iThink.pl - dziennikarstwo i publicystyka

Menu

Logowanie/Rejestracja

[?] Rejestracja
Logo

Kategorie

Dodaj Artykuł

Artykuł

Hyde park / Twórczość
+ - 0

Księga Rozczochrańca

10 03 2009 "Cyberius" czyli Zee Jop Artykuł był czytany 983 razy

"Księga Rozczochrańca" to fragment opowiadania "Czarne Koło".

  • Komentuj
  • Wyślij do znajomego
  • Drukuj artykuł
  • Wersja do łatwego czytania
  • Dodaj do ulubionych
Szukał przez chwilę wzrokiem jakiejś czynnej budki telefonicznej, nie będącej na dodatek na podsłuchu władz.
Chciał zadzwonić do znajomego żony z pracy , żeby dowiedzieć się, jak się ona czuje, a potem  zadzwonić jeszcze  do przedszkola  i porozmawiać trochę z przedszkolanką o swoich dzieciach. Tak, miał dwójkę dzieci, najwięcej na ulicy, a pozwolenie na nie dostał w czasach   prosperity i chodów w miejscowej radzie.

Kiedy to było? Dobry pracownik, świetnie zapowiadający się aktywista ruchu obywatelskiego, mającego być czymś w rodzaju przedłużenia ręki władz w społeczeństwie, jej okiem i uchem.
Zauważony w klubie ze szklaną lufką w ręce, lufką która mogła służyć do palenia tytoniu lub innych substancji psychoaktywnych. I wtedy wszystko nagle upadło. Wstydzi się,  kiedy przypomina sobie o tym, bo jemu nikt już o tym nie mówi. Stara historia pomyślał  i pociągnął z małej buteleczki dość spory łyk, następnie zakręcił ją uważnie, i schował niedbale domowej roboty łyskacza, do kieszeni wytartego płaszcza. Rozejrzał się w około, nikt na niego nie patrzył. Był wściekły,

Co za cholerny świat! mruczał do siebie. Kolega z pracy żony,  wie więcej o niej, i spędza z nią więcej czasu niż on.q..ski świat, krzyknął prawie, dobrze że przynajmniej mogą  jeszcze na noc wracać do domu. Co prawda domy, ziemia, narzędzia produkcji i komunikacji, wszystko jest wspólne - w duchu nowego humanizmu, a naprawdę  należy do  władz. Nawet żona lub mąż były naprawdę w duchu nowego humanizmu, wspólne, "czyli należące do Kosmicznej Matki Materii  - Gai, i w każdej chwili dekret urzędników miejskich, mógł odebrać żonę, męża, albo dziecko, "niegodnemu". Pretekstów było wiele. Za zły dotyk, za złe spojrzenie, złe słowa, lub nawet za złe myśli. Ale w innych krajach Gai [Gei] było jeszcze gorzej, tam nawet żony, mężowie i dzieci, nie wracali już na noc do domu

Każdy mieszkał w miejscu pracy,  za wyjątkiem wyrzutków takich jak on. Po wspólnej kolacji i modlitwie szli do łóżek spać. A rano na dźwięk dzwonków  wstawali, aby pracować dla Wielkiej [obłąkanej]  Idei, czyli ekspansji Nowego Humanizmu we wszechświecie. Najlepsi,  lecieli w nieznane. W starych  blaszanych skorupach, niby zapeklowane puszki konserw, trochę otoczonego zardzewiałym metalem białka.  Wcale nie przypominali ptaków, raczej jakieś niezdarne  dziwolągi będące mieszaniną żelaza i organicznej materii, zupełnie jak bio-roboty.

Każdy naród miał inne normy, najgorsze i  najbardziej wyśrubowane mieli Niemcy i plemiona  germańskie. Przez pewien czas władze planowały stworzyć "planetarne bractwo".  Francuzi mieli się mieszać z Niemcami, a rozmawiać mieli ze sobą po hiszpańsku. Polacy mieli się mieszać z arabami, i żydami, a  mówić po rosyjsku. albo chińsku.

