iThink.pl - dziennikarstwo i publicystyka

Menu

Logowanie/Rejestracja

[?] Rejestracja
Logo

Kategorie

Dodaj Artykuł

Artykuł

Hyde park / Moim zdaniem
+ - 0

Dlaczego tłumaczenia audiowizualne nie lubią kotów?

15 02 2010 Anna Celińska Artykuł był czytany 1862 razy
Źródło: tłumaczenia.jpg
Źródło: tłumaczenia.jpg

Czy rzeczywiście CAT-y pomagają tłumaczom, czy może są dziedziny, w których mogą bardziej zaszkodzić niż pomóc? Moim zdaniem tłumaczenia filmów i CAT-y są jak kot i pies - z tego związku nie zrodzi się nic dobrego.

  • Komentuj
  • Wyślij do znajomego
  • Drukuj artykuł
  • Wersja do łatwego czytania
  • Dodaj do ulubionych
W dobie komputeryzacji, informatyzacji i innych „zacji”, powstają coraz to nowe narzędzia, mające ułatwić życie użytkownikom. Jednym z takich narzędzi jest kot, a właściwie CAT (Computer Assisted Translation). Pierwszy raz z kotem miałam do czynienia blisko 10 lat temu. Był to programik, który w formie makra instalował się w Wordzie – wabił się Wordfast. Był zbyt skomplikowany i narobił mi strasznego rozgardiaszu w Wordzie. Szybko się zniechęciłam i dałam sobie spokój z kotami aż do niedawna. Jakiś czas temu na pewnym portalu społecznościowym, pojawiła się dyskusja na temat programów wspomagających tłumaczenie. W oparciu o moje skromne doświadczenie sprzed lat, skrytykowałam pomysł stosowania CAT-ów i generalnie stwierdziłam, że używają ich tylko półgłówki, tym samym narażając się całej rzeszy tłumaczy. Aż jeden rozmówca wziął mnie pod włos i uświadomił, że nie mam pojęcia o czym mówię. CAT-y bardzo się rozwinęły przez ostatnie 10 lat, co w branży komputerowej odpowiada 10 milionom lat świetlnych. W duchu przyznałam mu rację i postanowiłam spróbować. Pożyczyłam od znajomej komputer z Tradosem, przeczytałam instrukcje, obejrzałam filmy instruktażowe tzw. „webinary” i zaczęłam tłumaczyć na próbę dokumenty unijne dostępne w sieci. Przy kolejnym dokumencie okazało się, że kot jest genialny! Nie tylko zapamiętuje powtarzające się zdania, ale podpowiada znaczenie słów, a przede wszystkim pięknie zaznacza segment po segmencie tak, aby niczego nie przeoczyć. Byłam zachwycona i gotowa wszystko odszczekać na forum, łącznie z tym, że do tłumaczeń audiowizualnych CAT na pewno się nie przyda. Wzięłam na warsztat dwa odcinki serialu o tematyce motoryzacyjnej licząc na to, że jak program raz zapamięta terminologię techniczną, to kolejne tłumaczenia pójdą jak z płatka. No i tu się przeliczyłam… O ile w tłumaczeniu „poważnych” dokumentów CAT spisywał się świetnie, o tyle zupełnie nie radził sobie z dialogami filmowymi. Jak wiemy, w tłumaczeniach