Hyde park / Felietoniści
Trudno mi osobiście występować w roli wyroczni określającej wyraźnie granice tego, co nazywamy ,,kobiecością”. Trudno tym bardziej, że ja sama jeszcze ewoluuję w tej kwestii, i, mimo że pewne sprawy zostały już odkryte, nie okrzepły one jeszcze w wystarczającym stopniu, aby wypowiadać się o nich w definitywny sposób. I właśnie dlatego nie chciałabym tutaj pisać o sobie. Tak się składa, że dane mi było spotkać na własnej drodze dojrzewania dwie kobiety, które szczególnie wyraźnie odcisnęły piętno na moim rozumowaniu kobiecości.
Moje dwie bohaterki były osobami żyjącymi w zgodzie z własnym sumieniem, wiernie wypełniając obowiązki, które przypadły im w udziale. Jedna z nich, która odeszła dwa lata temu, z pozoru była prostą, niewykształconą kobietą, zajmującą się gospodarstwem i dziećmi. Z jej opowiadań wynikało, że nie była szczęśliwa w swoim małżeństwie , zaaranżowanym bardziej z woli osób osób trzecich niż samej zainteresowanej. Jednym słowem ciężkie, twarde życie, okupione z pewnością nie raz gorzką łzą. A jednak Pani S. (pozwolę sobie posługiwać się inicjałami), miała w sobie wiele ciepła i spokoju. Może nawet nie radości, ale właśnie spokoju, który wypływał z faktu akceptacji życia takim, jakie jest. Wydaje mi się, że to jest ten odcień mądrości, który ujawnia się dopiero w starszym wieku. Pani S., spędzając ostatni okres swojego życia w domu spokojnej starości, potrafiła cieszyć się z każdej mojej wizyty, a kiedy pokazywała mi strzeżone z wielką starannością zdjęcia, nie sposób było nie dostrzec blasku w jej oczach, rozbłyskającego na wspomnienia dawnych lat.
A więc jakimś cudem Pani S. była w pewnej mierze kobietą spełnioną, która zachowała żywe serce. Do dziś pamiętam, z jaką miłością mówiła o ziemi, tak, o kawałku pola, w uprawę którego wkładała tyle serca i troski. Utkwiła mi w pamięci jako kobieta świadoma swoich zobowiązań związanych z rolą, jaką pełniła, nie dezerterującą w obliczu trudności, śmiało stawiającą czoła losowi. Pozostała przy tym kobietą delikatną, wrażliwą, która zachowała w sobie coś z malutkiej dziewczynki stale dziwiącej się światu.
Druga Kobieta, z którą mam przyjemność utrzymywać kontakt po dziś dzień, ma prawie 97 lat. Mam wrażenie, że mimo tak dużej różnicy wieku, udało nam się nawiązać bardzo głęboką i delikatną znajomość, a może i nawet przyjaźń, chociaż to duże słowo.
Pani I. przeżyła w swoim życiu śmierć męża w Katyniu, śmierć ojca w Sachsenhousen, kilkudziesięcioletnią opiekę nad matką po powrocie z Ravensbrück, w którym zginęła jej ukochana ciotka. Oczywiście nieprzerwana tragedia życiowa obejmowała również ciągły strach i pilnowanie się na każdym kroku w kwestii katyńskiej przez cały okres PRL. To były widoczne krzyże na jej drodze. Ale były też i te nie mniej bolesne, choć z pewnością mniej widoczne dla postronnych. Przy swoim nieprzeciętnym intelekcie i niepohamowanej ciekawości świata, zainteresowaniu historią i sztuką, Pani I. nie miała możliwości studiowania, a co za tym idzie – pracy w zawodzie, który byłby jej pasją. Rozpoczętą romanistykę musiała rzucić ze względu na załamanie zdrowotne; nie sposób było pogodzić studiów z pracą zarobkową i opieką nad mamą. Pozostały jej jedynie kwerendy po miejskich bibliotekach i antykwariatach, a następnie samodzielne sporządzanie wieczorami opasłych tomów notatek. Któż dzisiaj pomyślałby o ogromnej ilości pracy i wysiłku, jakie Pani I. włożyła w swoją pasję do nauki. Wyjeżdżając za granicę w późniejszym już wieku mogła nacieszyć swoje oczy tym wszystkim, co przez lata przyswajała jedynie z książek.
Pani I. to jasny umysł i zdolność do bezkresnego wprost zachwytu nad światem. Gdy Pani I. otwiera usta , przenosimy się z jej niewielkiego mieszkanka w daleki, nieznany świat, o którym potrafi tak żywo i barwnie opowiadać.
Pani I. jest również rzadkim okazem romantyzmu w najczystszej postaci. Po śmierci męża już nigdy nie związała się z nikim; jak twierdzi, po prostu nie mogła: ,,Jestem z tych kobiet, które kochają tylko raz w życiu”.
Podziwiam i chłonę jej klasę, mądrość, niesamowitą wrażliwość na piękno i zarazem tak ludzkie wyczucie na problemy innych. Pani I. potrafiła zachować swoją kobiecą kruchość i niesłychaną wrażliwość wśród tylu tragedii i przytłaczającego bólu, w okolicznościach podcinających skrzydła. Swoimi przeżyciami, mądrością i ciepłem dzieli się teraz z innymi. Jest dla mnie kobietą absolutną.
Kobiecość. Temat – rzeka. Ale myślę, że pewne jej elementy zdołałam zarysować w sylwetkach moich bohaterek.
Dwa oblicza kobiecości.
