iThink.pl - dziennikarstwo i publicystyka

Menu

Logowanie/Rejestracja

[?] Rejestracja
Logo

Kategorie

Dodaj Artykuł

Artykuł

Biznes / Nauka
+ - 1

O trudnej sztuce porannego wstawania...

19 11 2007 Aldona Strachota Artykuł był czytany 4830 razy

Każdy z nas ma problemy z rannym wstawaniem. W środowisku braci studenckiej jest najwięcej tych, którzy obowiązek porannego wstawania traktują z właściwym sobie podejściem... Rzadko kto bowiem zdaje sobie sprawę, jakaż to jest trudna sztuka...

  • Komentuj
  • Wyślij do znajomego
  • Drukuj artykuł
  • Wersja do łatwego czytania
  • Dodaj do ulubionych
Jak każda poczciwa studentka studiów dziennych staram się wywiązywać z obowiązku studiowania… Niestety, nie zawsze idzie on w parze z moim największym życiowym problemem, jakim jest ranne wstawanie. Zazwyczaj scenariusz jest ten sam.
Późnym wieczorem, zanim udam się na spoczynek, nastawiam w telefonie budzik (zanim jednak to uczynię, zdobywam się na chwilę refleksji dotyczącej tego, w jakimż to cudownym świecie przyszło mi żyć: telefony komórkowe, przenośne komputery… w krótkim czasie popadam w zachwyt, by po chwili otrząsnąć się i móc powrócić do wieczornego rytuału)… więc nastawiam w telefonie budzik, zawsze biadoląc przy tym okrutnie, że godzina wstawania, ustanowiona planem zajęć na uczelni, jest zaiste nieludzka. Czuję przy tym, iż oczy zachodzą mi łzami, a krew zdaje się odpływać. Spozierając raz jeszcze na plan jutrzejszych zajęć, próbuję doszukać się w odpowiedzialnych za układanie grafiku resztek człowieczeństwa. I kiedy po raz kolejny dochodzę do wniosku, iż moje poszukiwania są daremnym wysiłkiem, wybucham z trudem skrywanym płaczem… A kiedy nadchodzi w końcu ten moment, w którym zaczyna brakować mi już łez, zbieram w sobie wszystkie siły, by móc ich resztkami nastawić wyżej wspomniany budzik, dodany do telefonu tylko po to, by w umiejętny, a przy tym brutalny sposób decydować o naszym „wstać albo nie wstać”. Pomimo fizycznej i psychicznej niedyspozycji, zadziwiająco sprawnie wystukuję na klawiszach komórki godzinę 6.00 rano, po czym zamaszystym krokiem, co mnie jeszcze bardziej zaskakuje, zmierzam ku swojemu łóżku. W niebywale krótkim czasie zasypiam snem małej, niewinnej dziewczynki.
Niestety, mój niewinny sen nie trwa długo. Praktycznie w samym środku nocy (uporczywie trwam w przekonaniu, że 6.00 rano to nieludzka pora) ciszę rozgania przeraźliwy dźwięk melodyjki ustawionej na budzenie.
Najpierw otwieram prawe - bo bardziej spostrzegawcze - oko, by upewnić czy faktycznie nastał ranek. I kiedy zyskuję przekonanie, iż oto nastała ta chwila (bijące po oku promienie słoneczne nie pozwalają mi na złudzenia), kiedy to powinnam susłami czym prędzej popędzić na poranną toaletę, zamaszystym ruchem, dzierżąc w swej dłoni kołdrę i za nic mając wszelką technologię (rankiem zazwyczaj zmieniam poglądy o cudownym świecie), zwinnie przewracam się na drugi bok, po czym zasypiam, psiocząc coś jeszcze pod nosem. I ta jakże cudowna chwila nie trwa długo. Za chwilę słyszę, jak od mojego pokoju ostrożnie uchylają się drzwi. Czuję, jak czyjaś głowa prawie bezszelestnie wsuwa się między nie i spoziera na mą kołdrę, spod której wystają tylko trzy włoski składające się na moją grzywkę i resztę uczesania w wersji „artystyczny nieład”. Nie jest dane mi i tym razem oddać się bez reszty chociażby drzemce, bowiem kobieca intuicja każe mi natychmiast sprawdzić, jakaż to postać uporczywie nade mną sterczy. Przewracam się więc, otwieram lewe - mniej spostrzegawcze oko, mając nadal nadzieję, że nikogo nie dostrzegę i odbierając to jako zwykłe zakłócenie snu, kontynuuję drzemkę. Nie tym razem. Oko, choć pozbawione ostrości widzenia, dostrzega przez mgłę postać mojej współlokatorki. Otwieram drugie oko, by zyskać przekonanie, iż nic nie zagraża mojej egzystencji. Przez chwilę, widząc kamienną twarz Karli, nie jest to takie oczywiste. Nie odzyskawszy jeszcze sił witalnych, zdobywam się na bełkotliwe i wypowiedziane z wyrzutem: ”What?” - to jedno z niewielu słów składających się na mój okrojony warsztat anglopojęciowy i z wyuczoną przez lata determinacją, nadużywane. Jak się okazuje, nadużywam tym zwrotem również cierpliwości Karli, która przez zaciśnięte zęby wycedza: „What? (…) What?! Wstawaj, na Boga, za 20 minut wychodzimy!”