iThink.pl - dziennikarstwo i publicystyka

Menu

Logowanie/Rejestracja

[?] Rejestracja
Logo

Kategorie

Dodaj Artykuł

Artykuł

Biznes / Ekonomia
+ - 0

Polskę czeka gospodarcza apokalipsa

26 02 2009 Tomasz Bar Artykuł był czytany 2789 razy

Polskę coraz bardziej uderza kryzys finansowy. Choć rząd ogłasza plany antykryzysowe, to sprowadza się to do zapowiedzi i konferencji prasowych. Wydaje się on być trzy kroki za kryzysem, zamiast być o krok przed. Czy można coś z tym zrobić?

  • Komentuj
  • Wyślij do znajomego
  • Drukuj artykuł
  • Wersja do łatwego czytania
  • Dodaj do ulubionych

Obawiam się, że niewiele. Rządzącym brakuje wiedzy, determinacji i politycznej jedności. Będzie to miało fatalne skutki już w najbliższych miesiącach. Tysiące firm i setki tysięcy Polaków odczują kryzys na własnej skórze.

Fala problemów rośnie
Tylko ostatnie dni przyniosły porcje fatalnych danych z gospodarki:
Słabną, o ile nie załamują się, kolejne filary wzrostu PKB.
Maleje eksport – tylko w grudniu spadł o 16%,
Spada wartość inwestycji zagranicznych. W grudniu 2008 r. była ujemna po raz pierwszy od 2 lat.  Polska Agencja Informacji i Inwestycji Zagranicznych szacuje, że po ubiegłorocznym wzroście wartości inwestycji o 12 mld euro w tym roku zmaleje ona do nawet 7 mld.
W dobie kryzysu zachodnie koncerny wycofują się z realizacji projektów lub odkładają je na później.
Konsumpcja, czyli popyt wewnętrzny – trzeci i ostatni filar PKB - załamie się wkrótce z powodu szybko rosnącego bezrobocia.

Bezrobocie wzrośnie do 16-18%, co z pewnością zaskoczy resort pracy.
Styczniowe dane na temat bezrobocia pokazały już, że sytuacja na rynku pracy jest najgorsza od lat.  Tylko w ostatnich dwóch miesiącach przybyło 160 tys. osób bez pracy. A to dopiero początek.
Obecny poziom bezrobocia wynosi 10,5% i do wakacji niechybnie zwiększy się do 12%. Na koniec roku 15% bezrobocia nie powinno nikogo zdziwić.

Przypomnę tylko, że w ostatnich dwóch latach na emeryturę odeszło pół miliona Polaków. Szacunki, co do wzrostu bezrobocia mówią nawet o liczbie 400 tys. osób w tym roku. Oznacza to, że z rynku pracy odejdzie blisko 900 tys. osób. Znacznie zmaleją więc wpływy z tytułu składek na ZUS, podatku dochodowego, jak również siła nabywcza Polaków. Czy ktoś z rządu pamięta jeszcze, że raptem 4 lata temu, czyli w 2005 r., bezrobocie w Polsce wynosiło prawie 18%. A warto zauważyć, że obecny kryzys, jaki mamy na świecie, jest znacznie poważniejszy niż poprzedni z lat 2000-2003.

Co zatem czeka Polską gospodarkę, jeżeli zostały podważone jej fundamenty?
Wzrost deficytu budżetowego czy konieczność podwyżki podatków?
Braki w kasie państwa są pewne. Niedobrze by było je zwiększać, trzeba je raczej uzupełnić.
Minister Finansów zapewnia, że nie ma mowy o zwiększaniu deficytu budżetowego, a zatem pozostaje podnosić podatki.

W kogo uderzy podwyżka podatków?
Coraz mniejszą rzeszę osób pracujących i firmy, które i tak pogrążone są w kłopotach.
A zatem taki krok jeszcze bardziej osłabi krajowy popyt wewnętrzny, gdyż konsumentom zmaleją dochody.

Ewentualne zwiększenie deficytu to z kolei utrata zaufania zagranicznych instytucji finansowych wobec Polski. Oznaczać to będzie zwiększenie kosztu pozyskania pieniądza z rynku np. z emisji obligacji. Zachwianie wiarygodności finansowej Polski to raj dla spekulantów walutowych, którzy i tak robią, co chcą na krajowym rynku walut. Osłabienie złotego do poziomu 5,5 PLN za 1 EUR nie byłoby niczym nadzwyczajnym.

Wejście do ERM2 raz się oddala, a raz zbliża
Przystąpienie Polski do strefy Euro w 2012 r. to mrzonki, choć premier Tusk jeszcze kilka dni temu z uporem powtarzał, że droga wejścia do strefy jest niezagrożona. Szkoda, że nie widzi, że owa droga się sypie. Na szczęście zauważyli to eksperci przygotowujący raport dla NBP. W opublikowanym właśnie raporcie zawarto informację, że przyjęcie wspólnej waluty się opóźni. Osobną sprawą jest, że opóźnienie przyjęcia nowej waluty będzie działać na naszą korzyść. Im więcej upłynie czasu, tym większa szansa na polepszenie stanu gospodarki i wynegocjowanie lepszego kursu PLN/EUR, po jakim wejdziemy do strefy euro. Gdyby przyjąć kurs zbliżony do obecnego, czyli ok. 4,5-4,8 zł za 1 EUR, Polska stanie się unijnym skansenem biedy, choć rząd powtarza, że nie ma zagrożeń dla wzrostu cen. Tym bardziej dziwić mogą ostatnie doniesienia prasowe, jakoby rząd za plecami prezydenta i NBP negocjował z UE wejście Polski do systemu ERM2 jak najszybciej, nawet za kilka miesięcy. Jeśli rząd myśli, że wejście do strefy euro rozwiąże wszystkie problemy Polski, to jest w błędzie.

