iThink.pl - dziennikarstwo i publicystyka

Menu

Logowanie/Rejestracja

[?] Rejestracja
Logo

Kategorie

Dodaj Artykuł

Artykuł

Aktualności / Pozostałe
+ - 0

Postarajmy się lepiej układać nasze stosunki

24 05 2010 Mikołaj Czuba Artykuł był czytany 961 razy
Źródło: internet
Źródło: internet

Wywiad z profesorem Jurijem T. Glazunowem

  • Komentuj
  • Wyślij do znajomego
  • Drukuj artykuł
  • Wersja do łatwego czytania
  • Dodaj do ulubionych
Mikołaj Czuba: – Panie profesorze skąd pan pochodzi?

Jurij T. Glazunow: - Jestem czystej krwi Rosjaninem. Moi rodzice urodzili się w wioskach pod Suzdalem, niewielkim miasteczku położonym ponad 200 kilometrów na północny wschód od Moskwy w obwodzie Władimirskim. Moi rodzice urodzili się przed rewolucją. Po rewolucji najzwyczajniej w świecie szukali sobie miejsca w świecie i w ten sposób znaleźli się w Iwanowie. Mój ojciec był księgowym i szukał miejsca gdzie będą najdogodniejsze warunki życia jednak wszędzie były kiepskie. Rodzice nie byli bogaci i nie byli rozkułaczani ponieważ nie było im czego zabierać. Przed wojną w ZSRR próbowano zagospodarować daleki wschód. Nie było tam niczego oprócz tajgi. Zaczęto zapraszać obywateli Rosji, którzy chcieliby tam pojechać – nazywało się to werbunkiem. W zamian oferowano lepsze warunki życia; wyższe pensje, mieszkania itd. W ten sposób najpierw mój ojciec, a później matka znaleźli się w Chabarowsku. Tam się urządzili i tam ja się urodziłem. Widziałem to miasto, ale byłem zbyt mały i nie pamiętam niczego, choć właśnie tam się urodziłem. Moja mała ojczyzna – ziemia Suzdalska – to jest prawdziwa Rosja. Ziemie niebogate, ale ludzie pracowici…

Wkrótce zaczęła się wojna. Mojego ojca z Chabarowska zabrano na front i wtedy właśnie ja się urodziłem. Przed wojną sklepy w Chabarowsku były dobrze zaopatrzone. Kiedy tylko zaczęła się wojna wszystko od razu zniknęło z półek. Matka mówiła mi, że żywiono te kobiety, które miały niemowlęta jednak trzeba było chodzić daleko pod górę do stołówki. Jak wracała do domu z powrotem to była zmęczona i głodna. Postanowiła wracać skąd przyjechała. Wróciliśmy do wioski mojej babci. Tam przeżyłem wojnę, choć oczywiście nie pamiętam tego dokładnie. Pamiętam jedynie urywki. Na szczęście ziemie na wschód od Moskwy nie znalazły się pod okupacją. Ojciec wrócił do domu w 1945 roku cały i zdrowy. Znowu byliśmy razem, choć bez mieszkania, bez środków do życia. Trzeba się było urządzać na nowo. Wkrótce po wypędzeniu Niemców z Kaliningradu rozpoczęło się zasiedlanie tych terenów przez Rosjan. Mój ojciec tam pojechał. Rozpoczął pracę jako księgowy w przedsiębiorstwie, które obsługiwało okoliczne kołchozy wynajmując traktory, kombajny i inne maszyny. Ojciec organizował te usługi. Dużo podróżował i nigdy długo nie mieszkaliśmy w jednym miejscu.

- Gdzie pan studiował?

