iThink.pl - dziennikarstwo i publicystyka

Menu

Logowanie/Rejestracja

[?] Rejestracja
Logo

Kategorie

Dodaj Artykuł

Artykuł

Biznes / Nauka
+ - 8

Atak na studenckie kieszenie

20 06 2006 Anna Poszepczyńska Artykuł był czytany 5079 razy
Źródło:
Źródło:

Już na początku 2004 roku zarówno Bank Światowy, jak i Europejski Bank Inwestycyjny sugerowały Polsce wprowadzenie czesnego na wszystkich uczelniach wyższych. Stosowne dyrektywy znalazły się także, w wypracowanej przez poprzedni rząd, strategii rozwoju gospodarczego na lata 2007-2013. I choć pomysł, któremu zaczynają przyklaskiwać także obecne władze, wymagałby zmiany konstytucji, to bardzo możliwe, że już za kilka lat z bezpłatnym dostępem do nauki spotkamy się jedynie na lekcjach historii.

  • Komentuj
  • Wyślij do znajomego
  • Drukuj artykuł
  • Wersja do łatwego czytania
  • Dodaj do ulubionych
    Tłumaczenia polityków, że odpłatne szkolnictwo wyższe to wymóg „nowoczesnej gospodarki rynkowej” oraz „normy cywilizacyjnej” nie znajduje potwierdzenia w systemie oświatowym unijnych państw. Poza Włochami i Wielką Brytanią, w większości krajów europejskich nauka w państwowych szkołach wyższych jest bezpłatna, a wydatki studentów ograniczają się do opłacania składki na organizację studencką w wysokości kilkudziesięciu euro za semestr, bądź – sporadycznie – do uiszczenia wpisowego.
    Tymczasem w Polsce musimy się zmierzyć z paradoksalną sytuacją. Oto w kraju, który – spośród wszystkich nowych członków Unii – ma największy odsetek studentów i w którym nawet państwowe studia i tak od dawna są w znacznym stopniu płatne, teraz mamy się jeszcze borykać z koniecznością dodatkowych wydatków, pokrywanych ze studenckiej kieszeni.

    Kosztowna inwestycja
    Obowiązująca w Polsce konstytucja gwarantuje wszystkim prawo do bezpłatnej edukacji. Niestety tylko na papierze. Prawda jest taka, że nawet za studia dzienne na państwowych uczelniach studenci muszą już płacić – i to całkiem słono. Brak czesnego nie wyklucza bowiem dodatkowych opłat, związanych z zakwaterowaniem, wyżywieniem, czy komunikacją miejską, a słabo wyposażone biblioteki i kiepski dostęp do Internetu na niektórych wydziałach zmuszają do korzystania z ksera lub kupowania drogich książek. Wszystko to zwiększa koszty studiowania, które teraz miałyby być jeszcze obciążone kolejnymi opłatami za same za studia.
    Dodatkowo pieniądze na tzw. bezpłatne studia na państwowych uczelniach nie biorą się z powietrza, lecz pochodzą przede wszystkim z naszych podatków. Tylko w 2005 roku na działalność dydaktyczną państwowych uniwersytetów, politechnik i akademii podatnicy wyłożyli ponad 7,5 mld zł, a według byłej wiceminister edukacji - Anny Radziwiłł – poszły one na opłacenie czesnego wybrańcom, którzy zapałali się na indeksy państwowych uczelni. Radziwiłł uważa także, że ci „szczęściarze”, to przede wszystkim dzieci najzamożniejszych Polaków, gdyż stać ich na korepetycje, dodatkowe lekcje i kursy przed egzaminami, które pomagają w dostaniu się na „bezpłatne” uczelnie.
    Pomysł zreformowania szkolnictwa wyższego miałby polegać na tym, by inaczej dzielić publiczne pieniądze przeznaczone na wyższą edukację, dzięki czemu mniej zamożni nie musieliby dwa razy płacić za naukę swoich dzieci (najpierw z podatków, a potem jeszcze z własnego portfela - za czesne na płatnych uczelniach). To, komu państwo finansowałoby studia, byłoby uzależnione wyłącznie od sytuacji materialnej studenta lub jego wyników w nauce, a po nałożeniu wspólnej, powszechnej opłaty zostałby wprowadzony szeroki system zwolnień, stypendiów i kredytów. Problem jednak tkwi nie tylko w tym, jak ustalić czytelne i sprawiedliwe zasady tych ulg, lecz przede wszystkim jaki byłby realny wymiar tej pomocy.

