iThink.pl - dziennikarstwo i publicystyka

Menu

Logowanie/Rejestracja

[?] Rejestracja
Logo

Kategorie

Dodaj Artykuł

Artykuł

Biznes / Ekonomia
+ - 0

„Przepaść” płacowa, tzw. „wage gap”

14 05 2010 redakcja www.maskulizm.pl Artykuł był czytany 755 razy
Źródło: płace.jpg
Źródło: płace.jpg

Feministki przekonują nas, że za różnice płacowe kobiet i mężczyzn odpowiada zła wola pracodawców. Dowodem na to miałby być fakt, że na podobnym stanowisku kobiety zarabiają mniej niż mężczyźni.

  • Komentuj
  • Wyślij do znajomego
  • Drukuj artykuł
  • Wersja do łatwego czytania
  • Dodaj do ulubionych
Czytaj też: http://interia360.pl/artykul/molestowanie-a-szanse-kobiet-na-rynku-pracy,32673 http://interia360.pl/artykul/roznice-w-zarobkach,32831

Nie wiadomo jednak, czego miałoby to dowodzić. Nie dowodzi to bowiem ani tego, że różnice płciowe pod względem zajmowanych stanowisk nie różnicują dochodów kobiet i mężczyzn, gdyż stanowiska zajmowane przez panie i panów nie są takie same a wyższe zarobki mężczyzn częściowo wynikają z wyższych stanowisk, która oni zajmują, ani nie dowodzi to tego, że żadne inne czynniki poza stanowiskiem nie wpływają na różnice płac.

Pracodawca rozdaje pieniądze pracownikom?
Rozpowszechnił się, albo raczej został rozpowszechniony przez pewną bardzo dobrze zorganizowaną i wpływową grupę, pewien absurdalny pogląd, że kobiety za tę samą pracę otrzymują mniej pieniędzy niż mężczyźni. Stwierdzenie to jest pewnym nieuprawnionym wnioskiem błędnie wyciąganym ze zdania, że kobiety na tych samych co mężczyźni stanowiskach zarabiają (statystycznie) mniej.

Teza, że kobiety zarabiają mniej za tę samą pracę, oznacza dokładnie, że za (posiadający postać pracy) towar o określonej wartości kupujący gotowi są zapłacić i płacą więcej, kiedy jest on oferowany przez mężczyznę. Już w tym miejscu widać, że teza ta jest absurdalna. Z doświadczenia wiemy, że ludzie niechętnie dają coś komuś za darmo (choć gdyby chcieli tak czynić, to należy bronić ich prawa do rozdawania własnego majątku, komukolwiek zechcą, niezależnie od płci, a więc też np. samym tylko mężczyznom). Wątpliwe wydaje się więc, że przedstawicielki bądź co bądź lewicowego ruchu (a w filozofii społecznej następczynie marksizmu; vide: walka klas i walka płci), które oskarżają pracodawców o wyzysk, mogłyby znaleźć pracodawcę, który przepłaca mężczyznom za pracę, mogąc tę samą pracę kupić taniej u kobiet. Ale nawet gdyby znalazły, to również abstrahując od zwykłego ludzkiego doświadczenia, teza że ktoś mógłby płacić za ten sam towar więcej, po to tylko, aby kupić go od mężczyzny jest sprzeczna z podstawami ekonomi, z odkrytymi przez ekonomię obiektywnym zasadami dotyczącymi relacji zachodzących między ludźmi.

Jeżeli bowiem ktoś rozdawałby swoje pieniądze, przepłacając za towar (w postaci pracy czy jakiejkolwiek innej), to nie przetrwałby na rynku zbyt długo. W konsekwencji pozostałyby na tym rynku jedynie osoby i przedsiębiorstwa płacące uczciwie. To dlatego nie ma na rynku przedsiębiorców dyskryminujących miejskie widoki względem widoków górskich; każdy kto zdecydowałby się lokować swoje fabryki w górach, miałby może przez krótki czas piękny widok, ale podniósłby koszty tak, że szybko by splajtował. Podobnie nie widać smażalni ryb dyskryminujących zimę względem lata; każda smażalnia, której właściciel miałby urlop w tym samym czasie co wszyscy, tj. w lecie, a „pracował” w zimie, splajtowałby.

