Aktualności / Świat
Konsekwencje równego traktowania płci
Artykuł był czytany 756 razy
Jak mają się do siebie feministyczne przekonania na temat równości płci i wadze tego faktu, do ich działań. Czy aby feministki swoimi działaniami nie przeczą swoim słowom?
Jednym z głównych celów feminizmu jest walka z dyskryminacją ze względu na płeć. Jako podstawę takich działań przyjmuje się różne poglądy. Od uznania, że kobiety i mężczyźni nie różnią się jako grupy, do uznania, że istniejące pomiędzy tymi grupami różnice nie powinny wpływać na ocenę poszczególnych reprezentantów danej płci.
Konsekwencją tego jest przyjęcie, że inne czynniki niż płeć powinny decydować o byciu efektywnym pracownikiem, przedsiębiorcą czy politykiem oraz, że to tymi właśnie czynnikami, a nie płcią powinniśmy kierować się dokonując wyborów odnośnie zatrudnienia, bądź awansowania pracownika czy podczas głosowania. Każdego człowieka należy więc traktować indywidualnie, na podstawie specyficznych dla niego cech, a nie poprzez przypisywanie mu cech dominujących w grupie jakiej jest członkiem.
Jeżeli jednak uznamy to za słuszne, to jest jeszcze jedna konsekwencja, której zdaje się wiele organizacji feministycznych nie dostrzega. Niech przykładem będzie skład parlamentu. Skoro płeć nie jest istotna w polityce, ponieważ liczą się indywidualne cechy, to jakie znaczenie ma liczba kobiet i mężczyzn w parlamencie? Z jakiego powodu tyle czasu poświęca się na prowadzenie statystyk liczby kobiet wśród posłów, promowanie kobiet w polityce, namawianiu do głosowania na kobiety, namawianiu kobiet do kandydowania? I wreszcie, z jakiego powodu wiele feministek domaga się parytetów, ustawowego „wyrównywania” liczby kobiet w polityce, skoro zgodnie właśnie z ideologią feministyczną to nie powinno mieć żadnego znaczenia?
Żeby zrozumieć absurdalność tego sposobu myślenia wystarczy zastanowić się z jakiego powodu nie obchodzi nikogo stosunek liczbowy blondynów do brunetów w parlamencie. Nikogo to nie interesuje, ponieważ nikt nie uważa koloru włosów za coś istotnego w polityce. Tymczasem w tej sytuacji jesteśmy przekonywani, że płeć nie powinna mieć znaczenia, tak jak kolor włosów, ale powinniśmy przypisywać jakieś znaczenie liczbie kobiet i mężczyzn w parlamencie, już nie tak jak w przypadku koloru włosów.
Co więcej, nawet jeżeli różnice pomiędzy płciami istnieją, to i tak nie jest to argument za tym, ze powinniśmy traktować płeć jako jakąś kategorie polityczną. Jeżeli na przykład feministki uważają, że powinno być więcej kobiet w polityce, bo kobiety są na ogół bardziej spokojne, to dalej – zgodnie z opisanymi wyżej założeniami – nie ma to żadnego sensu i jest dyskryminujące. Skoro ktoś uważa, że bycie opanowanym jest istotne w polityce, to powinien namawiać do głosowania na opanowanych kandydatów bez względu na ich płeć, nawet jeżeli ta cecha przeważa u kobiet. W innym wypadku będzie to namawianie do kierowania się kryterium płci, co jest najbardziej krytykowane właśnie przez feministki. Poza tym, jeżeli zaakceptujemy namawianie do kierowania się płcią przy ocenie i wyborze polityków, to musimy jednocześnie zaakceptować, że społeczeństwo może wybierać nie tę płeć, którą popierają feministki, ponieważ społeczeństwo może woleć na przykład agresywnych mężczyzn, niż spokojne kobiety.
Podobnie sprawa płci ma się w innych dziedzinach. Jeżeli już przekonujemy pracodawców, że powinni zatrudniać pracowników posiadających najlepsze kwalifikacje, bez względu na płeć, to w ogóle nie powinno nas interesować jaki procent zatrudnionych będzie kobietami. Jeżeli pracodawca zatrudnia najlepszych, to nie jego wina, że jakaś płeć wśród tych najlepszych może przeważać, a wszelkie próby zmiany proporcji płci zaszkodzą jego firmie, bo najlepszych z definicji można zmienić tylko na gorszych.
Ilekroć więc słyszymy z ust feministek o tym, jaki procent kobiet pracuje w danym zawodzie, jaka jest skala przemocy wobec kobiet, jakie są zarobki kobiet czy też ile kobiet jest opisanych podręcznikach historii, to powinniśmy ignorować tego typu informacje. Nie dlatego, że nie interesują nad problemy społeczne, ale dlatego, że dla nas, przeciwników dyskryminacji, jest obojętne czy ofiarą przemocy jest kobieta czy mężczyzna, czy niedoceniona w pracy jest kobieta czy mężczyzna, czy postać, której zbyt mało poświęca się miejsca w podręcznikach historycznych to kobieta czy mężczyzna.
