iThink.pl - dziennikarstwo i publicystyka

Menu

Logowanie/Rejestracja

[?] Rejestracja
Logo

Kategorie

Dodaj Artykuł

Artykuł

Hyde park / Twórczość
+ - 0

Magiczny Krąg cz1

29 10 2009 "Cyberius" czyli Zee Jop Artykuł był czytany 1019 razy
Źródło: powieść.jpg
Źródło: powieść.jpg

Powieść przygodowa, z lekkim zacięciem kryminalnym.

  • Komentuj
  • Wyślij do znajomego
  • Drukuj artykuł
  • Wersja do łatwego czytania
  • Dodaj do ulubionych



Rozdział  pierwszy.

POSZUKIWACZE ZAGINIONYCH SKARBÓW

 W którym postanawiamy odnaleźć zaginione insygnia królów polskich, oraz dawne insygnia książąt wiślan. Oczywiście zakładając że w ogóle były. Co zresztą nie jest wcale takie pewne.
 Dziś, po długiej i męczącej  rozmowie, postanowiliśmy że  wybieramy się na poszukiwania naszych koron i insygniów koronacyjnych, zaginionych podczas zawieruchy dziejów. Pojadę ja, Maurycy, Beebi, i Stanisław. Najpierw do Porzycka, następnie  Włodzimierza, a potem do Karol Sztajn i Berlina. Pojedziemy szukać insygniów lub choćby cienia ich śladów.
Dzień jak dzień, zwyczajny i nic specjalnego nie zapowiadał, na pewno żadnej specyficznej charakterystyki która mogłaby cokolwiek odmiennego  wnosić w nasze życie. Popołudnie, ciepło, sympatyczna  pogoda, puste ulice, i Kraków o tej porze roku, śpiący, albo odpoczywający  przed wieczornym ożywieniem. Na ulicy można zobaczyć zaledwie kilka przemykających  osób,  jakby zagubionych i nie z tej planety. Ludzie pojawiają się nagle wychodząc z bram domów po to tylko by równie nagle  zniknąć w nieodległych sklepach, barach i zaułkach starych średniowiecznych ulic, przy których stoją ukryte nieco przed wzrokiem przypadkowych przechodniów kamienice wykonane z solidnej gotyckiej cegły. 

Mamy kilka książek, całe miesiące szperania w bibliotece jagiellońskiej oraz grzebania w prywatnych zbiorach. No i chyba najważniejsze, -doświadczenia z czasów naszych poprzednich podróży, gdzie bycie podróżnikiem było naszą drugą naturą, a podróżowanie stało sie naszym  prawdziwym stanem. Celem prawie samym w sobie.
Czyli cały nasz kapitał, myślę odrobinę zmartwiony, obserwując jednocześnie radość i  zadowolenie z przyszłej przygody, jakie maluje się na twarzach moich przyjaciół. Cały kapitał.  Oprócz oczywiście drobnej sumy pieniędzy, żeby nie powiedzieć śmiesznej. No i   wolnego czasu, którego w tamtych czasach mieliśmy chyba w nadmiarze. Przyznać trzeba że to naprawdę niewiele.
 
