Biznes / Nauka
Reformacja Oświatowa
Artykuł był czytany 3288 razyNam nie trzeba kolejnej reformy systemu edukacji. Nam trzeba jego reformacji. Poniższe zostało przyjęte w lipcu br. do jednej z naszych gazet ogólnopolskich, acz nie doczekało się publikacji, dlatego wysyłam tu.
REFORMACJA OŚWIATY -- wyciągam 7 gwoździ z trumny
Wizja czasu najwyższego:
Oczyma duszy widzę matki wraz z testem ciążowym otrzymujące informacje o tym, co i jak wpływa na kilkutygodniowe maleństwa w ich łonie; wyprawkę szpitalna zawierająca „biblię odpowiedzialnego rodzica”; Gminne Ośrodki Kultury i miejskie Domy Kultury posiadające pedagogów prowadzących zarówno poradnictwo dla rodziców, jak i animujących regularne zajęcia dla dzieci w wieku 1-3; przedszkola i ich rodzin, kierujące się metodą Montessori; klasy w pierwszych latach podstawówki umożliwiające lepsze wykorzystanie ruchowego i dotykowego stylu uczenia się, wprowadzające trudniejsze operacje matematyczne później, zaś wymagania w ogóle nieco wcześniej; podstawówkę działającą w formule drużyn zuchów i przewidująca sporo ruchu na świeżym powietrzu; gimnazja uzawodowione, gdzie partnerzy gospodarczy dają uczniom 400 zł na miesiąc za czeladnictwo i przysposobienie do zawodu; gimnazja przedlicealne, gdzie kilkuosobowe grupy pod opieką nauczyciela 2 specjalności wychodzą na pół dnia na miasto lub w plener, by poznawać poznane z oprogramowania zjawiska w praktyce i realizować realistyczne projekty, w tym wirtualne i zespołowe, także w oparciu o architekturę sieci w ich palmtopach. Widzę licealistów mających szkołę w laptopie i podobnie jak ich młodsi koledzy realizujący naukę w małych grupach, częściowo w terenie, częściowo w pracowniach przedmiotowych; zajęcia sportowe od 10 roku życia odbywające się w lokalnych klubach sportowych w wybranej sekcji codziennie popołudniami w porze m. 14 a 18; koła PTTK oferujące w weekendy bogaty wybór rajdów po całym kraju i najbliższym regionie Europy... Widzę też awans zawodowy uzyskiwany po 2 latach konkretnej pracy, ocenianej także przez prowadzone grupy uczniów, ale przede wszystkim na podstawie konkretnych zajęć z młodzieżą.
Pobudka i szara rzeczywistość
Wydaje się, że nasz obecny system oświaty umarł: fikcja goni niekonsekwencję, dzieciaki męczą się i/lub nudzą, uczą się kombinować, a niektórzy czują się pod presją – czy to rówieśników, czy sytuacji – by próbować rzeczy, których albo nie powinni tykać się w ogóle, albo przynajmniej nie w ich wieku. Wyrastają mali cynicy i cwaniacy. Szkoła nie uczy już umysłowej dyscypliny, a jeszcze nie uczy samodzielności i krytycyzmu. Uczniowie są wyraźnie gorsi w naszej dawnej specjalności – przedmiotach ścisłych -- za to tam, gdzie można się wykazać własną opinią ukształtowaną z lektury i obserwacji, widzimy głównie uleganie modom i stadnemu pędowi.
Nauczyciele, w obawie przed własnym cieniem, odliczają lata do emerytury nerwowo śledząc sejmowe majstrowanie przy ustawach określających ten moment szczęśliwy, kiedy to będą mogli zająć się swoimi wnukami, a nie cudzymi dziećmi, które ostatnio – co każdy nauczyciel przyzna – co 3-4 lata są średnio (tak naprawdę) o ocenę gorsze, wyraźnie mniej receptywne, za to bardziej bezczelne i złośliwe. Ci z nas, którzy znają języki, już się powoli rozglądają za ofertami z Niemiec czy Irlandii, a tam największe zapotrzebowanie jest na matematyków, fizyków, chemików i informatyków...
