Hyde park / Twórczość
Ci którzy prowadzą stado
Artykuł był czytany 936 razy"największym bluźnierstwem jest mówienie prawdy".
Stary żyd szedł ulicą grodzką i był szczerze zmartwiony - czy ci goje naprawdę niczego nie rozumieją? - myślał. Pierwsza część Pisma - kontynuował swój wewnętrzny wywód - stanowiła wzór, wzorzec istnienia i była rodzajem zbioru wszystkich możliwych przypadków, jakie przydarzyć się mogą, albo i by się przydarzyć mogły, człowiekowi żyjącemu w świecie, to taka encyklopedia człowieka po prostu
No, taki rodzaj szczególnego prezentu od Boga dla nas, potrzebnego nam do wędrówki po ciemnym nie raz labiryncie życia. Każdy z jego fragmentów stanowił rodzaj przesłania i tak na przykład, jeden opowiadał o człowieku zupełnie szalonym w swoim zaślepieniu, i fanatyzmie, gotowym nawet zabić własnego syna na ołtarzu dla Boga który tego wcale tego nie potrzebował, a co więcej z przerażeniem pewno patrzył na chorobliwe poczynania starego chorego głupca, zupełnie jakby chciał powiedzieć -składasz tą ofiarę demonowi, materii a nie mnie. Demonowi który narodził się w twoim opętanym umyśle. Stary głupiec pragnął zabić dziecko w ofierze bogu swojego chorego umysłu.Demonowi paranoi, lęku i obłędu.
Inne znowu fragmenty mówiły o zazdrosnych braciach, albo stanowiły rodzaj przypowieści o dwóch synach, jednym roztropnie budującym przyszłość, drugim lekką ręką marnotrawiącym dobra.
Zrósł się z nimi i byli mu bliżsi niż jego własna skóra. Z gojami, i gdy tak szedł w jasny słoneczny dzień wspomnianą ulicą grodzką, a promienie słońca prześwietlały twarze przechodniów, czuł, że są jego przedłużeniem. Nie tylko jego rodziną, a miasto jego dużym domem, ale nim samym. Jego rozrzuconymi po świecie kawałkami i częściami. Chociaż tak starych i rozklekotanych butów jak te jego, nie miał chyba w całym Krakowie nikt.
Z rozmyślań wyrwały go dźwięki piosenki dobiegającej z salonu TATOO, lub okolicznego sklepu z muzyką
"kto zabił cara i jego ministrów" -śpiewał Mick Jagger
---------------------------------------------------------------------------------------------------------------------------------------
Ygrek. chodził nerwowo po pokoju i myślał o marności człowieka,
-jaki człowiek jest mały i on chłopak ze wsi, bez żadnego przygotowania, zaledwie po szkole, ale nawet bez matury musiał wejść w samo jądro natury ludzkiej, [w samo jądro ciemności, niezbadanej natury ludzkiej ], i wędrować po najtajniejszych zakamarkach psychiki. Bez żadnego przygotowania. Tak zupełnie wrzucony w dorosłe życie, jak całe jego powojenne pokolenie. Byli od razu dorośli-.
Z drugiego pokoju dobiegł go głos, “Galartetki”, płynący z telewizora.
Uśmiechnął się, przywołując wspomnienia z czasów młodości, by po chwili jednak zmarszczyć czoło. -Taaak, tchórz “Galaretka”, i “Plastelina”, “Modelina”, "Popelina" i "Nowelina -powiedział do siebie półgłosem, i powtórzył jeszcze raz, -hm...taaak znam ich wszystkich i “Pępowinę” też-
Tu muszę dodać, kierując się głównie do niezorientowanych, bo zapewne są i tacy, wśród czytających te słowa. Otóż służby przynajmniej w niektórych nazwijmy to placówkach, miały zwyczaj nadawania pseudonimów, lub po prostu przezwisk swoim współpracownikom, takich trzecich imion, obok tych “prawdziwych” i drugich operacyjnych, nadawano im jeszcze zazwyczaj śmieszne przezwiska, często celnie charakteryzujące postać współpracownika. Jedni byli miękkiego i słabego charakteru, a takimi się zwykle brzydzili, on i jego koledzy, wysłuchując ich z niesmakiem, a po spotkaniu, długo myli ręce pod kranem w łazience, zupełnie tak jak chirurg po operacji, albo lekarz internista przed zabiegiem
. Inni jak Pępowina, lubili się przyklejać
Gwałtownym jak na swój wiek krokiem, o który nikt by człowieka w jego wieku nie podejrzewał, jakby chcąc odgonić stare wspomnienia związane z “Galaretką”,
wszedł do drugiego pokoju, wyłączył telewizor, i wyszedł z domu energicznym krokiem,
szybko zbiegając po schodach, zamykając jednak wcześniej drzwi na klucz. A wcześniej wyciągając ten klucz z lewej kieszeni marynarki, gdzie zwykle spoczywał, kiedy był nieużywany.
---------------------------------------------------------------------------------------------------------------------------------------
Artysta pisarz przestraszył się, gdy po raz trzeci podszedł do niego ten starszy zadbany mężczyzna, zawsze elegancki i czysto, nienagannie ubrany. Trochę jak świadek jehowy, albo adwentysta.
-Co od niego mogą chcieć służby- pomyślał i serce podeszło mu aż do gardła, ale wymykać się w nieskończoność nie miało sensu, postanowił więc zostać, i sprawdzić w końcu co się będzie działo. Najpierw stary żyd A. a teraz “służbista” Y. Czego on ode mnie chce.
A Ygrek chciał tylko wyrzucić z siebie wszystko to co tkwiło w nim przez całe jego dorosłe życie i oczywiście nie za darmo. W zamian ofiarował mu wiedzę o człowieku, i jego marnościach, a także prawdę o dzisiejszym świecie. Ale czy Arysto jest na nią przygotowany? I czy nie zabije go to, lub czy ewentualne zwichnięcie, albo złamanie da się szybko i łatwo wyleczyć i zagoić. Czy zrośnie się i pozostanie prawie nie zauważalne dla psychiki tego wiecznego buntownika i w gruncie rzeczy dzieciaka?
----------------------------------------------------------------------------------------------------------------------------------------
Tak, tak, oczywiście myślał o tym wcześniej, zanim postanowił z nim porozmawiać i podzielić się z prawdą którą przechowywał w pamięci.
Bo Ygrek chciał to zrobić nie raz, zostawiając przekaz drogi jaką podążał po życiu młodym którzy przychodzili po nim do służby. Ale młodzi nie chcieli ich słuchać. Zupełnie tak jak oni nie chcieli słuchać Karłów Reakcji od Marszałka Józka, a tamci z kolei swoich poprzedników pracujących jeszcze dla "jewo wieliczestwa samego cara", lub "najjaśniejszego austryjackiego pana".
Inkwizytor, był właśnie tym, z którym Ygrek chciał podzielić się kiedyś doświadczeniami ze swojego życia i wiedzą mogącą się przydać młodym ludziom w pracy.
-----------------------------------------------------------------------------------------------------------------------------------------
Inkwizytor.
Z pozoru typowy dla swojego pokolenia młodych gniewnych i zbuntowanych człowiek.
