Hyde park / Moim zdaniem
Numer na klasyfikację, czyli jak nas robią w konia.
Artykuł był czytany 413 razy
Polskie - i nie tylko polskie - prawo pełne jest "dziur" i "nakładek". Jedną z możliwości "przekręcania" prawa przez organa ścigania jest, dowolna w istocie, kwalifikacja czynów karalnych.
Co ma logika do prawa? Jednym z lepszych sposobów uwalania ludzi, którzy uwierzyli w demokratyczne państwo prawa jest kwalifikowanie ich skarg jako czynów karalnych. Problemy z kwalifikacją są znane ludzkości od początków jej istnienia; można powiedzieć, że klasyfikacja jest podstawą wszelkiej sensownej działalności. W logice funkcjonuje tzw. zasada abstrakcji, która powiada, że dwa różne sposoby klasyfikowania obiektów ustalonego zbioru prowadzą do tego samego wyniku. Pierwszy sposób to zadany z góry podział zbioru na rozłączne „części” nazywane przez matematyków klasami tego podziału. Jeśli mamy dany jakiś zbiór A, to przez jego podział rozumie się zbiory A1, A2, ..., An, takie, że wspólnie wyczerpują zbiór A, tzn. każdy element zbioru A do przynajmniej jednego z tych zbiorów należy i po drugie żaden element zbioru A nie należy do dwóch spośród tych zbiorów naraz. To jest ideał; w praktyce podziałów takich po prostu nie ma. Chodzi oczywiście o warunek drugi wyznaczający „ostrość podziału”. Praktycznie żaden z funkcjonujących normalnie podziałów – jeśli nie został sztucznie wygenerowany przez człowieka - warunku tego nie spełnia. Najczęściej jest tak, że tylko niewiele klasyfikowanych przedmiotów nie budzi żadnych wątpliwości klasyfikatora. W większości przypadków ma on poważne kłopoty z zakwalifikowaniem przedmiotu do jednej tylko klasy, bo przedmiot ten „pasuje” do kilku z wyżej wymienionych zbiorów A1, A2, ..., An. Można tu oczywiście dyskutować o tzw. tolerancji, tzn. dopuszczalnym błędzie klasyfikacji i postulować np. istnienie jakiejś procedury polepszania dokładności pomiaru. Najczęściej jednak w końcowym efekcie dokonujący podziału i tak musi arbitralnie klasyfikować jakąś część rozważanych przedmiotów. To jest typowa sytuacja z którą spotyka się każdy urzędnik. Ma on przepisy opisujące jakoś każdą ze wspomnianych wyżej klas podziału i na podstawie tych opisów „wkłada” badane przedmioty do odpowiedniej klasy. Jeśli ma szczęście, to klasyfikowany przedmiot opisany jest w ten sposób, że idealnie tylko do jednej klasy pasuje. Bywa jednak, że opis przedmiotu nie pasuje „w sensie literalnym” do definicji żadnej z klas podziału. A warto tu wspomnieć, że prawo pełne jest dziur i definicje owe są równie precyzyjne jak średniowieczne opisy diabła. Jeśli jednak klasyfikacji dokonać trzeba, to urzędnik ma conajmniej dwa wyjścia. Zapytać kogoś „mądrzejszego” np. szefa lub bardziej doświadczonego np. kogoś, kto z czymś takim już się zetknął lub dokonać klasyfikacji samodzielnie (i na własną odpowiedzialność). Przy tak zdefiniowanych podziałach i takim sposobie klasyfikacji innego wyjścia nie ma.