Siedzimy w moim mieszkaniu, jest gorąco i rozmawiamy, na tematy mniej lub bardziej związane  z wyprawą. Rozmawiamy o mapach, starych pamiętnikach i kronikach, i o najróżniejszych fantastycznych teoriach przy okazji. Nie rozmawiamy tylko o jednym, co zrobimy ze skarbami, jeśli jakimś cudem  przez przypadek uda nam się je znależć. Czy sprzedamy je, czy zachowamy dla siebie, a może przekażemy do muzeum lub na Wawel. Na wszelki wypadek żeby nie wywoływać kontrowersji dyplomatycznie milczymy. Bee [Babcia ] chciałby je na pewno sprzedać -podejrzewam, rozglądając się po twarzach siedzących w moim pokoju przyjaciół. Maurycy schował by je gdzieś głęboko na samo dno niezwykle przepastnej szafy, jaka stała u niego w pokoju zaraz przy wejściu. I czasami niektórym gościom pokazywał, aby podkreślić swoją ważność. Czasem może  wkładając przy nich, majestatycznym pełnym dostojeństwa ruchem, koronę na głowę, i patrząc jakie robi wrażenie. Lub też wykorzystał do swoich eksperymentów, aby dzięki tym przedmiotom co wierzył nawiązać kontakt ze “światem wyższym”  Stanisław jest na tyle zwarty w sobie i zamknięty,  że trudno poznać jego prawdziwe uczucia i myśli.
Czy oszukali by mnie, zastanawiam się przez chwilę.  No może jestem niesprawiedliwy wobec nich, karcę się w myślach i porzucam wątpliwości jakie pojawiły się w moim umyśle. Nie mam przecież żadnych podstaw aby tak o nich myśleć. 

- Cóż wiemy dziś o koronach polskich królów, i nie tylko “polskich” bo Bee z całą stanowczością twierdzi, że podczas słynnych "mistycznych zaślubin",  jak to on nazywa, i to naturalnie "tych pierwszych".  No bo te, y,  drugie mistyczne zaślubiny, miały miejsce podczas małżeństwa Władysława i Jadwigi i były zaślubinami Królestwa polskiego z Wielkim księstwem litewskim – Bee się uśmiecha ponieważ został  doceniony, a jego teoria zauważona, a Stanisław ciągnie dalej swój nieco rozegzaltowany i mało konkretny wywód   - a więc podczas tych pierwszych mistycznych zaślubin, do jakich doszło według niego – i mówiąc te słowa spogląda w stronę Bee, a Bee uśmiecha się znów, co usiłuje przed nami ukryć  - między prawie jeszcze mitycznym “Bojsławem Bolesławem”, zwanym przez niego “Chwałą Pola Bitwy”, lub “Tym który uzyskał sławę w boju”
  - Bo tak należy tłumaczyć jego imię – wtrąca szybko i precyzyjnie Bee, po czym milknie, a Stanisław mówi dalej - jak utrzymuje, a córką Dobromira, "pana na wiślańskiej ziemi", po którym dziś nam jedynie  mały kopiec pozostał, a właściwie kopczyk, usypany na jego cześć w okolicach Szczyrzyca, gdzieś tam na Szczyrzyckich Górkach.  Ale oddajmy głos Bee i niech Bee podzieli się z nami  i powie ma nam do przekazania - Mówiąc to wskazuje otwartą wyciągniętą prawą dłonią, trochę zgiętą w łokciu  w stronę siedzącego Bee którego rozpiera duma i robi co może aby powstrzymać malujący się na jego twarzy szeroki uśmiech. Widać po nim że promieniuje. Maurycy natomiast siedzi lekko zgarbiony na krześle przy stole, i milczy spoglądając czujnym wzrokiem to na Bee, to na Stanisława.

 Beebi wstaje nie wiadomo po co, tak jakby siedząc nie mógł z nami rozmawiać siedząc, i jego słowa gdzieś ginęły w jakimś tajemnym ukrytym przed nami w przestrzeni miejscu, albo też żeby nadać sobie większego znaczenia. Co jest bardziej prawdopodobne. Wstaje więc i mówi, a dodać należy że robi to z niezwykle ożywionym głosem. Gestykulując przy tym, co u niego nie jest czymś zwyczajnym. Mówiąc chodzi po moim pokoju w swoich nowych czarnych zamszowych butach, a właściwie to przemyka się wśród licznych sprzętów.  To znaczy zręcznie porusza się niby zwierzę w przestrzeni pomiędzy łóżkiem, małym stolikiem z owalnym blatem,  licznymi krzesłami, i komputerem,  oraz niewielkim  starym biurkiem z mosiężnymi okuciami na którym stoi spory komputerowy monitor. Chodząc wygląda  tak jakby wykonywał slalom i to nie zwyczajny slalom, ale slalom gigant, -a ja myślę że Bee chce po prostu dobrze wypaść przed nami jakby prowadził jakąś grę, i obserwuje go uważnie spod lekko przymrużonych szaroniebieskich oczu, niby kot.     