Przedsiębiorca nie może, choćby nawet chciał, faworyzować ani miejsca lokalizacji swoich zakładów ani pory pracy odbywającej się w tych zakładach ani zatrudnianych grup społecznych, jego zajęciem jest oszczędzanie pieniędzy (węszenie jak można wszystko zrobić taniej), a starając się wykonywać swój fach, musi się on stosować do obiektywnych praw w takim samym stopniu, w jakim do obiektywnych praw musi stosować się mechanik, starający się dobrze wykonywać swoją robotę. Lekkomyślnie wydając pieniądze na swoje zachcianki, nie jest się dobrym przedsiębiorcą, niezależnie od tego, czy taką zachcianką jest jacht czy zatrudnianie mężczyzn. A klienci (poprzez nie kupowanie od nich towarów) domawiają zatrudniania lekkomyślnych przedsiębiorców, tak jak nikt nie zatrudni mechanika psującego samochody.

To, że przedsiębiorcy faworyzujący górskie widoki lub lato splajtowaliby, nie oznacza wcale, że nie są uprzedzeni do miejskich widoków albo zimy i nie wolą górskich widoków albo lata. Oni po prostu nie mogą faworyzować gór ani lata, chociaż w tym wypadku faktycznie by chcieli. W przypadku pracownic jest podobnie, również tutaj mężczyźni mogliby być do nich nastawieni wrogo a mimo tego „technicznie” nie być w stanie ich (płacowo) dyskryminować, mam jednak spore wątpliwości, czy mężczyźni faktycznie są wobec kobiet wrogo nastawieni. Szczerze mówiąc przypuszczam, że nawet wolą oni zatrudniać w swoich zakładach pracownice. Ujawnia się w tym męskie dążenie do aprobaty ze strony kobiet, tak typowe dla prawie wszystkich gatunków zwierząt. Mężczyźni przejawiają naturalną opiekuńczość wobec kobiet, o które muszą przecież rywalizować między sobą – czego nie muszą czynić kobiety. Zresztą nawet gdyby szefowie próbowali dyskryminować pracownice a rynek im tego, wbrew logice, nie utrudniał, to i tak nie odbiłoby się to na pracownicach. Przecież w działach ds. zatrudnienia i działach ds. zasobów ludzkich stanowiska zajmują głównie kobiety i to one podejmują decyzje na szczeblu, na którym da się rozróżniać mężczyzn i kobiety. Wyobrażacie sobie szefa wielkiego zakładu, który zatrudnia każdego ze swoich 200 000 pracowników dopiero po osobistym odbyciu rozmowy kwalifikacyjnej z nim…?!

Zresztą ci, tak podobno seksistowscy, szefowie już takimi samymi rasistami, antysemitami czy patriotami wcale nie są, mimo że skala tych zjawisk (przynajmniej rasizmu i patriotyzmu) jest w dużo większa niż nawet tego insynuowanego i urojonego seksizmu. Tymczasem jankeskie i Europejskie przedsiębiorstwa przenoszą się do Meksyku, Chin i Indii bez mrugnięcia okiem na czerwony, żółty czy czarny kolor nowych pracowników albo na interes narodowy. Potrzebnych podzespołów do swoich produktów amerykańskie zakłady nie wahają się kupić w Izraelu zamiast w Wielkiej Brytanii, jeżeli tylko w tym pierwszym kraju są one choćby odrobinkę tańsze. Zresztą empiryczne świadectwa braku uprzedzeń na rynku nie pojawiły się z chwilą nadejścia globalizacji. Od zawsze ci „obleśnie chciwi” przedsiębiorcy kupowali jak najtaniej. Każdy kupujący wybiera afrykańskie bogactwa naturalne zamiast bogactw europejskich, gdy te pierwsze są tańsze. Przykładem może być Polska, która pod koniec lat 90-tych, kiedy na węgiel nie było popytu, sprowadzała tańszy w wydobyciu węgiel z RPA, jednocześnie zamykając własne kopalnie.

Powody wyższej wydajności mężczyzn
Takie empiryczne dowody są bardzo ważne dla feministek. Bowiem niezależnie od tego, czy to przechodząc na feminizm, człowiek traci rozsądek, czy raczej odwrotne nierozgarniętą osobę łatwiej zbałamucić feminizmem, nierozgarnięty człowiek zazwyczaj posiada znikomą zdolność analizy a od logiki (oraz matematyki) zupełnie ucieka, trzeba mu więc podstawić pod nos tak proste empiryczne fakty, aby nie musiał na ich podstawie wyciągać, żadnych wniosków.