filmowych najważniejszy jest kontekst, nie tekst, tylko KONtekst. To od kontekstu zależy, czy niemieckie „so” przetłumaczymy jako „więc”, „no proszę!” czy „ach tak!” czy może w ogóle opuścimy jako nic nie wnoszące do akcji filmu. CAT sprawił, że musiałam być podwójnie czujna, a tym samym dwa razy wolniejsza, bo podsuwał mi pozornie poprawne podpowiedzi, a przecież wystarczy jedno słówko, które może całkowicie zmienić sens wypowiedzi. Nie zapominajmy też o ładunku emocjonalnym. Dwa identycznie skonstruowane zdania możemy przetłumaczyć zupełnie inaczej w zależności od tego w jaki sposób zostały wypowiedziane. Niemieckie „Du bist doch nicht sauer” może być „Nie gniewasz się, co?” „Chyba się nie gniewasz?” albo „Nie mów, że się gniewasz!” I tu kot usypia naszą czujność, a do głosu dochodzi (wrodzone) lenistwo i każe nam zatwierdzić wypowiedź, która padła wcześniej i została zapisana w pamięci programu. Dopiero podczas szczegółowej redakcji (z obrazem, of kors) okazuje się, ile mamy do poprawienia i tak naprawdę gdybyśmy tłumaczyli samodzielnie, mielibyśmy inne pomysły i od początku wstawilibyśmy zupełnie inne zdanie. Bo w tłumaczeniach audiowizualnych powtórki są „be”. Wyobraźmy sobie na przykład scenę powitania, w której bohater (nazwijmy go Bob) wchodzi na imprezę i zaczyna się witać w pozostałymi gośćmi, a lektor przez pięć minut czyta: „Cześć!” „Cześć, Bob!” „Witaj, Ted!” „Cześć!” „Cześć, John!” „Cześć, Bob!” „Cześć, Ann!” „Cześć, Tom” „Cześć, Bob.” „Cześć, Helen!” itd. A widz tylko zgrzyta zębami i zaczyna rzucać niewybredne teksty pod adresem tłumacza. Kot natomiast zaznacza wszystko, łącznie z „ochami” i „achami” i innymi onomatopejami. Nie radzi sobie także z niedokończonymi myślami lub urwanymi wypowiedziami, że już o błędach w liście dialogowej nie wspomnę. Nie każdy bowiem wie, że w filmach dokumentalnych wypowiedzi rozmówców, tzw. „setki” są spisywane ze słuchu. I tak na przykład w ostatnim dokumencie, który tłumaczyłam, w liście jest „Utterly intimidated”, a ja słyszę wyraźnie jak gość mówi „I’m really intimidated”. Często też jest tak, że Juanita, Conchita, czy jakaś nasza Żanetta, która zarabia spisując dialogi w filmach, zamiast lepiej się wsłuchać w dialog, wpisuje „inaudible”. I potem mamy takie zdanie: „Well, we’re running a two-piece inaudible with two inaudible.”, albo takie: „You’re going over boulders, inaudible beds.” No i tu właśnie wychodzi niedoskonałość kota. Wszak to tylko program, który wypluwa to, co mu wcześniej zapodano. Nie potrafi kojarzyć jak ludzki mózg, a ludzki mózg zbyt łatwo sugeruje się tym, co mu podpowiada program.