Przeszedł cały szlak bojowy właściwy dla jego pokolenia, dość pobieżne i powierzchowne zainteresowanie filozofią wschodu, punkiem i muzyką rokową, a miał też w życiorysie sprzeciw wobec systemu, i udział w jakichś opozycyjnych kółkach, demonstracjach i pochodach. Bezkolizyjnie i szybko przeszedł później od czasów buntu, przebierając się po drodze w kostium państwowego urzędnika nowego kapitalizmu,
i potem kapitalizmu socjalnego, czyli de fakto socjalizmu marksistowskiego, żeby nie powiedzieć komunizmu [ przynajmniej według Arysto ] więc już bez maski. By kilka lat później stać się " M'kartym z IPNu", lub " Inkwizytorem", bo obie ksywy funkcjonowały w środowisku. M'ckarty spędzał dnie w ponurych archiwach i przepastnych ciemnych gabinetach, wieczory zaś w krakowskich pabach i knajpach, zazwyczaj na popularnym "Kaziku" czyli Kazimierzu.Gdzie często już po paru piwkach wykrzykiwał
-mam karty, na was wszystkich mam kraty.Bo jestem sobie taki mały Mak Karty".
-----------------------------------------------------------------------------------------------------------------------------------------
Idąc późnym wieczorem, a właściwie już nocą, prawie pustą ulicą grodzką, w tym prawie czasie kiedy słyszy się tylko swoje kroki, a przynajmniej tego się oczekuję bo już myśli o śnie i o trym co będzie się śniło, nieoczekiwanie dla obu spotkał go stojącego przed “Różą”, a dokładniej między “Różą” a greckim barem, i Mam Karty najpierw na samym początku się skrzywił, a po chwili wciągnął gwałtownie Arysto do środka. Na początku rozmowa nie kleiła się. O czym mogą rozmawiać dwaj dawni przyjaciele. Jeden chodzący z teczkami na najważniejszych rządzących polityków i drugi żyjący czasem w nędzy, i rozpaczliwie szukający pieniędzy na opłacenie małego pokoju który wynajmował niedaleko pętli na Prokocimiu.
Starego żyda irytowała ucieczka Arysto do przodu, wchodząc najpierw po same uszy w buddyzm, odwiczny bon i filozofię wschodnią, Arysto uciekał od problemów współczesnego świata, na swój sposób umywał ręce. Może i był dalej, i wiedział więcej -myślał [ niesłusznie go chyba krzywdząc ] ale nie było go tu i teraz z nimi i powiedziałbym nawet, że nie istniał dla ludzi, a oni nie istnieli prawie w ogóle dla niego.Wcześniej chciał się spotkać z Arysto, na początku lat dziewięćdziesiątych, kiedy czasami chadzał na spotkania buddyjskie, na których Arysto był stałym bywalcem.
Musicie wiedzieć że od czasu kiedy Arysto "ujawnił się" jako przedstawiciel naszej starej i rdzennej pogańskiej tradycji, kontakty z problemami otaczającego go świata prawie zanikły, bo o ile buddyzm zaleca postawę współodczuwania, przetłumaczoną jako postawę współczucia, i mobilizowało go to przynajmniej do umiarkowanego zainteresowania innymi ludźmi, to gdy jawnie już opowiedział się jako poganin, poczuł się lekki jak ptak i zrzucił z siebie wszystkie troski innych [ -autor.]
---------------------------------------------------------------------------------------------------------------------------------------
Już nie muszę zbawiać innych, jak buddysta, ani nosić ich krzyża jako katolik, -myślał, idąc ulicą Arysto, był zupełnie leciutki i prawie unosił się nad ziemią -jak to dobrze jest chodzić bez cudzych trosk-.
I wtedy wychodząc z Poselkiej prawie wpadł na niego ten stary żyd pan A.
A. chociaż zgarbiony i chodząc powłóczył ciężko nogami, był niemniej energiczny od swojego rówieśnika Y. Obaj mieli po osiemdziesiąt siedem lat i byli równolatkami. Pokolenie JP II. Rok kozy i obaj urodzeni w maju. A. Znał Ygreka, i nic go specjalnego z nim nie łączyło. Żadnego uczucia sympatii i żadnej też nienawiści. Po prostu obojętność. Neutralna obojętność.
I nie powiedział nigdy skąd go zna. Y. Pochodził ze wsi i przyjechał do miasta jako dorosły, no może pełnoletni młody człowiek, z jedną bardzo małą tekturową walizką pełną skarbów ściskaną kurczowo w jednej ręce, w jednej marynarce, nałożonej na sobie i jednym starym płaszczu przerzuconym przez ramię drugiej ręki [ gdy tak szedł od strony dworca głównego w kierunku Floriańskiej, zaraz gdy tylko wysiadł z pociągu A szedł parę kroków zanim, tak że nawet prawie spotykali się. A nie śledził Ygerka, szli jedynie przez pewien czas w tym samym kierunku, potem A skęcil w Tomasza]
Więc Ygrek przyjechał do Krakowa ze wsi spod Radomia albo Nowego Targu [ dokładniej spod Koszalina ] a A. urodzony na Kazimierzu niedaleko Krakowskiej, chyba na Paulińskiej gdzie spędził tam dzieciństwo, następnie został przesiedlony na Azory, dalej przez pół roku mieszkali z rodzicami na Kozłówku, by wrócić do swojego "Kazia", czyli na Kazimierz.
--------------------------------------------------------------------------------------------------------------------------------------
A wciągnął Arysto do jakiejś bramy i zaczął z nim rozmawiać. Opowiadał mu długo o sobie. Arysto nie protestował.
W końcu Arysto spotkał się także z Ygrekiem. W pabie położonym w podwórcu Szarej kamienicy. Przerażony, wystraszony, blady jak kreda. Kamień spadł mu z serca, -nikt mu głowy nie utnie, -pomyślał -Przynajmniej nie dziś-.Ygrekowi też słowa nie wychodziły łatwo z ust i trochę czasu trwało zanim się rozkręcił.
Ale po drugim, czy trzecim spotkaniu, mówił już z wielką łatwością i płynnie.
A mówił sporo i ciekawie. Mówił o Galartetce, Plastelinie i Modelinie, o Galarecie i Plastusiu.
O ludziach którzy mieli prowadzić innych i być gotowi za nich umrzeć jak ten którego mieli naśladować, a u których sama myśl nawet o bólu wywoływała przerażenie i lęk. Gotowi byli zrobić wszystko przywiązani do opinii o sobie, swojego ciała, wygód i stanowiska. I nie cofali się przed niczym, -dosłownie przed niczym-jak podkreślił Ygrek.
Arysto z dwu powodów nie chciał rozmawiać, ani już broń Boże pisać o tym, czego dowiedział się od Ygreka.
Po pierwsze: czuł, że pojęcia lewicy, prawicy i kapitalizmu, wymykają mu się od dawna i że musi to wszystko przedefiniować sobie od nowa, a pan Ygrek mógł mu trochę niestety namieszać.
Po drugie planował napisać opowiadanie i w głowie układał sobie scenariusz.
---------------------------------------------------------------------------------------------------------------------------------------------------------------------------------------------
Opowiadanie Arysto
Otóż na ziemi życie stało się nie do wytrzymania, a ludzie przygnieceni wielkością i ilością podatków, jak i kontrolą władz pragnęli uciec do miejsc gdzie jest jeszcze choć odrobinę Ducha Wolności i świeżego powietrza, a ludzie mogli by tam oddychać szeroko i głęboko. Ale na ziemi takiego miejsca nie mogli znaleźć. Grupa doprowadzonych do ostateczności śmiałków porwała statki kosmiczne i wylądowała na jednej z mniejszych planet będących w ich zasięgu i tam postanowiła założyć społeczność wolnych ludzi.Powoli budowali domy, pisali konstytucję i na Nowej Ziemi, -jak nazwali planetarną społeczność, rodziły się pierwsze dzieci.