 Oczywiście to wszystko było bardziej zróżnicowane, kraje podzielono na segmenty, i każdy segment miał mówić innym językiem i mieszał się też z inną nacją. Jednak próby stworzenia nowego człowieka, i nowej planetarnej rasy okazały się nie efektywne.
Ludzie wśród swoich pracowali wydajniej, i wytwarzali więcej. A jeszcze więcej,  gdy mieli nad sobą nadzorców mówiących ich językiem, i znających ich obyczaje. A że nauka czytania i pisania zanikły, to i nauka języków podupadła, a w rezultacie eksperyment hodował jakieś dziwne miksy, nie potrafiące się nawet porozumieć często między sobą. Na skutek eksperymentów ludzie zamiast łączyć się, podzielili  się na komunitarne plemiona i szczepy. Największą inwencje wykazali Niemcy, dzieląc się na dwieście osiemdziesiąt szczepów i plemion.A na ich terytorium powstało około osiemdziesięciu nowych języków. W pewnym momencie, nawet władza, przestawała to wszystko ogarniać

A zaczęło się  niewinnie, od krachu światowej gospodarki, ręcznie sterowanej przez rządy. Najpierw  przyszedł krwawy  terror poprawności politycznej i alert stanu wojennego, spowodowany rzekomym zagrożeniem terrorystycznym najwyższego stopnia,  i  atakami hakerów na giełdy . Potem neurokomunizm, i dogmaty naukowej teologii. Społeczeństwem kolektywnym jest łatwiej sterować, myśleli posiadający władze w krajach planety. Kreowali więc bunty zwalnianych z pracy  robotników, i jak zwykle ci którzy pracowali dla służb stawali na ich czele. Na wiecach i demonstracjach krzyczeli:

"domagamy się wspólnej własności!! dość ze zgniłym liberalizmem"

 albo: "razem jesteśmy silni"

Biedacy nie wiedzieli, że ci sami którzy rządzili nimi wcześniej, przeprowadzali kolejną korzystną dla siebie transformację
Poletkiem doświadczalnym tym razem była Grecja, następnie kolej przyszła na Bułgarię, Litwę, Islandię, i Łotwę..
Powstała jedna światowa waluta i jeden globalny rząd [aby niby łatwiej zaradzić trudnościom]. Oczywiście terroryści  rekrutowali się ze służb specjalnych, lub byli co najmniej z nimi powiązani.
Niewiele czasu po tym, rządzący planetą stali się czymś w rodzaju feudalnej klasy,  uważającej się na dodatek za odrębną i wyższą rasę.

W tajnych laboratoriach, biolodzy i genetycy pracowali nad stworzeniem rasy panów, poprawiając materiał genetyczny rządzących, i ulepszając  rasę pracowników pod katem ich użyteczności. W obu przypadkach eliminując nie pożądane elementy,  a wzmacniając takie, które uważali za korzystne.
Przycinali ludzi jak drzewka w ogródkach, albo żywopłot na wiosnę,  dlatego też biolodzy i genetycy  byli nazywani "ogrodnikami"
Najgorszy los czekał tak zwane odpady, czyli ludzi którzy nie klasyfikowali się do żadnej rasy, wcześniej słabych, chorych i mało wydajnych oczywiście usypiano już po testach. Teraz w ramach oszczędności, służyli jako dawcy organów, czekając w szpitalach na swoją kolej, razem z w tym celu hodowanymi klonami. Nauki medyczne poszły bardzo od przodu. 
Dwudziesty piąty lipca, stał się najważniejszym świętem planety. 25 lipca to był dzień w którym uśmiercono pierwsze chore dziecko w 1939 roku. Święto nosiło nazwę Dnia Naukowej Teologii. Innym ważnym świętem było święto Socjalnej Troski i Pochylenia nad rasą pracowników. To z kolei obchodzono w dzień kiedy Bismarck jako pierwszy łajdak, obrabował fundusze robotników w Niemczech, i państwo bezkarnie przejęło cudzą własność.