To właśnie przez niechęć do myślenia i analizowania, kiedy mówię komuś, że dyskryminacja na rynku pracy jest niemożliwa do przeprowadzenia, odpowiada mi on, że tak nie może być, bo przecież on zna osobiście taki a taki przykład, kiedy kobieta pracuje dobrze a zarabia gorzej. Kiedy pytam się wtedy, czemu przedsiębiorca jest tak głupi, żeby rozdawać pieniądze, i czemu jego niegospodarne przedsiębiorstwo nie splajtowało, mój rozmówca nie jest w stanie odpowiedzieć. Nie przychodzi mu do głowy, że przedsiębiorca patrzy, jaki dochód zyskuje na każdym pracowniku, i w zależności od tej informacji owego pracownika odpowiednio wynagradza; mojemu rozmówcy nie przychodzi też do głowy, że po prostu nie zna wszystkich informacji na temat pracownika albo pracownikiem jest jego krewna i to z jej narzekań mój rozmówca czerpie informacje o solidnej pracy przy marnych zarobkach. Według sondaży 84% osób uważa się za niedocenianych w pracy w porównaniu z innym pracownikami a tylko 3% za przeceniane (co oczywiście jest logicznie niemożliwe, bo niedocenianych może być tylko tyle ile przecenianych w stosunku do których niedoceniani są niedocenianymi). W takiej sytuacji każde wyjaśnienie tego niedocenienia staje się dobre. Zazwyczaj jest to spisek kolegów czy koleżanek z pracy, zazdrość szefa o naszą „wysoką inteligencję” itp.. Kobiety dostały tutaj do ręki inne wytłumaczenie: dyskryminację. Nic dziwnego więc, że ją wykorzystują. To samo uczyniliby mężczyźni, gdyby mówiło się bez przerwy o dyskryminacji mężczyzn, to też zaczęli by oni widzieć w nim przyczynę niedoceniania siebie.

O dowody empiryczne wyższej wydajności mężczyzn jest w erze feminizmu niezwykle trudno. Ponadto kiedy już jakieś badania przypadkowo zaprzeczą feministycznym dogmatom, nie powtarza się ich w kolejnych latach i w przypadku statystyk po prostu się one urywają. Na szczęście jednak jest ich wystarczająco dużo, aby nawet feministkę wprawić w zakłopotanie lub raczej złość. Wiele z badań i statystyk (w tym ogólnokrajowych amerykańskich rządowych danych) przytoczonych jest w… poradniku dla kobiet, jak zarabiać więcej, wykorzystując między innymi dyskryminację wobec mężczyzn, czterokrotnego przewodniczącego NOW, największej feministycznej organizacji na świecie, Warrena Farrella „Dlaczego mężczyźni zarabiają więcej. Prawda o przepaści płac i co kobiety mogą na to poradzić”[1]. Oto podsumowanie tych badań i statystyk.

Otóż mężczyźni są bardziej wydajni, a zatem zarabiają więcej, gdyż:
1) Pracują pod każdym względem dłużej: rzadziej biorą urlopy, biorą więcej (wyjątkowo wysoko płatnych) nadgodzin, wybierają pieniądze zamiast zdrowia dwukrotnie rzadziej biorąc urlopy chorobowe (co odbija się na średnim wieku śmierci kobiet i mężczyzn) a także dłużej pracują w jednej i tej samej firmie (co daje im doświadczenie).
2) Wybierają wysoko dochodowe gałęzie gospodarki.
3) Wybierają mniej bezpieczne zawody. 94% wypadków w pracy dotyczy mężczyzn. Mało jest kobiet w najniebezpieczniejszych zawodach: drwala, górnika (na Ukrainie 300 wypadków śmiertelnych rocznie), taksówkarza (większe ryzyko śmierci niż w zawodzie policjanta). A kiedy kobiety w tych zawodach już są, specjalnie dla nich obniża się efektywność tych zajęć, śrubując standardy bezpieczeństwa.
4) Wybierają bardziej odpowiedzialne zawody: np. chirurga zamiast lekarza pediatry.
5) Wybierają mniej wygodne zawody, wymagające wystawiania się na uciążliwe warunki atmosferyczne i nieprzyjemne czynniki: np. parkingowego zamiast recepcjonistki, kucharza zamiast kelnerki.
6) Wybierają bardziej satysfakcjonujące zawody: często pracują z ludźmi, wybierają prace zgodne ze swoimi priorytetami i filozofią życiową, częściej wiążą się ze sztuką. Być może mężczyźni też woleliby zamienić część pensji na satysfakcję z pracy, ale mają oni do utrzymania rodzinę. Nie mają wyboru, o którym tak krzyczą feministki.
7) Są mniej skłonne do poświęcania się na rzecz firmy: wybierają pracę bliżej miejsca zamieszkania, nie decydują się na przeniesienia do fili firmy znajdujących się w nieciekawych regionach, rzadziej jeżdżą w delegacje.