Minister Gospodarki rusza na wojnę z opcjami walutowymi
Waldemar Pawlak, który stoi na czele resortu gospodarki, wydaje się być zdeterminowany w temacie pomocy firmom uwikłanym w opcje walutowe. Problem w tym, że zdaniem ekspertów sprawa jest bardzo trudna i łatwo o kosztowną wpadkę podczas sporu z bankami, które oferowały opcje. Dlatego należałoby unikać lekkomyślnych działań, jak np. próby ustawowego unieważnienia opcji walutowych, a skupić się na nadzorze bankowych tych umów i przede wszystkich edukacji społeczeństwa i przedsiębiorców z zasad funkcjonowania instrumentów finansowych. To właśnie niekompetencja zarządzających firmami w połączeniu z chciwością spowodowały gigantyczne problemy z opcjami. Unieważnienie umów nie wchodzi raczej w grę, gdyż spowoduje gigantyczne straty banków, które w rewanżu zażądają rekompensaty od Skarbu Państwa. Pośrednio więc za błędy kilku tysięcy przedstawicieli biznesu zapłacą miliony podatników w formie podwyżki podatków. Problem toksycznych opcji dotyczy ok. 10 tys. firm. Szkoda tylko setek tysięcy pracowników, którzy mogą stracić pracę w skutek nieodpowiedzialności swoich prezesów i menedżerów, którzy spekulowali walutami niewspółmiernie do potrzeb firm. Kiedy zarabiali na swoich spekulacjach i wypłacali sobie setki tysięcy premii byli zadowoleni. Jednak jak tylko kurs walutowy załamał się i zamiast zysków pojawiły się straty, próbują zrzucić winę na banki. To tak, jakby kupili akcje, a później mieli pretensję, że kurs spadł, a miał rosnąć.
I choć banki nie są tu bez winy, nie można całości odpowiedzialności zrzucić na nie. Opcja walutowa to instrument finansowy, i jeśli nie ma się odpowiedniej wiedzy, nie trzeba z niego korzystać. Tłumaczenie, że bank nagabywał i obiecywał zyski nie może być usprawiedliwieniem tego, dlaczego firma nabywała opcje o wartości 10-krotnie przewyższającej dochody firmy. A takie przypadki miały miejsce.

Reasumując, na reformy jest już za późno.
Sam premier stwierdził, że zostaną one przesunięte na kolejne lata właśnie ze względu na kryzys. Rok obecny jest zatem spisany na straty. W 2010 roku kryzys będzie zbierał dalsze żniwa.

Czy dla Polski jest jakiś ratunek? Nie, gdyż polskiemu rządowi brak wiedzy, odwagi i politycznej jedności, aby podjąć działania antykryzysowe. Znalezienie prawie 20 mld zł oszczędności w budżecie, z czego połowa to środki wirtualne, niczego tu nie załatwi. Polsce uciekła kolejna szansa na reformy, jakie można było podjąć w latach 2006-2007, a na następną szansę poczekamy kilka lat.
Pozostaje mieć nadzieję, że wówczas znów nie skończy się na zapowiedziach, a zobaczymy konkretne działania.

Co pozostaje na chwilę obecną?
Pozostaje przeczekać kryzys i podejmować działania stabilizujące, jak choćby zaproponowane przez Krzysztofa Rybińskiego, byłego wiceprezesa NBP uspokojenie sytuacji na rynku walutowym  poprzez wymianę części walut płynących do Polski z tytułu funduszy unijnych. Wymiana ich na rynku, a nie poprzez NBP, dałaby złotemu nieco oddechu. Premier Tusk, wydaje się, poszedł za radą i zdecydował się na interwencję na złotym. Gorzej było z formą tej interwencji. W takich momentach wychodzą braki doświadczenia sztabu doradców, bo trudno oczekiwać od samego premiera znajomości makroekonomii. Premier oznajmił za pośrednictwem mediów, że rząd wystąpi w obronie kursu złotego, kiedy ten zbliży się do 5 zł za 1 euro. Dla spekulantów był to prezent, gdyż wiadomo było, że skoro rząd rzuci na rynek pieniądze, to złoty się umocni i …będzie można na tym zarobić. Wystarczy zająć odpowiednie pozycje na rynku walutowym i czekać. Po dwóch dniach faktycznie kurs złotego zyskał kilka procent. Rządowi amunicji starczyło jednak na dwa dni. Już w piątek 20 lutego złoty znów zaczął tracić, a wraz z nim zanurkowała giełda. To cenna nauczka dla rządu. Jeśli chce interweniować, niech robi to po cichu, a nie z pomocą mediów.

Co poza tym?
Należy mieć nadzieję, że Chiny, Stany Zjednoczone, a następnie kraje zachodnie UE podniosą się z kolan i odzyskają równowagę gospodarczą już w 2010 roku.
Polska ze swoimi zapóźnieniami i słabościami gospodarczymi oberwie w skutek kryzysu znacznie mocniej niż dojrzałe gospodarki. Rany będziemy leczyć nie rok, dwa, ale nawet 5 lat, nim wrócimy do poziomu wzrostu PKB i poziomu bezrobocia z 2006-2007 r., czyli lat boomu gospodarczego.

Podoba Ci się powyższy tekst?, Interesujesz się gospodarką?, Wejdź na: www.blog.finanseosobiste.pl i przeczytaj inne artykuły.





+ - 0

Artykuł nie został jeszcze pozytywnie zrecenzowany.

Dodaj Komentarz

Zaloguj się aby komentować. Jeśli nie masz jeszcze konta, zapraszamy do rejestracji.

RSS komentarzy

Komentarze: 0