Ogarnął go buntowniczy nastrój, ale wolał uważać.
Przeszedł szybkim krokiem na drugą stronę mostu szczytnickiego,  ponieważ na tamtym pasie ruchu były zepsute łapaczki, w slangu nazywane "chłopaczkami".
Łapaczki czyli  łapacze myśli, -dzięki łapaczom  władze kontrolowały czy obywatele nie maja złych myśli. Złe myśli to był taki krytyczny rodzaj myślenia wobec władz, systemu i rządu. I kiedy taki łapacz cię namierzył, powtarzał monotonnym głosem:

"zostałeś złapany, zostałeś złapany, jesteś namierzony"

co brzmiało cholernie irytująco.Wtedy stawałeś w miejscu i czekałeś aż przyjedzie policja myśli. Przyjeżdzała zwykle do piętnastu minut.
Minął go jakiś prawdata, podobny na oko  do policjanta, gdy on  przechodził na druga stronę ulicy. Prawdata ubrany był  w czarny worek pokutny z kapturem, i z dużym napisem na plecach:

BLUŻNIŁEM MÓWIĄC PRAWDĘ,- PROSZĘ WYBACZCIE MI ZGORSZENIE, JAKIE UCZYNIŁEM WOBEC WAS.
o maluczcy !!!

i idąc powoli,  powłócząc  nogami, uderzał się prawą pięścią w pierś,  powtarzając monotonnym głosem:

moooja wi na mooja wina....moja bardzo...zgorszyłem,...o jak bardzo...o

-jęcząc przy tym niemiłosiernie  i stękając,  jakby odmawianie formuły skruszenia sprawiało mu cierpienie

Prawdzianie wyróżniali się tym że mieli taki okropny, beznadziejny wprost nawyk mówienia prawdy. Nie umieli widać biedacy kłamać, -przez co szokowali często otoczenie w którym żyli, i stawali się dla  niego uciążliwi, jeśli nie nie znośni.
Ale wystarczył jeden telefon do biura poprawności i wszystko wracało do normy.Ten mały telefonik zmieniał ich świat w jedej chwili  Wypędzony z wyznaczonego przez władze zgodnie z klasyfikacją społeczną domu, musiał włóczyć się, w czarnych szatach przypominających worek, i z piętnem na czole. Sypiał gdzie popadnie, a jedzenie zdobywał na śmietniku.

Zaraz za nim,  jakby go śledziła, przechodziła pielęgniarka  uliczna, tak zwana "street sister",  w slangu nazywana  "ulicznicą".
Ale nie było nic śmiesznego w instytucji ulicznicy.Ulicznica była panią życia i śmierci. Jeśli nie zrobiłeś obowiązkowych badań corocznych, a nawet jeśli zrobiłeś, i nie przedstawiłeś sprawozdania przed Wysoką Izbą, [ -oczywiście nie osobiście, ale wysłanego droga pisemną oświadczenia, kto by takich malaków, małaczków i szaraczków chciał przyjąć w Wysokiej Izbie Ludowej?], to mogłeś mieć spore problemy.
Aha, same siebie 'striterki"  nazywały "śliczne -uliczne", lub ślicznymi siostrami, -i tak do siebie mówiły.

Jeśli następnym razem wymigał się taki od powszechnych, jawnych i obowiązkowych badań, to niestety uznawano go za  poważnie chorego  i niebezpiecznego  dla społeczeństwa, a  przeznaczano takiego zwykle do uśpienia, czyli eutanazji.
I dla takich opieszałych jak on,  siostra uliczna była kimś w rodzaju rakarza usypiającego bezpańskie psy. Psy za którymi nikt się nie wstawi i nie ujmie. Bezdomne i bezpańskie.Włóczące się bez celu po ulicach miasta.
Kartę badań należało tez nosić stale przy sobie. Po co? Nie wiadomo. Przecież wszystko było zapisane w mikroczipach
Grupa krwi, i stan narządów wewnętrznych,  mapę genetyczną, klasyfikacje, numer i  identyfikację, przeznaczenie społeczne, stan zdrowia, przebyte choroby, itd.

I kiedy jakiś dostojnik potrzebował nagle któregoś narządu, mogłeś zostać zgarnięty z ulicy do szpitala w każdej chwili, co ludzie nazywali "łapankami". Jak wyglądała łapanka? Zwyczajnie. Czujniki namierzały ludzi o największej zgodności narządów z biorcą, i wtedy... zaczynała się "łapanka" albo "branka", a lekarze wraz z policją otaczali teren i ścigali umierającego nieszczęśnika aż do skutku. Czasami zdarzało się że ten wiedząc o swoim przeznaczeniu umierał ze strachu na zawał lub wylew. Albo stał sparaliżowany bez ruchu i czekał nie mogąc się ruszyć  z miejsca.