- Osiedliliśmy się w Kaliningradzie i tam ukończyłem szkołę. Miałem 23 lata kiedy ukończyłem Wyższą Szkołę Pedagogiczną w Kaliningragzie. Rozpocząłem pracę w organizacji naukowej w centrum obliczeniowym. Pracowałem tam pięć lat po czym rozpocząłem zaoczne studia doktoranckie w Rydze. Taki system zaocznych studiów doktoranckich funkcjonuje w Rosji do dziś. W ciągu czterech lat przygotowałem rozprawę doktorską i obroniłem ją w Rydze. Tak zostałem doktorem nauk fizyczno-matematycznych. Trafiłem na wspaniałego promotora. Dwie osoby w moim życiu wywarły na mnie tak silny i pozytywny wpływ. Pierwszym był mój nieżyjący już dziś nauczyciel kultury fizycznej – Ewgenij Michałowicz Popow. Kiedy chodziłem jeszcze do szkoły za jego przyczyną polubiłem sport i w efekcie trafiłem do lekkoatletycznej reprezentacji Rosji. Połowę życia spędziłem na stadionach i w salach gimnastycznych. Drugą połowę mojego życia wypełniała nauka. Jurij Ananiewicz Michaiłow był teoretykiem fizyki i moim promotorem. Byliśmy w bardzo dobrych przyjacielskich stosunkach. Kontynuowałem naukę i pracowałem z nim dalej. W Akademii Nauk w Kownie obroniłem habilitację w Instytucie fizycznych problemów energetyki. Rozprawę doktorską obroniłem więc w Rydze na Łotwie, a habilitację w Kownie na Litwie. W dalszym ciągu pracowałem na uniwersytecie w Kaliningradzie. Zostałem profesorem na katedrze analizy matematycznej. W Rosji tytuł profesora otrzymuje się nie zgodnie z wybraną specjalnością, a według katedry, w które się pracuje. Kiedy zostałem profesorem miałem już niedużą rodzinę – córkę i żonę. Mieszkaliśmy w Kaliningradzie, a ja nie zamierzałem nigdzie wyjeżdżać. Żyło się normalnie. W czasach ZSRR szanowano nas i opłacano. Kiedy nastała demokracja przestano nas szanować, a pensje ledwie wystarczały na przeżycie. Taka sytuacja trwa tam do dziś. Wszyscy zaczęli szukać możliwości dorobienia sobie i ja również, ale nie chciałem nigdzie wyjeżdżać.

- Jak to się stało, że znalazł się pan w Polsce?