W końcu zwolnił, a nawet zatrzymał się i zaczął mówić.
Mówi Bee - Pierwsza nasza korona nie jest wcale taka stara jak może sobie myślicie, bo pochodzi z czasów koronacji króla Bolesława Chrobrego. Sama koronacja miała miejsce mniej więcej tysiąc lat temu, bo w tysiąc dwudziestym czwartym roku, albo nawet w tysięcznym. W Gnieźnie lub Poznaniu. Tyle. Naprawdę nie  wiemy o niej nic. Nie wiemy gdzie korona była przechowywana, bo przecież król nie chodził w niej codziennie spacerując po sklepach z pięknymi tkaninami, wtedy nazywanych kramami. Lub idąc tam gdzie królowie chadzają na piechotę – tu robi przerwę, patrząc w stronę Stanisława, -jakby go o taką niewiedzę podejrzewał, a Stanisław rumieni się lekko i twarz mu się marszczy, co może świadczyć że jest trochę zdenerwowany.

 Ja tymczasem myślę, a po chwili nawet “oczami wyobraźni” widzę, jak Bolesław chodzi w tej swojej koronie po komnacie zamku. W komnacie panuje chłód i półmrok. Jedynie łuczywo  rozświetla promieniami wnętrze pomieszczenia i postać króla. Wie że nie robi dobrze, i jest zmartwiony. A jak nikt nie widzi z jego oczu płyną łzy, i wtedy zaciska mocniej dłoń na rękojeści zatkniętego za pasem miecza. 
Jeszcze raz  rozważa wszytko za i przeciw. Chociaż nawet nie musi, bo robi to codziennie. Wygląda przez malutkie okienko na dziedziniec zamku, i widzi bawiące się tam beztrosko dzieci. Co nam to da, -myśli. Niektórzy z nas, a po latach może nawet i wszyscy nauczą się czytać i pisać, będziemy się też rzadziej myli i kąpali, bo to przecież według nowej religii grzeszne. Nie dlatego że samo mycie jest grzeszne, ale że grzeszne jest ludzkie ciało. Czyli mieszkamy w złym naczyniu, a na dodatek w pełnym brudu i nieczystości świecie. Jak utrzymują sprowadzeni z Niemiec i Czech kapłani, mówiący śmieszną łamaną polszczyzną.

To plus, a minusy? Kiedyś wszyscy byliśmy wolni, i każdy z nas miał jeden głos na wiecu. Każdy, biedak i bogaty. Wojownik, pasterz, rzemieślnik i rolnik. Wszyscy byliśmy równi, -w tym momencie uderza zaciśniętą pięścią w dębowy stół, a następnie ściska w dłoni pusty srebrny kubek rzucając go ze złością na podłogę. Teraz przyjdą nowe porządki z zagranicy. Jedni staną sie poddanymi innych, a wolni będą niewolnymi. Ci którzy są za nowym porządkiem dostaną ziemię zabraną wcześniej innym i będą musieli  na nich pracować,  w zamian za poniżenie i pogardę jako zapłatę. Te dzieci z jasnymi niby pszenica włosami, te dzieci polan i goplan będą gdy dorosną służkami możnych. Czy tak nas uczyli nasi wieszcze, wróżowie i poeci? To nie jest zgodne z naszą starą wiarą, a Pan Świętego Prawa nie wybaczy mi tego nigdy, gdy udam się w długą podróż do krainy Nawi. Słyszy jak dobiega do komnaty głos starego wróża o białych niby mleko długich włosach, chodzącego z krukiem siedzącym na jego prawym ramieniu – tysiąc ponurych wiosen, [woła] jak tysiąc kraczących wron, pamiętaj tysiąc! -  I słyszy rozlegający się śmiech. Bolesław nie ma żadnych wątpliwości. Wie że źle zrobił. I wie że żle zrobił jego ojciec, przypominający niedźwiedzia stary “Miszko” Misica.