System oświaty nie jest zawieszony w próżni: z jednej strony uwidaczniają się w nim patologie czasów w jakich żyjemy, a z drugiej system ten powinien być na te czasy jakąś odpowiedzią. Trudno -- to prawda -- winić za wszystkie niepowodzenia systemu tylko i wyłącznie jego założeń, czy ich praktycznej realizacji. Dzieci są jakie są , bo i rodziny coraz bardziej nerwowe, rozpadają się, czasu dla dzieci w nich wiele nie ma, co rodzice wynagradzają im albo pieniędzmi na zachcianki, albo bezstresowym chowem. Dzieciaki są puszczone samopas, a wychowują je rówieśnicy i komputer oraz anonimowość internetu z całym dobrodziejstwem inwentarza. Tym większa – niestety – ciąży na systemie odpowiedzialność i tym szerszy powinien być jego zakres oddziaływania.
Dlatego: po obcęgi i wyciągać 7 gwoździ z tej trumny...
Gwóźdź 1 - nieumiejętność uczenia się
Sam myślałem, że wykształcenie językowe da mi pomyślność na długie lata. Dało na lat 15, teraz już tylko łatwiej znaleźć pracę, ale zarobki to żadna rewelacja. Każde z Was prędzej czy później stanie – pewnie nie raz – przed koniecznością zmiany zawodu, a może i fachu. System oświaty (celowo nie piszę szkoła, bo system ma być skoordynowaną polityką państwa i rodziny) musi nas przygotować m.in. do tego, jak się skutecznie uczyć i adaptować do nowych warunków. Należy więc większy nacisk położyć na techniki i strategie przyswajania wiedzy i umiejętności.
Zacząć należy od właściwego ustawienia roli psychologii i pedagogiki na kierunkach kształcących przyszłych nauczycieli, a kursy dla tych kierunków czynić praktycznymi ćwiczeniami opartymi na najnowszych badaniach teorii, jako tako sprawdzonych w praktyce. Uczelnie powinny w tym względzie współpracować z MEN, zaś wykładowcy mają szansę skorzystać z coraz bardziej intensywnej w ostatnich latach współpracy międzyuczelnianej w UE i dość łatwo dostępnych funduszy na szkolenia.
Ale należy też uczulić rodziców, by stwarzali swym dzieciom liczne okazje, by musiały one stanąć przed nowym problemem i go rozwiązać w oparciu o przygotowane otoczenie, a następnie tak zdobytą umiejętność mogły ćwiczyć, by dojść w niej do doskonałości. Pomocne w tym powinny być materiały, które rodzice powinni dostawać już przy porodzie dziecka, tak jak dostają wyprawkę z pampersami. W nich powinny być także zawarte sprawdzone zasady wychowawcze i ich uzasadnienie mogące trafić do przekonania nawet najbardziej aspołecznego rodzica.
Gwóźdź 2 – niedostatek aktywności i inicjatywy
Trudno poważnie mówić o kształtowaniu aktywności innej niż rozrabianie w klasach 30 osobowych, albo inicjatywy innej niż porównywanie energy drinków za 5 dwunasta w warunkach konieczności realizacji programu przez 1 x 45 min w tygodniu. Nie ma aktywności bez ciekawego postawienia problemu i stworzenia warunków, by uczeń część odpowiedzialności za naukę wziął na siebie. Trzeba też uelastycznić treści programowe tak, aby uczeń miał szansę dociekać w wybranym materiale szczegółowych kwestii, które go zainteresują.
Nie muszę dodawać, że w klasie, w której poza krzesłami, biurkami, tablicą i panem nauczycielem jest jeszcze książka i piórnik, nie ma szans na inną naukę niż ta rodem z XVII-wiecznych kolegiów jezuickich, z tą wszakże różnicą, że dawniej zakonnik miał jakiś autorytet, a uczniowie motywację, by stać się kimś, zaś przyklasztorne kolegia, jak na tamte czasy były w jakimś sensie nowoczesne -- sam barok był przecież szczytem ówczesnej inżynierii psychologicznej. Teraz w tych warunkach nawet nie ma szansy na przyzwoitą indoktrynację, a co dopiero na skuteczną naukę.