Idąc myślał o książkach z "czasów wielkiego absurdu i zamętu" , które podtykał mu dziadek gdy był jeszcze dzieckiem, i razem z rodzicami mieszkali u niego  w Chorzowie, a potem w Siemianowicach,  -dokąd dziadek się przeniósł. Książki propagowały idiotyczne typy osobowości, i chorych ludzi, którzy zamiast wykonywać sprawnie swoją pracę,... mieli do spełnienia jakąś urojona przez siebie misję. Lekarze zamiast leczyć, mieli misje, i nauczycielki zamiast uczyć miały do spełnienia misję. Takie chore życiowe postawy propagował  między innymi niejaki Żeromski [?]  [Żeroński?, albo Żeranski] jeśli nie pomylił nazwiska. W innych państwach jak w Anglii lekarze po prostu leczyli, a nauczyciele uczyli, bez skrzywiania charakteru, i marnowania swojego życia, i  niepotrzebnych niczemu i nikomu "siłaczek"

Straszne to było i pokraczne. A jakie wynaturzone.Całe życie, to jedna wieka pomyłka, porażka i oszustwo, a następnie replikacja szkodliwych sposobów zachowań na następne pokolenia, żeby klątwa i czary działały nadal. Prawie tak beznadziejnie jak teraz w Nowym Ładzie Powszechnym.
No aż tak, to może nie Złapał się na tym, że ostatnio lubi  przesadzać, i narzekać.


Wszedł do kościoła, aby złożyć wyznanie wiary, i pomodlić się, -naprawdę to był zmęczony bezsensownym łażeniem po mieście, ale nie chciał wydawać pieniędzy na kawiarnie. Ukląkł w trzecim rzędzie, miedzy staruszkami, a sympatyczną dziewczyną, i patrząc na nią, zaczął recytować wyznanie:

wierze w wielką  boską siłę maszyn,
i kreatora którego duch jest ukryty w maszynie,
czcze materię jako jedyną, i nic poza nią nie widzę
Nowej teologi nauki,
pokłon, i pokłon przed duchem w maszynie,
i przed wielkim Karolem Darwinem, który prawdę nam objawił
jako prorok

w tym czasie kiedy wierni bili pokłony, kapłan wchodził trzymając w obu dłoniach złoty podobny do pieniądza owalny przedmiot,
śpiewając:
-otoo jeest syym bol atomu materii, najświętszego ze świętych, a poza biologią niiic nieeee maaaa-
-nic nie ma nic nie ma nic nie ma-  odpowiadali na klęczkach wierni

Wierni już  wstawali,   a wcześniej  klęcząc całowali kapłana w rękę, odnawiając jednocześnie akt przysięgi wobec władzy,
recytując kilka pierwszych formułek,

urodzony dla ludowej władzy,
jako elektron wielkiego atomu
wychowany w posłuszeństwie
wobec Wybranych przez
Kosmokreatora Matriksu
świętej  materii, której tajemnice
wyjawił nam
Karol Darwin,.....

i tym podobne pierdoły, ale jemu zależało żeby posiedzieć jeszcze w Kościele Nowej Wiary Powszechnej, bo w nim było cieplej niż na zewnątrz, szedł więc w stronę kapłana na kolanach powoli jak tylko mógł . W końcu pocałował kapłana w kolano i jego leniwą i pulchną rękę, czując okropny niesmak, a kapłan gwałtownym ruchem spoglądając jednocześnie na zegarek wyprosił go na zewnątrz, wskazując drzwi.
- My też pracujemy na godziny przeliczane potem  na punkty , nie myśl sobie cwaniaczku-, rzucił gniewnie w stronę jego pleców.

Wychodząc z kościoła  usłyszał płynące z charczącej szczekaczki, południowe prognozy horoskopowe dla znaków zodiaku[ocenzurowane] i przewidywany  stan stężenia powietrza . Wszystko tu było nieprawdą. nawet internet został zakazany, ponieważ emitował zbyt dużo co2 do atmosfery.!!! A korzystanie z jego usług wymagało wielu pozwoleń i koncesji.                     Takiemu jak on na pewno by ich nie wydali.

 


Pigusek zamknął zeszyt i owijając go w delikatną tkaninę schował pod łóżko.