- W Polsce byłem wcześniej kilka razy. W latach sześćdziesiątych uprawiałem sport i przyjeżdżałem tu na zawody. Kupiłem sobie wtedy rozmówki polsko-rosyjskie było ich wtedy dużo i wszędzie je można było kupić. W czasie kiedy jechaliśmy autobusem czytałem je. Kiedy przyjechaliśmy do Olsztyna okazało się, że najlepiej ze wszystkich posługuję się językiem polskim. W ciągu podróży przyswoiłem sobie kilka słów podczas gdy moi koledzy nie znali żadnego. Zaczęli mnie prosić: zapytaj się o to, poproś o to … Wracamy ze stadionu do hotelu. Był upał. Pamiętam jakby to było dzisiaj. Wspaniały stadion był wtedy w Olsztynie, przedwojenny, niemiecki, nieduży, jeden z najlepszych jakie widziałem. Dziś już się takich nie buduje. Ustanowiono na nim w latach 30-tych kilka rekordów. To było w święto 22 lipca w 1964 roku. Wszędzie wisiały flagi. Byliśmy odświętnie ubrani. Z nieba lał się żar. Zobaczyliśmy jak mężczyzna sprzedaje gazowaną wodę z saturatora. Mieliśmy kieszonkowe właśnie na takie drobne potrzeby. Proszą mnie koledzy: kup, załatw. Podszedłem do sprzedawcy i zacząłem mówić: szklanka, woda… On popatrzył na mnie i powiedział: Słuchaj chłopie po rosyjsku mówisz? No to powiedz czego chcesz. W tym czasie ludzie w Polsce mówili po rosyjsku. Praktycznie nie było takich, którzy by nie mówili lepiej lub gorzej.
W 1994 roku mieszkałem w Kaliningradzie i nigdzie nie zamierzałem wyjeżdżać. Po raz pierwszy organizowaliśmy święto – 450 rocznicę założenia Uniwersytetu w Królewcu. Wcześniej przyjęło się nie mówić o tym, że Uniwersytet ma swoją długa historię, która mogłaby kogoś interesować. Jednak wówczas sytuacja się zmieniła. Postanowiliśmy zorganizować takie święto, ponieważ ten Uniwersytet był pierwszy na tych ziemiach oprócz Uniwersytetu w Wilnie, który jednak wkrótce zamknięto i część kadry przeszła właśnie do Królewca. Zaprosiliśmy dużo gości z całego wybrzeża Bałtyku. Przyjechali Niemcy, którzy uczyli się tu jeszcze przed wojną. Cały tydzień świętowano rocznicę. Organizowano dużą konferencję naukową i ja miałem na niej mieć referat. Przyszedłem wcześniej na Uniwersytet. Spotykało mnie dwóch Polaków. Powiedzieli, że chcieliby porozmawiać z profesorem Glazunowem. Odpowiedziałem, że to właśnie ja i zaprosiłem ich do swojego gabinetu. Powiedziałem, że mam tylko 10 minut ponieważ mam mieć wystąpienie na konferencji. Odpowiedzieli, że sprawa jest prosta i zapraszają mnie do pracy do Gdańska w Polsce oddalonego od Kaliningradu tylko o 170 kilometrów. Nie interesowało mnie to zbytnio. O istnieniu Gdańska dowiedziałem się z radia na początku lat 80, mówiono, że rozrabia tam jakiś Wałęsa. Poza tym byłem przekonany, że najbliższym dużym miastem w pobliżu Kaliningradu jest Wilno. Okazało się, że jeszcze bliżej znajduje się Gdańsk, z którym Uniwersytet w Kaliningradzie nie ma żadnych kontaktów. Spytałem czy wiedzą, że nie mówię po polsku? Odpowiedzieli, że kiedy się urodzili to też nie mówili po rosyjsku, ale teraz jak widać mówią. Mało mnie to wtedy przekonało jednak ciekawość zwyciężyła i odpowiedziałem, że chciałby zobaczyć jak pracuje się w Gdańsku i jakie obowiązki miałbym podjąć. Po miesiącu dostałem list napisany po angielsku o mniej więcej następującej treści treści: zapraszamy razem z żoną do odwiedzin Politechniki Gdańskiej, pokryjemy wszystkie wydatki trzydniowej wizyty. Przyszedłem do domu zadowolony i mówię do żony: zobacz, zapraszają nas do Gdańska. Pojechaliśmy. Przyjechaliśmy tutaj wszystko dokładnie obejrzałem. Było normalnie: ładny budynek, dobre warunki, ciepło w zimie, co wówczas pozytywnie odróżniało tutejszą sytuację od naszej. Ciągle jednak nie byłem pewien jaką decyzję powinienem podjąć i wtedy pan dziekan tak dla żartu wziął kalendarz do ręki i pokazuje: „Patrz, Jurij ile mamy świąt w roku. Tu warto pracować”.(śmiech) Wyjechałem nie mówiąc ani tak ani nie choć nadal mnie proszono. Ale za jakiś czas pomyślałem, że zawsze chciałem spróbować czegoś nowego. W ciągu trzech miesięcy skompletowałem i wysłałem dokumenty. Zadzwoniłem do dziekana i mówię: Przyjeżdżam. On odpowiedział: dobrze Jurij, przyjeżdżaj. Przyjechałem do Polski zmęczony podróżą. Przysłano po mnie pracownika, który mówił po rosyjsku. Zabrał mnie taksówką do hotelu asystenckiego gdzie zostawiłem bagaże i poszliśmy na uczelnię. Tam przywitałem się z dziekanem, a on zwrócił się do mnie po rosyjsku: Posłuchaj idź z tym panem on ci coś pokarze. Poszliśmy. Stanęliśmy przed kasą, podpisałem listę i wypłacono mi pieniądze. Wróciliśmy do dziekana. Dziekan zapytał czy mam jakieś pytania jeśli nie to mogę już iść do domu odpocząć. Odpowiedziałem, że mam tylko jedno pytanie: Za co otrzymałem pieniądze, przecież jeszcze ani jednego dnia nie przepracowałem. On odpowiedział: U nas jest tak, że wypłatę otrzymujemy na miesiąc z góry. W ten sposób zacząłem pracować. Nie od razu oczywiście dano mi wykłady. Na początku zajmowałem się nauką. Potem zastępowałem tych kolegów, którzy wyjeżdżali. Zajęcia i wykłady prowadziłem początkowo w języku rosyjskim. Dla studentów to była egzotyka. Wtedy w szkole wszyscy uczyli się języka rosyjskiego i na moich wykładach studenci dużo sobie przypominali.

- Z jakimi wyzwaniami spotkał się Pan podczas pierwszych lat w Polsce?