Można też pomyśleć Wspomniana wyżej zasada abstrakcji pozwala zastąpić podział rozumiany jako zbiór pewnych klas, „szufladek” do których wkładać trzeba klasyfikowane przedmioty, przez badanie ich związku z przedmiotami już poklasyfikowanymi. Ten związek – nazywany w logice relacją równoważności – opisuje kiedy z ustalonego punktu widzenia dwa przedmioty uznać można za nierozróżnialne. Normalnie rozumie się to w ten sposób, że posiadanymi lub dozwolonymi (np. ze względu na ograniczenia prawne) narzędziami nie jesteśmy ich w stanie rozróżnić. W przypadku prawa relacja ta opisuje rozmaite analogie, podobieństwa czynów lub sytuacji ze względu na rozważane w prawie ich atrybuty. Ten sposób klasyfikacji różni się sporo od opisanego wyżej prostego wkładania przedmiotów do klasyfikacyjnych szufladek. Różni się głównie tym, że wymaga większego zaangażowania szarych komórek. Jest to zresztą sytuacja w życiu typowa. Jak informacji masz trochę za mało czy za dużo, to musisz trochę pomyśleć.
Jak to robią prawnicy? No to prawnicy myślą. Nie jest to czynność szczególnie przyjemna (nikt tego nie lubi, autor tego tekstu też nie), więc jak się da to myślenie to redukują. Nasze – i nie tylko nasze – prawo konstruowane jest na zasadzie „gaszenia pożaru”. Mamy oto jakiś zastany stan prawny, który w opinii ludzi w prawie uczonych funkcjonował dobrze. Zakłócenia mogą być różnej natury. Postęp techniczny może na przykład wygenerować nowy typ przestępstwa tzn. powiększyć wspomniany wyżej zbiór A, ktoś łebski może znaleźć w prawie „dziurę” lub może się okazać, że prawo jest w stosunku do jakiejś wybitnej osoby za bardzo restrykcyjne. Przyczyn takich mogą być tysiące. Stosowny zespół ludzi kombinuje wtedy szybko nowy przepis i dołącza go do istniejącego prawa. Gdyby to robił matematyk, to musiałby formalnie sprawdzić czy ten nowy przepis nie jest z istniejącym już prawem sprzeczny. Gdyby ustalił stosowny język w którym by przepisy zapisywał, to nie musiałby robić tego osobiście, bo istnieje obecnie mnóstwo programów które mogą to zrobić za niego. Prawnicy jednak do poziomu byle matematyka na ogół się nie zniżają i sprawdzenie tej niesprzeczności zlecają właściwym komisjom, zespołom, komitetom, radom, trybunałom czy innym jeszcze „ciałom” złożonym z mężów w prawie uczonych. A ponieważ mężowie ci w normalnej logice biegli na ogół nie są za to chętnie mówią o tzw. duchu praw (broń Boże pytać ich co to znaczy!) i właściwej do tych rozważań logice, to prawo mamy jakie mamy. Sprzeczne i pełne „dziur”. Nie miejsce tu, by pisać o własnościach logik nieklasycznych, ale większość prawników uważa, że najlepsza jest tu tzw. logika deontyczna, gdzie niczego nie da się normalnie zawnioskować.
Jak to widzi obywatel? Nie mający prawniczego wykształcenia matołkowaty obywatel podnosi czasami w tym miejscu wrzask i pyskuje, że prawo ma być „spójne”, „czytelne” i „sprawiedliwe”, a jak jest wyjątkowo upierdliwy, to dodaje jeszcze „niesprzeczne”. No i widać od razu, że naprawdę jest to matoł. No bo gdyby takie było, to albo generowałoby dobre podziały i było stale modyfikowane aby tej dobroci podziałów nie psuć, albo wymagałoby od prawników myślenia. Co gorsza, wszyscy musieliby myśleć w ten sam sposób, tzn. poprawnie. No i co najważniejsze, mogłyby być kłopoty z realizacją społecznych celów funkcjonowania prawa. Jednym z nich jest służebna rola prawa wobec sprawującego władzę. Co bardziej durnowaty Czytelnik (jestem przekonany, że wśród Czytelników tego tekstu takich nie ma) może tu zakrzyknąć, że to dobrze, bo przecież władzę w państwie demokratycznym sprawuje lud, czyli my wszyscy. Jeśli ktoś z Państwa czyta to na kacu lub nie całkiem jeszcze rozbudzony, to przypomnę że w demokracji przedstawicielskiej lud sprawuje władzę pośrednio. Biedak pije np. szampana ustami swych reprezentantów. Powtórzę też za Monteskiuszem, że prawnicy są podporą jednego z filarów władzy, władzy sądowniczej. Czy była gdzieś kiedykolwiek władza, która sama by się do czegoś przymuszała? Np. do myślenia? Toż władza ma właściwe (tj. wygodne dla władzy) postępowanie wymuszać na innych, nie na sobie samej! Zmuszanie się do tego, czego nie lubimy, to – poza chodzeniem do dentysty i zażywaniem gorzkich leków – masochizm, czyli zboczenie, które do etosu władzy ma się jak pięść do nosa. A chyba nikt nie chciałby mieć we władzach, w szczególności sądowniczych, zboczeńców! Ale upierdliwi, a matołowaci obywatele czasem tego nie kumają.