N-H-B
Konsekwencją tego jest przyjęcie, że inne czynniki niż płeć powinny decydować o byciu efektywnym pracownikiem, przedsiębiorcą czy politykiem oraz, że to tymi właśnie czynnikami, a nie płcią powinniśmy kierować się dokonując wyborów odnośnie zatrudnienia, bądź awansowania pracownika czy podczas głosowania. Każdego człowieka należy więc traktować indywidualnie, na podstawie specyficznych dla niego cech, a nie poprzez przypisywanie mu cech dominujących w grupie jakiej jest członkiem.
Jeżeli jednak uznamy to za słuszne, to jest jeszcze jedna konsekwencja, której zdaje się wiele organizacji feministycznych nie dostrzega. Niech przykładem będzie skład parlamentu. Skoro płeć nie jest istotna w polityce, ponieważ liczą się indywidualne cechy, to jakie znaczenie ma liczba kobiet i mężczyzn w parlamencie? Z jakiego powodu tyle czasu poświęca się na prowadzenie statystyk liczby kobiet wśród posłów, promowanie kobiet w polityce, namawianiu do głosowania na kobiety, namawianiu kobiet do kandydowania? I wreszcie, z jakiego powodu wiele feministek domaga się parytetów, ustawowego „wyrównywania” liczby kobiet w polityce, skoro zgodnie właśnie z ideologią feministyczną to nie powinno mieć żadnego znaczenia?
Żeby zrozumieć absurdalność tego sposobu myślenia wystarczy zastanowić się z jakiego powodu nie obchodzi nikogo stosunek liczbowy blondynów do brunetów w parlamencie. Nikogo to nie interesuje, ponieważ nikt nie uważa koloru włosów za coś istotnego w polityce. Tymczasem w tej sytuacji jesteśmy przekonywani, że płeć nie powinna mieć znaczenia, tak jak kolor włosów, ale powinniśmy przypisywać jakieś znaczenie liczbie kobiet i mężczyzn w parlamencie, już nie tak jak w przypadku koloru włosów.
Co więcej, nawet jeżeli różnice pomiędzy płciami istnieją, to i tak nie jest to argument za tym, ze powinniśmy traktować płeć jako jakąś kategorie polityczną. Jeżeli na przykład feministki uważają, że powinno być więcej kobiet w polityce, bo kobiety są na ogół bardziej spokojne, to dalej – zgodnie z opisanymi wyżej założeniami – nie ma to żadnego sensu i jest dyskryminujące. Skoro ktoś uważa, że bycie opanowanym jest istotne w polityce, to powinien namawiać do głosowania na opanowanych kandydatów bez względu na ich płeć, nawet jeżeli ta cecha przeważa u kobiet. W innym wypadku będzie to namawianie do kierowania się kryterium płci, co jest najbardziej krytykowane właśnie przez feministki. Poza tym, jeżeli zaakceptujemy namawianie do kierowania się płcią przy ocenie i wyborze polityków, to musimy jednocześnie zaakceptować, że społeczeństwo może wybierać nie tę płeć, którą popierają feministki, ponieważ społeczeństwo może woleć na przykład agresywnych mężczyzn, niż spokojne kobiety.
Podobnie sprawa płci ma się w innych dziedzinach. Jeżeli już przekonujemy pracodawców, że powinni zatrudniać pracowników posiadających najlepsze kwalifikacje, bez względu na płeć, to w ogóle nie powinno nas interesować jaki procent zatrudnionych będzie kobietami. Jeżeli pracodawca zatrudnia najlepszych, to nie jego wina, że jakaś płeć wśród tych najlepszych może przeważać, a wszelkie próby zmiany proporcji płci zaszkodzą jego firmie, bo najlepszych z definicji można zmienić tylko na gorszych.
Ilekroć więc słyszymy z ust feministek o tym, jaki procent kobiet pracuje w danym zawodzie, jaka jest skala przemocy wobec kobiet, jakie są zarobki kobiet czy też ile kobiet jest opisanych podręcznikach historii, to powinniśmy ignorować tego typu informacje. Nie dlatego, że nie interesują nad problemy społeczne, ale dlatego, że dla nas, przeciwników dyskryminacji, jest obojętne czy ofiarą przemocy jest kobieta czy mężczyzna, czy niedoceniona w pracy jest kobieta czy mężczyzna, czy postać, której zbyt mało poświęca się miejsca w podręcznikach historycznych to kobieta czy mężczyzna.
N-H-B