- Wiedziałem, że prędzej czy później przyjdzie mi prowadzić wykłady w języku polskim. Moi nowi znajomi zaopatrzyli mnie w mnóstwo słowników i podręczników. Ale ja musiałem i pracować i uczyć się języka. Jak się uczyłem? Idąc ulicą można przysłuchiwać się rozmowom chociaż należy udawać, że nic się nie słyszy. W sklepie możesz stać jak długo zechcesz. Słychać jak rozmawia klient ze sprzedawcą. Spotkałem się raz z jednym z moich kolegów z pracy on nie mówił po rosyjsku, ale ja już rozumiałem dużo po polsku. Pyta się mnie jak ty się uczysz języka polskiego? Odpowiedziałem, że nie mam możliwości uczyć się języka polskiego. Jak to możliwe? Jak przychodzę na Politechnice wszyscy się cieszą, że mnie widzą i zapraszają – Jurij zapraszam do siebie, jak to ja długo nie rozmawiałem po rosyjsku. I rozmawiamy po rosyjsku. W domu nie mam z kim rozmawiać po polsku. Na ulicy i w korytarzy krępuję się. Opowiedział mi, że przepracował we Włoszech 5 lat i jak tam przyjechał to nie znał włoskiego, ale się nauczył. Zapytał czy mam telewizor? Akurat nie miałem. Wkrótce przywiózł mi. Oglądając telewizję wynotowywałem słowa, które najczęściej się powtarzają. Z tych słów ułożyłem własny słowniczek i przetłumaczyłem ze słowników, które już miałem. Uczyłem się tych słów. Dzisiaj mówię po polsku płynnie choć z rosyjskim akcentem. Jednak zrozumieć mogą mnie wszyscy. Byłem pierwszym obcokrajowcem na Politechnice Gdańskiej. Kiedy przyszło mi wykładać w języku polskim informowałem studentów skąd przyjechałem, że uczyłem się języka polskiego z telewizji, na ulicach i w sklepach, a tam takich słów jak całka, macierz, zbieżność bezwzględna nie wymawiano więc jeśli któreś ze słów dziwnie zabrzmi to wybaczcie. Z powodu języka nikt nie robił mi tu nigdy żadnych uwag chociaż wiem, że czasem niełatwo jest mnie słuchać. Mam bardzo dobre relacje ze studentami. Kiedy idą drugą stroną ulicy Grunwaldzkiej zdarza się, że machają rękoma i krzyczą „Dzień dobry Panie profesorze!” i śmieją się. Normalne, dobre stosunki. Polscy studenci są normalni, tacy jak ludzie wszędzie na świecie. Już 15 lat tutaj odsłużyłem. Nie mam obywatelstwa polskiego. Otrzymałem jedynie pozwolenie na pobyt, ale w gruncie rzeczy wystarcza mi to. Jedyne do czego nie mam prawa to czynne i bierne prawo wyborcze. Tutaj na Politechnice mogę być wybranym i byłem – kierownikiem zakładu.

- Pewnie zna Pan osiągnięcia rosyjskiej nauki. Które z dziedzin znajdują się na najwyższym światowym poziomie, a które odbiegają od tego poziomu? Jak sytuacja w Rosji różni się od sytuacji w Polsce?