Co z tym można zrobić? No to co ma przedstawiciel władzy prawniczej tj. sądowniczej lub – częściej – prokuratorskiej uczynić by takiego typa spławić? Można to zrobić tak. Typ pisze, że nie podoba mu się jakaś sytuacja lub czyjeś zachowanie. Uprzejmość zabrania powiedzieć mu, zwyczajnie, po polsku „spadaj”. Ale to przecież prokurator klasyfikuje posiadane opisy sytuacji i czynów, które do nich doprowadziły. No to można czyn, który normalny człowiek zaliczyłby do zbioru Ai (np. pobicia), zaklasyfikować do zbioru Aj (np. wymuszenia). Ale do wymuszenia konieczne jest określone żądanie pod adresem pobitego. A jeśli facet dostał w mordę dlatego tylko, że jakiś pijaczek uznał, że musi akurat dać komuś w pysk, bo żona wystawiła go za drzwi, to o wymuszeniu nie może być mowy. Ale opowieść pokrzywdzonego zakwalifikowano jako wymuszenie, więc przestępstwa nie ma. Bo nie było wymuszenia. I po kłopocie. Jeszcze lepiej można upierdliwego typa spławić, jeśli – chcąc prokuraturze pomóc – napisze za dużo. Ja, kilka lat temu, byłem przez mych przełożonych szykanowany. Napisałem więc, że oskarżam ich o szykanowanie mnie i dodałem, że jest to (owo szykanowanie) nazywane również mobbingiem. Podkreślam słowo „również”. I dostałem odpowiedź, że prokuratura sprawę olewa, bo w prawie polskim nie ma przestępstwa pod tytułem „mobbing”. Szykanowanie, o które oskarżałem szefostwo, akurat było, ale mobbing wprowadzono rzeczywiście rok lub dwa później.
Czy da się toto zmienić? W moim odczuciu w żadnym sensownym czasie nie. Zmiana taka wymagałaby zasadniczej zmiany paradygmatu uprawiania prawa. Praprzyczyną obecnego stanu rzeczy jest fatalna konstrukcja samego prawa. Brak jasnych definicji klas podziału przestępstw umożliwia manipulowanie przepisami poprzez odwoływanie się np. za pośrednictwem rozmaitych ekspertyz czy tylko zręcznego formułowania wystąpień sądowych, do „ducha prawa”, a jeśli zainteresowany ma forsę i poczucie humoru, to również do interpretacji praw natury. Żałosny stan znajomości logiki przez prawników wyklucza w zasadzie klasyfikację przestępstw przez analogię lub długie rozumowania. Na cały ten tragiczny stan prawniczej korporacji nakładają się jeszcze:
· rzeczywiście duże obciążenie wielu sędziów i prokuratorów sprawami, które z powodzeniem mogłyby być rozwiązywane przez rozmaite arbitraże czy odpowiedniki dawnych kolegiów ds. wykroczeń.
· obłędna organizacja postępowania przed sądem, np. kilkumiesięczne odstępy między rozprawami, co powoduje, że uczciwy sędzia musi za każdym razem na nowo uczyć się zapomnianych już faktów.