Inicjatywa rodzi się z pozytywnego i konstruktywnego nastawienia do rzeczywistości oraz z wiary we własne siły. Trudno taką postawę wypracować nawet rodzinom mającym 2 dzieci i sporo czasu dla siebie przez wiele lat, a cóóż dopiero zbiurokratyzowanym szkołom, gdzie nauczyciel zmuszony jest do mniej lub bardziej „masowego przerobu.” A więc musi to być współpraca szkoły i domu i musi być szansa na indywidualne podejście, a takie jest tylko wtedy, gdy nauczyciel obcuje z młodym człowiekiem kilka godzin tygodniowo w grupie kilkuosobowej, oraz ma pewną swobodę pracy. Inaczej mówimy o fikcji.
Aktywności sprzyjają też takie oczywiste wydawałoby się czynniki, jak ruch i zmiana otoczenia nauki, niewymuszona interakcja z nauczycielem oraz bodźce, takie jak ciekawi ludzie, poglądowe sytuacje lub inspirujące miejsca. Nie ma powodu, by nauka nie miała polegać na regularnych kilkugodzinnych wypadach dydaktycznych małymi grupami, poświęconych 1 lub 2 przedmiotom, albo realizacji jakiejś ścieżki międzyprzedmiotowej. Jako, że część nauki zostałaby przeniesiona na multimedia, nie trzeba by się było kierować tradycyjną siatką godzin i ich sztywną liczbą w tygodniu, ale oczywiście oznaczałoby to upowszechnienie modelu nauczyciela z kwalifikacjami do nauczania więcej niż 1 przedmiotu.
Gwóźdź 3 - warsztat pracy z papieru i drewna.
Pokolenia wchodzące obecnie w dorosłe życie i na rynek pracy będą funkcjonowały w coraz bardziej skomplikowanym systemie aplikacji elektronicznych. Będą musiały poznać całą ich mnogość i złożoność, ale i wyspecjalizować się w kilku na własny użytek, prywatny i zawodowy. Leciwe, niekompletne i zatłoczone pracownie komputerowe to kropelka w morzu. To już nawet w domach dzieci mają teraz lepsze komputery. Szkoła musi być pod tym względem do przodu względem domu, albo musi go uzupełniać o sprzęt równie, albo i bardziej atrakcyjny.
A przecież teraz (przy hurtowym kontrakcie z producentem) cena przyzwoitego laptopa na kilka lat nauki może być tylko niewiele wyższa niż trzyletnie zakupy podręczników szkolnych. Większość programów szkolnych można przełożyć na atrakcyjne, interaktywne oprogramowanie umożliwiające autokorektę, a wszystko to może dać warsztat niezbędny do przygotowania się dziecka do projektów, dyskusji i zajęć w małych grupach. To można łatwo pożenić z zasobami bibliotecznymi, nie tylko tymi z własnej szkoły. W gruncie rzeczy oprogramowanie może śmiało zastąpić tradycyjną szkołę, zaś kontakt z nauczycielem może służyć praktycznemu wykorzystaniu wiedzy i umiejętności ćwiczonych na laptopie, oraz ich utrwaleniu.
Więcej: ogromne zasoby dydaktyczne przygotowywane przez nauczycieli w moodle i otwarty dla użytkownika system Linux stwarzają możliwości, by dzieci brały udział w wielkim przedsięwzięciu edukacyjnym nie tylko jako biorcy, ale i (współ-)autorzy. Środowiskiem człowieka XXI w. jest w coraz większym stopniu kilka(naście) wspólnot, w pewnej części wirtualnych, takich jak środowisko zawodowe, ulubione grupy dyskusyjne, grupy zadaniowe i towarzyskie. System oświaty powinien nie tylko nauczyć, jak się w większości z nich odnaleźć (w towarzyskich młodzi dobrze radzą sobie sami), ale i jak je technicznie i koncepcyjnie współtworzyć.