    Pomoc dla najbiedniejszych
    Choć na papierze pomysł reformy wygląda całkiem sensownie, wystarczy skonfrontować go z rzeczywistością, by pojawiły się liczne zastrzeżenia. „Po pierwsze – mówi Barbara Nosowska, studentka Politechniki Warszawskiej - buduje on barierę psychologiczną, a samo hasło: >trzeba płacić czesne< może skutecznie odstraszać niezamożnych Polaków od studiowania.” Poza tym pomysł ministerstwa niesie ze sobą niebezpieczeństwo, że zostaną wprowadzone powszechne opłaty za studia (i to będzie działało), natomiast system stypendialny będzie rachityczny, z małym budżetem, i nie spełni założeń wspierania i pomocy.
    Choć usprawnieniem systemu odpłatnej edukacji mają być kredyty studenckie i stypendia socjalne, ciężko uwierzyć, że system, który dotychczas zawodził, nagle uzdrowiłby naszą oświatę. W 2004 roku z akademickich kredytów skorzystało ok. 24 tys. studentów, czyli zaledwie 1,2 proc. wszystkich studiujących. Dlaczego? Bo banki to nie instytucje charytatywne, lecz firmy nastawione na zysk, które muszą brać pod uwagę wiarygodność i wypłacalność swoich klientów. Poza tym zaciągnięty kredyt – prędzej, czy później – trzeba zacząć spłacać, a widmo zadłużenia - przy stale rosnącym bezrobociu - znacznie utrudnia życiowy start.
    Równie smutna jest kondycja systemu stypendialnego, a aktualna pomoc socjalna – jeśli w ogóle uda się na nią załapać – z trudem pokrywa koszty wyżywienia, czy akademika. Można by oczywiście założyć, że Ministerstwo Edukacji przeznaczy środki, które zapewnią realną pomoc dla najbiedniejszych studentów, jednak na razie MEN nie podaje żadnych konkretów odnośnie tego, jaki procent pobieranego czesnego byłby przekazywany na ten cel, ani warunków przyznawania ewentualnych ulg. Poza tym niedoskonałości systemu stypendialnego nastawiają dość sceptycznie do tej formy pomocy. Tylko od marca 2005 roku, do rzecznika praw studentów – Roberta Pawłowskiego – wpłynęło ponad 1300 skarg, a większość z nich dotyczyła właśnie kwestii finansowych. Okazuje się, że tym, którym stypendia się należą, nie są one przyznawane, a poza tym studenci otrzymują należne im świadczenia ze znacznym opóźnieniem.