· odziedziczone po PRL (ale chyba nie tylko) traktowanie obywateli „z góry”, jako z założenia głupszych, a co najmniej nie posiadających dostatecznie dużo energii, zdrowia i czasu, by wdawać się w spory prawne
· hermetyczność pracy sądów (języka i procedur prawa), co w połączeniu z szerokim i – przynajmniej statystycznie stabilnym – immunitetem, przekłada się na pokusę olewania pracy. Nie twierdzę, że pokusa (okazja) ta jest nagminnie wykorzystywana, ale ona rzeczywiście istnieje. O współczesnych implikacjach starego powiedzenia, że władza demoralizuje można poczytać w nowej książce Zimbardo (to ten od „eksperymentu stanfordzkiego”) „Efekt Lucyfera”. Może ktoś powinien zalecić ją prawnikom jako lekturę? Trochę gruba, ale może by kto bryk jaki zrobił?
Wymieniłem tylko kilka z długiego szeregu mankamentów naszego (i chyba nie tylko naszego) wymiaru sprawiedliwości. Niektóre są nieusuwalne, bo przypisane są do ludzkiej natury lub sposobu postrzegania świata. Ale wiele usunąć by się dało. Wspomnianą klasyfikację poprawić można relatywnie prosto; wystarczy formalnie sprawdzić istniejące prawo i dopuścić żądanie od kwalifikującego przestępstwo prokuratora czy sędziego przeprowadzenia formalnego dowodu poprawności tej kwalifikacji. Autorytet sądu zastąpić by było trzeba autorytetem logiki. Ale prawnicy przecież namiętnie o tzw. wartościach gadają. No to może by ich tak poprosić aby gadali sensownie?
Można też pomyśleć Wspomniana wyżej zasada abstrakcji pozwala zastąpić podział rozumiany jako zbiór pewnych klas, „szufladek” do których wkładać trzeba klasyfikowane przedmioty, przez badanie ich związku z przedmiotami już poklasyfikowanymi. Ten związek – nazywany w logice relacją równoważności – opisuje kiedy z ustalonego punktu widzenia dwa przedmioty uznać można za nierozróżnialne. Normalnie rozumie się to w ten sposób, że posiadanymi lub dozwolonymi (np. ze względu na ograniczenia prawne) narzędziami nie jesteśmy ich w stanie rozróżnić. W przypadku prawa relacja ta opisuje rozmaite analogie, podobieństwa czynów lub sytuacji ze względu na rozważane w prawie ich atrybuty. Ten sposób klasyfikacji różni się sporo od opisanego wyżej prostego wkładania przedmiotów do klasyfikacyjnych szufladek. Różni się głównie tym, że wymaga większego zaangażowania szarych komórek. Jest to zresztą sytuacja w życiu typowa. Jak informacji masz trochę za mało czy za dużo, to musisz trochę pomyśleć.
Jak to robią prawnicy? No to prawnicy myślą. Nie jest to czynność szczególnie przyjemna (nikt tego nie lubi, autor tego tekstu też nie), więc jak się da to myślenie to redukują. Nasze – i nie tylko nasze – prawo konstruowane jest na zasadzie „gaszenia pożaru”. Mamy oto jakiś zastany stan prawny, który w opinii ludzi w prawie uczonych funkcjonował dobrze. Zakłócenia mogą być różnej natury. Postęp techniczny może na przykład wygenerować nowy typ przestępstwa tzn. powiększyć wspomniany wyżej zbiór A, ktoś łebski może znaleźć w prawie „dziurę” lub może się okazać, że prawo jest w stosunku do jakiejś wybitnej osoby za bardzo restrykcyjne. Przyczyn takich mogą być tysiące. Stosowny zespół ludzi kombinuje wtedy szybko nowy przepis i dołącza go do istniejącego prawa. Gdyby to robił matematyk, to musiałby formalnie sprawdzić czy ten nowy przepis nie jest z istniejącym już prawem sprzeczny. Gdyby ustalił stosowny język w którym by przepisy zapisywał, to nie musiałby robić tego osobiście, bo istnieje obecnie mnóstwo programów które mogą to zrobić za niego. Prawnicy jednak do poziomu byle matematyka na ogół się nie zniżają i sprawdzenie tej niesprzeczności zlecają właściwym komisjom, zespołom, komitetom, radom, trybunałom czy innym jeszcze „ciałom” złożonym z mężów w prawie uczonych. A ponieważ mężowie ci w normalnej logice biegli na ogół nie są za to chętnie mówią o tzw. duchu praw (broń Boże pytać ich co to znaczy!) i właściwej do tych rozważań logice, to prawo mamy jakie mamy. Sprzeczne i pełne „dziur”. Nie miejsce tu, by pisać o własnościach logik nieklasycznych, ale większość prawników uważa, że najlepsza jest tu tzw. logika deontyczna, gdzie niczego nie da się normalnie zawnioskować.