-Co ci wariaci wyrabiają, nie dość że przeszkadzają mojemu Złomkowi, to jeszcze hałasują, a może nawet demolują nasz komputer tymi swoimi głupackimi grami- pomyślała.  Wyciągnęła z lewego ucha słuchawkę mptrójki [prawa słuchawka  była uszkodzona] na której właśnie słuchała 
                            "aut sajd of de dor"
 swojego ulubionego kawałka "Kenów", i położyła się na łóżku. Do wieczora pozostało jeszcze sporo czasu.. Uwielbiała słuchać 'Kenów" szczególnie leżąc na łóżku, i  kiedy marzyła o swoim Złomku, i ich wspólnym przyszłym domu na wsi. 





MAGICZNA KSIĘGA WOJNICZA


 
Złomek siedział przy starym dębowym stole, i rozmawiał z kolegami, kiedy właśnie zadzwonił telefon. Zasłony w pokoju były zasłonięte, tak że do środka wpadały jedynie smugi światła, oświetlając ich  twarze,  -a reszta pokoju pogrążała się w ciemnościach, jeśli nie weźmiemy pod uwagę światła jakie dawał ekran starego monitora.
 
Spierali się na temat Księgi Wojnicza, a on  uważał że ma najwięcej do powiedzenia, pilnując jednak żeby nie powiedzieć zbyt dużo, i nie zdradzić wszystkich tajemnic.Energicznym ruchem wstał i następnie zaczął chodzić po pokoju, gestykulując przy tym dla nadania sobie powagi.
Mówił:  -i tak,hm. Księga powstała w jakimś starym zaginionym języku albo narzeczu, prawdopodobnie obodrzyckim, drzewiańskim, lub staromorawskim....

-w grę jeszcze wchodzi język Pieczyngów, lub może zagubionego tajemniczego ludu zamieszkującego południowe wybrzeże Bałtyku, dzięki któremu język kaszubski, i drzewiański,  różni się od polskiego,  jemu też zawdzięcza dużo język jakim posługiwali się  Jaćwingowie, Prusowie, a do dziś Litwini-dodał Stanisław

-A czy nie jest to przypadkiem sarmacki?  -powiedział piskliwym głosem  Młodszy Brat, patrząc na leżąca  na stole paczkę papierosów. - No  mała grupka sarmatów, czy jak ktoś woli Scytów, przetrwała gdzieś na Jurze, może mieszając się z celtami, tworząc własny język i kulturę, a ostatni zgasił światło, zapisując w stworzonych przez nich języku magiczną "księgę"
-czyli gasząc  zapalili jednocześnie, -skończył za niego Stanisław


Łgał Złomek , w żywe oczy łgał  jak pies, bo wiedział jak i wszyscy, że Księga została napisana przez jednego z ostatnich wtajemniczonych w wiedzę wyznawców naszej rdzennej starej religii. Wbrew postanowieniom ostatniego  wiecu wolnych  plemion w Stradowie . Wiec postanowił, że wszystko co nie zostanie zniszczone przez okupanta podczas wielkiej wojny, zostanie zniszczone przez samych wyznawców, aby żadna tajemnica nie dostała się w ręce wroga.

 A i tak już dostał się ich ręce magiczny  Miecz, który wcześniej wędrował wśród "zerwanych", by potem zostać w rękach plemienia Lęchów. Historia tego miecza była taka: najpierw miecz dostawał się w ręce zwycięscy Wielkiej  Trzeby lub Wielkiej Trzyzny, jaka odbywała się po śmierci wielkiego wojownika lub w rocznicę śmierci wielkich bohaterów "zerwańskich", i przebywała w jego rekach aż do następnej olimpiady.
 Następnie miecz wędrował po plemionach słowiańskich, w każdym przebywając  po jednym pokoleniu. Na skutek nieznanych wypadków [ może pokonania Awarów?- jako nagroda?  ]  został w rękach Lęchów, najgrożniejszego ludu  ze słowiańskich plemion i wędrował wśród ich szczepów.
Inna wersja opowiada, że został dany w prezencie przez plemiona Nowogrodu Wielkiego [wtedy nazywały się inaczej] plemionom lechijskim w ósmym albo dziewiątym wieku, czyli całkiem nie tak dawno. Miecz miał być stary jak świat, a inskrypcje w nieznanym języku o tym świadczą. -na skutek małego pęknięcia, albo "szczerby" powstałej w czasach Chrobrego, kiedy to według legendy Chrobry miał nim stukać w bramy Kijowa zyskał swoją nazwę.

