iThink.pl - dziennikarstwo i publicystyka

Menu

Logowanie/Rejestracja

[?] Rejestracja
Logo

Kategorie

Dodaj Artykuł

Artykuł

Aktualności / Świat
+ - 0

Narkotyki w Ameryce (3) - kokaina

09 11 2010 zbigniew jankowski *** Artykuł był czytany 1042 razy
Źródło: drugs
Źródło: drugs

Fortuny, jakie przynosił handel, były zawsze i wszędzie związane z umiejętnością wykorzystania przemocy, a powodem wszystkich wojen toczonych w historii był właśnie handel i walka o rynki...

  • Komentuj
  • Wyślij do znajomego
  • Drukuj artykuł
  • Wersja do łatwego czytania
  • Dodaj do ulubionych

Już coraz mniej ludzi pamięta, że Południowa Floryda była kiedyś spokojnym i bezpiecznym zakątkiem Stanów Zjednoczonych. Były takie czasy.

Połączony koleją z lądem południowy skraj Florydy, Key West, przyciągał artystów i pisarzy. To tu w roku 1928 Ernest Hemingway pisał „Pożegnanie z bronią”. Tu powstawała powieść „Komu bije dzwon” i „Śniegi Kilimandżaro”. Także w Key West Tennessee Williams pracował w roku 1947 nad sztuką „Tramwaj zwany pożądaniem”. Miami było zacisznym miejscem wakacyjnego wypoczynku, ze względu na spokój ulubionym głównie przez turystów w wieku emerytalnym. Miasto było bezpieczne. W latach 50. jeden radiowóz policyjny patrolował nocą ulice Miami na obszarze wielkości nowojorskiej Long Island. Nie znaczy to jednak, że w mieście nic się nie działo. Floryda była zawsze dogodnym miejscem przemytu. Tędy wiodły szlaki handlarzy broni, uciekinierów i imigrantów. Tędy też przemycano narkotyki.

W latach 60. i 70. całe południowe wybrzeże Florydy było całkowicie otwarte dla przemytu, a handel marihuaną był tutaj czymś powszechnym. Władze szacowały, że aż 95% dostaw tego narkotyku na rynek amerykański przechodziło przez Południową Florydę. Marihuana napływała tu w takich ilościach, że wielu mieszkańców mimo woli angażowało się w biznes. Każdy, kto miał łódź, mógł zająć się handlem. Z czasem jednak rynek osiągnął takie nasycenie, że sprzedaż zaczynała być coraz większym problemem. I właśnie wtedy pojawiła się nowa oferta handlowa – kokaina – która zmieniła Miami na zawsze.

Będąc z początku towarem luksusowym nowa używka konsumowana była przez reprezentantów prestiżowych zawodów, jak lekarze, prawnicy czy agenci nieruchomości. Jednak już w drugiej połowie lat 70., gdy jej cena spadła, kokaina stała się najmodniejszym hitem towarzyskim całej Ameryki.

Handlem narkotykami na Florydzie zajmowały się gangi kubańskie, które współpracowały z mafią kolumbijską kontrolującą organizację produkcji w Medellinie w ramach kartelu stworzonego przez braci Jorge, Fabio i Juana Ochoa wraz z Pablo Escobarem. Jedna z największych w historii organizacji przestępczych generowała, jak szacowano, 2 mln dolarów dziennie, dostarczając 80% kokainy konsumowanej w USA. Znakomita część dostaw przechodziła przez Miami. Sposobów przemytu było wiele. Jednym z najbardziej bezpiecznych było transportowanie kokainy na pokładach małych, prywatnych samolotów prowadzonych przez obywateli amerykańskich z Kolumbii, przelatywanie nad Florydą w głąb stanu Georgia, przeładowywanie towaru do samochodów i wwożenie go do Miami autostradą od północy. „Robiliśmy tak przez 6 czy 7 lat. I nie mieliśmy z tym nigdy jakiegokolwiek problemu” – wspominał Jon Roberts, który przemycił w ten sposób dla kartelu Medellin kokainę o wartości ponad 2 mld dolarów.

Pieniądze ze sprzedaży narkotyków lokowane były w bankach w Panamie, która pod wodzą waszyngtońskiego pupilka i długoletniego współpracownika CIA Manuela Noriegi była wówczas „Mekką przemytników zainteresowanych praniem pieniędzy”, jak informowały amerykańskie media. Bez konieczności dokumentowania źródła pochodzenia pieniędzy można było lokować w panamskich bankach gotówkę w ilości nieograniczonej żadnymi przepisami. Gangsterzy latali do Panama City z walizkami wypchanymi milionami, które z lotniska pod eskortą narodowej gwardii przewożone były prosto do sejfów Banco de Panama. Noriega gwarantował full service.