- ZSRR zawsze pozostawał w tyle pod względem technik komputerowych i produkcji komputerów. W latach pięćdziesiątych kiedy pojawiły się pierwsze komputery, niewiele ustępowaliśmy USA. Potem złożyło się tak, że te dziedziny techniki, w których potrzebna siła fizyczna i moc np. kosmonautyka, prace postępowały szybko. Tam gdzie potrzebne były wyrafinowane procesy technologiczne np. precyzyjne oczyszczanie metali – badania nie postępowały. Widocznie sam system radziecki, w którym nie było związku między tym co się myśli, mówi i robi nie sprzyjał rozwijaniu tych technologii. W latach 50 i 60 ZSRR był w matematyce, sporcie na pierwszym miejscu w świecie, w fizyce na drugim miejscu zaraz po USA, a być może nawet na równi z nimi. W ciągu ostatnich dwudziestu lat postępuje rozkład rosyjskiej nauki. Żeby zniszczyć wystarczy przestać ją subsydiować. Niektóre dziedziny nauki mogą się finansować same w całości lub w części, ale nauki podstawowe muszą być subsydiowane przez państwo. 200 000 pracowników naukowych, takich jak ja, lub nawet lepszych wyjechało za granicę. Pojechali tam gdzie są pieniądze i dobre warunki do prowadzenia badań. W ZSRR matematyka była na pierwszym miejscu i zastanawiałem się dlaczego? W Rosji nauka nie istniała w ogóle do czasów Piotra Pierwszego. Takich państw, w których nie istniała nauka było więcej np.: Japonia, Indie, Chiny. Istniały tam indywidualne osiągnięcia, ale nauka – uniwersytety narodziły się w Europie; we Włoszech, Francji, Niemczech i Anglii. Czym zajmowali się nasi przodkowie wcześniej? Modlili się. Rosja usiana jest Cerkwiami. Są one często pięknie położone nad wodą wśród drzew. Mają białe ściany, a ich kopuły są pozłacane. Tak się dawniej czciło Boga. Jednak dla nauki historie biblijne są mało przydatne. Kiedy Piotr I dostrzegł, jakie korzyści wyciąga się z nauki na Zachodzie, postanowił utworzyć to w Rosji. Zorganizował Akademię Nauk w Sankt Petersburgu. Kiedy Piotr I postanowił wprowadzić naukę sprowadził najwybitniejszych uczonych i stworzył im dogodne warunki. Z Genewy przyjechał wielki matematyk Leonard Euler. Próbował on w swoim czasie wrócić do Niemiec, ale nie miał tam tak dobrych warunków jak w Sankt Petersburgu gdzie kontynuował swoje badania aż do śmierci. Tacy ludzie tworzyli podstawy Rosyjskiej nauki. W XIX wieku było już wielu znanych matematyków pochodzenia rosyjskiego. W latach pięćdziesiątych XX wieku istniała cała sieć wyławiania talentów. Utalentowani ludzie nie zawsze rodzą się w mieście. Często rodzą się na wsi i jeśli nikt ich nie dostrzeże to tam pracują przez całe życie. W ZSRR organizowano olimpiady wszystkich szczebli na całym terytorium. Wybierano najbardziej utalentowane dzieci i proponowano ich rodzicom oddać je do internatów w Moskwie lub Sankt Petersburgu, gdzie w dobrych warunkach będą mogły rozwijać swoje talenty. Rodzice najczęściej się zgadzali. Wielu ludzi, którzy w ten sposób rozpoczynało kariery jest dzisiaj wybitnymi naukowcami. Ten system wyławiania talentów załamał się na początku lat 90 tych. Aby nauka na nowo zadziałała potrzebne jest odpowiednie finansowanie. Kto zechce poświęcić całe swoje życie na karierę naukową wiedząc, że jako profesor otrzyma pięćset dolarów miesięcznej pensji? Jakie pensje i warunki, taki stosunek ludzi do pracy. Kiedy się to zmieni? Nie wiadomo. Same rozmowy, że pod Moskwą powstaje Dolina Krzemowa i będą tam opracowywane nanotechnologie i informatyka kwantowa nie wystarczą. Trzeba konkretnych działań – określenia kto co wykona i kto co sfinansuje. Mam nadzieję, że tak się stanie.
W Polsce nauka jest trochę lepiej finansowana. Nie ma tutaj kokosów, ale można przewidzieć ile dostanie się w ciągu roku i zaplanować wydatki – rocznie około 5000 zł według uznania na sprzęty, konferencje. Więcej można pozyskać z grantów europejskich. To nie są luksusy, ale sytuacja jest przewidywalna. Zauważyłem, że w Polsce Nauka nie ma ambicji rozwiązywania poważnych problemów gospodarczych i społecznych. Nie mogłem tego zrozumieć na samym początku. Musiałem sam do tego dojść. Tutaj – dotyczy to matematyki – uprawia się czystą naukę. Taką naukę dla nauki. Otrzymujemy rezultaty, ale gdzie je zastosować to już nie nasza sprawa. Organizowałem kiedyś kursy dla wykładowców, którzy chcieliby wykorzystywać matematykę, a nieco pozapominali. Po wykładzie zacząłem opowiadać jak poznałem mechaników i jakie problemy razem rozwiązaliśmy. To były problemy dyfuzji wielokomponentowej. Rozważaliśmy problem odwrotny dla układu równań o pochodnych cząstkowych i warunkach brzegowych. Trzeba tam było zbudować model matematyczny dla rozwiązania, które już istniało. Było to dość żmudne zadanie. W ciągu pół roku rozwiązaliśmy problem. Napisaliśmy później razem kilka artykułów na ten temat. Tutaj podchodzi do mnie mój kolega z architektury i mówi: Panie profesorze, po co pan pracuje z tymi mechanikami? Powinien mieć pan czyste ręce, powinien się pan zajmować tylko swoją matematyką. Najpierw pomyślałem, że to przypadek, ale szybko dostrzegłem, że takie podejście to raczej reguła. W Rosji jest inaczej: nikt nie pyta od czego jesteś specjalistą to jest oczywiście napisane w dyplomie. Pyta się: Co potrafisz? Zastanawiałem się dlaczego tak jest? Polska nigdy nie realizowała dużych własnych projektów w skali całego kraju. Nie projektowano i nie budowano własnych samolotów. Nie wytwarzano statków kosmicznych. Nie budowano elektrowni wodnych albo jądrowych. Nie było potężnych projektów, w których uczestniczy bardzo dużo ludzi, które stawiają nowe problemy naukowe i wymagają ich rozwiązywania. A jeśli tego nie było nie było szans na powstanie wzajemnych relacji. Rozmawiałem kiedyś z moim promotorem członkiem Akademii Nauk Łotwy Michaiłowem, którego tu już wspomniałem. Jak to jest, bierzesz stare książki lub podręczniki z lat 50 i 60 są napisane bardziej gruntownie niż dzisiejsze. Odpowiedział, że w tamtym czasie matematycy rozwiązywali konkretne problemy gospodarcze. Dla takich zadań potrzebni byli odpowiedni ludzie. Tacy ludzie się rodzili i ich znajdywano. Na początku lat 50 tych energetyka radziecka orientowała się na torf. Cała Rosja centralna położona jest na torfie. Torf należy wydobywać, suszyć w odpowiedni sposób lecz nie do końca, przewozić itd. Wokół tego powstała cała nauka. Badając procesy suszenia sformułowano teorię sprzężonego transportu ciepła i masy. Okazało się później, że ma ona zastosowanie w reaktorach atomowych, w konstruowaniu statków kosmicznych, badaniach nad rozwojem populacji organizmów – zachodzą tam podobne procesy. Takich dużych projektów w Polsce nie było, ale będą w swoim czasie. Zwykli ludzi, którzy nie zajmowali się nauką zarówno w Polsce jak i w ZSRR tej różnicy nie zauważą.
Uważam, że nie można poznać ludzi dobrze do póki się z nimi nie popracuje. Bywałem w Polsce na zawodach w latach 60 tych. Wtedy miałem wrażenie, że oglądam film: po ulicy przejeżdżają samochody i motocykle, obok przechodzą ludzie, ale ja byłem tu obcym – nie uczestniczyłem w życiu. Po 15 latach, które tu przepracowałem okazuje się, że każdy ma jakieś interesy, jakieś troski. Może wyniknąć z tego rywalizacja, ale to normalne w życiu… Mnie nikt nigdy z moich polskich kolegów złego słowa nie powiedział.

