Aktualności / Świat
Quo vadis, Europo?
Artykuł był czytany 1259 razyCo dalej z europejską integracją po irlandzkim 'nie' dla traktatu reformującego?
Irlandia powiedziała NO! Podpisany z wielką pompą 13 grudnia 2007 traktat lizboński właściwie można wyrzucić do kosza. Co to oznacza dla Europy i Unii Europejskiej? Czy biurokraci z Brukseli będą potrafili podnieść się po takim ciosie?
Wbrew temu, co deklarują unijni przywódcy, odrzucenie traktatu lizbońskiego przez Irlandię oznacza poważny kryzys Unii Europejskiej. Okazuje się, że jej mieszkańcy nie bardzo chcą dalszego rozwoju integracji europejskiej. Niezbyt trafny jest tutaj argument, że tylko Irlandczycy nie chcą traktatu. Trzeba przyznać uczciwie: jeśli referenda odbyłyby się również w innych krajach, wyniki byłyby zapewne podobne do tych z Dublina. Idea integracji jest w Europie niezrozumiała. Trudno się dziwić, skoro Bruksela nie potrafi przedstawić swoich pomysłów zwykłemu zjadaczowi chleba. Traktatu lizbońskiego, z uwagi na jego obszerność i enigmatyczność nie czytali nawet szefowie rządów i głowy państw Unii (przyznał się do tego między innymi sam premier Irlandii Brian Cowen), a co dopiero przeciętni Europejczycy. W rezultacie głosujący w czwartek woleli zagłosować na 'nie' niż poprzeć dokument, którego nie widzieli na oczy.
Wyniki referendum z 12 czerwca są dla Europy bolesną lekcją, nauczką z której może jednak wyciągnąć wnioski. Trzeba odróżnić stosunek do traktatu lizbońskiego od stosunku do samej integracji. Brukseli wymierzono policzek, ale przecież nie oznacza to końca integracji, której korzyści Irlandczycy świetnie rozumieją. Unia, z pewnością w innych warunkach i kierunkach, ale będzie się rozwijać dalej. Możliwych jest kilka mniej lub bardziej radykalnych scenariuszy.
Całkowicie nietrafiony jest pomysł, aby Irlandię z Unii wyrzucić, lub aby nadać jej specjalny status tak, aby traktat został przyjęty tylko przez 26 państw. Według tej samej logiki poza Wspólnota powinny się znaleźć już wcześniej Dania, Francja, Holandia i sama Irlandia, które w przeszłości odrzucały projekty europejskich traktatów. Nie można karać demokratycznego społeczeństwa za to, że wyraziło własna opinię. Równie absurdalny jest pomysł, aby referendum w Irlandii powtarzać tak długo, aż w końcu kontrowersyjny dokument uda się "przepchać". Wówczas wiarygodność Brukseli jako struktury demokratycznej upadłaby całkowicie.
Możliwy jest również scenariusz w którym dojdzie do rozbicia Unii na "silny trzon" czyli największe i najpotężniejsze państwa wraz z tymi, które zdecydują się z nimi współpracować i "resztę". Ten silny trzon kreowałby inicjatywy reformujące Unię, stałby się motorem dalszej integracji, ale w zawężonym gronie. Pozostałe państwa trzymałyby się na uboczu, faktycznie odłączając się od głównego nurtu reform i stopniowo uniezależniłyby się od Brukseli. Unia Europejska może tez pękać w innych miejscach - coraz większego znaczenia nabierać będą inicjatywy regionalne takie jak projekt Unii Śródziemnomorskiej lub Wschodniego Partnerstwa, a coraz bardziej będzie się unikać negocjacji na poziomie Brukseli, gdzie coraz trudniej wypracować kompromis uwzględniający interesy wszystkich 27 państw. Od długiego czasu mówi się, że UE popełniła błąd tak bardzo rozszerzając swoje granice bez uprzedniej reformy instytucjonalnej. Są tacy, którzy twierdzą, że realizowanie idei integracji w tak dużym gronie jest niemożliwe i postulują powrót do "piętnastki" czy nawet zwrot ku "wielkiej szóstce" (Francja, Niemcy, Wielka Brytania, Włochy, Hiszpania, Polska). Jeżeli przypomnimy sobie jeszcze, jaki jest stosunek ogromnego społeczeństwa brytyjskiego do dalszej integracji, zobaczymy, że na kruszących się fundamentach na których stoi UE powstaje coraz więcej rys i pęknięć. Eurosceptycy tryumfalnie wieszczą koniec Unii.