Niszczyły więc szybko wszystkie stare księgi, święte symbole i znaki, i wszystko co tylko można było zniszczyć, oddziały wojsk obrońców  zgromadzone w okolicach Stradowa i Chodlika,   -terenów które zostawały jeszcze   w rękach powstańców z najdzielniejszym Bolesławem nazwanym póżniej " Zaginionym" lub "Wyklętym". Inne mniej cenne i wartościowe przedmioty  zakopywali nocą aby w lepszych czasach wydobyć je z ziemi.
Pozostałości spalili w wielkim ognisku gdy okupanci wraz z grupą zdrajców zdobywali święte wzgórze w Stradowie, a w Krakowie padł kopiec wróżów.


Wg. legendy Bolesław popełnił wtedy samobójstwo, a jego ciało wrzucili wojownicy do wielkiego ogniska, aby nie dostało się w ręce wroga, wg. innej historii, część powstańców przedarła się przez pierścień wroga i ucieka gdzieś w góry świętokrzyskie, po czym ślad po nich zaginął. a ich potomkami mieli być miedzy innymi słynny Zawisza Czarny, i arianie.
Ale jeden z  wróżów nie wytrzymał i "chlapnął", może nie chlapnął,  wiedza przekazywana była w sposób tajemny i płynęła z ust do ust. Potem parę stuleci później ktoś to musiał  wypuścić z rąk, i księga zapisana  w zaszyfrowanym języku wyszła niejako na zewnątrz do niewtajemniczonych.. 

Stanisław siedział cicho, jego matka nazywała się z domu Wojnicz, i była spokrewniona zarówno ze słynnym profesorem astrologi i astronomii Michałem   Wojniczem, jak i z rewolucjonistą i buntownikiem, Michałem Wojniczem z Grodna,  do którego rąk trafiła Księgą. A jego dziadek miał nawet odwiedzić kiedyś jeszcze w latach dwudziestych  ubiegłego wieku antykwarystę, kiedy wracał do domu "z ameryki", gdzie  pojechał aby się dorobić.W jakim mieście mieszkał wtedy Wojnicz, Stanisław nie pamiętał.

Znowu zadzwonił telefon, i kiedy odebrał go  Złomek mówiąc do słuchawki przeciągłe  - haaaloo...haaalo!,
 -wyraźnie nie zadowolony że ktoś przeszkadza im w rozmowie,
  tajemniczy głos w słuchawce powiedział:
  -dziś wieczorem zbiera się Czarne Koło, spotykamy się w umówionym miejscu,
po czym rozłączył się. W pokoju zapanowała głucha cisza,  jakby ciemności było za mało, bo zrobiło się ciemno i głucho.


Mały rys Złomka z Chłodnicy Górskiej.


               
                      i     KSIĘGA ROZCZOCHRAŃCA.

Złomek był pierwszym który wpadł na pomysł wykorzystania "Księgi Rozczochrańca", choć skany albo xero odnalazł w bibliotece Maurycy. Wszyscy oczywiście próbowali odszyfrować księgę z Rohańca, bo tak się naprawdę nazywała, ale żadnemu z nich się nie udało.
Wtedy Złomek wpadł na pomysł aby do pracy zaprzęgnąć komputery, i kryptologię. Poszedł do jakiegoś swojego znajomego naukowca i poprosił o stworzenie programu mającego mu pomóc w odczytaniu księgi. Naukowiec siedział przy giga komputerze na Miasteczku w sobotnie wieczory gdy całe miasteczko imprezowało, i przy okazji niejako opracował kilka wersji  programu szyfrowego i aż trzy jego wersję, [jedną 52 bitową, drugą 112 bitową, i trzecią zdaje się 164 bitową[?] ] ponieważ miał wątpliwości która z nich jest najlepsza. Złomek wziął wszystkie trzy i wszystkie trzy postanowił wykorzystać. Jakiś czas póżniej wpadł na pomysł żeby urżwać  w komunikacji ze swoimi znajomymi z Monarchii Lęchijskiej  zaszyfrowanych informacji. Dalej sprawy potoczyły się błyskawicznie. W ramach monarchii lęchijskiej i " Wolnego Miasta Kraków"    będącej jego częścią,  postanowili utworzyć tak zwane "państwo alternatywne", czyli alter-państwo.
 Z własnym tajemnym obiegiem informacji i własną alternatywną wymianą towarów i usług.Stworzyli też własny system walutowy,  "Złotego Kraka", opartego na grzywnie piastowskiej. Złoty Krak, był walutą przeliczeniową, przeliczaną na złote, funty, franki szwajcarskie, dolary lub euro. Przeliczany też był na godziny pracy,  czyli czas w zależności od umowy.