  Ale czy mieli jakieś wyjście? Czy mogli postąpić inaczej? Teraz zachowają przynajmniej życie. Jeśli nie wolność, to przynajmniej życie. Gdyby tego Miszka nie zrobił, przyszli by niby złodziej nocą z południa i zachodu, uderzając niby zaraza żeby ich pojmać w niewolę jako pogan, wcześniej związawszy grubymi powrozami, a co bardziej odważnych bez skrupułów zabić. Tak jak zrobili to z innymi którzy mieli odwagę postawić opór. Jakie to wszystkie jest plugawe, i jaki marny jest świat. Zamiast bożego światła które jeszcze  utrzymuje się w starych ukrytych przed wzrokiem zakonników leśnych ostępach, nadeszła chciwość, i umiłowanie dóbr tego świata. On przegrał, a tłumy wiwatują na jego cześć. Jest wielki lecz jaki mały zarazem. Głupcy głupcy, głupcy, czasami nienawidzi siebie, i wstydzi się, a nawet chce od siebie uciec. Jak najdalej. Wtedy wypija więcej piwa i wina niż zwykle, a potem pada pijany na posłanie ze skór i zasypia. Zapomina o męczących go myślach przynajmniej do rana. Jego ojciec w takich chwilach  wskakiwał na konia i jeździł całymi godzinami po bezdrożach, aby zapomnieć o dręczących go wyrzutach sumienia i koszmarach. Zatrzymywał sie też w zagubionych wśród drzew samotniach żeby porozmawiać ze starymi wróżami, lub posiedzieć w samotności w świętych gajach i dąbrowach. Tak żeby nikt go nie widział. W sercu miał bowiem co innego, a co innego mówił, kiedy była taka potrzeba.

Czuł też że są poprzebierani niby dawni wojownicy w zwierzęce skóry i maski. Z tym że polowały na siebie obie strony. Późną nocą wracał do domu i zmęczony szedł spać. Wiedział że on młody Miszka  i stary Misica, władający tajemnym imieniem jaki nadali mu wróże podczas tajemnego obrzędu gdyby był jeszcze dzieckiem i wszyscy mówili na niego “Wito”, nie podda się. Wito w dawnym języku oznaczało “widzący”, albo wiedzący. Pełna nazwa pierwszego imienia brzmiała “Mający Wiedzę”, Witoma, i imię zostało wybrane przez widzących gdy ci przyszli obejrzeć dziecko kilka lat po urodzeniu. Potem z Witomy zrobili Dagome, czyli "dającego". Przez pomyłkę, lub  celowo. Kto ich wie?   



Beebi mówi dalej

 - w Krakowie, a może raczej w Gnieźnie, lub prędzej jednak w Poznaniu? Bo wielu historyków uważa że główną stolicą Polski był wtedy Kraków. Panowie małopolscy w zamian za zgodę na połączenie się z resztą kraju,  nie zrobili tego za darmo i musieli coś przecież  uzyskać. I z Krakowa  zarządzał Bolesław swym państwem.  Faktem jest że koronowanych nią zostało prawdopodobnie tylko dwóch króli, -bo następnym był Mieszko Drugi, syn Bolesława, a sama korona jak i inne insygnia została chyba wywiezione przez Rychezę, może w celu ochrony i zabezpieczenia jej przed zniszczeniem. Bo w czasach niepokoju w państwie, jaki miał miejsce po tysiąc trzydziestym roku podczas wielkiego powstania przeciw cywilizacji zachodniej i przeciw temu całemu złu jakie ze sobą ta zepsuta cywilizacja niosła, a więc pańszczyźnie, feudalnej strukturze społeczeństwa, podatkom i co najgorsze poddaństwu -   po czym robi krótką przerwę na głębszy oddech, i już po chwili dodaje nie wiadomo czy w formie pytania czy też odpowiedzi,  albo po prostu stwierdzając fakty, i jest przy tym jakby zrezygnowany   - czy może po prostu kradzieży, bo, bo... obie wersje są prawdopodobne. Ale czy królowa chciałaby ukraść koronę? I to swojemu mężowi -