. Przecierając oczy, by uzyskać jasność obrazu, rzucam nieartykułowane i wypowiedziane z nabożnym zdumieniem: „Dokąd…na Boga?”. Właśnie w tej chwili czuję, jak wiszące na włosku opanowanie Karli każe jej chwycić mnie za rękę i wywlec z łóżka. Nie bronię się, jestem bezradna, bo i jak mogę być o siłach, kiedy ktoś wyciąga mnie z cieplutkiej pościeli w środku nocy?
Nie walczę, nie mam nawet siły na jakiś mały wywód pod jej adresem apelujący o cząstkę empatii.
Karla ciągnie me studzone, odziane w różową, nieco przydługą piżamę, ciało przez długi korytarz. Poddając się biernie, idę wlekąc za sobą nogawki nocnego odzienia. Czuję, jak od prędkości, jaką mojemu ociężałemu ciału, nadała Karla, rozwiewa mi się grzywka. Doskonale wiem, co będzie dalej. Postawi mnie nad umywalką, stanie w drzwiach łazienki i przyglądając mi się zmusi do porannej toalety, późniejszego uczesania (i na nic zdadzą się przekonywania, że nastała moda na rozwiany włos), ubrania się w miarę jednobarwnie (argument, iż najnowszym trendem w modzie jest artystyczny, wielokolorystyczny nieład też zdaje się do niej nie trafiać). Nie mylę się. Szybka wędrówka po korytarzu własnej stancji, której towarzyszył zimny podmuch wiatru, przywraca mi trzeźwość umysłu. Naprędce usiłuję, z miną ofiary i maślanym spojrzeniu, jeszcze się bronić, zasypując Karlę nowymi argumentami. Szybko zaprzestaję, widząc jej sztywną postawę ciała, spoczywające na biodrach ręce i minę nieugiętego dowódcy. Pośpiesznie wykonuję wszystkie czynności, by za chwilę stanąć przed groźnym obliczem współlokatorki ubrana i uczesana według przykazania: będziesz dbał o stan serca swojego i swojego otoczenia ubraniem i uczesaniem swoim… Przepełniona dumą, iż udało mi się nawet schludnie, bez kolorystycznego przepychu, ubrać, patrzę na współlokatorkę, u której trudno dziś liczyć na słowa pochwały. Karla rzuca w moją stronę krótkie spojrzenie, dopada swojego buta, wciska go na nogę z nie lada wysiłkiem, po czym chwytając w locie torebkę, łapie mnie za rękę i wychodzimy.
Powtarza się korytarzowa scena, z podziałem na ciągnącą i ciągniętą. W trakcie stwierdzam, że nawet mi to pasuje. Wiedząc, iż ktoś mnie bezpiecznie „dostarczy” pod sam gmach uczelni, mogę w trakcie drogi swobodnie oglądać witryny sklepowe. Oczywiście, nie udaje mi się wychwycić nawet nazw mijanych sklepów, bowiem Karla niespodziewanie przyspiesza i zakosami sunie na przystanek autobusowy.
Dobiegamy spóźnione do naszego wydziału. Zaczynają się zajęcia, jak zwykle długie i wyczerpujące. Po 8 wycięczających intelektualnie godzinach, z prawem do 1 posiłku i żadnego sprzeciwu z mojej strony, udaje nam się dotrzeć do stancji. Tym razem to ja ciągnę Karlę. Gdy tylko dopadam klamki swego pokoju, wymordowana padam na łóżko. Hałas dochodzący zza okna nie przeszkadza mi usnąć. Słyszę jeszcze przez chwilę, jak Karla szarpie się ze swoim butem. Pada jakieś przekleństwo, po czym wszystko ucicha.
Tak oto przedstawia się żywot poczciwego studenta. Można by pokusić się o stwierdzenie „życie jak biznesplan”. Rzadko kto bowiem zdaje sobie sprawę, iż poranne wstawanie to nie lada sztuka. Wymaga dobrej koordynacji ruchowej, sprawnych procesów poznawczych… Ba! O samych już konsekwencjach wstania nie wspomnę: artystyczna fryzura, nienaganny ubiór, tona makijażu na twarzy, odklejane tipsy, sztuczne rzęsy, zęby, silikonowy biust a potem to już istny twój osobisty i przez ciebie tylko zauważany dramat: masa obowiązków!




+ - 1

Artykuł został pozytywnie zrecenzowany przez:

Agnieszka Owczarczak , Jarosław Miazga

Dodaj Komentarz

Zaloguj się aby komentować. Jeśli nie masz jeszcze konta, zapraszamy do rejestracji.

RSS komentarzy

Komentarze: 1

1. Jarosław | 17:56 29-11-2007

Artykuł ciekawy