Hyde park / Moim zdaniem
Popularny parytet
Artykuł był czytany 552 razy
Sądzę, że listy wyborcze nie są dobrze konstruowane. Może nie jestem mądrzejsza od pana Palikota, ale ładniejsza – pewnie tak. A już na pewno jestem od niego grzeczniejsza. Pani Mucha natomiast jest miła tak jak ja i ładna, i mądra.
Szanuję panią profesor Liszcz. Nie tylko dlatego, że jest mądra. Także za to, że wyrwała się z biednej wsi bez frymarczenia swoją godnością. Także za to, że gdy zdobyła pozycję społeczną wraz z przyjaciółkami pomagała dziewczynie w potrzebie. Cenię panią Sierakowską bo z równą pracowitością zajmowała się nauczaniem, jak posłowaniem. Z taką samą gracją poruszała się po warszawskich salonach, jak i w wiejskiej chałupce popijała herbatkę z inwalidką na wózku.
Podziwiam panią profesor Gilowską, głównie za pasję, z jaką mówiła o demokracji, której fundamentem są samorządy budujące na głębokiej prowincji drogi, wodociągi i kanalizację. Panią Tokarską poważam za oddanie, z jakim kiedyś zarządzała popegeerowską gminą, a teraz najbiedniejszym w Europie województwem lubelskim.
Wszystkie te panie budzą respekt swoim charakterem. Można by powiedzieć: niezłomnym, gdyby kultura tabloidów nie zepchnęła tego pojęcia do lamusa. Dziś popularność zdobywają panie, głoszące wszem i wobec, że afery seksualnej nie było, bo bez ich udziału być nie mogło. Popularni są panowie publicznie prezentujący sztucznego penisa lub noworodka spłodzonego z kobietą niewiele starszą od pierworodnego syna.
Czyż taka popularność nie ma tej samej wagi co parytet? Co nam daje dyskusja o równowadze płci w polityce? Ale o roli kobiet (i mężczyzn) w życiu prywatnym i publicznym dyskutuje się lekko, łatwo i przyjemnie. Każdy może coś powiedzieć na ten temat. Podobnie jak na temat aborcji. I jeszcze ta… ekologia. To też dobry temat. Chrońmy góry i lasy! Nie będziemy gadać o synantropizacji, bo co nas obchodzi, że orzeł bielik wybrał na siedzibę puławskie Azoty, a nie ośnieżone szczyty gór.
Synantropizacja to pojęcie równie skomplikowane jak ordynacja. Zwłaszcza polska ordynacja wyborcza. Pewnie dlatego trudno zrozumieć, a tym bardziej wytłumaczyć prostemu obywatelowi subtelne różnice między ordynacją większościową, a proporcjonalną. Można by zauważyć, że „proporcjonalność” odbiera wyborcom bezpośredni wpływ na obsadę parlamentu. Posłowie są nominowani przez partie, a nie są wybierani przez wyborców. Można by się zastanawiać, czy „proporcjonalność” nie jest wyborem złym dla przyszłości Polski, jej suwerenności i niepodległości, jej rozwoju i siły.
Są kobiety mądre i dobre, pracowite i uczciwe, zaświadczające swym życiorysem, że „służba publiczna” jest dla nich służbą, a nie „tańcem z gwiazdami”. Są panie od owsa, staników i olejków do smarowania. Panie z ognikiem w oku i prężnym biustem media chętniej pokazują. Jest pani znana z tego, że jest młodą żoną starego premiera. Jak orzeł bielik zajęła wygodną pozycję, zamiast walczyć o przetrwanie w dzikim świecie. Co będzie, gdy takie panie jak marionetki trafią na czołówki partyjnych list? Czy to będzie parytet, czy już synantropizacja?
Czy dla tej sprawy warto kruszyć kopie? Może jednak lepiej zmienić ordynację? Sądzę, że dla ulepszenia list wyborczych parytet nie wystarczy.
Podziwiam panią profesor Gilowską, głównie za pasję, z jaką mówiła o demokracji, której fundamentem są samorządy budujące na głębokiej prowincji drogi, wodociągi i kanalizację. Panią Tokarską poważam za oddanie, z jakim kiedyś zarządzała popegeerowską gminą, a teraz najbiedniejszym w Europie województwem lubelskim.
Wszystkie te panie budzą respekt swoim charakterem. Można by powiedzieć: niezłomnym, gdyby kultura tabloidów nie zepchnęła tego pojęcia do lamusa. Dziś popularność zdobywają panie, głoszące wszem i wobec, że afery seksualnej nie było, bo bez ich udziału być nie mogło. Popularni są panowie publicznie prezentujący sztucznego penisa lub noworodka spłodzonego z kobietą niewiele starszą od pierworodnego syna.
Czyż taka popularność nie ma tej samej wagi co parytet? Co nam daje dyskusja o równowadze płci w polityce? Ale o roli kobiet (i mężczyzn) w życiu prywatnym i publicznym dyskutuje się lekko, łatwo i przyjemnie. Każdy może coś powiedzieć na ten temat. Podobnie jak na temat aborcji. I jeszcze ta… ekologia. To też dobry temat. Chrońmy góry i lasy! Nie będziemy gadać o synantropizacji, bo co nas obchodzi, że orzeł bielik wybrał na siedzibę puławskie Azoty, a nie ośnieżone szczyty gór.
Synantropizacja to pojęcie równie skomplikowane jak ordynacja. Zwłaszcza polska ordynacja wyborcza. Pewnie dlatego trudno zrozumieć, a tym bardziej wytłumaczyć prostemu obywatelowi subtelne różnice między ordynacją większościową, a proporcjonalną. Można by zauważyć, że „proporcjonalność” odbiera wyborcom bezpośredni wpływ na obsadę parlamentu. Posłowie są nominowani przez partie, a nie są wybierani przez wyborców. Można by się zastanawiać, czy „proporcjonalność” nie jest wyborem złym dla przyszłości Polski, jej suwerenności i niepodległości, jej rozwoju i siły.
Są kobiety mądre i dobre, pracowite i uczciwe, zaświadczające swym życiorysem, że „służba publiczna” jest dla nich służbą, a nie „tańcem z gwiazdami”. Są panie od owsa, staników i olejków do smarowania. Panie z ognikiem w oku i prężnym biustem media chętniej pokazują. Jest pani znana z tego, że jest młodą żoną starego premiera. Jak orzeł bielik zajęła wygodną pozycję, zamiast walczyć o przetrwanie w dzikim świecie. Co będzie, gdy takie panie jak marionetki trafią na czołówki partyjnych list? Czy to będzie parytet, czy już synantropizacja?
Czy dla tej sprawy warto kruszyć kopie? Może jednak lepiej zmienić ordynację? Sądzę, że dla ulepszenia list wyborczych parytet nie wystarczy.