- W ostatnim czasie cały świat dostrzegł nadzwyczajne osiągnięcia Grigorija Perelmana w matematyce. Wykazał prawdziwość hipotezy Poincarego. Odmówił przyjęcia nagrody, zrezygnował ze sławy, wiedzie pustelniczy tryb życia i porzucił pracę na uczelni… Jak by Pan to skomentował?

- Dziwacy się zdarzają. Zawsze tak było, tak jest i tak będzie. (śmiech)

- Jednak Perelman jest matematycznym geniuszem.

- Tak. W Rosji jest taki zbiór opowiadań z XIX wieku Kozmy Prutkowa – postaci zmyślonej. W rzeczywistości, te żartobliwe opowiadania zostały wymyślone przez Konstantina Tołstoja oraz dwóch jego kolegów. Wymyślili całą jego biografię. Kozma Prutkow znany jest z tego, że bardzo dużo i bezkrytycznie o sobie myśli i wypowiada różne sentencje. W jednej z takich wypowiedzi Prutkow stwierdza, że specjalista, geniusz podobny jest do człowieka z obrzękiem twarzy – z jednej strony tłusty, a z drugiej strony chudy, z jednej strony obrzęk, a z drugiej strony czegoś mu brakuje. To jest charakterystyczne. To nie jego wina, ale taki po prostu jest i dlatego jest genialny. Jeśli oferuje mu się nagrodę dlaczego jej nie przyjmuje? Z jednej strony jest genialny z drugiej strony nie wszystko rozumie. Jeśli pieniądze nie są mu potrzebne niech odda je szkole lub domowi dziecka. Otylia Jędrzejczak zlicytowała swój medal olimpijski, a pieniądze przekazała na cele charytatywne. Podobnie Dariusz Tygrys Michalczewski. Cieszę się, że Perelman jest geniuszem matematycznym. Postąpił jak postąpił. Mógłby zrobić inaczej.