Na ziemi tymczasem wdrażano program depopulizacji. Aby łatwiej kontrolować pracujących na klasę rządzących, władza postanowiła zredukować liczbę zniewolonych biedaków. Do tego wykorzystywali pseudoekologiczną teorię, opierając się na wynikach wziętych zupełnie z sufitu. Teoriami nazywanymi przez opozycję Teoriami Globalnej Bzdury i "ocieplenia mózgów wyznawców".
To była jawna strona eugenicznego eksperymentu, obok powszechnego już państwowego usypiania słabszych i starszych, do niczego nie potrzebnych rządzącym ludzi, ot taki rodzaj wyrzucania na śmietnik niepotrzebnych i zużytych maszyn. Lub jak ktoś woli utylizacja, albo recykling.
Innym mającym zredukować liczbę mieszkańców ziemi programem był tajny plan B.B. Nazywany Briżit Bardo. Tak pieszczotliwie naukowcy pracujący dla reżimu nazywali projekt Bomby B, [czyli bomby biologicznej]
Bomba B, składała się z “bukietu” najprzeróżniejszych wyhodowanych w laboratoriach szczepów groźnych bakterii. Nieliczni mieli jedynie dostać na nie szczepionki.
Jeśli o tym tajnym planie mającym zdziesiątkować większość ludności na ziemi ktoś wiedział, to i tak nie widział zbyt wiele, a naprawdę nie wiedział prawie nic. Od lat bowiem naukowcy pracowali nad zniszczeniem większości mieszkańców planety. Żywność, lekarstwa, paliwo w samochodach, odbiorniki radiowe i telewizyjne, jak i wszystkie urządzenia nastawione były na to aby szkodzić nieświadomej niczego ludzkości. Podobnie jak tak zwane “prawo” i ustroje polityczne, system edukacji szkolnej, i artykuły gazet miały siać zamęt w psychice ludzkiej i rozbijać ją.
A jak wyglądały sprawy z przedefiniowaniem pojęć u naszego bohatera? W romantycznej lewicy cenił sobie bunt w imię prawdy, Uraniczny w swojej istocie, ba nawet Prometejski, a czasami wręcz niebezpiecznie bliski Herostratesowi. Czuł też, że musi bardziej szukać u Bachofena i Evoli, wśród mitów, a nawet teorii astrologicznych typów osobowości, czy choćby w literaturze pięknej.
Uwierał go też, a nawet mierził ten nieszczęsny “kapitalizm”. Cholerny kapitalizm, pieprzony i zasrany kapitalizm..
Pojęcie kapitalizmu wymyślił Marks, i termin ten miał wskazywać na prymat kapitału w ludzkim działaniu, jako jego paradygmatu, a dla niego najważniejsza była wolność i dobrowolne nawiązywanie umów między ludźmi, jak podstawa funkcjonowania społeczeństwa. Całkowita wolność, a więc całkowita harmonia i całkowity brak przeszkód, w działaniu pojedynczego człowieka i ludzi. W ekonomi, myśleniu, i odczuwaniu. Naturalny ład, a z drugiej strony zjednoczenie lewicy z prawicą na poziomie społecznym. Ekonomia i ekologia stanowiły tu jedność,
a jakby to autor powiedział
-chodzi mi o zjednoczenie pierwiastka solarnego z lunarnym, czyli żeńskiego z męskim. Z solarnym co logiczne na górze, a lunarnym, jako z tellurycznym, czyli ziemskim na dole. Z uranicznym, lewicowym pierwiastkiem buntu, i merkurycznym duchem handlu, który lokuje się i na prawicy i lewicy. O zwodniczej neptunicznej demokracji nie chciał natomiast rozmawiać – W czasach telkomów i netu żadna pośrednia demokracja nie jest nam potrzebna, mawiał do zgromadzonych przy stoliku w pabie znajomych. W Estoni maja głosować za pomocą telkomu, w Czechach wypisywać elektroniczne recepty, po co nam więc do cholery parlament, z tą bandą pasożytów i nierobów.- mówił wyraźnie zdenerwowany i ożywiony, unosząc nieco do góry głowę.
Po czym dodawał, -dzisiejsze czasy cechuje zacofanie technologiczne, pozorny katolicyzm na pokaz i etatystyczny socjalizm. Czas z tym skończyć, i z tymi telewizyjnymi kukłami z gumowymi twarzami pokrytymi pudrem, które bełkoczą do nas wtłaczając w nasze umysły propagandę i kłamstwo.
--------------------------------------------------------------------------------------------------------------------------------------------------------------------------------------------
Spotkanie z Inkwizytorem
Rozmowa na początku nie kleiła się. Arysto myślał czemu to znany kiedyś polityk Leszek M. milczy kiedy codziennie zamarza pięciu albo dziesięciu bezdomnych. Inkwizytor natomiast coraz bardziej pijany nic nie robiąc sobie z towarzystwa innych ludzi siedzących przy sąsiednich stolikach, krzyczał prawie, wyciągając jednocześnie prawą ręką z teczki papiery i machając nimi przed nosem Arysta. Krzyczał -tu ich wszystkich mam, tych picusiów z platformy, o tu zobacz, tego...picka jednego głuptaka - i pokazywał ściśnięty palec wskazujący lewej ręki, -a tych wszystkich innych dupków, picków platfusów, i pozostałych gamoni o tu- pokazywał zaciśniętą pięść lewej dłoni, aż ta nabiegła krwią.
-O tu, parz jak mówię, żerz- wykrzykiwał głośniej - patrz, a czego nie wiem, to wymieniamy się z ..., albo chłopakami z cba, ha ha ja mówię o przeszłości a oni o teraźniejszości. Ha, widzisz-
Następnie zaczęli śpiewać “Kwiaty mojej miłości nigdy nie powrócą”, a Inek zaczął opowiadać,
-ja bym ich tak wszystkich w mojej pracy obcęgami rozżarzonymi do czerwoności ze skóry a potem z ciała obdzierał, żeby zerwać ze ścięgnami i z ciałem to co oni tam ukrywają w sobie, te wszystkie ich tajemnice, ich sekreciki małe zasrane, poukrywane w komórkach ciała, zakamuflowane, zakiblowane, aaaa A, ja bym ich na maszyny do łamania kości pozabierał, i tam łamiąc kości, uwalniał te wszystkie ukryte tajemnice, pochowane nawet przed samym sobą, mój przyjacielu. Obcęgami ich wszystkich ściskał, miażdżył i rozrywał, mój przyjacielu.
Nazywał A. Przyjacielem, ale zapomniał widać jak na początku lat dziewięćdziesiątych w barze mlecznym na rogu Łobzowsiej jako młody początkujący pracownik bezpieki bezczelnie się w niego wgapiał i prowokował żeby mieć pretekst do zatrzymania Arysto, -widać musiał zabrać kogoś na przesłuchania bo takie miał wytyczne, i jakoś nie poznał wtedy swojego “starego przyjaciela”. Było to podczas jakiegoś spotkania związanego z NATO albo coś w tym rodzaju [autor już nie pamięta].
Wędrowali tak z knajpy do knajpy, i z pabu do pabu, do późna w nocy, Inkwizytor gadał, a Arysto słuchał, zwykle przytakując. Na koniec Inkwizytor powiedział
-tylko nie myśl, że się ciebie boję, bo tam ten twój jakiś kuzyn, Czwarty, albo któryś w państwie tam kiedyś, który prowadził Grubego Bolka, Grubego Bolusia na smyczy prowadził, na pasku jak pokojowego pieska jamnika albo pudelka prowadził, Bolusia Cycusia - tu czknął, i zatoczył się lekko.... Którego Dalaj Lama w Warszawie za wąsy wyszarpał, o ale się spiłem-
--------------------------------------------------------------------------------------------------------------------------------------------------------------------------------------------
Idąc do domu Arysto modlił się aby Inkwizytor przypadkiem nie zgubił jakichś papierów albo komórki.