Strona 2 » Wizja czasu najwyższego:
Oczyma duszy widzę matki wraz z testem ciążowym otrzymujące informacje o tym, co i jak wpływa na kilkutygodniowe maleństwa w ich łonie; wyprawkę szpitalna zawierająca „biblię odpowiedzialnego rodzica”; Gminne Ośrodki Kultury i miejskie Domy Kultury posiadające pedagogów prowadzących zarówno poradnictwo dla rodziców, jak i animujących regularne zajęcia dla dzieci w wieku 1-3; przedszkola i ich rodzin, kierujące się metodą Montessori; klasy w pierwszych latach podstawówki umożliwiające lepsze wykorzystanie ruchowego i dotykowego stylu uczenia się, wprowadzające trudniejsze operacje matematyczne później, zaś wymagania w ogóle nieco wcześniej; podstawówkę działającą w formule drużyn zuchów i przewidująca sporo ruchu na świeżym powietrzu; gimnazja uzawodowione, gdzie partnerzy gospodarczy dają uczniom 400 zł na miesiąc za czeladnictwo i przysposobienie do zawodu; gimnazja przedlicealne, gdzie kilkuosobowe grupy pod opieką nauczyciela 2 specjalności wychodzą na pół dnia na miasto lub w plener, by poznawać poznane z oprogramowania zjawiska w praktyce i realizować realistyczne projekty, w tym wirtualne i zespołowe, także w oparciu o architekturę sieci w ich palmtopach. Widzę licealistów mających szkołę w laptopie i podobnie jak ich młodsi koledzy realizujący naukę w małych grupach, częściowo w terenie, częściowo w pracowniach przedmiotowych; zajęcia sportowe od 10 roku życia odbywające się w lokalnych klubach sportowych w wybranej sekcji codziennie popołudniami w porze m. 14 a 18; koła PTTK oferujące w weekendy bogaty wybór rajdów po całym kraju i najbliższym regionie Europy... Widzę też awans zawodowy uzyskiwany po 2 latach konkretnej pracy, ocenianej także przez prowadzone grupy uczniów, ale przede wszystkim na podstawie konkretnych zajęć z młodzieżą.
Pobudka i szara rzeczywistość
Wydaje się, że nasz obecny system oświaty umarł: fikcja goni niekonsekwencję, dzieciaki męczą się i/lub nudzą, uczą się kombinować, a niektórzy czują się pod presją – czy to rówieśników, czy sytuacji – by próbować rzeczy, których albo nie powinni tykać się w ogóle, albo przynajmniej nie w ich wieku. Wyrastają mali cynicy i cwaniacy. Szkoła nie uczy już umysłowej dyscypliny, a jeszcze nie uczy samodzielności i krytycyzmu. Uczniowie są wyraźnie gorsi w naszej dawnej specjalności – przedmiotach ścisłych -- za to tam, gdzie można się wykazać własną opinią ukształtowaną z lektury i obserwacji, widzimy głównie uleganie modom i stadnemu pędowi.
Nauczyciele, w obawie przed własnym cieniem, odliczają lata do emerytury nerwowo śledząc sejmowe majstrowanie przy ustawach określających ten moment szczęśliwy, kiedy to będą mogli zająć się swoimi wnukami, a nie cudzymi dziećmi, które ostatnio – co każdy nauczyciel przyzna – co 3-4 lata są średnio (tak naprawdę) o ocenę gorsze, wyraźnie mniej receptywne, za to bardziej bezczelne i złośliwe. Ci z nas, którzy znają języki, już się powoli rozglądają za ofertami z Niemiec czy Irlandii, a tam największe zapotrzebowanie jest na matematyków, fizyków, chemików i informatyków...