- Jak Pan ocenia to z czym ostatnio mamy do czynienia w stosunkach Polsko-Rosyjskich.

- Stosunki Polsko –Rosyjskie ewoluują. Kiedy tutaj przyjeżdżałem nie podejrzewałem nawet, że takie stosunki istnieją. W latach 60 przyjeżdżałem do Polski na zawody sportowe i po prostu szanowaliśmy Polaków i oni nas szanowali, pomagaliśmy sobie… Kiedy przyjechałem na stałe w połowie lat 90 tych dowiedziałem się, że ZSRR napadł na Polskę w 1939 roku. U nas podawało się to jak wyzwolenie słowiańskich narodów, zachodniej Ukrainy i Białorusi. Nigdy niczego wcześniej nie słyszałem o Katyniu. Kiedy zacząłem oglądać telewizję, co pomagało mi w nauce języka polskiego, zauważyłem, że o Rosji mówi się niewiele, a jeśli się już mówi to bez szacunku. Zastanowiłem się, czy tylko ja odnoszę takie wrażenie. Porozmawiałem na ten temat z moim kolegą. Przyznał, że tak rzeczywiście jest. Pytałem dlaczego. Dziś mam na ten temat własną teorię. Powiem więcej, nie ma żadnych sprzeczności między naszymi narodami. Absolutnie żadnych. Wszystko to sztucznie jest wyolbrzymiane. Jeśli spytacie kogokolwiek w Rosji, nie tutaj zaraz za granicą, ale na przykład w okolicach Moskwy: Kim są Polacy? Każdy odpowie, że Polacy są naszymi braćmi. Oczywiście ten sam człowiek, jeśli zapytasz go gdzie leży Polska, może mieć problemy z odpowiedzią. Podobnie jest w Polsce. Ludzie szybko rozpoznają, że jestem Rosjaninem – mówię z akcentem. Z radością zaczynają opowiadać; byłem w Rosji tam, tam i tam, a Rosjanie to tacy wspaniali ludzie, gościnni. Mówią o Rosji i Rosjanach w samych superlatywach. Byłem też kiedyś na konferencji w Olsztynie i przy tej okazji zorganizowano wycieczkę. Miasto pokazywał nam starszy mężczyzna, jak się okazało geograf. Ponad trzydzieści lat przeżył na Syberii i ucieszył się, że mógł porozmawiać po rosyjsku. Nienawiść rodzi się w określonych warstwach, gdy człowiek zaczyna przypominać sobie stare obrazy jego przodków. Oczywiście nie wszystkich to dotyczy. Zdarzają się ludzie skrzywdzeni, ktoś źle potraktował ich samych lub ich krewnych. To oni, i nie chciałbym obrazić, dziennikarze często podsycają spory…

- Wspominał pan o Katyniu…

- Nie rozumiem dlaczego nasze władze nie odtajniły tych dokumentów. Zrobiliśmy to nie my, ani nie wy. Zresztą Stalin i Beria nie byli Rosjanami. Oczywiście dokonało się to również rękoma Rosjan. Uczestniczyli w tym mimowolnie sowieccy żołnierze. Należy w końcu odtajnić dokumenty. Niech rodzinny odnajdą mogiły swoich bliskich i niech się dowiedzą co się z nimi stało. Może poczują się lepiej. Przecież od dawna wszystko jest jasne. Już dawno należało odtajnić te dokumenty. Co zaś do Rosjan i Katynia to trzeba mieć na uwadze, że w Katyniu zginęło około 20 000 osób. To była polska inteligencja – oficerowie. Zajęli by chyba dwie Politechniki jeśli trzeba by ich było ustawić jeden przy drugim. To straszne. Jednak w Rosji radzieckiej przed drugą wojną światową to same kierownictwo unicestwiło 37 000 000 istnień ludzkich. Zabierano ich z domów niby do pracy, a byli rozstrzeliwani lub umierali w łagrach. Trzydzieści siedem milionów. Jeśli mówić o tym jak zwykli Rosjanie mogą odnosić się do Katynia to ja rozumiem, że przy zestawieniu trzydziestu siedmiu milionów z dwudziestoma tysiącami te dwadzieścia tysięcy nie wyglądają już tak dramatycznie. Przecież myśmy wycierpieli więcej. I nie będą odnosić się do tego tak kategorycznie jak Polak, który utracił ojca. Na tym polega różnica. Zwalono to wszystko na Niemców… Nie wyszło. Utajnienie takich rzeczy nie prowadzi do niczego dobrego.