Śmieszyły go też, nie wiadomo skąd pochodzące opinie, że rodziny ludzi których kuzyni mieli jakiś związek z bezpieczniakami i bezpiecznictwem, byli szczególnie ustawieni.
Ze swoim dalekim kuzynem, “Czwartym”, a może “Trzecim”, jak go nazywał Inek, rozmawiał raz w życiu podczas uroczystości rodzinnej, kiedy obaj byli mocno pijani, i wtedy ten opowiadał mu coś na temat “Bolusia”.
Raz czy dwa rozmawiał też z krewniakiem swojego ojca pracującym w bezpiece, w tym konkretnie z kuzynem bezpieczniakiem pracującym jako jeden z dowódców ochrony dawnego komunistycznego rządu. Nic ze związków rodzinnych nie miał. Może dlatego że od dziecka intuicyjnie nie znosił komunizmu.
Choć może jednak jakąś ochronę otrzymywał, ale o tym nie wiedział. Wracając do domu zdecydował się na spotkanie i rozmowy ze starszym panem Ygrek. Nie wiadomo kiedy, lody z jego strony zostały przełamane.
A idąc pustymi ulicami odwiecznego, starego jak świat miasta śpiewał
"pliz de mifju, aj hopju ges majn nejm,
uhu uhu
ktooo zabijał trubadurów na drodze do Bagadu...
uhu! Uhu!"
a głosy pijackiej piosenki odbijały się od ścian starych kamienic.
Wykrzyknął jeszcze w stronę nieistniejącego Inka
yu hopju ges majn nejm,
o je!
Po czym wtoczył się do bramy kamienicy, zderzając się prawie z idącym po świeże bułeczki A. Arysto nagle wytrzeźwiał i stojąc w bramie rozmawiali przez moment . Następnie Arysto, pożegnał się z panem A. Życząc mu miłego dnia i poszedł do domu. Położył się w ubraniu spać. Spał krótko.
Po południu wyszedł. Można go było zobaczyć idącego ulicą Grodzką.
---------------------------------------------------------------------------------------------------------------------------------------------------------------------------------------------
Arysto wysłuchuje spowiednika
Zastukał do drzwi Ygreka, rozglądając się nieśmiało dookoła, po chwili drzwi uchyliły się nieco i w szczelinie ukazała się skupiona twarz Ygreka. -Zapraszam do środka -powiedział
- mam panu wiele do powiedzenia- I uśmiechając się tajemniczo, dodał- nie chcę aby wszystko co wiem poszło razem ze mną do grobu. A przecież żadnemu lewicowcowi, nie uwierzą, panu może prędzej.-
Arysto wszedł powoli do środka, po czym drzwi zamknęły się.
Z radia a może starego magnetofonu dobiegał głos Micka Jagera
"sam kartezy, sam sympaty,... sam tejst"
- o starszy pan lubi “Roling Stonsów” - pomyślał Arysto
Gdy już siedzieli w pokoju, przy stole przykrytym niemodnym, ale czystym białym obrusem, Ygrek mówił, mówił i mówił, a Arysto, słuchał, a potem zaczął notować, żeby to wszystko nie uleciało mu z głowy.
Ygrek mówił, mówił, mówił, mówił o czasach gdy dopiero zaczynał, wtedy kiedy wzbudzali jeszcze strach i nienawiść, i o czasach gdy społeczeństwo zrobiło się demokratyczne i zaczęli przychodzić na wyścigi do firmy dostojnicy kościelni, artyści, a potem działacze opozycji i ludzie mafii, donosząc na swoich przeciwników i rywali. Opowiadał o Zapalniczce i Płomieniu, o Greyu-Wysockim i innych młodych klerykach przesiąkniętych nienawiścią do kościoła i religii, mówił o tym jak pierwszy raz przyszedł do niego Galaretka , i jak zjawił się Modelina, a zaraz po nim Plastelina i Plastuś.
A on biedny musiał to wszystko wchłaniać w siebie niczym gąbka cały ten jad i ludzką nienawiść, te wszystkie brudy świata.
Tą chciwość, słabość, i żądzę władzy, stając się ich spowiednikiem, spowiednikiem bezwzględnych katów. W wolnych chwilach czytywał “Zniewolony umysł”, zaiście podręcznik elegancji i wyszukanych manier, -czy Miłosz by to wytrzymał,- myślał wtedy, patrząc na twarze przepełnione najgorszymi ludzkimi odruchami. Ja spowiednik spowiedników, i ich przełożonych-mawiał w myślach o sobie, nazywany przez kolegów z pracy Spowiednikiem Diabła.
Podczas kolejnych wizyt pod “numerem szesnastym”, Ygrek opowiadał życiorysy, B. C. D. i kolejnych. Życiorysy bardzo typowe. Plastelinę złapali trywialnie na lotnisku, gdy chciał przewieść parę par pończoch i jakieś niezłe perfumy, dla swoich dwu kochanek, -młodym trudno w to uwierzyć, ale wyjazd za granicę nie był kiedyś łatwą rzeczą, a nielegalne przewiezienie paru par pończoch mogło zostać ukarane jako przestępstwo.
Inni byli pedofilami i za pozostawienie ich na wolności, i nie ujawnianie przykrych faktów gotowi byli na wszystko. Jeszcze inni woleli chłopców, albo wchodzili w niejasne, brudne interesy ze światem przestępczym. Zdarzali się też tacy, którzy przychodzili sami, albo dzwonili, donosząc na aktualnych i potencjalnych konkurentów kosząc w swoim otoczeniu wszystko co wyrasta nad ziemią choć o wysokość palca.
Oprócz słabeuszów i tchórzy, i tych którzy donosili w celu zlikwidowania konkurencji, zdarzali się też i tacy którzy robili to z nienawiści do kościoła katolickiego, i religii. Dziwili Ygreka, po co tam poszli, czy zawiedli się na Bogu jakiego wyobrażenie nosili w swoim umyśle?
F. należał do takich, wtedy młody kleryk, dziś całkiem wysoko stojący w hierarchii kościoła. On Ygrek, najbardziej szanował ideowców, tych którzy byli wzywali na rozmowy wyjaśniające.
Zbuntowanych i działających często wbrew hierarchii i władzom kraju, księży.
Bywali też i tacy, szlachetni i nieprzekupni.
Na koniec pan Ygrek chciał mu wręczyć jakieś stare papiery i dokumenty, przed czym jednak Arysto wzbraniał się bardzo mocno, i zdecydowanie odmówił.
Resztę dopisało życie.
Autor kończąc pisać opowiadanie usłyszał w radiu głos spikera mówiący:
-ujawniono kolejny kontakt operacyjny w kościele katolickim, ale generał Kiszczak z pewnością oczyści go i rozgrzeszy- mówiła słodkim, beztroskim głosem głosem spikerka.
-Właśnie hierarchowie kościoła poprosili go o to- dodała jeszcze.
Arysto z niesmakiem wyłączył radio i sięgnął po telkom starą zieloną Nokię leżącą na łóżku.
--------------
Uwagi autora:
Inkwizytor- postać złożona z dwu albo z trzech
numer szesnaście, -wymyślony
Wcześniejsza nazwa opowiadania "Pokazywanka".
Opowiadanie wysłane wcześniej na jeden z Wrocławskich konkursów, którego tematem był 'mężczyzna".