System oświaty nie jest zawieszony w próżni: z jednej strony uwidaczniają się w nim patologie czasów w jakich żyjemy, a z drugiej system ten powinien być na te czasy jakąś odpowiedzią. Trudno -- to prawda -- winić za wszystkie niepowodzenia systemu tylko i wyłącznie jego założeń, czy ich praktycznej realizacji. Dzieci są jakie są , bo i rodziny coraz bardziej nerwowe, rozpadają się, czasu dla dzieci w nich wiele nie ma, co rodzice wynagradzają im albo pieniędzmi na zachcianki, albo bezstresowym chowem. Dzieciaki są puszczone samopas, a wychowują je rówieśnicy i komputer oraz anonimowość internetu z całym dobrodziejstwem inwentarza. Tym większa – niestety – ciąży na systemie odpowiedzialność i tym szerszy powinien być jego zakres oddziaływania.
Dlatego: po obcęgi i wyciągać 7 gwoździ z tej trumny...
Gwóźdź 1 - nieumiejętność uczenia się
Sam myślałem, że wykształcenie językowe da mi pomyślność na długie lata. Dało na lat 15, teraz już tylko łatwiej znaleźć pracę, ale zarobki to żadna rewelacja. Każde z Was prędzej czy później stanie – pewnie nie raz – przed koniecznością zmiany zawodu, a może i fachu. System oświaty (celowo nie piszę szkoła, bo system ma być skoordynowaną polityką państwa i rodziny) musi nas przygotować m.in. do tego, jak się skutecznie uczyć i adaptować do nowych warunków. Należy więc większy nacisk położyć na techniki i strategie przyswajania wiedzy i umiejętności.
Zacząć należy od właściwego ustawienia roli psychologii i pedagogiki na kierunkach kształcących przyszłych nauczycieli, a kursy dla tych kierunków czynić praktycznymi ćwiczeniami opartymi na najnowszych badaniach teorii, jako tako sprawdzonych w praktyce. Uczelnie powinny w tym względzie współpracować z MEN, zaś wykładowcy mają szansę skorzystać z coraz bardziej intensywnej w ostatnich latach współpracy międzyuczelnianej w UE i dość łatwo dostępnych funduszy na szkolenia.
Ale należy też uczulić rodziców, by stwarzali swym dzieciom liczne okazje, by musiały one stanąć przed nowym problemem i go rozwiązać w oparciu o przygotowane otoczenie, a następnie tak zdobytą umiejętność mogły ćwiczyć, by dojść w niej do doskonałości. Pomocne w tym powinny być materiały, które rodzice powinni dostawać już przy porodzie dziecka, tak jak dostają wyprawkę z pampersami. W nich powinny być także zawarte sprawdzone zasady wychowawcze i ich uzasadnienie mogące trafić do przekonania nawet najbardziej aspołecznego rodzica.
Gwóźdź 2 – niedostatek aktywności i inicjatywy
Trudno poważnie mówić o kształtowaniu aktywności innej niż rozrabianie w klasach 30 osobowych, albo inicjatywy innej niż porównywanie energy drinków za 5 dwunasta w warunkach konieczności realizacji programu przez 1 x 45 min w tygodniu. Nie ma aktywności bez ciekawego postawienia problemu i stworzenia warunków, by uczeń część odpowiedzialności za naukę wziął na siebie. Trzeba też uelastycznić treści programowe tak, aby uczeń miał szansę dociekać w wybranym materiale szczegółowych kwestii, które go zainteresują.
Nie muszę dodawać, że w klasie, w której poza krzesłami, biurkami, tablicą i panem nauczycielem jest jeszcze książka i piórnik, nie ma szans na inną naukę niż ta rodem z XVII-wiecznych kolegiów jezuickich, z tą wszakże różnicą, że dawniej zakonnik miał jakiś autorytet, a uczniowie motywację, by stać się kimś, zaś przyklasztorne kolegia, jak na tamte czasy były w jakimś sensie nowoczesne -- sam barok był przecież szczytem ówczesnej inżynierii psychologicznej. Teraz w tych warunkach nawet nie ma szansy na przyzwoitą indoktrynację, a co dopiero na skuteczną naukę.