- Czy odwiedza Pan miejsce pochówku sowieckich żołnierzy, o którym wspominał prezydent W. W. Putin w zeszłym roku? Czy jest Pan zadowolony ze stanu w jakim znajdują się mogiły?

- Nie często odwiedzam te miejsca. Byłem tam jednak kilka razy. W Łodzi na przykład znajduje się rosyjski cmentarz. Tutaj w Gdańsku znajdują się też groby żołnierzy radzickich i rosyjskich. Na przykład tutaj niedaleko od dworca na fortach znajdują się groby żołnierzy, którzy zginęli jeszcze w czasie wojny siedmioletniej z Fryderykiem II. Te groby dziś są w nienajlepszym stanie. Trudno liczyć na to by Polacy się nimi zajęli. Dobrze by było gdyby rosyjski konsul się tym zajął.

– Co Polacy i Rosjanie mogą zrobić żeby przyspieszyć proces pojednania?

- Trzeba wyjaśnić rozbieżności między politykami i to właśnie ma miejsce. Ja z Panem ani nikim innym tutaj nie mam się o co sprzeczać. My Rosjanie nie lubimy podziałów. Jesteśmy nauczeni żyć obok siebie w pokoju. Można żyć po sąsiedzku. Można inaczej. Jeden z wykształconych Polaków powiedział mi tu w Gdańsku: Jurij nie można z powodzeniem kroczyć na przód oglądając się stale do tyłu. Jednak ludzie mają różne poglądy. Kiedy brałem udział w konferencji w Wigrach byłem jedynym Rosjaninem pośród Polaków i mój kolega mnie przedstawił. Naraz jeden z uczestników podnosi się i mówi: Przecież Rosja wyrządziła nam tyle krzywd. Powiedziałem: Kochani cóż ja za to mogę? Nie było mnie wtedy na świecie i nie mam z tym nic wspólnego. Co było to było. Ja nie przyjechałem do was by odbierać wam ziemię, a po to by podzielić się wiedzą. Postarajmy się lepiej układać nasze stosunki, bardziej tolerancyjnie, tak żeby naszym dzieciom dobrze się żyło. Mówią mi: Tak Jurij ty masz rację… ale my nie możemy… i na nowo się zaczyna. (śmiech) Polacy też parę razy byli w Moskwie… (znowu śmiech)

– Tak dokładnie dwa razy.

- Dwa razy w tym raz z Napoleonem… Nie rozumiem natomiast dlaczego w telewizji przedstawia się takie poglądy. Widziałem na przykład dawnego polskiego arystokratę, który przybył z Londynu. Przeprowadzano z nim wywiad i widać było, że bardzo się zapalił. Zaczął od tego, że… Rosja to nasz odwieczny wróg. Taki wróg, który nigdy nie będzie naszym przyjacielem. On to mówił w telewizji i to wszędzie pokazywano. Jeśliby u nas ktoś coś takiego powiedział w telewizji zganiono by go za rozsiewanie nienawiści. A ten proszę. Powtórzę jeszcze raz: Żadnych sprzeczności między naszymi narodami nie ma i nie może być. Są nieporozumienia. Uczono nas w szkole na radzieckich podręcznikach, po szkole również. Oczywiście wiele faktów zostało wypaczonych. Stąd tyle niezrozumienia. Teraz zrobiono prawidłowo – pełniącego obowiązki prezydenta Bronisława Komorowskiego posadzono na należnym mu miejscu podczas parady dziewiątego maja. Należy rozmawiać ze sobą z szacunkiem. Przełom nie nastąpi od razu. Głupstwa stopniowo znikną. Ja tutaj nie siedzę bezczynnie.

Profesor pokazuje najnowsze publikacje. Wiele z nich zwłaszcza te ostatnie książki napisane po polsku i po rosyjsku. Ma polskie odznaczenie państwowe, którym się chwali.

Wywiad ukazał się pierwotnie na stronie http://mikolajczuba.wordpress.com/




+ - 0

Artykuł nie został jeszcze pozytywnie zrecenzowany.

Dodaj Komentarz

Zaloguj się aby komentować. Jeśli nie masz jeszcze konta, zapraszamy do rejestracji.

RSS komentarzy

Komentarze: 0