Stary żyd szedł ulicą grodzką i był szczerze zmartwiony - czy ci goje naprawdę niczego nie rozumieją? - myślał. Pierwsza część Pisma - kontynuował swój wewnętrzny wywód - stanowiła wzór, wzorzec istnienia i była rodzajem zbioru wszystkich możliwych przypadków, jakie przydarzyć się mogą, albo i by się przydarzyć mogły, człowiekowi żyjącemu w świecie, to taka encyklopedia człowieka po prostu
No, taki rodzaj szczególnego prezentu od Boga dla nas, potrzebnego nam do wędrówki po ciemnym nie raz labiryncie życia. Każdy z jego fragmentów stanowił rodzaj przesłania i tak na przykład, jeden opowiadał o człowieku zupełnie szalonym w swoim zaślepieniu, i fanatyzmie, gotowym nawet zabić własnego syna na ołtarzu dla Boga który tego wcale tego nie potrzebował, a co więcej z przerażeniem pewno patrzył na chorobliwe poczynania starego chorego głupca, zupełnie jakby chciał powiedzieć -składasz tą ofiarę demonowi, materii a nie mnie. Demonowi który narodził się w twoim opętanym umyśle. Stary głupiec pragnął zabić dziecko w ofierze bogu swojego chorego umysłu.Demonowi paranoi, lęku i obłędu.
Inne znowu fragmenty mówiły o zazdrosnych braciach, albo stanowiły rodzaj przypowieści o dwóch synach, jednym roztropnie budującym przyszłość, drugim lekką ręką marnotrawiącym dobra.
Zrósł się z nimi i byli mu bliżsi niż jego własna skóra. Z gojami, i gdy tak szedł w jasny słoneczny dzień wspomnianą ulicą grodzką, a promienie słońca prześwietlały twarze przechodniów, czuł, że są jego przedłużeniem. Nie tylko jego rodziną, a miasto jego dużym domem, ale nim samym. Jego rozrzuconymi po świecie kawałkami i częściami. Chociaż tak starych i rozklekotanych butów jak te jego, nie miał chyba w całym Krakowie nikt.
Z rozmyślań wyrwały go dźwięki piosenki dobiegającej z salonu TATOO, lub okolicznego sklepu z muzyką
"kto zabił cara i jego ministrów" -śpiewał Mick Jagger
---------------------------------------------------------------------------------------------------------------------------------------
Ygrek. chodził nerwowo po pokoju i myślał o marności człowieka,
-jaki człowiek jest mały i on chłopak ze wsi, bez żadnego przygotowania, zaledwie po szkole, ale nawet bez matury musiał wejść w samo jądro natury ludzkiej, [w samo jądro ciemności, niezbadanej natury ludzkiej ], i wędrować po najtajniejszych zakamarkach psychiki. Bez żadnego przygotowania. Tak zupełnie wrzucony w dorosłe życie, jak całe jego powojenne pokolenie. Byli od razu dorośli-.
Z drugiego pokoju dobiegł go głos, “Galartetki”, płynący z telewizora.
Uśmiechnął się, przywołując wspomnienia z czasów młodości, by po chwili jednak zmarszczyć czoło. -Taaak, tchórz “Galaretka”, i “Plastelina”, “Modelina”, "Popelina" i "Nowelina -powiedział do siebie półgłosem, i powtórzył jeszcze raz, -hm...taaak znam ich wszystkich i “Pępowinę” też-
Tu muszę dodać, kierując się głównie do niezorientowanych, bo zapewne są i tacy, wśród czytających te słowa. Otóż służby przynajmniej w niektórych nazwijmy to placówkach, miały zwyczaj nadawania pseudonimów, lub po prostu przezwisk swoim współpracownikom, takich trzecich imion, obok tych “prawdziwych” i drugich operacyjnych, nadawano im jeszcze zazwyczaj śmieszne przezwiska, często celnie charakteryzujące postać współpracownika. Jedni byli miękkiego i słabego charakteru, a takimi się zwykle brzydzili, on i jego koledzy, wysłuchując ich z niesmakiem, a po spotkaniu, długo myli ręce pod kranem w łazience, zupełnie tak jak chirurg po operacji, albo lekarz internista przed zabiegiem
. Inni jak Pępowina, lubili się przyklejać
Gwałtownym jak na swój wiek krokiem, o który nikt by człowieka w jego wieku nie podejrzewał, jakby chcąc odgonić stare wspomnienia związane z “Galaretką”,
wszedł do drugiego pokoju, wyłączył telewizor, i wyszedł z domu energicznym krokiem,
szybko zbiegając po schodach, zamykając jednak wcześniej drzwi na klucz. A wcześniej wyciągając ten klucz z lewej kieszeni marynarki, gdzie zwykle spoczywał, kiedy był nieużywany.
---------------------------------------------------------------------------------------------------------------------------------------
Artysta pisarz przestraszył się, gdy po raz trzeci podszedł do niego ten starszy zadbany mężczyzna, zawsze elegancki i czysto, nienagannie ubrany. Trochę jak świadek jehowy, albo adwentysta.
-Co od niego mogą chcieć służby- pomyślał i serce podeszło mu aż do gardła, ale wymykać się w nieskończoność nie miało sensu, postanowił więc zostać, i sprawdzić w końcu co się będzie działo. Najpierw stary żyd A. a teraz “służbista” Y. Czego on ode mnie chce.
A Ygrek chciał tylko wyrzucić z siebie wszystko to co tkwiło w nim przez całe jego dorosłe życie i oczywiście nie za darmo. W zamian ofiarował mu wiedzę o człowieku, i jego marnościach, a także prawdę o dzisiejszym świecie. Ale czy Arysto jest na nią przygotowany? I czy nie zabije go to, lub czy ewentualne zwichnięcie, albo złamanie da się szybko i łatwo wyleczyć i zagoić. Czy zrośnie się i pozostanie prawie nie zauważalne dla psychiki tego wiecznego buntownika i w gruncie rzeczy dzieciaka?
----------------------------------------------------------------------------------------------------------------------------------------
Tak, tak, oczywiście myślał o tym wcześniej, zanim postanowił z nim porozmawiać i podzielić się z prawdą którą przechowywał w pamięci.
Bo Ygrek chciał to zrobić nie raz, zostawiając przekaz drogi jaką podążał po życiu młodym którzy przychodzili po nim do służby. Ale młodzi nie chcieli ich słuchać. Zupełnie tak jak oni nie chcieli słuchać Karłów Reakcji od Marszałka Józka, a tamci z kolei swoich poprzedników pracujących jeszcze dla "jewo wieliczestwa samego cara", lub "najjaśniejszego austryjackiego pana".
Inkwizytor, był właśnie tym, z którym Ygrek chciał podzielić się kiedyś doświadczeniami ze swojego życia i wiedzą mogącą się przydać młodym ludziom w pracy.
-----------------------------------------------------------------------------------------------------------------------------------------
Inkwizytor.
Z pozoru typowy dla swojego pokolenia młodych gniewnych i zbuntowanych człowiek.