- Nie, to było inaczej- mówi w jego stronę Stanisław, wyraźnie nie zgadzając się ze słowami kolegi - Rycheza zakochana do szaleństwa porzuca męża i swoje królewskie dzieci, domniemanego Bolesława Wyklętego który właśnie był przywódcą wolnościowego powstania i małego Kazia, przyszłego Odnowiciela -
tu mu  z kolei ja mu przerywam i wtrącam w formie pytania - ale czy w ogóle istniał? Sam co prawda święcie wierzę w jego istnienie, i napisałem nawet o nim sztukę, ale jakie mamy dowody na jego istnienie -
- pieprzyć dowody - rzuca krótko w moją stronę Bee, ja milknę a Staś ignoruje jego słowa, tak jakby ich nie słyszał i mówi dalej.
- Królewski brat  świadomie i cynicznie rozkochuje w sobie żonę Mieszka II, i robi to z wyrachowania, ponieważ wierzy że gdy już razem ukradną koronę i pojadą unikając pościgu do niemieckiego cesarza, tam oczerniając go przedstawią króla jako oszusta i świętokradcę, sprzyjającego starej wierze i pogańskim kultom -
- a siebie - próbuję kończyć jego myśl.

- Ja to widzę inaczej - przerywa mu Maurycy, - Mieszko zupełnie odsuwa się od rodziny i udziału w rządach, całkowicie poświęcając się badaniom ruchu gwiazd i ich wędrówkom po wieczornym niebie czyli astrologi. I studiowaniem starych greckich ksiąg w dzień, co go naprawdę kręci. Zaczyna też zwracać się ku dawnym wierzeniom porzucając nową dziwną i niezrozumiałą religię  Żona rozczarowana jego wycofaniem się ze świata, coraz częściej spogląda  ku królewskiemu bratu, człowiekowi bardziej niż praktycznemu. Przystojnemu, męskiemu i pełnemu żądzy. Razem obalą władzę króla i wspólnie będą panowali mordując wcześniej Mieszka, lub zamykając go  w wieży, myśli chytrze Rycheza, i oczywiście potem oślepiając jak Zbigniewa oślepił Bolesław. Wypowiadają więc posłuszeństwo królowi i wybucha bunt, ale potrzebują jeszcze akceptacji do swoich planów kogoś możnego , na przykład jakiegoś wysoko postawionego hierarchę kościoła, i władcy gotowego wziąć udział w spisku i zamachu na prawowitego króla  Mieszka II - 