Artykuł był czytany 430 razy
Kobiecość – temat rzeka. Z pewnością łatwiej ją opisać, gdy już się ją odczuło w zetknięciu z dojrzałymi kobietami.
Trudno mi osobiście występować w roli wyroczni określającej wyraźnie granice tego, co nazywamy ,,kobiecością”. Trudno tym bardziej, że ja sama jeszcze ewoluuję w tej kwestii, i, mimo że pewne sprawy zostały już odkryte, nie okrzepły one jeszcze w wystarczającym stopniu, aby wypowiadać się o nich w definitywny sposób. I właśnie dlatego nie chciałabym tutaj pisać o sobie. Tak się składa, że dane mi było spotkać na własnej drodze dojrzewania dwie kobiety, które szczególnie wyraźnie odcisnęły piętno na moim rozumowaniu kobiecości.
Moje dwie bohaterki były osobami żyjącymi w zgodzie z własnym sumieniem, wiernie wypełniając obowiązki, które przypadły im w udziale. Jedna z nich, która odeszła dwa lata temu, z pozoru była prostą, niewykształconą kobietą, zajmującą się gospodarstwem i dziećmi. Z jej opowiadań wynikało, że nie była szczęśliwa w swoim małżeństwie , zaaranżowanym bardziej z woli osób osób trzecich niż samej zainteresowanej. Jednym słowem ciężkie, twarde życie, okupione z pewnością nie raz gorzką łzą. A jednak Pani S. (pozwolę sobie posługiwać się inicjałami), miała w sobie wiele ciepła i spokoju. Może nawet nie radości, ale właśnie spokoju, który wypływał z faktu akceptacji życia takim, jakie jest. Wydaje mi się, że to jest ten odcień mądrości, który ujawnia się dopiero w starszym wieku. Pani S., spędzając ostatni okres swojego życia w domu spokojnej starości, potrafiła cieszyć się z każdej mojej wizyty, a kiedy pokazywała mi strzeżone z wielką starannością zdjęcia, nie sposób było nie dostrzec blasku w jej oczach, rozbłyskającego na wspomnienia dawnych lat.
A więc jakimś cudem Pani S. była w pewnej mierze kobietą spełnioną, która zachowała żywe serce. Do dziś pamiętam, z jaką miłością mówiła o ziemi, tak, o kawałku pola, w uprawę którego wkładała tyle serca i troski. Utkwiła mi w pamięci jako kobieta świadoma swoich zobowiązań związanych z rolą, jaką pełniła, nie dezerterującą w obliczu trudności, śmiało stawiającą czoła losowi. Pozostała przy tym kobietą delikatną, wrażliwą, która zachowała w sobie coś z malutkiej dziewczynki stale dziwiącej się światu.
Druga Kobieta, z którą mam przyjemność utrzymywać kontakt po dziś dzień, ma prawie 97 lat. Mam wrażenie, że mimo tak dużej różnicy wieku, udało nam się nawiązać bardzo głęboką i delikatną znajomość, a może i nawet przyjaźń, chociaż to duże słowo.
Pani I. przeżyła w swoim życiu śmierć męża w Katyniu, śmierć ojca w Sachsenhousen, kilkudziesięcioletnią opiekę nad matką po powrocie z Ravensbrück, w którym zginęła jej ukochana ciotka. Oczywiście nieprzerwana tragedia życiowa obejmowała również ciągły strach i pilnowanie się na każdym kroku w kwestii katyńskiej przez cały okres PRL. To były widoczne krzyże na jej drodze. Ale były też i te nie mniej bolesne, choć z pewnością mniej widoczne dla postronnych. Przy swoim nieprzeciętnym intelekcie i niepohamowanej ciekawości świata, zainteresowaniu historią i sztuką, Pani I. nie miała możliwości studiowania, a co za tym idzie – pracy w zawodzie, który byłby jej pasją. Rozpoczętą romanistykę musiała rzucić ze względu na załamanie zdrowotne; nie sposób było pogodzić studiów z pracą zarobkową i opieką nad mamą. Pozostały jej jedynie kwerendy po miejskich bibliotekach i antykwariatach, a następnie samodzielne sporządzanie wieczorami opasłych tomów notatek. Któż dzisiaj pomyślałby o ogromnej ilości pracy i wysiłku, jakie Pani I. włożyła w swoją pasję do nauki. Wyjeżdżając za granicę w późniejszym już wieku mogła nacieszyć swoje oczy tym wszystkim, co przez lata przyswajała jedynie z książek.
Pani I. to jasny umysł i zdolność do bezkresnego wprost zachwytu nad światem. Gdy Pani I. otwiera usta , przenosimy się z jej niewielkiego mieszkanka w daleki, nieznany świat, o którym potrafi tak żywo i barwnie opowiadać.
Pani I. jest również rzadkim okazem romantyzmu w najczystszej postaci. Po śmierci męża już nigdy nie związała się z nikim; jak twierdzi, po prostu nie mogła: ,,Jestem z tych kobiet, które kochają tylko raz w życiu”.
Podziwiam i chłonę jej klasę, mądrość, niesamowitą wrażliwość na piękno i zarazem tak ludzkie wyczucie na problemy innych. Pani I. potrafiła zachować swoją kobiecą kruchość i niesłychaną wrażliwość wśród tylu tragedii i przytłaczającego bólu, w okolicznościach podcinających skrzydła. Swoimi przeżyciami, mądrością i ciepłem dzieli się teraz z innymi. Jest dla mnie kobietą absolutną.
Kobiecość. Temat – rzeka. Ale myślę, że pewne jej elementy zdołałam zarysować w sylwetkach moich bohaterek.














