Aktualności / Świat
Raz, dwa, trzy – terrorystą jesteś ty!
Artykuł był czytany 643 razy
Wydawało się niemożliwe, a jednak – Osama bin Laden długo czekał na rywala w terrorystycznym półświatku. Niepozorny Australijczyk zagroził pozycji niesławnego Saudyjczyka po publikacji kompromitujących depeszy w portalu WikiLeaks.
Wiceprezydent USA, Joe Biden, określił Assange’a mianem „terrorysty wysokich technologii”, dając jednocześnie do zrozumienia, że administracja amerykańska będzie zamierzała udowodnić mu działalność spiskową z obywatelem amerykańskim, kapralem Bradleyem Manningiem. Histeryczna reakcja Bidena nie jest przypadkowa, i co gorsza, można w niej dostrzec niebezpieczną próbę redefinicji pojęcia terrorysta. W klasycznym rozumieniu to osoba, która w swoich zbrodniczych działaniach wywiera nacisk na rządzących poprzez użycie przemocy wobec niewielkiej grupy. Czy zatem to czasy się zmieniły, czy to my głupiejemy i dajemy sobie wmówić każdą ciemnotę ze znaczkiem „made in USA”? Czy widział ktoś wysadzającego się Assange’a pod ambasadą USA w Australii? Może przechodził z karabinem w nowojorskim metrze?
Opinia światowa zgodnie potępia rząd Chin, gdy ten nazywa Tybetańczyków terrorystami. Słowo „terrorysta” stało się wygodnym wytrychem w walce reżimów z każdym, kto nie chce się podporządkować narzuconemu dyktatowi. Niepokojącym jest fakt, że korzysta z niego też państwo mieniące się swoimi wartościami demokratycznymi. A jak pamiętamy jedną z tych wartości (gwarantowaną przez amerykańską konstytucję) jest m.in. wolność wypowiedzi, której próbuje się odmówić pokrętnymi działaniami prawnymi właśnie Julianowi Assange’owi.
Amerykanie cierpią na jeszcze jedną przypadłość – w psychologii znaną, jako „projekcja”. W skrócie polega ona na przypisywaniu innym własnych cech. Gdyby ktoś nie zauważył – Amerykanie mają ostatnio nasilone objawy tzw. terroryzmu państwowego. Napadają na państwa i kradną im legalnie ropę ( przy okazji wykonają tzw. good job i powieszą Saddama oraz jego popleczników). Albo siedzą po kilkanaście lat, ścigają talibów (nieskutecznie) i tłuką ludność cywilną (skutecznie). W percepcji amerykańskiej jest to „walka z terroryzmem”.
Wracając do samego sformułowania ukutego przez tęgi umysł Bidena (albo jego doradców). Kim na logikę mógłby być „terrorysta wysokich technologii”? Nasuwa się skojarzenie z hakerem, ale wydaje się, że to jednak ktoś stopień wyżej. Biden świadomie użył wyolbrzymienia chcąc zdeprecjonować Assange’a w oczach odbiorców. „Terrorysta” bardziej przemawia do świadomości przeciętnego Amerykanina – to osoba, z którą trzeba walczyć wszelkimi dostępnymi środkami, gdyż zagraża bezpieczeństwu narodowemu. O bezpieczeństwo, wiceprezydent upomniał się jednak dopiero dzień po tym, gdy określił, że „nie ma żadnej istotnej szkody” w działaniach WikiLeaks, a cała sprawa to „tylko zakłopotanie” dla amerykańskiej dyplomacji.
Co jednak z bezpieczeństwem szefa WikiLeaks? W swojej niedawnej wypowiedzi, doradca premiera Kanady podzielił się opinią, że „dobrze byłoby zabić” Assange’a. Stany Zjednoczone starały się ze swojej strony „schronić” go w londyńskim więzieniu, dorzucając dyskredytujące zarzuty i list gończy. Szwecja jak zwykle przyjęła taktykę obrońcy praw człowieka, sugerując że w ich więzieniu będzie bezpieczniej. Sytuacja robi się jednak coraz bardziej groteskowa, bo oto człowiek, który nadepnął politykom na odcisk jest ścigany za gwałt w rozumieniu paranoicznych szwedzkich przepisów.