    Rozróżnienie jakości
    Wydawałoby się, że zapewnienie równego dostępu do edukacji jest jednym z podstawowych obowiązków państwa, a przy ewentualnej weryfikacji powinno się patrzeć na zdolności potencjalnego studenta, a nie zasobność jego portfela. Tymczasem, wobec niewystarczającej liczby miejsc na państwowych uczelniach, w Polsce pojawia się coraz więcej prywatnych szkół wyższych, które stały się fabrykami naukowych tytułów i certyfikatów. W odpowiedzi na rzesze - niedouczonych, ale za to utytułowanych – magistrów, większość pracodawców zaczęła wymagać wyższego wykształcenia do wykonywania pracy, której kiedyś podejmowali się ludzie wyłącznie po szkole średniej.
    Z drugiej strony rodzaj i prestiż uczelni mają teraz drugorzędne znaczenie, a pracodawcy bardziej zależy na doświadczonym pracowniku, który nie tylko posiada teoretyczną wiedzę, lecz miał także okazję, by podczas praktyk, nabyć dodatkowe umiejętności, które bardzo pomagają w zawodowej karierze. W tej dziedzinie uczelnie prywatne często przewyższają te państwowe, oferując swoim studentom możliwość odbycia praktyk i stażu w renomowanych firmach, nie tylko w Polsce, ale często również zagranicą.
    Warto także pamiętać o tym, że jakość pracownika zależy w znacznym stopniu nie od tego, gdzie studiował, lecz jakim był studentem, a zarówno na studiach państwowych, jak i prywatnych, są dwie grupy ludzi; na tych pierwszych część zaciska zęby i idzie do przodu, doceniając to, jak trudno było im się tu dostać, a inni – ponieważ nie płacą – nie mają motywacji i próbują prześlizgiwać się z roku na rok. Podobnie w szkołach prywatnych, niektórzy zdają sobie sprawę, że płacą za studia ciężkie pieniądze i chcą się jak najwięcej nauczyć, a inni uważają, że skoro płacą, to wszystko im się należy.

    Wyrównywanie szans
    Założenie, że w pełni odpłatne studia rozwiążą problem polskiego szkolnictwa wyższego jest co najmniej naiwne, a jeśli rzeczywiście chcielibyśmy wyrównać szanse edukacyjne w społeczeństwie, należałoby to zrobić na poziomie szkół średnich i podstawowych, gdyż właśnie tam tworzą się największe problemy, podziały i nierówności. W dzisiejszym systemie edukacji uczeń ze słabej podstawówki nie dostanie się do dobrego gimnazjum, skazany jest więc w konsekwencji na słabe liceum, po którym nie ma szans na jakiekolwiek dobre studia. Jeżeli więc chcemy wprowadzić taki model edukacji, by każdy Polak, bez względu na miejsce zamieszkania i status materialny rodziców, miał możliwość zdobycia odpowiedniego wykształcenia, trzeba wyrównywać szanse już od najmłodszych lat, bo potem niewiele można pomóc.
    Należałoby się więc zająć wprowadzeniem bezpłatnych przedszkoli i zajęć dodatkowych w szkołach wszystkich typów oraz obowiązkiem nauki języka obcego od pierwszej klasy podstawówki. Konieczne byłoby także podciągnięcie poziomu słabszych liceów, szczególnie tych z mniejszych ośrodków oraz wzbogacenie zasobów bibliotecznych. Tymczasem na biblioteki publiczne wydaje się coraz mniej pieniędzy, ogranicza się ilość zajęć w szkołach niższego szczebla i likwiduje się placówki, przez co utrudnia się uczniowi dostęp do wiedzy. Na dodatek stworzono gimnazja, które są molochami bez wizji działania oraz 3-letnie licea, które nie przygotowują do matur, bo nauczyciele nie są w stanie sobie poradzić z przerobieniem całego materiału. Z tego powodu wielu absolwentów szkół średnich odczuwa potrzebę dodatkowych lekcji i korepetycji, na które mogą sobie pozwolić jedynie lepiej usytuowani rodzice.
    Ważny jest także rozwój filii wielkich uczelni państwowych, które byłyby lokowane w mniejszych miejscowościach. Dzięki temu można by na nich studiować na tym samym poziomie, co w wielkim mieście, a jednocześnie odpadłyby studentom koszty dojazdu, wynajmu mieszkania i utrzymania. Choć filiom zapewne brakowałoby zasobów bibliotecznych, to po trzyletnim kształceniu do tytułu licencjata, studenci przenosiliby się na kolejne dwa lata do dużego miasta, gdzie mieliby pod ręką dostęp do bibliotek, całej kadry naukowej i bogatą ofertę kulturalną wielkiego ośrodka.

