Aktualności / Pozostałe
Filip Topczewski, prezes wydawnictwa Sfinks jest zaskoczony i zszokowany zamieszaniem, jakie wywołała publikacja. Fakt, że został posądzony o uleganie rosyjskiej manipulacji uważa za absurdalny. - Jak można przypisywać mnie lub komukolwiek „korzenie agenturalne” bez podstaw? Urodziłem się i wychowałem w wolnej, katolickiej Polsce. To absurd! – twierdzi Topczewski. Podkreśla, że publikacja miała być niczym innym jak obiektywnym zapisem tragicznych kwietniowych wydarzeń. Jej powstanie nie było poprzedzone żadnymi naciskami. Książka w dużej mierze opierała się natomiast na informacjach prasowych i doniesieniach medialnych z tamtego okresu. - Nie miała niczego sugerować, jak zarzucają niektórzy. Miała bezstronnie przedstawiać katastrofę smoleńską dzień po dniu, godzinę po godzinie, tak jak wskazuje tytuł. Miała być wspomnieniem, chronologicznym źródłem informacji o tym wydarzeniu, także a może przede wszystkim dla przyszłych pokoleń – tłumaczy Topczewski.
Wydawca „Katastrofy smoleńskiej...” czuje się pokrzywdzony zarzutami jakoby nadużył autorytetu Jasnej Góry. W trakcie powstawania książki zwrócił się do dwumiesięcznika „Jasna Góra” z prośbą o udostępnienie tekstu kazania przeora klasztoru, o. Romana Majewskiego, wygłoszonego podczas mszy św. w intencji ofiar katastrofy i ich bliskich w jasnogórskim sanktuarium 10 kwietnia 2010 r. Otrzymał tekst kazania ze zgodą na zamieszczenie fragmentu we wstępie i całości kazania w treści książki.
W oficjalnym komunikacie wydawnictwa „Sfinks”, zamieszczonym na stronie www.sfinks.info czytamy:
„Z całą mocą informujemy, iż wszelkie zapisy w stopce redakcyjnej naszej publikacji „Katastrofa smoleńska. Dzień po dniu godzina po godzinie” zostały uzgodnione i zaakceptowane przez ojca Roberta Jasiulewicza, redaktora naczelnego dwumiesięcznika „Jasna Góra”. Ojciec Robert zaakceptował także fragment kazania ojca Przeora Romana Majewskiego jako wstęp do naszej publikacji. Co więcej, zakonnik dokonał własnoręcznie korekt w stopce redakcyjnej i podpisie pod słowem wstępnym. Tym samym mieliśmy całkowitą zgodę na publikację tego tekstu w tej formie, w jakiej się ukazała. Tylko na wyraźną prośbę ojca Jasiulewicza zamieściliśmy dane dwumiesięcznika „Jasna Góra”. Kwestia autora O. Henryka Pietraszewicza nie budziła wówczas żadnych wątpliwości”.
Tym bardziej dziwne wydają się zarzuty pod adresem wydawcy o „próbę posiłkowania się autorytetem zakonników" i pretensje o „poważne nadużycie i manipulację”.
- „Bulwersujące jest użycie przed nazwiskiem autora publikacji słowa „ojciec”, co sugeruje, że jest to paulin, co również jest kłamstwem i manipulacją” – nie przebierał w słowach o. Robert Jasiulewicz w publicznie udzielonym wywiadzie („Szkodliwa publikacja”, Nasz Dziennik, 22-23.01.2011 r. Marek Kamieniecki) .
Właściciel wydawnictwa Sfinks tłumaczy, że autor napisał książkę pod pseudonimem. - Autor ma na swoim koncie wiele publikacji historycznych, jest z Krakowa. Nie angażuje się czynnie w życie polityczne. Książkę napisał pod pseudonimem, bo to gwarantowała mu umowa. Przed nazwiskiem autora nie ma słowa „ojciec”, co sugeruje o. Jasiulewicz, a jedynie całość pseudonimu O. Henryk Pietraszewicz. Zarzut, że duże "O" wskazuje na paulina jako autora, jest nadinterpretacją – wyjaśnia Topczewski.
Dlaczego więc środowisko Jasnej Góry teraz z taką mocą potępia coś, co najpierw autoryzowało?