Było zwyczajnie, myślę,  Mieszko przyłapał ich pewnego dnia w sytuacji nie pozostawiającej żadnych złudzeń, czyli w alkowie. I było po prostu tak: do komnaty królowej wchodzi Mieszko żeby powiedzieć jej o jakimś swoim pomyśle nowej wyprawy wojennej. Woła z oddali żonę, a kochankowie obejmują się czule lub nawet spędzają czas w królewskim łożu. Mieszko robi się fioletowy ze złości a jego twarz sinieje i przybiera gniewny wyraz. W jednej chwili zdradzony król dobywa miecza, albo wyciąga krótki tulich z jakim każdy dorosły mężczyzna nie rozstawał się w tamtych czasach i zagniewany zamierza się na brata aby wymierzyć mu karę za jego haniebny czyn. Kochanek królowej nakładając w biegu płócienne szare spodnie, w rozpiętej białej koszuli wyskakuje przez okno. Królowa w całym zamieszaniu zabiera ze sobą koronę i klejnoty zawijając je wcześniej w szybko, gwałtownie  zdarte z łóżka prześcieradło, i udaje jej się uciec. Spotykają się w ustalonym wcześniej miejscu, na przykład u jakiegoś pustelnika na skraju miasta, gdzie chodzili już wiele razy na swoje romantyczne schadzki, a pustelnik wiedział o ich związku a nawet był tajemnym powiernikiem ich sekretów, -żeby nie powiedzieć maszyną sprawczą działań. I tam u  tego mnicha pustelnika w jego ukrytej samotni za miastem, przebrawszy się wcześniej w stroje mieszczan, niemieckich albo węgierskich kupców, a może nawet zwyczajnych chłopów, uciekają myląc pościg. Wybrudzeni, z włosami w nieładzie i skromnym ubraniu podróżują wieczorami i późną nocą, zatrzymując się w przydrożnych karczmach, jakich zapewne było niewiele, i w wykonanych z sitowia lub plecionki ubogich chłopskich chatach. Podróż trwa około miesiąca, aż wreszcie udaje im się przeprawić przez Odrę, nocą na jednym z brodów kiedy pijani żołnierze po całonocnej zabawie, wykończeni właśnie poszli spać. Teraz są bezpieczni, do granicy mają niedaleko, góra kilka dni. Mogą się więc spokojnie wyspać i wypocząć,  męcząca ucieczka trwała przeszło miesiąc. Korona której szukamy przepada wraz z Rychezą, występną królową z Lotaryngii. I być może nie odzyskamy jej nigdy.  
  
 
A Mieszko nie musiał się nawet specjalnie starać i wysilać żeby zdemaskować  “kochanków”, bo cały dwór mówił już o tym. Ciągle o tym i tylko o tym. Mówiły o tym ściany i śpiewały ptaki, a psy i koty patrzyły z wyrzutem na króla. Para obawiając się konsekwencji po prostu uciekła, zabierając koronę ze sobą. Za nią rusza pościg złożony ze ścigających uciekinierów królewskich rycerzy i największych zabijaków w królestwie. Ścigają spiskowców i być może kochanków aż do granicy, a potem i dalej choć dyskretniej. Przedzierają się przez Łużyckie bezkresne bagna. Gdy ich znajdą  w ruch pójdą  tulichy, o pięknych starannie wykonanych w pracowniach rzemieślników trójgraniastych  głowniach, z rękojeściami wybijanymi szlachetnymi czerwonymi kamieniami, ukryte w szerokich rękawach noże o dwu ostrzach, wąskie ale niezwykle skuteczne. I wyciągnięte szybkim gwałtownym ruchem zza pasa  krótkie miecze. A może nawet trucizna podana późnym wieczorem przez przekupionego  właściciela zajazdu na gościńcu, lub jego młodą piękną córkę wśród podejrzanych szeptów i cieni grających na ścianie , -bo tak będzie ciszej. Przy  niekończących się ukłonach właściciela, i miłych uśmiechach jego córki, dopóki nie osuną się bezwładnie na ziemię, a obserwujący z ukrycia ludzie nie zabiorą ich ciał, wcześniej związanych mocno grubym sznurem, zaniosą zarzucając na konie by następnie zawieść do królewskiego pałacu jako dowód potwierdzający wykonanie zadania. Płacąc wcześniej właścicielowi karczmy i jego córce za milczenie brzęczącą monetą srebrną albo nawet złotą. - Przysłużyliście się królowi i  państwu, jesteśmy z was dumni - powie jeden z nich, ten najstarszy i ubrany na ciemno dowódca grupy, do karczmarza i jego pięknej młodej córki - a o sprawie dobrzy ludzie, zapomnijcie jak nam najszybciej – uśmiechając się przy tym złowieszczo i wpatrując w rękojeść sztyletu. Po czym wsiądzie na konia i odjedzie za resztą grupy która zdążyła się już w międzyczasie  oddalić. Nic dziwnego śpieszą się do króla, aby powiadomić go o wykonaniu zadania. Król w tym czasie nerwowo spaceruje po komnatach zamiast spać, i rozmyśla.  
 