Mimo że książka Farrella jest podręcznikiem dla kobiet, jak podnieść swoją pensję swoimi własnymi działaniami zamiast manipulować rządzącymi, którzy wymuszą niezasłużone przywileje dla mniej efektywnych pracowniczek, to spotkała się ze strony feministek z zarzutem o anty-feminizm. Czyżby strategia wiktymizacji kobiet została posunięta już tak daleko, że jakakolwiek strategia polepszenia sytuacji kobiet inna niż wymuszanie przywilejów, jęczeniem „jak to im źle”, musi, jako odstępstwo od raz podjętej drogi, być uważana za herezję…?!

Wnioski płynące z obszernych statystyk przeanalizowanych przez Farrell-a i jego współpracowników potwierdzają również inni naukowcy.

Wnioski ujęte przeze mnie w punkcie pierwszym i ostatnim potwierdza w swojej książce „Feminism and Freedom”[2] profesor City College w Nowym Jorku Michael Levin. Zbadał on i opisał w swojej książce fakty, że pracownice biorą mniej nadgodzin, dwukrotnie więcej pracownic niż pracowników oświadcza, że woli pracę na niepełnym etacie, pracownice, planując rozwój zawodowy, nie tak konsekwentnie jak pracownicy wiążą go z obecną firmą zatrudnienia (co skraca ich staż u konkretnego pracodawcy i zmniejsza doświadczenia w konkretnej firmie) i są mniej skłonne do przenosin.

Wnioski ujęte w tym punkcie potwierdza również raport „Economic Journal” (2008), zgodnie z którym same kobiety aspirujące wcześniej do stanowisk kierowniczych decydują się na pozostanie lub degradację na stanowisko na niższym szczeblu, aby mieć możliwość spędzania dłuższego czasu z rodziną.

Wnioski ujęte w punkcie pierwszym potwierdzają D. Lubinski i C.P Benbow, którzy zbadali, że wśród osób posiadających 50, 60 lub 70 godzinny tydzień pracy przeważają mężczyźni.[3]

Wnioski ujęte w tym punkcie potwierdzają nawet badania przeprowadzone w ramach realizowanego za pieniądze Unii Europejskiej przez Fundację Świętego Mikołaja programu wyrównującego sukcesy zawodowe mężczyzn i kobiet. Zgodnie z tymi badaniami, liczba opuszczonych przez kobiety dni pracy jest o 25% większa niż dni opuszczonych przez mężczyzn, nadgodziny w ciągu ostatniego przed badaniem tygodnia wzięło 51% mężczyzn i tylko 17% kobiet, a 85% kobiet woli mieć nudną i źle płatną pracę kończącą się punktualnym fajrantem niż ciekawą i dobrze płatną pracę wymagającą pozostawania w niej po godzinach.

Wnioski ujęte w punkcie pierwszym potwierdzają nawet feminiści, tacy jak Steven Pinker, który zauważa, że mężczyźni częściej poświęcają się pracy, podczas gdy kobiety są bardziej wyważone w wartościowaniu pracy i ogniska domowego[4] (jakże częste seksistowskie ujęcie, nikt nie napisze, że kobiety przeceniają dom a mężczyźni są bardziej wyważeni w wartościowaniu domu i pracy). Ów psycholog potwierdza też wniosek ujęty w punkcie trzecim; mężczyźni są bardziej zdolni poświęcać się na rzecz firmy, nawet ponosząc przy tym zdrowotne ryzyko.