Biznes kwitł, tak i kwitło Miami. W drugiej połowie lat 70. Ameryka przeżywała głęboki kryzys gospodarczy, ale – jak donosiły media – „nie było żadnych oznak recesji na Florydzie”. Luksusowe jachty, ferrari, mercedesy i złote rolexy sprzedawały się jak nigdy dotąd, a olbrzymią trudnością w Miami było kupienie domu, gdyż podaż na rynku nieruchomości nie nadążała za żarłocznym popytem. „Miasto tonie w kokainie” – donosiły media, choć w istocie miasto dzięki kokainie żyło... i kwitło. W bankach, które wyrosły jak grzyby po deszczu w mieście nie mającym w zasadzie żadnego zaplecza przemysłowego, nie nadążano ręcznie przeliczać deponowanej gotówki i koniecznym okazało się zainwestowanie w automatyczne urządzenia do liczenia pieniędzy. Oddział Systemu Rezerw Federalnych w Miami zdeponował jednego roku gotówkę w wysokości 5 mld dolarów, czyli więcej niż wszystkie pozostałe oddziały banku razem wzięte. „Miami można określić jako główne zamorskie centrum prania pieniędzy dla kolumbijskiej mafii” – mówiono oficjalnie, a lokalne media informowały, że „na Florydzie są tysiące nieruchomości o wartości ponad miliard dolarów, które zakupiono za nielegalnie zdobyte pieniądze”. Potężny mechanizm handlowy wspierany był przez rozbudowany system korupcji. Z nielegalnej sprzedaży narkotyków czerpali korzyści politycy, służby graniczne i policja. Biznes kwitł i wielki bal trwał. Kokaina była wszędzie. W toalecie każdej restauracji, nocnego klubu czy baru wciągano biały proch. „W Miami jeśli wyjmiesz dowolny banknot z portfela i poddasz go analizie chemicznej, znajdziesz na nim zawszę kokainę” – twierdził specjalista ds. analiz medycznych dr Joseph Davis.

W lipcu 1979 r. wielka euforia radości zamieniła się w koszmar, którego gorzki przedsmak mieszkańcy Miami przeżyli jako strzelanina w centrum handlowym Dadeland Mall. W mieście rozpoczynała się długa i krwawa wojna handlowa między kolumbijskimi i kubańskimi gangami narkotykowymi walczącymi o rynek. Ich członkowie, nazywani „cocaine cowboys”, zdołali przekształcić Miami w miasto, przy którym „Chicago z czasów prohibicji wyglądało jak spokojny niedzielny piknik parafialny”. Przemoc w Miami przyćmiła Detroit. W pierwszej połowie lat 80. miasto uznawane było za najniebezpieczniejsze miejsce na Ziemi. W roku 1976 dokonano tu 104 morderstw, w 1979 r. – 367, rok później – 573, a w 1981 r. pobito kolejny rekord liczbą 621. Strzelaniny uliczne, po których w kałużach krwi znajdowano mniej niż cztery ofiary śmiertelne, przestały nawet przyciągać uwagę mediów. Policja przeżarta korupcją i system wymiaru sprawiedliwości praktycznie nie funkcjonowały. Nierozwiązywalnym problemem było nawet oczyszczenie własnych szeregów z powiązań mafijnych. W pewnym okresie zwolniono lub aresztowano aż 16 policjantów zaledwie w przeciągu dwóch tygodni. Jesienią 1981 r., poświęcając tragedii główny artykuł numeru, redakcja magazynu „Time” nazwała Miami „rajem utraconym”. Dziewięciostronicowy ilustrowany reportaż był najgorszą reklamą i piekącym policzkiem dla władz miasta, które czerpało pokaźne zyski z turystyki. „Południowa Floryda – ten pocztówkowy zakątek Słonecznego Stanu (...) od Palm Beach po Key West – przeżywa wielką tragedię. Epidemia krwawej przemocy, plaga nielegalnych narkotyków i przypływ uchodźców uderzyły w Południową Florydę z siłą niszczącego huraganu” – bili na alarm reporterzy „Time” w artykule „Kłopoty w raju”.