Zdaniem wydawcy, publikacja wywołała kontrowersje szczególnie po ukazaniu się raportu komisji Międzypaństwowego Komitetu Lotniczego. Uważa, że bezlitosny wyrok, jaki otrzymała książka jest próbą wmanipulowania autora i wydawnictwa w działalność prorosyjską i prorządową dla celów kampanii politycznej. - Oskarża się nas o manipulowanie autorytetem Jasnej Góry, a tak naprawdę to ci, którzy najbardziej krytykują książkę publicznie, próbują wywrzeć wpływ na opinię publiczną. Wykorzystując poparcie Jasnej Góry, zbijają na tym kapitał polityczny – mówi z goryczą Topczewski.
- Nie wierzę w złe intencje zakonników. Zapewniam też, że i z naszej strony ich nie było. Być może doszło do nieporozumienia, które przecież można było wyjaśnić. Niestety, najwidoczniej zostało ono perfidnie wykorzystane przez osoby, które w ten sposób chcą zaistnieć politycznie albo medialnie. Ofiarą tego padliśmy nie tylko my, ale także o.o. paulini. Zamieszanie wokół książki postawiło w kłopotliwej sytuacji nie tylko nas, ale także i ich – mówi prezes wydawnictwa Sfinks. - Zakonnicy padli ofiarą wstrętnej i podłej manipulacji politycznej i niestety, pod wpływem nacisków musieli w sposób jednoznaczny odciąć się od tej publikacji. Do interpretacji Czytelników pozostawiam styl, w jakim do tego doszło. Dodam, że z książką zapoznali się już 7 grudnia i wyrazili przychylne opinie na temat jej treści. Dopiero wówczas, gdy zaczęto naciskać z Sejmu, zakonnicy odwrócili się od nas jak od trędowatych, publiczne nazywając książkę „gniotem wydawniczym”. To szczególnie boli nas i dziwi, tym bardziej, że początkowo nasza publikacja spotkała się z pozytywną oceną osoby, która teraz ją dyskredytuje. Podkreślam, że mieliśmy wszelkie niezbędne zgody na wykorzystanie danych dwumiesięcznika „Jasna Góra” w stopce redakcyjnej i fragmentu kazania we wstępie. Zatem wszelkie oskarżenia o ich brak są niedorzeczne i bezpodstawne, a odcięcie się od treści stopki niemożliwe – uważa Filip Topczewski.
Kto manipuluje autorytetem Jasnej Góry?
Artykuł był czytany 859 razy
W grudniu zeszłego roku ukazała się publikacja wydawnictwa Sfinks „Katastrofa smoleńska. Dzień po dniu, godzina po godzinie”. Książka ku wielkiemu zaskoczeniu wydawcy wywołała ogromne kontrowersje. Co je spowodowało?
Filip Topczewski, prezes wydawnictwa Sfinks jest zaskoczony i zszokowany zamieszaniem, jakie wywołała publikacja. Fakt, że został posądzony o uleganie rosyjskiej manipulacji uważa za absurdalny. - Jak można przypisywać mnie lub komukolwiek „korzenie agenturalne” bez podstaw? Urodziłem się i wychowałem w wolnej, katolickiej Polsce. To absurd! – twierdzi Topczewski. Podkreśla, że publikacja miała być niczym innym jak obiektywnym zapisem tragicznych kwietniowych wydarzeń. Jej powstanie nie było poprzedzone żadnymi naciskami. Książka w dużej mierze opierała się natomiast na informacjach prasowych i doniesieniach medialnych z tamtego okresu. - Nie miała niczego sugerować, jak zarzucają niektórzy. Miała bezstronnie przedstawiać katastrofę smoleńską dzień po dniu, godzinę po godzinie, tak jak wskazuje tytuł. Miała być wspomnieniem, chronologicznym źródłem informacji o tym wydarzeniu, także a może przede wszystkim dla przyszłych pokoleń – tłumaczy Topczewski.
Wydawca „Katastrofy smoleńskiej...” czuje się pokrzywdzony zarzutami jakoby nadużył autorytetu Jasnej Góry. W trakcie powstawania książki zwrócił się do dwumiesięcznika „Jasna Góra” z prośbą o udostępnienie tekstu kazania przeora klasztoru, o. Romana Majewskiego, wygłoszonego podczas mszy św. w intencji ofiar katastrofy i ich bliskich w jasnogórskim sanktuarium 10 kwietnia 2010 r. Otrzymał tekst kazania ze zgodą na zamieszczenie fragmentu we wstępie i całości kazania w treści książki.