Wniosek ujęty w punkcie szóstym, tj., że kobiety zamieniają pensję na satysfakcję z pracy, potwierdzają autorzy głośniej i wyklętej przez feministki książki „Płeć mózgu”[5]. Piszą w niej oni: „Kobietom praca dostarcza satysfakcji (…) przede wszystkim są to pielęgnowane tam związki z ludźmi”. Potwierdzają oni również wnioski ujęte w punktach pierwszym, trzecim, szóstym i siódmym, zauważając, że pracując „mężczyźni gotowi są na nadzwyczajne ofiary ze swojego szczęścia osobistego, zdrowia, czasu, związków przyjacielskich i uczuciowych”.

A wnioski ujęte we wszystkich punktach poza drugim potwierdza w swojej książce "The Sexual Paradox" Susan Pinker. Czyni to również Steven Goldberg w swojej książce „The Inevitability of Patriarchy”[6]. Konstatuje on, że mężczyźni wykazują większą gotowość do poświęcenia swego czasu, bezpieczeństwa, zdrowia, odpoczynku, przyjemności i swojej sfery uczuciowej, aby wspiąć się w hierarchii.

Ogólnie rzecz biorąc, jak pisze Callahan-Levy w swojej książce „Sex differences in the allocation of pay”[7], kobiety słabiej wiążą swoje wynagrodzenie ze swoją pracą, bo czerpią z niej inne korzyści. A profesor Michael Levin, wiążąc fakt większego zawodowego wysiłku mężczyzn z wnioskami ekonomi, zauważa, że: „Nie ma żadnego kosmicznego kasjera, rozdającego pensje za zmaskulinizowany umysł. Nikomu się nie płaci, jeśli nie osiąga on rezultatów. Ale ponieważ mężczyźni częściej bardziej się starają, to jeśli nie przeszkodzi im się siłą, częściej niż kobiety osiągają wysoko płatne stanowiska”. Natomiast autorzy „Płci mózgu” dodają na temat programów wyrównujących sukcesy zawodowe mężczyzn i kobiet, że „Sztucznie wprowadzony system limitów powodowałby pewne zmniejszenie wydajności” i pytają retorycznie „Czy pozwolilibyście swoim dzieciom latać linią lotniczą affirmative action?”.

Stosunek feministek do efektywności
Trzeba jednak oddać feministkom jedno, w kwestii wpływu urlopów rodzicielskich na gospodarkę poszły dobrą drogą. Faktycznie mężczyźni i kobiety powinni w równym stopniu zajmować się dziećmi. I to nie tylko po to, aby przywrócić związek między czasem pracy kobiet a ich – do tej pory zawyżanym – wynagrodzeniem, ale również dlatego, że dzieci wymagają opieki obojga rodziców, a ojcowie też mają prawo do swoich dzieci (o ile matka ich wcześniej nie wyskrobie albo nie zostawi w szpitalu).

Niestety feministki z tej drogi schodzą, nie potrafiąc się powstrzymać od schlebiania prawdziwym potrzebom kobiet. A te chciałby zajmować się dziećmi, a jednocześnie wyrobiono w nich przekonanie, że równa ilość pieniędzy za ich krótszą pracę im się należy. W takiej sytuacji zamiast nauczyć kobiety tego, że wybierając coś, tracą coś innego, wraca się do przymuszania pracodawców do zatrudniania mniej efektywnych pracownic za taką samą stawkę co resztę pracowników. Zatem łatwość ulegania przekonaniu o kobiecie jako ofierze znów daje o sobie znać wśród feministek, którym lżej jest wmówić sobie, że kobiety są dyskryminowane w pracy, niż że panie chcą „zjeść ciastko i nadal je mieć”.

Naturalna wydajność
Wielu mogłoby się wydawać, że wnioskiem płynącym z przedstawionych tu faktów i analiz powinna być chęć zachowania obecnego status quo na rynku i jedynie zaprzestanie wszelkich prób dalszego wyrównywania płac mężczyzn i kobiet. Problemem jest jednak fakt, że zabiegów wyrównujących te płace podjęto już tyle, że już teraz płace są bardzo wypaczone na niekorzyść mężczyzn.