Po co w ogóle o tym piszę? Tylko dlatego, że spróbowałam? No właśnie nie. Zdarzyło mi się, że jeden zleceniodawca dostarczył mi surowe tłumaczenie do dubbingu, który miałam ułożyć. Cholernie się namęczyłam, naklęłam, a w końcu wywaliłam to tłumaczenie i zrobiłam wszystko od nowa, bo tak było szybciej. Surówka natomiast wyglądała miejscami jak wypluta z automatycznego translatora. Teraz myślę, że jednak młody człowiek, który to popełnił, mógł dla zwiększenia efektywności, posłużyć się CAT-em. A z CAT-em jest jak z GPS-em, trzeba wiedzieć kiedy i jak z niego korzystać. W przeciwnym razie można, jak pewien kierowca na Podlasiu, wylądować w jeziorze, albo zamiast „monstrualnych amortyzatorów” otrzymać podpowiedź „Karkonosze”. Klik i afera gotowa.

Mój wniosek: kot zabija twórcze myślenie.




+ - 0

Artykuł nie został jeszcze pozytywnie zrecenzowany.

Dodaj Komentarz

Zaloguj się aby komentować. Jeśli nie masz jeszcze konta, zapraszamy do rejestracji.

RSS komentarzy

Komentarze: 2

1. Tomasz Andrzej | 19:43 15-02-2010

Jako, że używam "kotów" od około 4 lat w codziennej pracy (czyli: spędzam z nimi kilka godzin dziennie, zdarzało się i kilkanaście), nie do końca zgadzam się z powyższą opinią. Co prawda tłumaczę głównie techniczną dokumentację do oprogramowania i sprzętu komputerowego, a nie treści audiowizualne, ale moim zdaniem do tych drugich "koty" nadają się równie dobrze, jeśli wykorzysta się tylko część ich funkcjonalności.



A mianowicie: zdecydowanie korzystanie z pamięci tłumaczeń w przypadku tłumaczeń audiowizualnych może sprawiać powyższe problemy. Jednak moim zdaniem równie ważną cechą "kotów" jest mechanizm segmentacji. Tenże mechanizm pozwala uniknąć konieczności zastępowania istniejącego tekstu tłumaczeniem, czy też patrzenia "w dwa różne miejsca" (np. na jeden ekran z oryginałem i drugi z tłumaczeniem).



Dlatego też jestem przekonany, że przy tłumaczeniu list dialogowych, jeśli wyłączymy podpowiedzi z pamięci tłumaczeń, CAT taki jak Wordfast i tak znacznie przyspieszy pracę tłumacza. Polecam spróbować.

2. Anna | 20:51 15-02-2010

Dzięki za komentarz. Oczywiście 4 lata doświadczenia to nie 4 tygodnie, ale jak sam piszesz CAT-y wykorzystujesz głównie do tekstów specjalistycznych. Jako zaletę wymieniasz mechanizm segmentacji i tu właśnie w kontekście tłumaczeń filmowych się z tobą nie zgodzę. W filmie już występuje naturalna segmentacja, tj. rozpisanie dialogów na osoby, a zatem tłumaczenie filmu raczej uniemożliwia pominięcie istotnych kwestii. Często natomiast już na etapie tłumaczenia świadomie wyrzucamy zbędne wypowiedzi, które niewiele wnoszą do sceny, są powtórzeniem, bądź powieleniem tego, co doskonale widać na ekranie. Być może dałoby się zaprogramować CAT-a tak, aby pomijał reakcje i wykrzykniki, ale jak go nauczyć, które zdanie jest ważne, a które można pominąć? No a skoro możemy jakieś zdanie opuścić, to po co je w ogóle tłumaczyć? Po to, żeby później wyrzucić? W ten sposób dokładamy sobie tylko pracy.

Druga sprawa to wspomniane przeze mnie nieprecyzyjne listy dialogowe. Bardzo często są niechlujnie przygotowane i stanowią jedynie pomoc w tłumaczeniu tego, co słyszymy, a nie są tekstem w takim rozumieniu jak dokumenty i teksty specjalistyczne. A więc znowu, po co mi CAT, skoro tak naprawdę muszę się kierować tym co słyszę, a nie tym, co mam napisane?

W tekście wspomniałam o filmach dokumentalnych, gdzie jest więcej narracji niż dialogów. Teoretycznie CAT powinien się dobrze sprawdzić w takim środowisku - np. w filmie przyrodniczym, gdzie powtarzają się nazwy gatunków zwierząt, miejscowości czy nazwiska przyrodników. A jednak z kilkunastoletniego doświadczenia wiem, że dystrybutorzy czy producenci dostarczają listy, w których roi się od literówek, pomylonych nazw i przekręconych nazwisk. Dlatego praca tłumacza audiowizualnego przypomina trochę pracę badacza: grzebiemy w encyklopediach, leksykonach, aby mieć pewność, że to, co widzimy na filmie jest z zgodne z tym, co napisaliśmy.

Mimo powyższej opinii nie jestem przeciwniczką CAT-ów, przeciwnie, jestem zachwycona ich możliwościami i żałuję, że w tak specyficznej branży jaką są tłumaczenia filmów, CAT-y nigdy się do końca nie sprawdzą.