach(generalni nie ucza tam jak nie być naiwniakiem, a z artykółu wynika ze to błąd)

-drugi wniosek że dla siana Polak jest w stanie zrobić wiele ,nawetwyrzec sie swojej rodziny o ideałach nie pisze bo po co

-po wpadce w daewoo paru gości nie wyciągneło wniosków

-jeżeli w korei pracuje sie 365 dni w roku to dlaczego ma byc inaczej w polsce?(ja sie tam kitajcom nie dziwie)

-jak ktoś pracuje dalej w firmie w której szef argumentuje "że jak bedzie mniej krzeseł to bedzie bardziej wydajna praca..." to sie inteligentny człowiek zwalnia,kopiąc kitajca w jego pusty czerep.

-rozumiem że gość pisząc ten artykół przyznaje sie do błedu ,tylko szkoda że tak pużno ale lepiej teraz niż wcale ,może uratuje tym samym paru nierozgarnietych osobników od pochopnego kroku.I dla tego W IMIENIU NIEDOSZŁYCH PRACOWNIKÓW LG BARDZO DZIEKUJĘ !niech chłopaki jadą do angli tam MOZE BYĆ LEPIEJ.

33. Marcin | 00:09 18-12-2007

A w Gazecie Wyborczej (dodatek Praca z dnia 17 grudnia) był ciekawy tekst na teamt jak LG Electronic płaci za pracę i jak naciągają na obowiązkowe nadgodziny. Na Zachodzie Bez Zmian ;))

34. Viola | 22:07 28-01-2008

Super tekst! Czyta sie naprawde dobrze i z przyjemnoscia. Niby na wesolo ale smutna refleksja z tego wychodzi.

35. Jan | 13:40 03-02-2008

A potem niektórzy się dziwią, dlaczego Polacy wyjeżdzają zarabiać za granicę. Dzięki takim oto tzw. nowym miejscom pracy. Takie historie trzeba opisywać a nie udawać, że wszystko jest ok. Brawa dla autora za odwagę i za bardzo dobry tekst!

36. barbara | 12:50 21-02-2008

czy to cały czas musi być najbardziej czytane czy nie może być jakiejś rotacji

37. barbara | 12:51 21-02-2008

odwaga odwagą ale jednym tekstem nie zbudowano rzymu choć nie powiem to ideał obywatelskiego dziennikarstwa

38. barbara | 12:51 21-02-2008

szoda że autor jest już niekatywny i nic innego jego autorstwa przeczytać nie mozna

39. Witold | 18:52 21-02-2008

Wygląda na to, że Ci Koreańczycy to strasznie głupi naród, no po prostu karłowate monstra liczące na palcach do pięciu, a do tego jakie pismo mają na swoich dokumentach.
Ponieważ my jesteśmy od nich mądrzejsi i oczywiście szlachetniejsi, już wkrótce polskie marki podbiją daleki wschód. Polscy specjaliści nie będą ani wysiadywać jajek ani chodzić na halę produkcyjną. Wprowadzimy polskie obyczaje do koreańskich fabryk i gospodarka wschodniej Azji przyspieszy. Bo my nie będziemy im płacić tyle, ile sobie zażyczą podczas rozmowy w pokoju gościnnym. Co to, to nie! Ale superszybki, bezpieczny i komfortowy Polonez 2.0 zmiecie wszystkie modele Daewoo, Hyunday, Kia... O tak! My im pokażemy jak się pracuje! Do przodu Polsko!
No, a jak będzie skanadliczne błoto na budowie to je wywieziemy, osuszymy i sprzedamy z zyskiem (Polak potrafi!) Tylko, że pod inną nazwą bo to przecież chore i pożałowania godne, żeby jeden koncern produkował zarówno pastę do zębów, jak i lodówki. Bóg jest z nami, a Matka Boska naszą królową, a Jezus naszym królem...

Mogę pisać dalej.
Artykuł napisany zgrabnie i kryptorasistowsko.

40. Marcin | 11:01 24-02-2008

cyt. "czy to cały czas musi być najbardziej czytane czy nie może być jakiejś rotacji"
A mnie to zupełnie nie przeszkadza, że jest cały czas najbardziej czytany :)

41. Piotr | 08:37 29-02-2008

Gratuluję Autorowi odwagi i inteligentnego spojrzenia na rzeczywistość. Jeżeli zaś artykuł jest najbardziej czytany, to chyba powinien być w "najbardziej czytanych" :)

42. Witold | 00:48 10-03-2008

Przy tym systemie pierwsza piątka NIGDY się nie zmieni. Po prostu ranking top10 nakręca "czytalność" tych, którzy już tam są, a uniemożliwia przebicie się tym z trzeciej, a może i drugiej dziesiątki. Trochę jak podatek liniowy, jak masz dużą firmę, to teraz będziesz miała jeszcze większą, a jak masz średnią, to zapomnij o konkurencji z czołówką. Najlepsze (czy raczej w tym przypadku najczęściej czytane) artykuły powinny trafiać do jakiegoś honorowego archiwum i być na losowo demonstrowanej łatwo dostępnej liście.