Jedyne, co w tej sytuacji powinna zrobić Bruksela, jeśli chce zachowania dotychczasowego kursu reform, to rozpocząć prace od nowa. Napisać nowy traktat reformujący. Napisać go przede wszystkim w taki sposób, aby był zrozumiały dla obywateli, tak, aby jego objętość nie wyniosła tysięcy stron, napisać go tak, aby korzyści z wprowadzenia wspólnej polityki zagranicznej i ustanowienia urzędu Prezydenta stały się dla Europejczyków oczywiste. Być może będzie trzeba wycofać się z niektórych kontrowersyjnych postulatów, takich jak ujednolicenie stawek podatkowych w państwach członkowskich, ale na tym właśnie polega integracja - na sztuce kompromisu. Oczywiście, opracowanie nowego traktatu to praca co najmniej wielomiesięczna, jeśli nie wieloletnia, unijni przywódcy i urzędnicy mogą czuć się zniechęceni fiaskiem projektu Eurokonstytucji (2005) i Lizbony (2008), ale tę pracę trzeba podjąć. Bardzo dużo będzie teraz zależało od Francji, która w lipcu obejmuje unijne przewodnictwo. Nikolas Sarkozy, dla którego sukcesy w polityce zagranicznej to ostatnia szansa na uratowanie wizerunku, będzie miał przez te półrocze pole do popisu. Prace nad nowym traktatem trzeba zacząć od zaraz, inaczej traumatyczny kryzys w jaki wtrąci UE wynik irlandzkiego referendum może się okazać dla Unii zabójczo niebezpieczny. Przychodzi on w najgorszym czasie - momencie światowego kryzysu energetycznego i żywnościowego, odradzania się potęgi Rosji, rozrastaniu Chińskiego Smoka i zadyszce Stanów Zjednoczonych. Świat dynamicznie się zmienia, Europa nie może sobie pozwolić na stagnację.
Bartosz Wasilewski www.ego.riki.pl
Wbrew temu, co deklarują unijni przywódcy, odrzucenie traktatu lizbońskiego przez Irlandię oznacza poważny kryzys Unii Europejskiej. Okazuje się, że jej mieszkańcy nie bardzo chcą dalszego rozwoju integracji europejskiej. Niezbyt trafny jest tutaj argument, że tylko Irlandczycy nie chcą traktatu. Trzeba przyznać uczciwie: jeśli referenda odbyłyby się również w innych krajach, wyniki byłyby zapewne podobne do tych z Dublina. Idea integracji jest w Europie niezrozumiała. Trudno się dziwić, skoro Bruksela nie potrafi przedstawić swoich pomysłów zwykłemu zjadaczowi chleba. Traktatu lizbońskiego, z uwagi na jego obszerność i enigmatyczność nie czytali nawet szefowie rządów i głowy państw Unii (przyznał się do tego między innymi sam premier Irlandii Brian Cowen), a co dopiero przeciętni Europejczycy. W rezultacie głosujący w czwartek woleli zagłosować na 'nie' niż poprzeć dokument, którego nie widzieli na oczy.
Wyniki referendum z 12 czerwca są dla Europy bolesną lekcją, nauczką z której może jednak wyciągnąć wnioski. Trzeba odróżnić stosunek do traktatu lizbońskiego od stosunku do samej integracji. Brukseli wymierzono policzek, ale przecież nie oznacza to końca integracji, której korzyści Irlandczycy świetnie rozumieją. Unia, z pewnością w innych warunkach i kierunkach, ale będzie się rozwijać dalej. Możliwych jest kilka mniej lub bardziej radykalnych scenariuszy.