Przeszedł cały szlak bojowy właściwy dla jego pokolenia, dość pobieżne i powierzchowne zainteresowanie filozofią wschodu, punkiem i muzyką rokową, a miał też w życiorysie sprzeciw wobec systemu, i udział w jakichś opozycyjnych kółkach, demonstracjach i pochodach. Bezkolizyjnie i szybko przeszedł później od czasów buntu, przebierając się po drodze w kostium państwowego urzędnika nowego kapitalizmu,
i potem kapitalizmu socjalnego, czyli de fakto socjalizmu marksistowskiego, żeby nie powiedzieć komunizmu [ przynajmniej według Arysto ] więc już bez maski. By kilka lat później stać się " M'kartym z IPNu", lub " Inkwizytorem", bo obie ksywy funkcjonowały w środowisku. M'ckarty spędzał dnie w ponurych archiwach i przepastnych ciemnych gabinetach, wieczory zaś w krakowskich pabach i knajpach, zazwyczaj na popularnym "Kaziku" czyli Kazimierzu.Gdzie często już po paru piwkach wykrzykiwał
-mam karty, na was wszystkich mam kraty.Bo jestem sobie taki mały Mak Karty".
-----------------------------------------------------------------------------------------------------------------------------------------
Idąc późnym wieczorem, a właściwie już nocą, prawie pustą ulicą grodzką, w tym prawie czasie kiedy słyszy się tylko swoje kroki, a przynajmniej tego się oczekuję bo już myśli o śnie i o trym co będzie się śniło, nieoczekiwanie dla obu spotkał go stojącego przed “Różą”, a dokładniej między “Różą” a greckim barem, i Mam Karty najpierw na samym początku się skrzywił, a po chwili wciągnął gwałtownie Arysto do środka. Na początku rozmowa nie kleiła się. O czym mogą rozmawiać dwaj dawni przyjaciele. Jeden chodzący z teczkami na najważniejszych rządzących polityków i drugi żyjący czasem w nędzy, i rozpaczliwie szukający pieniędzy na opłacenie małego pokoju który wynajmował niedaleko pętli na Prokocimiu.
Starego żyda irytowała ucieczka Arysto do przodu, wchodząc najpierw po same uszy w buddyzm, odwiczny bon i filozofię wschodnią, Arysto uciekał od problemów współczesnego świata, na swój sposób umywał ręce. Może i był dalej, i wiedział więcej -myślał [ niesłusznie go chyba krzywdząc ] ale nie było go tu i teraz z nimi i powiedziałbym nawet, że nie istniał dla ludzi, a oni nie istnieli prawie w ogóle dla niego.Wcześniej chciał się spotkać z Arysto, na początku lat dziewięćdziesiątych, kiedy czasami chadzał na spotkania buddyjskie, na których Arysto był stałym bywalcem.
Musicie wiedzieć że od czasu kiedy Arysto "ujawnił się" jako przedstawiciel naszej starej i rdzennej pogańskiej tradycji, kontakty z problemami otaczającego go świata prawie zanikły, bo o ile buddyzm zaleca postawę współodczuwania, przetłumaczoną jako postawę współczucia, i mobilizowało go to przynajmniej do umiarkowanego zainteresowania innymi ludźmi, to gdy jawnie już opowiedział się jako poganin, poczuł się lekki jak ptak i zrzucił z siebie wszystkie troski innych [ -autor.]
---------------------------------------------------------------------------------------------------------------------------------------
Już nie muszę zbawiać innych, jak buddysta, ani nosić ich krzyża jako katolik, -myślał, idąc ulicą Arysto, był zupełnie leciutki i prawie unosił się nad ziemią -jak to dobrze jest chodzić bez cudzych trosk-.
I wtedy wychodząc z Poselkiej prawie wpadł na niego ten stary żyd pan A.
A. chociaż zgarbiony i chodząc powłóczył ciężko nogami, był niemniej energiczny od swojego rówieśnika Y. Obaj mieli po osiemdziesiąt siedem lat i byli równolatkami. Pokolenie JP II. Rok kozy i obaj urodzeni w maju. A. Znał Ygreka, i nic go specjalnego z nim nie łączyło. Żadnego uczucia sympatii i żadnej też nienawiści. Po prostu obojętność. Neutralna obojętność.
I nie powiedział nigdy skąd go zna. Y. Pochodził ze wsi i przyjechał do miasta jako dorosły, no może pełnoletni młody człowiek, z jedną bardzo małą tekturową walizką pełną skarbów ściskaną kurczowo w jednej ręce, w jednej marynarce, nałożonej na sobie i jednym starym płaszczu przerzuconym przez ramię drugiej ręki [ gdy tak szedł od strony dworca głównego w kierunku Floriańskiej, zaraz gdy tylko wysiadł z pociągu A szedł parę kroków zanim, tak że nawet prawie spotykali się. A nie śledził Ygerka, szli jedynie przez pewien czas w tym samym kierunku, potem A skęcil w Tomasza]
Więc Ygrek przyjechał do Krakowa ze wsi spod Radomia albo Nowego Targu [ dokładniej spod Koszalina ] a A. urodzony na Kazimierzu niedaleko Krakowskiej, chyba na Paulińskiej gdzie spędził tam dzieciństwo, następnie został przesiedlony na Azory, dalej przez pół roku mieszkali z rodzicami na Kozłówku, by wrócić do swojego "Kazia", czyli na Kazimierz.
--------------------------------------------------------------------------------------------------------------------------------------
A wciągnął Arysto do jakiejś bramy i zaczął z nim rozmawiać. Opowiadał mu długo o sobie. Arysto nie protestował.
W końcu Arysto spotkał się także z Ygrekiem. W pabie położonym w podwórcu Szarej kamienicy. Przerażony, wystraszony, blady jak kreda. Kamień spadł mu z serca, -nikt mu głowy nie utnie, -pomyślał -Przynajmniej nie dziś-.Ygrekowi też słowa nie wychodziły łatwo z ust i trochę czasu trwało zanim się rozkręcił.
Ale po drugim, czy trzecim spotkaniu, mówił już z wielką łatwością i płynnie.
A mówił sporo i ciekawie. Mówił o Galartetce, Plastelinie i Modelinie, o Galarecie i Plastusiu.
O ludziach którzy mieli prowadzić innych i być gotowi za nich umrzeć jak ten którego mieli naśladować, a u których sama myśl nawet o bólu wywoływała przerażenie i lęk. Gotowi byli zrobić wszystko przywiązani do opinii o sobie, swojego ciała, wygód i stanowiska. I nie cofali się przed niczym, -dosłownie przed niczym-jak podkreślił Ygrek.
Arysto z dwu powodów nie chciał rozmawiać, ani już broń Boże pisać o tym, czego dowiedział się od Ygreka.
Po pierwsze: czuł, że pojęcia lewicy, prawicy i kapitalizmu, wymykają mu się od dawna i że musi to wszystko przedefiniować sobie od nowa, a pan Ygrek mógł mu trochę niestety namieszać.
Po drugie planował napisać opowiadanie i w głowie układał sobie scenariusz.
---------------------------------------------------------------------------------------------------------------------------------------------------------------------------------------------
Opowiadanie Arysto
Otóż na ziemi życie stało się nie do wytrzymania, a ludzie przygnieceni wielkością i ilością podatków, jak i kontrolą władz pragnęli uciec do miejsc gdzie jest jeszcze choć odrobinę Ducha Wolności i świeżego powietrza, a ludzie mogli by tam oddychać szeroko i głęboko. Ale na ziemi takiego miejsca nie mogli znaleźć. Grupa doprowadzonych do ostateczności śmiałków porwała statki kosmiczne i wylądowała na jednej z mniejszych planet będących w ich zasięgu i tam postanowiła założyć społeczność wolnych ludzi.Powoli budowali domy, pisali konstytucję i na Nowej Ziemi, -jak nazwali planetarną społeczność, rodziły się pierwsze dzieci.