43. Marcin | 13:02 28-04-2008

Coś w tym tekście musi być skoro przyznano autorowi I nagrodę im. J. Cyperlinga za najlepszy reportaż roku 2007/2008 od Wyższej Szkoły Pedagogicznej w Łodzi (nie wspominając o głównej nagrodzie od ithnik.pl za artykuł obywatelski roku 2007 ;))

44. Jacek | 00:13 08-05-2008

revelka :)) gratulacje dla ciętego pióra :) ciekawe, jakby wyglądał podobny artykuł o Polakach :)

45. Anna | 10:14 15-05-2008

Wniosek nasuwa się sam:

LG - najlepsze praktyki nie-zarządzania personelem....

46. Agnieszka | 15:33 15-05-2008

Jeśli AGH to Akademia Górniczo Hutnicza, to uczelnia ta ma siedzibę w Krakowie, Kraków jest stolicą małopolski, ze śląskiem nie ma wiele wspólnego ;) dziwne, że tylko jedna osoba zauważyła ten (prawdopodobnie) błąd.

47. Marcin | 20:55 19-05-2008

Ten (wiel)błąd specjalnie dedykuję wszystkim miłośnikom-wyszukiwaczom pomyłek oraz wszelakich potknięć ;))

48. Semen | 12:09 10-07-2008

To typowy styl pracy na dalekim wschodzie :) szkoda ze transponowany do spoleczenstwa ktore nie potrafi wykorzystac kazdej wolnej sekundy na sen :D



polecam Bezsenność w Tokio M. Bruczkowskiego moze to nie korea ale system pracy bardzo podobny



pzdr salarymanie ;D

49. Tomasz | 09:24 13-07-2008

Świetny tekst. Źle wróżę każdej firmie, które próbuje przenieść obcy model pracy do kraju o innej mentalności. Oj, to będzie mieć prędzej czy później złe konsekwencje.

50. Marta | 18:48 02-11-2008

swietny tekst :) usmialam sie zwlaszcza z Pana tzw. czasownika :)

51. Mateusz | 11:20 19-12-2008

Świetny tekst, brzmi jak jakaś urywek jakiejś powieści. Śmiało mogę go polecić każdemu, kto wchodzi na iThink (i nie tylko) ;)



Pozdrawiam

52. Piotr | 09:54 19-09-2009

Gratuluję.

Jest to również świetny, trzymający w napięciu artykuł szkoleniowy do nauki na cudzych błędach.

53. Marzena | 19:08 24-09-2009

One Company - One Dream:) Czytając artykuł aż się łezka w oku zakręciła:) Dokładnie to samo przeżywałam kiedy miałam przyjemność pracować z koreańskiej firmie:) To co się dzieje kiedy Big Boss zajeżdża karetą odwiedzić firmę-córkę jest nie do opisania. Prezes biegnie do sklepu po maszynkę do golenia, wszyscy sprzątają biuro - używając do tego celu brudnych i tak już ręczników, po czym Prezes wyrywa mi jeden taki ręcznik i biegnie się golić. Krzyczę jeszcze za nim, że brudny, że ścierałam nim kurz z parapetów. Otrzymuje odpowiedź: Don't care. Ręce opadają. Specjaliści z Korei, materiały z Korei, przecież w Polsce nic nie ma, a na pewno nie takie jak tam:) oj działo się działo:)

54. | 00:06 24-02-2010

onet.pl

[url=http://onet.pl]onet.pl[url]

55. Andrzej | 01:29 04-03-2010

Świetne, na prawdę dobre... się uśmiałem przed snem ;)

56. Agnieszka | 09:02 04-03-2010

Bardzo mi się podobał ten artykuł. Chociaż miejscami może zbyt wiele w nim osobistych dygresji i emocji, to jednak do całości nie mam żadnych zastrzeżeń.

57. Krzysztof | 08:22 23-03-2010

Świetny arytkuł, czytając go miałem wrazenie ze opisuje moja obecna pracę w Kanadyjskiej korporacji "Magna". Tyle że firma ta istnieje juz ponad 4 lata a dalej jest tak samo.

58. marcin | 08:37 17-05-2010

OK

59. Alicja | 10:48 24-06-2010

Tyle mówi się o wykorzystywaniu pracowników przez zachodnie korporacje i duże firmy, ale człowiek nie zdaje sobie sprawy ze skali tego zjawiska dopóki osobiście się z nim nie zetknie. Ja osobiście nie przypuszczałam, że sytuacja może wyglądać aż tak źle. wygląda jednak na to, że należy unikać takich wielkich molochów, które traktują pracowników jak małe mrówki, które nic nie znaczą i w każdej chwili mogą zostać zastąpione.