Inicjatywa rodzi się z pozytywnego i konstruktywnego nastawienia do rzeczywistości oraz z wiary we własne siły. Trudno taką postawę wypracować nawet rodzinom mającym 2 dzieci i sporo czasu dla siebie przez wiele lat, a cóóż dopiero zbiurokratyzowanym szkołom, gdzie nauczyciel zmuszony jest do mniej lub bardziej „masowego przerobu.” A więc musi to być współpraca szkoły i domu i musi być szansa na indywidualne podejście, a takie jest tylko wtedy, gdy nauczyciel obcuje z młodym człowiekiem kilka godzin tygodniowo w grupie kilkuosobowej, oraz ma pewną swobodę pracy. Inaczej mówimy o fikcji.
Aktywności sprzyjają też takie oczywiste wydawałoby się czynniki, jak ruch i zmiana otoczenia nauki, niewymuszona interakcja z nauczycielem oraz bodźce, takie jak ciekawi ludzie, poglądowe sytuacje lub inspirujące miejsca. Nie ma powodu, by nauka nie miała polegać na regularnych kilkugodzinnych wypadach dydaktycznych małymi grupami, poświęconych 1 lub 2 przedmiotom, albo realizacji jakiejś ścieżki międzyprzedmiotowej. Jako, że część nauki zostałaby przeniesiona na multimedia, nie trzeba by się było kierować tradycyjną siatką godzin i ich sztywną liczbą w tygodniu, ale oczywiście oznaczałoby to upowszechnienie modelu nauczyciela z kwalifikacjami do nauczania więcej niż 1 przedmiotu.
Gwóźdź 3 - warsztat pracy z papieru i drewna.
Pokolenia wchodzące obecnie w dorosłe życie i na rynek pracy będą funkcjonowały w coraz bardziej skomplikowanym systemie aplikacji elektronicznych. Będą musiały poznać całą ich mnogość i złożoność, ale i wyspecjalizować się w kilku na własny użytek, prywatny i zawodowy. Leciwe, niekompletne i zatłoczone pracownie komputerowe to kropelka w morzu. To już nawet w domach dzieci mają teraz lepsze komputery. Szkoła musi być pod tym względem do przodu względem domu, albo musi go uzupełniać o sprzęt równie, albo i bardziej atrakcyjny.
A przecież teraz (przy hurtowym kontrakcie z producentem) cena przyzwoitego laptopa na kilka lat nauki może być tylko niewiele wyższa niż trzyletnie zakupy podręczników szkolnych. Większość programów szkolnych można przełożyć na atrakcyjne, interaktywne oprogramowanie umożliwiające autokorektę, a wszystko to może dać warsztat niezbędny do przygotowania się dziecka do projektów, dyskusji i zajęć w małych grupach. To można łatwo pożenić z zasobami bibliotecznymi, nie tylko tymi z własnej szkoły. W gruncie rzeczy oprogramowanie może śmiało zastąpić tradycyjną szkołę, zaś kontakt z nauczycielem może służyć praktycznemu wykorzystaniu wiedzy i umiejętności ćwiczonych na laptopie, oraz ich utrwaleniu.
Więcej: ogromne zasoby dydaktyczne przygotowywane przez nauczycieli w moodle i otwarty dla użytkownika system Linux stwarzają możliwości, by dzieci brały udział w wielkim przedsięwzięciu edukacyjnym nie tylko jako biorcy, ale i (współ-)autorzy. Środowiskiem człowieka XXI w. jest w coraz większym stopniu kilka(naście) wspólnot, w pewnej części wirtualnych, takich jak środowisko zawodowe, ulubione grupy dyskusyjne, grupy zadaniowe i towarzyskie. System oświaty powinien nie tylko nauczyć, jak się w większości z nich odnaleźć (w towarzyskich młodzi dobrze radzą sobie sami), ale i jak je technicznie i koncepcyjnie współtworzyć.