Na ziemi tymczasem wdrażano program depopulizacji. Aby łatwiej kontrolować pracujących na klasę rządzących, władza postanowiła zredukować liczbę zniewolonych biedaków. Do tego wykorzystywali pseudoekologiczną teorię, opierając się na wynikach wziętych zupełnie z sufitu. Teoriami nazywanymi przez opozycję Teoriami Globalnej Bzdury i "ocieplenia mózgów wyznawców".
To była jawna strona eugenicznego eksperymentu, obok powszechnego już państwowego usypiania słabszych i starszych, do niczego nie potrzebnych rządzącym ludzi, ot taki rodzaj wyrzucania na śmietnik niepotrzebnych i zużytych maszyn. Lub jak ktoś woli utylizacja, albo recykling.
Innym mającym zredukować liczbę mieszkańców ziemi programem był tajny plan B.B. Nazywany Briżit Bardo. Tak pieszczotliwie naukowcy pracujący dla reżimu nazywali projekt Bomby B, [czyli bomby biologicznej]
Bomba B, składała się z “bukietu” najprzeróżniejszych wyhodowanych w laboratoriach szczepów groźnych bakterii. Nieliczni mieli jedynie dostać na nie szczepionki.
Jeśli o tym tajnym planie mającym zdziesiątkować większość ludności na ziemi ktoś wiedział, to i tak nie widział zbyt wiele, a naprawdę nie wiedział prawie nic. Od lat bowiem naukowcy pracowali nad zniszczeniem większości mieszkańców planety. Żywność, lekarstwa, paliwo w samochodach, odbiorniki radiowe i telewizyjne, jak i wszystkie urządzenia nastawione były na to aby szkodzić nieświadomej niczego ludzkości. Podobnie jak tak zwane “prawo” i ustroje polityczne, system edukacji szkolnej, i artykuły gazet miały siać zamęt w psychice ludzkiej i rozbijać ją.
A jak wyglądały sprawy z przedefiniowaniem pojęć u naszego bohatera? W romantycznej lewicy cenił sobie bunt w imię prawdy, Uraniczny w swojej istocie, ba nawet Prometejski, a czasami wręcz niebezpiecznie bliski Herostratesowi. Czuł też, że musi bardziej szukać u Bachofena i Evoli, wśród mitów, a nawet teorii astrologicznych typów osobowości, czy choćby w literaturze pięknej.
Uwierał go też, a nawet mierził ten nieszczęsny “kapitalizm”. Cholerny kapitalizm, pieprzony i zasrany kapitalizm..
Pojęcie kapitalizmu wymyślił Marks, i termin ten miał wskazywać na prymat kapitału w ludzkim działaniu, jako jego paradygmatu, a dla niego najważniejsza była wolność i dobrowolne nawiązywanie umów między ludźmi, jak podstawa funkcjonowania społeczeństwa. Całkowita wolność, a więc całkowita harmonia i całkowity brak przeszkód, w działaniu pojedynczego człowieka i ludzi. W ekonomi, myśleniu, i odczuwaniu. Naturalny ład, a z drugiej strony zjednoczenie lewicy z prawicą na poziomie społecznym. Ekonomia i ekologia stanowiły tu jedność,
a jakby to autor powiedział
-chodzi mi o zjednoczenie pierwiastka solarnego z lunarnym, czyli żeńskiego z męskim. Z solarnym co logiczne na górze, a lunarnym, jako z tellurycznym, czyli ziemskim na dole. Z uranicznym, lewicowym pierwiastkiem buntu, i merkurycznym duchem handlu, który lokuje się i na prawicy i lewicy. O zwodniczej neptunicznej demokracji nie chciał natomiast rozmawiać – W czasach telkomów i netu żadna pośrednia demokracja nie jest nam potrzebna, mawiał do zgromadzonych przy stoliku w pabie znajomych. W Estoni maja głosować za pomocą telkomu, w Czechach wypisywać elektroniczne recepty, po co nam więc do cholery parlament, z tą bandą pasożytów i nierobów.- mówił wyraźnie zdenerwowany i ożywiony, unosząc nieco do góry głowę.
Po czym dodawał, -dzisiejsze czasy cechuje zacofanie technologiczne, pozorny katolicyzm na pokaz i etatystyczny socjalizm. Czas z tym skończyć, i z tymi telewizyjnymi kukłami z gumowymi twarzami pokrytymi pudrem, które bełkoczą do nas wtłaczając w nasze umysły propagandę i kłamstwo.
--------------------------------------------------------------------------------------------------------------------------------------------------------------------------------------------
Spotkanie z Inkwizytorem
Rozmowa na początku nie kleiła się. Arysto myślał czemu to znany kiedyś polityk Leszek M. milczy kiedy codziennie zamarza pięciu albo dziesięciu bezdomnych. Inkwizytor natomiast coraz bardziej pijany nic nie robiąc sobie z towarzystwa innych ludzi siedzących przy sąsiednich stolikach, krzyczał prawie, wyciągając jednocześnie prawą ręką z teczki papiery i machając nimi przed nosem Arysta. Krzyczał -tu ich wszystkich mam, tych picusiów z platformy, o tu zobacz, tego...picka jednego głuptaka - i pokazywał ściśnięty palec wskazujący lewej ręki, -a tych wszystkich innych dupków, picków platfusów, i pozostałych gamoni o tu- pokazywał zaciśniętą pięść lewej dłoni, aż ta nabiegła krwią.
-O tu, parz jak mówię, żerz- wykrzykiwał głośniej - patrz, a czego nie wiem, to wymieniamy się z ..., albo chłopakami z cba, ha ha ja mówię o przeszłości a oni o teraźniejszości. Ha, widzisz-
Następnie zaczęli śpiewać “Kwiaty mojej miłości nigdy nie powrócą”, a Inek zaczął opowiadać,
-ja bym ich tak wszystkich w mojej pracy obcęgami rozżarzonymi do czerwoności ze skóry a potem z ciała obdzierał, żeby zerwać ze ścięgnami i z ciałem to co oni tam ukrywają w sobie, te wszystkie ich tajemnice, ich sekreciki małe zasrane, poukrywane w komórkach ciała, zakamuflowane, zakiblowane, aaaa A, ja bym ich na maszyny do łamania kości pozabierał, i tam łamiąc kości, uwalniał te wszystkie ukryte tajemnice, pochowane nawet przed samym sobą, mój przyjacielu. Obcęgami ich wszystkich ściskał, miażdżył i rozrywał, mój przyjacielu.
Nazywał A. Przyjacielem, ale zapomniał widać jak na początku lat dziewięćdziesiątych w barze mlecznym na rogu Łobzowsiej jako młody początkujący pracownik bezpieki bezczelnie się w niego wgapiał i prowokował żeby mieć pretekst do zatrzymania Arysto, -widać musiał zabrać kogoś na przesłuchania bo takie miał wytyczne, i jakoś nie poznał wtedy swojego “starego przyjaciela”. Było to podczas jakiegoś spotkania związanego z NATO albo coś w tym rodzaju [autor już nie pamięta].
Wędrowali tak z knajpy do knajpy, i z pabu do pabu, do późna w nocy, Inkwizytor gadał, a Arysto słuchał, zwykle przytakując. Na koniec Inkwizytor powiedział
-tylko nie myśl, że się ciebie boję, bo tam ten twój jakiś kuzyn, Czwarty, albo któryś w państwie tam kiedyś, który prowadził Grubego Bolka, Grubego Bolusia na smyczy prowadził, na pasku jak pokojowego pieska jamnika albo pudelka prowadził, Bolusia Cycusia - tu czknął, i zatoczył się lekko.... Którego Dalaj Lama w Warszawie za wąsy wyszarpał, o ale się spiłem-
--------------------------------------------------------------------------------------------------------------------------------------------------------------------------------------------
Idąc do domu Arysto modlił się aby Inkwizytor przypadkiem nie zgubił jakichś papierów albo komórki.