Przed nadejściem feminizmu, to jest w latach 50-tych, kobiety na wolnym amerykańskim rynku zarabiały średnio 59% tego co mężczyźni. No może na nie do końca wolnym amerykańskim rynku, bo w branży prywatnej zarabiały jeszcze mniej, podczas gdy w branży państwowej, przymykającej oko na efektywność, łatwiej im było zaciemnić drobniejsze braki i zarabiać właśnie owe 59% tego co mężczyźni. Od tamtego czasu systematyczna i radykalna ingerencja reżimu amerykańskiego w gospodarkę i sprawy damsko-męskie, dokonywana w imię feminizmu, doprowadziła do wzrostu wynagrodzenia kobiet do 85% w stosunku do wynagrodzenia mężczyzn. Ingerencja prowadzona przy pomocy takich metod jak a) ustawy o ilościowo równym zatrudnieniu w danych zawodach, o równych płacach, o równie szybkich awansach, o równej ilości kobiet i mężczyzn wśród kadr, b) powoływanie ministerstw, pełnomocników i komisji mających za zadanie monitorowanie równości płciowej w przedsiębiorstwach oraz c) procesy o dyskryminację, doprowadziła zatem do niezasłużonego podniesienia zarobków kobiet o około 45%.

Co więcej, posunięto się nawet do takiego absurdu, że zaczęto likwidować „dyskryminację” wobec prywatnych przedsiębiorczyń, chociaż nie wiadomo, kto miałby je dyskryminować. Firmom państwowym nie tylko zakazano kierowania się przy wyborze wykonawców kryterium ceny i jakości a nakazano zastąpienie go kryterium równości płci, ale wręcz nakazano wybierać jedynie firmy prowadzone przez kobiety po to, aby wyrównać nierówności płynące z „dyskryminowania” tych firm przez sektor prywatny. W ten sposób państwowi zleceniodawcy, którzy zazwyczaj pewnie nawet nie wiedzieli jakiej płci jest „dyskryminowany” przez nich przedsiębiorca lub przedsiębiorczyni, teraz mieli obowiązek zaglądać przedsiębiorcy w majtki i po analizie wyników firmy na Wall Street węszyć narządów rozrodczych jej akcjonariuszek.

A trzeba dodać, że wbrew dogmatom feministycznym to właśnie wśród osób, których nie ma kto dyskryminować, tj. przedsiębiorców, różnice w dochodach między mężczyznami a kobietami były i nadal są największe. W czasach sprzed feministycznej gorączki przedsiębiorczynie były w stanie uzyskać dla swoich firm dochód w wysokości jedynie 39% tego dochodu, jaki swoim firmom wypracowywali mężczyźni. Po wielu ułatwieniach obecnie są w stanie uzyskać dla swoich firm dochód w wysokości 59% tego, co zarabiają firmy prowadzone przez przedsiębiorców.

Tak więc rozwiązaniem kwestii dochodów kobiet i mężczyzn nie jest zachowanie status quo obecnych przepisów ale uelastycznienie tych przepisów przywracające je do dawnej formy. Będzie się to musiało stać niezależnie od roli, jaką w tym odegra Ruch Obrony Praw Mężczyzn, gdyż wymusi to sama ekonomia. Co prawda przedsiębiorstwa konkurujące ze sobą w kraju, w którym państwo narzuca przywileje kobiet, demotywują swoich pracowników do pracy, wysiłku i inwencji w takim samym stopniu każde, a zatem taki feministyczny system może się utrzymać, gdyż między firmami utrzymuje się stan równowagi; ale sukcesy przedsiębiorstw i krajów konkurujących ze sobą na rynku międzynarodowym są zależne od tego, czy dany kraj nakazuje niedopłacać wydajniejszych pracowników ze względu na męską płeć czy też tego nie nakazuje. Żeński szowinizm musi albo zostać usunięty z gospodarki albo usunie go rynek międzynarodowy w postaci chińskich i indyjskich produktów, a nas razem z nim...

Dyskryminacja przez banki?
A forsowana przez feministki teza o luce płacowej nie jest jedyną szkodliwą ekonomiczną tezą feminizmu. W podobny sposób, choć na trochę mniejszą skalę szkodliwe są jego tezy – i wynikające z nich pomysły „naprawcze” – dotyczące rzekomej dyskryminacji kobiet przez system bankowy. Miałby on krzywdzić kredytowane przez siebie kobiety. Tak, ci ponoć pazerni i bezduszni bankierzy w cylindrach mieliby hamować swoją zachłanność i uszczuplać swoje portfele po to tylko, aby gnębić biedne kobietki… A ich banki miałyby przy tym świetnie prosperować i nie ponosić żadnych ekonomicznych konsekwencji za swoją lekkomyślność… Na szczęście jednak, aby udzielać kredytów, trzeba zbierać informacje na temat zdolności kredytowych. W tym więc wypadku znacznie łatwiej jest społeczeństwu nie tylko logicznie ale też empirycznie pokazać, że feministki nie mają racji. Postulaty feministyczne dotyczące bankowości pojawiają się więc dosyć rzadko.