W Alternatywnym podziemnym   państwie, uczestnicy wymieniali między sobą towary i usługi. Jeden z nich miał na przykład sklep spożywczy, drugi zajmował się sprzedażą komputerów i telfonów, trzeci z nich remontował domy, inni zajmowali się handlem.
Oprócz przesyłania zaszyfrowanych informacji za pomocą internetu , interesowali się jeszcze przesyłaniem zaszyfrowanych informacji prze telefon.

Państwo obok Krakowa, miało kilku sympatyków w Szczecinie, Łodzi i na Śląsku.A jego działania wykraczały czasami poza ekonomię. Jedna z głośniejszych była sprawa ślubu dwójki "alterów" Polaka i Czeszki [Słowaczki?], ślub urządzono dokładnie na linii granicznej pomiędzy dwoma państwami, ona wyznawała chrześcijaństwo, a jej przyszły mąż buddyzm, kapłan udzielający ślubu był poganinem, a para świadków, to kobieta agnostyczka, i jej chłopak ateista. Niektórym z nich marzyło się absolutnie uskrajnienie i odwrócenie wszystkiego,  i marzyli żeby na przykład jeden ze świadków był mężczyzną który zmienił płeć na kobiecą, a kobieta, drugi świadek była wcześniej mężczyzną, a oboje transseksualistami, lub przynajmniej  transwestytami.

Co ciekawe jedni w tym zdarzeniu widzieli uskrajnienie i odwrócenie wszystkiego, a inni absolutne połączenie przeciwieństw i powrót do stanu całkowitej równowagi. Niektórzy skrajni wyznawcy alter państwa, chcieli aby wszystko było zaszysfrowane,
tajne małżeństwa, wyznawana religia, imiona, nieznane  dla niewtajemniczonych. Większość jednak ograniczała się do ekonomi.
To wszystko dzięki Złomkowi, a on jest niedoceniany w środowisku znajomych!
A teraz kiedy "Alter państwo" straciło swój impet a w jego miejsce powstało "Czarne koło",   jeszcze bardziej Złomek wydawał się niedoceniany przez kolegów.
Prawda była zupełnie inna, otóż od czasu gdy poznał Piegusa [Pieguska] zapomniał prawie całkiem o Alter państwie.
Raczej marzył o stworzeniu wspólnego  "państwa" z Pieguskiem, państwa "marsjańsko wenusjańskiego"


Maurycy siedział w domu i pisał opowiadanie które zatytułował:

NIEMIECKA POLICJA W MUNDURACH MO, i ORMO

M. czytał w internecie artykuł jakiegoś narodowca, marzącego o działaniu niemieckiej policji w Polsce, i wpadł na pomysł może nie na napisanie powieści, ale na małe opowiadanie.

Niemcy w ramach unijnych rozliczeń za polskie długi,  przyłączyli do swojego państwa Śląsk i Pomorze Zachodnie, a na Śląsku powstał "Ruch autonomi śląska 2",  złożony głownie z przedstawicieli mniejszości śląskiej. Mniejszość śląska będąca tak naprawdę większością,   dążyła do powrotu ziem Ślaska i Pomorza do Polski.Przeciw niej występowała administracja składała się  głównie z przedstawicielami dawnych narodowców 
Inna część narodowców, całkiem spora zresztą,  stała się gorliwymi wyznawcami ruchu "Pan- Europy", dążącego do zamazania wszelkich różnic między narodami, w Europie
Maurycy odmiennie od Złomka,  dostał esemesa o treści" spotykamy się dziś....."
Ze złością przerwał pisanie, nałożył buty, kurtkę, zapalił papierosa, i wyszedł z domu.
Szedł w stronę ulicy grodzkiej


[fragment opowiadania  "Czarne koło" ]


 




+ - 0

Artykuł nie został jeszcze pozytywnie zrecenzowany.

Dodaj Komentarz

Zaloguj się aby komentować. Jeśli nie masz jeszcze konta, zapraszamy do rejestracji.

RSS komentarzy

Komentarze: 0