    Czym skorupka za młodu
    Problem edukacji tkwi u podstaw, a nie u samego szczytu drabinki i dlatego przed wprowadzaniem zmian na wyższych uczelniach, należałoby najpierw uzdrowić szkoły elementarne. Sebastian Admakiewicz – student Uniwersytetu Warszawskiego – uważa, że powinniśmy zadać sobie pytanie, czy edukacja to nadal prawo, czy jednak już tylko przywilej. „Edukowanie społeczeństwa świadomego, umiejącego uczestniczyć w trudnych procesach demokratycznych, nie może być pozostawione samemu sobie.” – mówi, podkreślając ogromną rolę państwa w procesie kształcenia przyszłych pokoleń.
    Nie należy także zapominać, że pieniądze państwa, wydawane na edukowanie studentów, nie idą w próżnię, lecz jest to rodzaj inwestycji, poprzez którą państwo kształci sobie setki prawników, lekarzy, administratorów, dziennikarzy, polityków, matematyków, informatyków i naukowców. Zapewnienie młodym ludziom łatwego dostępu do nauki oraz dobrych warunków bytowych sprawi, że nie będą oni wyjeżdżać za granicę „za chlebem”, a ich dokonania będą nie tylko świetną wizytówką naszego kraju, lecz przede wszystkim ogromnym zapleczem intelektualnym.





+ - 8

Artykuł został pozytywnie zrecenzowany przez:

Piotr Krupa, Maciek Partyka, Artur Janik, Jarek Kownacki

Dodaj Komentarz

Zaloguj się aby komentować. Jeśli nie masz jeszcze konta, zapraszamy do rejestracji.

RSS komentarzy

Komentarze: 4

1. Maciek | 17:31 15-06-2006

Ciekawy tekst i dobrze napisany. Miejscami się zgadzam, miejscami nie. 1) Szanse należy wyrównywać już na poziomie szkoły podstawowej - oczywiście, słuszna uwaga.
2) Liczenie kosztów ksero, zakupu podreczników, zakwaterowania, wyżywienia, biletów mzk itepe jako kosztów studiów to absurd. Nie przesadzajmy, takie koszty ponosi każdy obywatel.
3) Pieniądze na edukowanie studentów są inwestycją dla państwa - tak, ale pod warunkiem, że wykształceni specjaliści pracują w kraju, a tak nie jest. w momencie kiedy wyjeżdżają za granicę i pracują na zagranicznych emerytów, a nie na naszych to państwo na tym traci.

2. Krzysztof | 17:56 20-06-2006

Wydaje mi się, że nawet, jeśli obecnie po studiach dużo studentów wyjeżdża za granicę, to po pewnym czasie ci ludzie wrócą bogatsi, jeśli nie o doświadczenie zawodowe, to napewno o bogatszy światopogląd. Z tego powodu, inwestycja w edukację obywateli, będzie tak czy owak, opłacalna dla państwa na dłuższą metę.

Myślę, że artykuł dobrze podkreśla prawdziwy problem z systemem stypendiów. Doskonale wiadomo, że w naszych realiach, finansowanie może być równie skuteczne jak finansowanie budowy autostrad. Czyli każdy wie jakie...

3. Piotr | 12:03 30-06-2006

NIech stracę i pokaże Ani, że potrafię być dla niej miły i dobry:):):).

4. Marta | 19:37 06-07-2006

Studia nie sa bezplatne, pani Aniu. Kazdy z nas placi za podreczniki, ksera, wydanie dyplomow, akadamiki, obiady (bo jakie sa stypendia socjalne, to chyba kazdy wie) itp. itd. Wiekszosc z tej masy studentow, o ktorej Pani pisze, to studenci zaoczni czy wieczorowi, ktorzy i tak placa. Wiec czy nie lepiej byloby zniesc fikcje, zrobic normalny, a nie chory cennik? Pieniadze wsparlyby kasy bednych w wiekszosci uniwerstetow i moze wtedy nie milibysmy sytuacji, w ktorej profesor X nie ma dla nas czasu, bo pedzi do lepiej platnej pracy w Wyzszej Szkole Zwiru i Piachu...