W oficjalnym komunikacie wydawnictwa „Sfinks”, zamieszczonym na stronie www.sfinks.info czytamy:
„Z całą mocą informujemy, iż wszelkie zapisy w stopce redakcyjnej naszej publikacji „Katastrofa smoleńska. Dzień po dniu godzina po godzinie” zostały uzgodnione i zaakceptowane przez ojca Roberta Jasiulewicza, redaktora naczelnego dwumiesięcznika „Jasna Góra”. Ojciec Robert zaakceptował także fragment kazania ojca Przeora Romana Majewskiego jako wstęp do naszej publikacji. Co więcej, zakonnik dokonał własnoręcznie korekt w stopce redakcyjnej i podpisie pod słowem wstępnym. Tym samym mieliśmy całkowitą zgodę na publikację tego tekstu w tej formie, w jakiej się ukazała. Tylko na wyraźną prośbę ojca Jasiulewicza zamieściliśmy dane dwumiesięcznika „Jasna Góra”. Kwestia autora O. Henryka Pietraszewicza nie budziła wówczas żadnych wątpliwości”.
Tym bardziej dziwne wydają się zarzuty pod adresem wydawcy o „próbę posiłkowania się autorytetem zakonników" i pretensje o „poważne nadużycie i manipulację”.
- „Bulwersujące jest użycie przed nazwiskiem autora publikacji słowa „ojciec”, co sugeruje, że jest to paulin, co również jest kłamstwem i manipulacją” – nie przebierał w słowach o. Robert Jasiulewicz w publicznie udzielonym wywiadzie („Szkodliwa publikacja”, Nasz Dziennik, 22-23.01.2011 r. Marek Kamieniecki) .
Właściciel wydawnictwa Sfinks tłumaczy, że autor napisał książkę pod pseudonimem. - Autor ma na swoim koncie wiele publikacji historycznych, jest z Krakowa. Nie angażuje się czynnie w życie polityczne. Książkę napisał pod pseudonimem, bo to gwarantowała mu umowa. Przed nazwiskiem autora nie ma słowa „ojciec”, co sugeruje o. Jasiulewicz, a jedynie całość pseudonimu O. Henryk Pietraszewicz. Zarzut, że duże "O" wskazuje na paulina jako autora, jest nadinterpretacją – wyjaśnia Topczewski.
Dlaczego więc środowisko Jasnej Góry teraz z taką mocą potępia coś, co najpierw autoryzowało?
Zdaniem wydawcy, publikacja wywołała kontrowersje szczególnie po ukazaniu się raportu komisji Międzypaństwowego Komitetu Lotniczego. Uważa, że bezlitosny wyrok, jaki otrzymała książka jest próbą wmanipulowania autora i wydawnictwa w działalność prorosyjską i prorządową dla celów kampanii politycznej. - Oskarża się nas o manipulowanie autorytetem Jasnej Góry, a tak naprawdę to ci, którzy najbardziej krytykują książkę publicznie, próbują wywrzeć wpływ na opinię publiczną. Wykorzystując poparcie Jasnej Góry, zbijają na tym kapitał polityczny – mówi z goryczą Topczewski.
- Nie wierzę w złe intencje zakonników. Zapewniam też, że i z naszej strony ich nie było. Być może doszło do nieporozumienia, które przecież można było wyjaśnić. Niestety, najwidoczniej zostało ono perfidnie wykorzystane przez osoby, które w ten sposób chcą zaistnieć politycznie albo medialnie. Ofiarą tego padliśmy nie tylko my, ale także o.o. paulini. Zamieszanie wokół książki postawiło w kłopotliwej sytuacji nie tylko nas, ale także i ich – mówi prezes wydawnictwa Sfinks. - Zakonnicy padli ofiarą wstrętnej i podłej manipulacji politycznej i niestety, pod wpływem nacisków musieli w sposób jednoznaczny odciąć się od tej publikacji. Do interpretacji Czytelników pozostawiam styl, w jakim do tego doszło. Dodam, że z książką zapoznali się już 7 grudnia i wyrazili przychylne opinie na temat jej treści. Dopiero wówczas, gdy zaczęto naciskać z Sejmu, zakonnicy odwrócili się od nas jak od trędowatych, publiczne nazywając książkę „gniotem wydawniczym”. To szczególnie boli nas i dziwi, tym bardziej, że początkowo nasza publikacja spotkała się z pozytywną oceną osoby, która teraz ją dyskredytuje. Podkreślam, że mieliśmy wszelkie niezbędne zgody na wykorzystanie danych dwumiesięcznika „Jasna Góra” w stopce redakcyjnej i fragmentu kazania we wstępie. Zatem wszelkie oskarżenia o ich brak są niedorzeczne i bezpodstawne, a odcięcie się od treści stopki niemożliwe – uważa Filip Topczewski.