Hipokryzja feministek
Wracając jednak do luki płacowej, ciekawe, że feminiści walczący o wyrównywanie płac marnowali w latach 60-tych swój cenny czas na marsze, demonstracje, manify, rzucanie kamieniami, prelekcje i wykłady zamiast zwietrzyć interes w tym, że podobno 50% siły roboczej jest ekstremalnie niedopłacane. Przecież zatrudniając jedynie kobiety, mogliby oni, płacąc swoim pracownicom jedynie 60% tego, co normalnie płaci się za daną pracę, ściągnąć do swoich przedsiębiorstw najlepszych pracowników, których inni by lekceważyli, a dodatkowo obcięliby 40% kosztów zatrudnienia. Dałoby im to gigantyczną przewagę nad konkurencją. Może jednak ci demonstranci nie byli pazerni i nie zależało im na pieniądzach, może zależało im na sprawiedliwości. W takim razie czemu nie wykorzystali w tym celu właśnie możliwości założenia własnego interesu? Przecież zatrudniając kobiety zamiast mężczyzn siłą rzeczy płaci się im więcej niż mężczyznom (pozostawionym w ten sposób bez pracy).

Jednak uczestnicy marszów w głębi serca wcale nie widzieli w pracownicach tańszej siły roboczej i szansy dla siebie na zbicie majątku. Szansę dla siebie widzieli w stworzeniu stanowisk ministrów ds. psucia gospodarki i demografii, tj. ministrów ds. równości płci. Tymczasem jedynym sposobem na wywołanie niesprawiedliwej nierówności jest nierównouprawnienie, a za te może być odpowiedzialne tylko – jak sama nazwa wskazuje – prawodawstwo. A te jest obecnie w rękach feministek. Dlatego nic dziwnego, że mężczyźni zarabiają za tę samą pracę mniej, podlegając dyskryminującemu ich prawu, w którym mnóstwo jest płacowych i zatrudnieniowych przywilejów kobiet. Praca kobiet zamieniających swoją efektywność na: satysfakcję z pracy, bezpieczeństwo czy wolny czas (np. na pójście do lekarza) warta jest jedynie 59% tego, co praca mężczyzny; w takim wypadku przymus płacenia za nią dzisiejszych 85% tego co za pracę mężczyzny jest zaniżaniem płacy mężczyzn wobec płacy kobiet o aż 32%. I miejmy nadzieję, że jeżeli nawet dotychczasowa niesprawiedliwość zostanie nieprędko cofnięta, to przynajmniej nie będzie się posuwać w kierunku jeszcze większej skrajności.


Przypisy:
[1] Warren Farrell, Dlaczego mężczyźni zarabiają więcej. Prawda o przepaści płac i co kobiety mogą na to poradzić, One Press, Warszawa 2007.
[2] Michael Levin-a, Feminizm and Freedom, Transaction Books, New Brunswick, Nowy Jork, 1979.
[3] D. Lubinski, C.P. Benbow, States of excellence w American Psychologist, nr 55(1) (2000), str. 137-150.
[4] Steven Pinker, Gender studies a nauka dostępny na portalu Racjonalista pod adresem http://www.racjonalista.pl/kk.php/s,4445/q,Nauka.o.plci.spolecznej.a.nauka.
[5] Anne Moir, David Jessel, Płeć mózgu, Państwowy Instytut Wydawniczy, Warszawa 2002.
[6] Steven Goldberg, The Inevitability of Patriarchy, Temple Smith, Londyn 1977.
[7] Callahan-Levy i inni, Sex differences in the allocation of pay w „Jurnal of Personality and Social Psychology”, nr. 37 1997, str. 433-446.




+ - 0

Artykuł nie został jeszcze pozytywnie zrecenzowany.

Dodaj Komentarz

Zaloguj się aby komentować. Jeśli nie masz jeszcze konta, zapraszamy do rejestracji.

RSS komentarzy

Komentarze: 0