Pal, ale nie każ palić innym
Artykuł był czytany 1924 razyOd ponad miesiąca funkcjonuje zakaz palenia na przystankach komunikacji miejskiej w Warszawie, jednak mało ludzi go przestrzega. Naturalną rzeczą jest, że ludzie buntują się przeciwko bezsensownym zakazom, ale ten nie jest pozbawiony sensu.
Zakaz palenia tytoniu na przystankach wydaje się nie mieć innych powodów niż utrudnianie życia obywatelom. Co więcej, zakaz wydaje się stać w sprzeczności do zagwarantowanego każdemu obywatelowi konstytucyjnie prawa do wolności. Trudno w takim razie wymagać od kogokolwiek przestrzegania takich dziwnych wymogów. Jeżeli jestem pełnoletnia, mam ochotę zapalić, oczywistą rzeczą wydaje się, że wolno mi zapalić i mogę to uczynić w każdym momencie który uznam to za stosowny.
Można by się z tym zgodzić, gdyby ludzie byli niezależnymi od siebie jednostkami żyjące we własnych wszechświatach. Wtedy sprawa przedstawia się prosto - mam prawo, więc korzystam z niego wtedy kiedy uznam za stosowne, czyli wtedy kiedy najdzie mnie ochota na papierosa. Jednak wiemy, że codzienność nie wygląda w ten sposób - spotykamy na ulicy mnóstwo ludzi, stoimy na przystankach obok innych i mimo tego, że nasze myśli krążą po zupełnie innych, nieznanych dla siebie nawzajem orbitach, żyjąc w społeczeństwie musimy brać pod uwagę nie tylko własne zachcianki, ale także w pewnym stopniu dobro innych.
Co prawda papierosy należą do "lekkich" używek, podobnego kalibru co piwo, czy może nawet kawa. Są uzależniające dopiero po dłuższym okresie palenia i z pewnością są świetnym środkiem na pozbycie się stresu. Jednak jeżeli palimy w miejscu publicznym, nie jest to tym samym jakbyśmy siedząc na przystanku sączyli piwo z puszki. Po za tym, że picie piwa na przystanku nie jest zbyt estetycznie, nie wpływa to zupełnie na osoby czekające z nami na autobus. Kiedy palimy papierosa, dym szybko rozchodzi się w powietrzu trafiając w szybkim czasie do nozdrzy wszystkich czekających na środek komunikacji. Jest to oczywiste, ale chyba paląc nie zdajemy sobie z tego sprawy, albo zupełnie nie obchodzą nas inni.
Aby zrozumieć to bardziej osobiście proponuję wyobrazić sobie inną sytuację. Większość ludzi nie pochwala palenia marihuany. Wyobraźmy sobie, że palenie marihuany
jest legalne i powszechne, ludzie palą ją normalnie jak papierosy na przystankach.
Dym z jointów rozchodzi się w powietrzu równie szybko jak dym tytoniowy, czekając na przystanku jesteśmy zmuszeni go wdychać, mimo tego, że nam to zupełnie nie pasuje. Co więcej, nasze dzieci czekające na autobus do szkoły też są ciągle narażone na działanie tego dymu, stają się biernymi palaczami. Zdecydowanie sobie tego nie życzymy, jednak nie możemy nic zrobić - przecież każdy ma wolność osobistą i wolność wyboru.
Nie ma większej różnicy między tym, czy jesteśmy przymusowo zmuszani do wdychania tytoniu czy marihuany. Obydwie substancje są uzależniające, szkodliwe i duża część ludzi nie życzy sobie ich działania na własnym organizmie. Ważny jest tu to, że inni nie mogą nic zrobić by poprawić swoją mało komfortową sytuację. To trochę tak, jakby ktoś nas zmuszał do wdychania marihuany.
Nie chodzi o to by przymusowo zmusić ludzi do rzucenia palenia - to jest indywidualna sprawa każdego człowieka. Każdy ma prawo palić we własnym mieszkaniu, w samochodzie, w restauracjach w których jest to zezwolone i w wielu innych miejscach. Sprawa jest prosta - jeżeli nie chcę by mnie do czegoś zmuszano, nie powinnam zmuszać innych osób, zwłaszcza jeżeli jest to łatwe do uniknięcia. Fakt, że chodzi o rozchodzący się w powietrzu, niemal niewidoczny i nieszkodliwy w małych ilościach dym papierosowy, nie zmienia tego aktualności tego prostego prawa współżycia społeczenego.
Powstrzymanie się od palenia w miejscach publicznych jest też kwestią dobrego wychowania. Większość ludzi się zgodzi, że jeżeli siedzimy w restauracji, w której obowiązuje zakaz palenia tytoniu wielkim nietaktem byłoby wyciągnięcie papierosa i raczenie dymem pozostałych gości. Dlaczego nie mamy problemu z zaakceptowaniem tego zakazu w restauracji, natomiast na przystankach uważamy go za absurd?
Zakaz ten powinien obowiązywać nie tylko na przystankach, ale także w większości miejsc publicznych gdzie spotyka się ludzi, którzy nie palą i mogą nie życzyć sobie czynienia ich biernymi palaczami. Nie mam nic przeciwko sektorom dla palących w kawiarniach i restauracjach (chociaż trudno mi zrozumieć jak można czerpać przyjemność z posiłku w oparach dymu) – osoby niepalące nie muszą tam przebywać. Natomiast konieczne jest rozszerzenie tego zakazu na przestrzenie publiczne, parcele miejskie. Jeszcze gorsze od wędzenia się w dymie na przystankach (tam można przynajmniej się przesunąć od źródła dymu) są chmury dymu papierosowego uderzające prosto w twarz przechodnia co parę kroków. Nie sądzę, by było do końca tak, że te ruloniki liści tytoniu mają nad nami taką władzę, że nie możemy się powstrzymać przed paleniem w miejscach publicznych. Trochę sami sobie wmawiamy i zrzucamy na nie winę. Może czas to zmienić?
Dodaj Komentarz
RSS komentarzyKomentarze: 2
Z samą treścią najzupełniej się zgadzam. Nie tylko Warszawy dotyczy ten problem - idąc krakowskim chodnikiem, też ciężko się ustrzec przed dymem... Zwłaszcza w pobliżu szkół.
(Mam wrażenie, czy artykuł jest wklejony jakby dwa razy, dwa razy każdy akapit?)
Bardzo dobry artykuł. Trafia w samo sedno problemu.