Co jednak, gdyby Assange był dziennikarzem szanowanej gazety – jednej z tych, którym WikiLeaks udostępnił zdobyte depesze? Wydaje się, że byłby wtedy bezpieczny. Dziennikarze śledczy, którzy ujawnili aferę Watergate do dzisiaj zbierają laury za ówczesne publikacje wymierzone w prezydenta Nixona. Władze wciąż boją się ruszyć tradycyjne media, które w społeczeństwie pełnią użyteczną rolę „watch dogów”, spoglądającym politykom na ręce. WikiLeaks miało to „nieszczęście”, że publikując w Internecie nie korzysta z tej samej ochrony, co dziennikarze. Wolność słowa w Internecie jest szybciej duszona niż w tradycyjnych mediach. Nikt nie zamknął Guardiana za publikację depesz. WikiLeaks za to straciło serwery za sprawą nacisków administracji amerykańskiej i stało się obiektem ataków nieznanych hakerów. W demokratycznym społeczeństwie zamknięcie redakcji gazety czy telewizji w wyniku interwencji władz byłoby widocznym objawem cenzury, której oficjalnie wszyscy się brzydzą. W Internecie panuje – paradoksalnie – „wolna Amerykanka” . Tutaj każdy może zostać nawet terrorystą.
Opinia światowa zgodnie potępia rząd Chin, gdy ten nazywa Tybetańczyków terrorystami. Słowo „terrorysta” stało się wygodnym wytrychem w walce reżimów z każdym, kto nie chce się podporządkować narzuconemu dyktatowi. Niepokojącym jest fakt, że korzysta z niego też państwo mieniące się swoimi wartościami demokratycznymi. A jak pamiętamy jedną z tych wartości (gwarantowaną przez amerykańską konstytucję) jest m.in. wolność wypowiedzi, której próbuje się odmówić pokrętnymi działaniami prawnymi właśnie Julianowi Assange’owi.
Amerykanie cierpią na jeszcze jedną przypadłość – w psychologii znaną, jako „projekcja”. W skrócie polega ona na przypisywaniu innym własnych cech. Gdyby ktoś nie zauważył – Amerykanie mają ostatnio nasilone objawy tzw. terroryzmu państwowego. Napadają na państwa i kradną im legalnie ropę ( przy okazji wykonają tzw. good job i powieszą Saddama oraz jego popleczników). Albo siedzą po kilkanaście lat, ścigają talibów (nieskutecznie) i tłuką ludność cywilną (skutecznie). W percepcji amerykańskiej jest to „walka z terroryzmem”.
Wracając do samego sformułowania ukutego przez tęgi umysł Bidena (albo jego doradców). Kim na logikę mógłby być „terrorysta wysokich technologii”? Nasuwa się skojarzenie z hakerem, ale wydaje się, że to jednak ktoś stopień wyżej. Biden świadomie użył wyolbrzymienia chcąc zdeprecjonować Assange’a w oczach odbiorców. „Terrorysta” bardziej przemawia do świadomości przeciętnego Amerykanina – to osoba, z którą trzeba walczyć wszelkimi dostępnymi środkami, gdyż zagraża bezpieczeństwu narodowemu. O bezpieczeństwo, wiceprezydent upomniał się jednak dopiero dzień po tym, gdy określił, że „nie ma żadnej istotnej szkody” w działaniach WikiLeaks, a cała sprawa to „tylko zakłopotanie” dla amerykańskiej dyplomacji.
Co jednak z bezpieczeństwem szefa WikiLeaks? W swojej niedawnej wypowiedzi, doradca premiera Kanady podzielił się opinią, że „dobrze byłoby zabić” Assange’a. Stany Zjednoczone starały się ze swojej strony „schronić” go w londyńskim więzieniu, dorzucając dyskredytujące zarzuty i list gończy. Szwecja jak zwykle przyjęła taktykę obrońcy praw człowieka, sugerując że w ich więzieniu będzie bezpieczniej. Sytuacja robi się jednak coraz bardziej groteskowa, bo oto człowiek, który nadepnął politykom na odcisk jest ścigany za gwałt w rozumieniu paranoicznych szwedzkich przepisów.
Co jednak, gdyby Assange był dziennikarzem szanowanej gazety – jednej z tych, którym WikiLeaks udostępnił zdobyte depesze? Wydaje się, że byłby wtedy bezpieczny. Dziennikarze śledczy, którzy ujawnili aferę Watergate do dzisiaj zbierają laury za ówczesne publikacje wymierzone w prezydenta Nixona. Władze wciąż boją się ruszyć tradycyjne media, które w społeczeństwie pełnią użyteczną rolę „watch dogów”, spoglądającym politykom na ręce. WikiLeaks miało to „nieszczęście”, że publikując w Internecie nie korzysta z tej samej ochrony, co dziennikarze. Wolność słowa w Internecie jest szybciej duszona niż w tradycyjnych mediach. Nikt nie zamknął Guardiana za publikację depesz. WikiLeaks za to straciło serwery za sprawą nacisków administracji amerykańskiej i stało się obiektem ataków nieznanych hakerów. W demokratycznym społeczeństwie zamknięcie redakcji gazety czy telewizji w wyniku interwencji władz byłoby widocznym objawem cenzury, której oficjalnie wszyscy się brzydzą. W Internecie panuje – paradoksalnie – „wolna Amerykanka” . Tutaj każdy może zostać nawet terrorystą.