Jak to widzi obywatel? Nie mający prawniczego wykształcenia matołkowaty obywatel podnosi czasami w tym miejscu wrzask i pyskuje, że prawo ma być „spójne”, „czytelne” i „sprawiedliwe”, a jak jest wyjątkowo upierdliwy, to dodaje jeszcze „niesprzeczne”. No i widać od razu, że naprawdę jest to matoł. No bo gdyby takie było, to albo generowałoby dobre podziały i było stale modyfikowane aby tej dobroci podziałów nie psuć, albo wymagałoby od prawników myślenia. Co gorsza, wszyscy musieliby myśleć w ten sam sposób, tzn. poprawnie. No i co najważniejsze, mogłyby być kłopoty z realizacją społecznych celów funkcjonowania prawa. Jednym z nich jest służebna rola prawa wobec sprawującego władzę. Co bardziej durnowaty Czytelnik (jestem przekonany, że wśród Czytelników tego tekstu takich nie ma) może tu zakrzyknąć, że to dobrze, bo przecież władzę w państwie demokratycznym sprawuje lud, czyli my wszyscy. Jeśli ktoś z Państwa czyta to na kacu lub nie całkiem jeszcze rozbudzony, to przypomnę że w demokracji przedstawicielskiej lud sprawuje władzę pośrednio. Biedak pije np. szampana ustami swych reprezentantów. Powtórzę też za Monteskiuszem, że prawnicy są podporą jednego z filarów władzy, władzy sądowniczej. Czy była gdzieś kiedykolwiek władza, która sama by się do czegoś przymuszała? Np. do myślenia? Toż władza ma właściwe (tj. wygodne dla władzy) postępowanie wymuszać na innych, nie na sobie samej! Zmuszanie się do tego, czego nie lubimy, to – poza chodzeniem do dentysty i zażywaniem gorzkich leków – masochizm, czyli zboczenie, które do etosu władzy ma się jak pięść do nosa. A chyba nikt nie chciałby mieć we władzach, w szczególności sądowniczych, zboczeńców! Ale upierdliwi, a matołowaci obywatele czasem tego nie kumają.
Co z tym można zrobić? No to co ma przedstawiciel władzy prawniczej tj. sądowniczej lub – częściej – prokuratorskiej uczynić by takiego typa spławić? Można to zrobić tak. Typ pisze, że nie podoba mu się jakaś sytuacja lub czyjeś zachowanie. Uprzejmość zabrania powiedzieć mu, zwyczajnie, po polsku „spadaj”. Ale to przecież prokurator klasyfikuje posiadane opisy sytuacji i czynów, które do nich doprowadziły. No to można czyn, który normalny człowiek zaliczyłby do zbioru Ai (np. pobicia), zaklasyfikować do zbioru Aj (np. wymuszenia). Ale do wymuszenia konieczne jest określone żądanie pod adresem pobitego. A jeśli facet dostał w mordę dlatego tylko, że jakiś pijaczek uznał, że musi akurat dać komuś w pysk, bo żona wystawiła go za drzwi, to o wymuszeniu nie może być mowy. Ale opowieść pokrzywdzonego zakwalifikowano jako wymuszenie, więc przestępstwa nie ma. Bo nie było wymuszenia. I po kłopocie. Jeszcze lepiej można upierdliwego typa spławić, jeśli – chcąc prokuraturze pomóc – napisze za dużo. Ja, kilka lat temu, byłem przez mych przełożonych szykanowany. Napisałem więc, że oskarżam ich o szykanowanie mnie i dodałem, że jest to (owo szykanowanie) nazywane również mobbingiem. Podkreślam słowo „również”. I dostałem odpowiedź, że prokuratura sprawę olewa, bo w prawie polskim nie ma przestępstwa pod tytułem „mobbing”. Szykanowanie, o które oskarżałem szefostwo, akurat było, ale mobbing wprowadzono rzeczywiście rok lub dwa później.