Do rozwiązania „kłopotów” powołano specjalną jednostkę policyjną CENTAC (Central Tactical Unit), której celem okazało się tropienie przez długie lata Griseldy Blanco, psychopatycznej matki mafii, która stosując okrutną przemoc, kontrolowała operacje handlowe w USA od końca lat 70 do jej schwytania na lotnisku w Rio de Janeiro w lutym 1997 r.

Dzięki olbrzymim zyskom handlowym, jakie przyniosła kokaina, z niewielkiego, spokojnego miasta, liczącego niecałe 700 tysięcy mieszkańców w roku 1950, Miami rozwinęło się w światową metropolię finansową i piąty najbardziej zurbanizowany obszar USA z liczbą ludności przekraczającą 5 milionów w roku 2000. Ze względu na wysoki stopień koncentracji korporacyjnego kapitału Miami sklasyfikowane jest dziś jako tzw. „miasto globalne” z wielką liczbą ponadnarodowych przedsiębiorstw kontrolujących przemysł i handel w Ameryce Łacińskiej.

Historia gospodarcza Miami drugiej połowy XX w. potwierdza od dawna już znaną prawdę, że delegalizacja handlu narkotykami nie likwiduje ani nie ogranicza w sposób zauważalny ich konsumpcji. Powoduje natomiast zmianę formy przemocy, niezbędnej do asekuracji operacji handlowych. Fortuny, jakie przynosił handel, były zawsze i wszędzie związane z umiejętnością wykorzystania przemocy, a powodem wszystkich wojen toczonych w historii był właśnie handel i walka o rynki. W XVIII w. Kompania Wschodnioindyjska (sprawująca kontrolę m.in. nad światowym handlem opium) posiadała własną, największą na świecie armię, liczącą 250 tysięcy żołnierzy (dwukrotnie większą od armii królewskiej) i zarządzała nawet własnymi więzieniami. Dzięki swej sile była w stanie doprowadzić do upadku najbogatszy wówczas kraj świata – Indie. „Niewidzialna ręka rynku – pisał w 1999 r. czołowy felietonista dziennika „New York Times” – nigdy nie może działać bez niewidzialnej pięści – McDonald’s nie może rozwijać się bez McDonnell-Douglas, producenta samolotu F-15. Niewidzialna pięść, która utrzymuje świat bezpiecznym dla technologii z Doliny Krzemowej, nazywa się Armią Stanów Zjednoczonych, Siłami Powietrznymi, Marynarką Wojenną i jednostkami amerykańskiej piechoty”. Harwardzki politolog Samuel Huntington pisał, że Zachód zawdzięcza swe bogactwo „przewadze w stosowaniu zorganizowanej przemocy”, a nie jakimkolwiek innym względom. Interesy każdego zaangażowanego finansowo w politykę przedsiębiorcy asekurowane są policyjnym i militarnym ramieniem państwa. Państwo to struktura służąca organizacji przemocy. Delegalizacja handlu polega zatem na odmowie asekuracji rynku przez państwo i zmuszeniu przedsiębiorcy do organizowania przemocy na własną rękę. Koszt organizacji tej przemocy jest oczywiście wliczony w cenę towaru, np. każdej wciąganej w nos działki. Bo nic nie jest przecież za darmo... poza krainą raju utraconego.


Zbigniew Jankowski

ŹRÓDŁA:
B. Corben, „Cocaine Cowboys”, Magnolia Pictures, 2006; J. Kelly, „Trouble in Paradise”, Time, 23.11.1981; T. Friedman, New York Times Magazine, 28.3.1999.




+ - 0

Artykuł nie został jeszcze pozytywnie zrecenzowany.

Dodaj Komentarz

Zaloguj się aby komentować. Jeśli nie masz jeszcze konta, zapraszamy do rejestracji.

RSS komentarzy

Komentarze: 4

1. Dekoracje | 21:02 09-11-2010

Bardzo dobry artykuł

2. | 18:17 30-11-2010

Bzdury. "wszystkie wojny były toczone o handel"!? Człowieku, czy ty się ze świniami chowałeś!?

3. Nikodem | 21:14 07-12-2010

"Bzdury. "wszystkie wojny były toczone o handel"!? Człowieku, czy ty się ze świniami chowałeś!?"

Widze, ze mily i rzeczowy ton polemiki trafil takze na strony tego Portalu. A juz sie martwilem, ze powstaje tu enklawa dla kulturalnych, umiejacyh poslugiwac sie jezykiem kontestatorow. Zbyszku, opowiedz panu z jakimi swiniami sie chowales.

4. Nikodem | 19:59 09-12-2010

http://www.youtube.com/watch?v=kf8TM4CIk5g&feature=player_embedded#!