Całkowicie nietrafiony jest pomysł, aby Irlandię z Unii wyrzucić, lub aby nadać jej specjalny status tak, aby traktat został przyjęty tylko przez 26 państw. Według tej samej logiki poza Wspólnota powinny się znaleźć już wcześniej Dania, Francja, Holandia i sama Irlandia, które w przeszłości odrzucały projekty europejskich traktatów. Nie można karać demokratycznego społeczeństwa za to, że wyraziło własna opinię. Równie absurdalny jest pomysł, aby referendum w Irlandii powtarzać tak długo, aż w końcu kontrowersyjny dokument uda się "przepchać". Wówczas wiarygodność Brukseli jako struktury demokratycznej upadłaby całkowicie.
Możliwy jest również scenariusz w którym dojdzie do rozbicia Unii na "silny trzon" czyli największe i najpotężniejsze państwa wraz z tymi, które zdecydują się z nimi współpracować i "resztę". Ten silny trzon kreowałby inicjatywy reformujące Unię, stałby się motorem dalszej integracji, ale w zawężonym gronie. Pozostałe państwa trzymałyby się na uboczu, faktycznie odłączając się od głównego nurtu reform i stopniowo uniezależniłyby się od Brukseli. Unia Europejska może tez pękać w innych miejscach - coraz większego znaczenia nabierać będą inicjatywy regionalne takie jak projekt Unii Śródziemnomorskiej lub Wschodniego Partnerstwa, a coraz bardziej będzie się unikać negocjacji na poziomie Brukseli, gdzie coraz trudniej wypracować kompromis uwzględniający interesy wszystkich 27 państw. Od długiego czasu mówi się, że UE popełniła błąd tak bardzo rozszerzając swoje granice bez uprzedniej reformy instytucjonalnej. Są tacy, którzy twierdzą, że realizowanie idei integracji w tak dużym gronie jest niemożliwe i postulują powrót do "piętnastki" czy nawet zwrot ku "wielkiej szóstce" (Francja, Niemcy, Wielka Brytania, Włochy, Hiszpania, Polska). Jeżeli przypomnimy sobie jeszcze, jaki jest stosunek ogromnego społeczeństwa brytyjskiego do dalszej integracji, zobaczymy, że na kruszących się fundamentach na których stoi UE powstaje coraz więcej rys i pęknięć. Eurosceptycy tryumfalnie wieszczą koniec Unii.
Jedyne, co w tej sytuacji powinna zrobić Bruksela, jeśli chce zachowania dotychczasowego kursu reform, to rozpocząć prace od nowa. Napisać nowy traktat reformujący. Napisać go przede wszystkim w taki sposób, aby był zrozumiały dla obywateli, tak, aby jego objętość nie wyniosła tysięcy stron, napisać go tak, aby korzyści z wprowadzenia wspólnej polityki zagranicznej i ustanowienia urzędu Prezydenta stały się dla Europejczyków oczywiste. Być może będzie trzeba wycofać się z niektórych kontrowersyjnych postulatów, takich jak ujednolicenie stawek podatkowych w państwach członkowskich, ale na tym właśnie polega integracja - na sztuce kompromisu. Oczywiście, opracowanie nowego traktatu to praca co najmniej wielomiesięczna, jeśli nie wieloletnia, unijni przywódcy i urzędnicy mogą czuć się zniechęceni fiaskiem projektu Eurokonstytucji (2005) i Lizbony (2008), ale tę pracę trzeba podjąć. Bardzo dużo będzie teraz zależało od Francji, która w lipcu obejmuje unijne przewodnictwo. Nikolas Sarkozy, dla którego sukcesy w polityce zagranicznej to ostatnia szansa na uratowanie wizerunku, będzie miał przez te półrocze pole do popisu. Prace nad nowym traktatem trzeba zacząć od zaraz, inaczej traumatyczny kryzys w jaki wtrąci UE wynik irlandzkiego referendum może się okazać dla Unii zabójczo niebezpieczny. Przychodzi on w najgorszym czasie - momencie światowego kryzysu energetycznego i żywnościowego, odradzania się potęgi Rosji, rozrastaniu Chińskiego Smoka i zadyszce Stanów Zjednoczonych. Świat dynamicznie się zmienia, Europa nie może sobie pozwolić na stagnację.
Bartosz Wasilewski www.ego.riki.pl