Śmieszyły go też, nie wiadomo skąd pochodzące opinie, że rodziny ludzi których kuzyni mieli jakiś związek z bezpieczniakami i bezpiecznictwem, byli szczególnie ustawieni.
Ze swoim dalekim kuzynem, “Czwartym”, a może “Trzecim”, jak go nazywał Inek, rozmawiał raz w życiu podczas uroczystości rodzinnej, kiedy obaj byli mocno pijani, i wtedy ten opowiadał mu coś na temat “Bolusia”.
Raz czy dwa rozmawiał też z krewniakiem swojego ojca pracującym w bezpiece, w tym konkretnie z kuzynem bezpieczniakiem pracującym jako jeden z dowódców ochrony dawnego komunistycznego rządu. Nic ze związków rodzinnych nie miał. Może dlatego że od dziecka intuicyjnie nie znosił komunizmu.
Choć może jednak jakąś ochronę otrzymywał, ale o tym nie wiedział. Wracając do domu zdecydował się na spotkanie i rozmowy ze starszym panem Ygrek. Nie wiadomo kiedy, lody z jego strony zostały przełamane.
A idąc pustymi ulicami odwiecznego, starego jak świat miasta śpiewał
"pliz de mifju, aj hopju ges majn nejm,
uhu uhu
ktooo zabijał trubadurów na drodze do Bagadu...
uhu! Uhu!"
a głosy pijackiej piosenki odbijały się od ścian starych kamienic.
Wykrzyknął jeszcze w stronę nieistniejącego Inka
yu hopju ges majn nejm,
o je!
Po czym wtoczył się do bramy kamienicy, zderzając się prawie z idącym po świeże bułeczki A. Arysto nagle wytrzeźwiał i stojąc w bramie rozmawiali przez moment . Następnie Arysto, pożegnał się z panem A. Życząc mu miłego dnia i poszedł do domu. Położył się w ubraniu spać. Spał krótko.
Po południu wyszedł. Można go było zobaczyć idącego ulicą Grodzką.
---------------------------------------------------------------------------------------------------------------------------------------------------------------------------------------------
Arysto wysłuchuje spowiednika
Zastukał do drzwi Ygreka, rozglądając się nieśmiało dookoła, po chwili drzwi uchyliły się nieco i w szczelinie ukazała się skupiona twarz Ygreka. -Zapraszam do środka -powiedział
- mam panu wiele do powiedzenia- I uśmiechając się tajemniczo, dodał- nie chcę aby wszystko co wiem poszło razem ze mną do grobu. A przecież żadnemu lewicowcowi, nie uwierzą, panu może prędzej.-
Arysto wszedł powoli do środka, po czym drzwi zamknęły się.
Z radia a może starego magnetofonu dobiegał głos Micka Jagera
"sam kartezy, sam sympaty,... sam tejst"
- o starszy pan lubi “Roling Stonsów” - pomyślał Arysto
Gdy już siedzieli w pokoju, przy stole przykrytym niemodnym, ale czystym białym obrusem, Ygrek mówił, mówił i mówił, a Arysto, słuchał, a potem zaczął notować, żeby to wszystko nie uleciało mu z głowy.
Ygrek mówił, mówił, mówił, mówił o czasach gdy dopiero zaczynał, wtedy kiedy wzbudzali jeszcze strach i nienawiść, i o czasach gdy społeczeństwo zrobiło się demokratyczne i zaczęli przychodzić na wyścigi do firmy dostojnicy kościelni, artyści, a potem działacze opozycji i ludzie mafii, donosząc na swoich przeciwników i rywali. Opowiadał o Zapalniczce i Płomieniu, o Greyu-Wysockim i innych młodych klerykach przesiąkniętych nienawiścią do kościoła i religii, mówił o tym jak pierwszy raz przyszedł do niego Galaretka , i jak zjawił się Modelina, a zaraz po nim Plastelina i Plastuś.
A on biedny musiał to wszystko wchłaniać w siebie niczym gąbka cały ten jad i ludzką nienawiść, te wszystkie brudy świata.
Tą chciwość, słabość, i żądzę władzy, stając się ich spowiednikiem, spowiednikiem bezwzględnych katów. W wolnych chwilach czytywał “Zniewolony umysł”, zaiście podręcznik elegancji i wyszukanych manier, -czy Miłosz by to wytrzymał,- myślał wtedy, patrząc na twarze przepełnione najgorszymi ludzkimi odruchami. Ja spowiednik spowiedników, i ich przełożonych-mawiał w myślach o sobie, nazywany przez kolegów z pracy Spowiednikiem Diabła.
Podczas kolejnych wizyt pod “numerem szesnastym”, Ygrek opowiadał życiorysy, B. C. D. i kolejnych. Życiorysy bardzo typowe. Plastelinę złapali trywialnie na lotnisku, gdy chciał przewieść parę par pończoch i jakieś niezłe perfumy, dla swoich dwu kochanek, -młodym trudno w to uwierzyć, ale wyjazd za granicę nie był kiedyś łatwą rzeczą, a nielegalne przewiezienie paru par pończoch mogło zostać ukarane jako przestępstwo.
Inni byli pedofilami i za pozostawienie ich na wolności, i nie ujawnianie przykrych faktów gotowi byli na wszystko. Jeszcze inni woleli chłopców, albo wchodzili w niejasne, brudne interesy ze światem przestępczym. Zdarzali się też tacy, którzy przychodzili sami, albo dzwonili, donosząc na aktualnych i potencjalnych konkurentów kosząc w swoim otoczeniu wszystko co wyrasta nad ziemią choć o wysokość palca.
Oprócz słabeuszów i tchórzy, i tych którzy donosili w celu zlikwidowania konkurencji, zdarzali się też i tacy którzy robili to z nienawiści do kościoła katolickiego, i religii. Dziwili Ygreka, po co tam poszli, czy zawiedli się na Bogu jakiego wyobrażenie nosili w swoim umyśle?
F. należał do takich, wtedy młody kleryk, dziś całkiem wysoko stojący w hierarchii kościoła. On Ygrek, najbardziej szanował ideowców, tych którzy byli wzywali na rozmowy wyjaśniające.
Zbuntowanych i działających często wbrew hierarchii i władzom kraju, księży.
Bywali też i tacy, szlachetni i nieprzekupni.
Na koniec pan Ygrek chciał mu wręczyć jakieś stare papiery i dokumenty, przed czym jednak Arysto wzbraniał się bardzo mocno, i zdecydowanie odmówił.
Resztę dopisało życie.
Autor kończąc pisać opowiadanie usłyszał w radiu głos spikera mówiący:
-ujawniono kolejny kontakt operacyjny w kościele katolickim, ale generał Kiszczak z pewnością oczyści go i rozgrzeszy- mówiła słodkim, beztroskim głosem głosem spikerka.
-Właśnie hierarchowie kościoła poprosili go o to- dodała jeszcze.
Arysto z niesmakiem wyłączył radio i sięgnął po telkom starą zieloną Nokię leżącą na łóżku.
--------------
Uwagi autora:
Inkwizytor- postać złożona z dwu albo z trzech
numer szesnaście, -wymyślony
Wcześniejsza nazwa opowiadania "Pokazywanka".
Opowiadanie wysłane wcześniej na jeden z Wrocławskich konkursów, którego tematem był 'mężczyzna".