Czy da się toto zmienić? W moim odczuciu w żadnym sensownym czasie nie. Zmiana taka wymagałaby zasadniczej zmiany paradygmatu uprawiania prawa. Praprzyczyną obecnego stanu rzeczy jest fatalna konstrukcja samego prawa. Brak jasnych definicji klas podziału przestępstw umożliwia manipulowanie przepisami poprzez odwoływanie się np. za pośrednictwem rozmaitych ekspertyz czy tylko zręcznego formułowania wystąpień sądowych, do „ducha prawa”, a jeśli zainteresowany ma forsę i poczucie humoru, to również do interpretacji praw natury. Żałosny stan znajomości logiki przez prawników wyklucza w zasadzie klasyfikację przestępstw przez analogię lub długie rozumowania. Na cały ten tragiczny stan prawniczej korporacji nakładają się jeszcze:
· rzeczywiście duże obciążenie wielu sędziów i prokuratorów sprawami, które z powodzeniem mogłyby być rozwiązywane przez rozmaite arbitraże czy odpowiedniki dawnych kolegiów ds. wykroczeń.
· obłędna organizacja postępowania przed sądem, np. kilkumiesięczne odstępy między rozprawami, co powoduje, że uczciwy sędzia musi za każdym razem na nowo uczyć się zapomnianych już faktów.
· odziedziczone po PRL (ale chyba nie tylko) traktowanie obywateli „z góry”, jako z założenia głupszych, a co najmniej nie posiadających dostatecznie dużo energii, zdrowia i czasu, by wdawać się w spory prawne
· hermetyczność pracy sądów (języka i procedur prawa), co w połączeniu z szerokim i – przynajmniej statystycznie stabilnym – immunitetem, przekłada się na pokusę olewania pracy. Nie twierdzę, że pokusa (okazja) ta jest nagminnie wykorzystywana, ale ona rzeczywiście istnieje. O współczesnych implikacjach starego powiedzenia, że władza demoralizuje można poczytać w nowej książce Zimbardo (to ten od „eksperymentu stanfordzkiego”) „Efekt Lucyfera”. Może ktoś powinien zalecić ją prawnikom jako lekturę? Trochę gruba, ale może by kto bryk jaki zrobił?
Wymieniłem tylko kilka z długiego szeregu mankamentów naszego (i chyba nie tylko naszego) wymiaru sprawiedliwości. Niektóre są nieusuwalne, bo przypisane są do ludzkiej natury lub sposobu postrzegania świata. Ale wiele usunąć by się dało. Wspomnianą klasyfikację poprawić można relatywnie prosto; wystarczy formalnie sprawdzić istniejące prawo i dopuścić żądanie od kwalifikującego przestępstwo prokuratora czy sędziego przeprowadzenia formalnego dowodu poprawności tej kwalifikacji. Autorytet sądu zastąpić by było trzeba autorytetem logiki. Ale prawnicy przecież namiętnie o tzw. wartościach gadają. No to może by ich tak poprosić aby gadali sensownie?
Dodaj Komentarz
RSS komentarzyKomentarze: 1
Żeby to tylko ten jeden problem z polskim prawem i wymiarem sprawiedliwości!
Odbywanie kolejnych rozpraw w kilkumiesięcznych odstepach to prawdziwa zmora. Jest na to sposób: podwyżki wynagrodzeń sędziów powinny zależeć od średniego terminu załatwienia spraw w roku - tylko kto to zmieni? Krzysztof Płocharz