- W każdym razie - słyszę głos Bee, i wracam do swojego pokoju - korona zaginęła, wiarołomna królowa dopuściwszy się podwójnej zdrady uciekła, przekupując po drodze kogo trzeba i Szczodry bez mała trzydzieści pięć lat lat później, do koronacji używał już innych regaliów, przywiezionych dla niego przez wysłanników papieża Grzegorza Siódmego,  którego wcześniej tak bronił. A ten zrobił to chętnie, pamiętając o zasługach Bolesława zwanego też Śmiałym. Jeszcze wtedy nie miał Bolesław na sumieniu biskupa Stanisława. Pomyślmy tylko, hierarchii kościelnej złożonej głownie z Niemców  nie w smak było że król popiera obóz papieski, zamiast przychylać się w stronę niemieckiego cesarza. Stanisław chodzić mógł w tej sprawie wiele razy do przyszłego króla i naciskać na niego grożąc nawet że kościół negatywnie zaopiniuje prośbę jaką złoży do Watykanu o przyznanie mu korony. Stanisław przychodzi wieczorami do króla, popiją dobre wino. Rozmawiają o wszystkim i o niczym, a biskup ostrożnie sonduje stanowisko króla w wiadomej sprawie. Nawet gdy perswazja nie pomaga, szantażuje go i zastrasza.
 Różne rzeczy mówili o tym monarsze, mówili że lubił uwodzić szlachcianki, a nawet niektóre z nich podobno  porywał i przetrzymywał miesiącami u siebie w pałacu, więżąc je zamknięte w komnacie. Że przejawiał nadmierne “upodobanie” i “skłonności” do swojego wyłożonego miękkim jedwabiem ukochanego konia. I kazał wykładać siodło delikatną tkaniną kiedy ruszając w podróż jechał na nim. Ale jednego na pewno nie można mu odmówić, tego że był odważny, zdecydowany, i honor cenił sobie nade wszystko. No na dodatek był gwałtowny i porywczy. Nie na darmo przyznali mu przydomek “Śmiały”- [ przydomek ten pochodzi dopiero z czasów Matejki, o czym Bee nie wiedział, lub też udawał że nie wie. Co jest bardziej prawdopodobne ]

Stanisław przedstawia własną wersję wypadków, różniącą się nieco od wersji Bee, a Bee tymczasem powoli siada na krzesło stojące obok stołu.
- Bolesław prosi papieża o przyznanie mu korony. Przecież monarchia to obcy wymysł, i pomysł pochodzi z zewnątrz. U nas jak okiem sięgnąć od wiosek i osad drzewiańskich położonych niedaleko Hamburga aż po wschodnie kresy, lęchowie nie mieli królów ponieważ byli wolnymi ludźmi.  Wolnymi ludźmi posiadającymi  własność, żyjącymi na swojej ziemi i w swoich domach, gotowi w każdej chwili odeprzeć wroga, za pomocą broni którą w tych swoich domach trzymali by móc obronić się przed potencjalnymi wrogami. O wszystkim co najważniejsze decydował wiec, czyli zgromadzenie wszystkich wolnych dorosłych ludzi. Jeśli jeden z nich osiągał znaczenie dzięki swoim cechom takim jak waleczność i odwaga, inteligencja, szlachetność albo całkowite oddanie  społeczności to na pewno nie osiągał rangi króla.
Nie, jedna taka cecha nie wystarczyła, ludzi posiadających odwagę,inteligencję, mądrość, szlachetność, było wielu, tu musiało być połączenie co najmniej kilku takich wyjątkowych cech. Natomiast nazywanie królem Kraka, a Wandy księżną  miała charakter jedynie grzecznościowy, i pochodzi z czasów późniejszych-

Bee nie protestuje, a Stanisław patrzy odrobinę kpiąco w stronę Maurycego, jakby mu chciał dołożyć, -ponieważ sympatię jakie żywi Maurycy wobec monarchii, są ogólnie znane. Bee koryguje swoją wcześniejszą wypowiedź, tak aby wersja Stanisława i jego nie zaprzeczały sobie. 

- No więc dobrze, Stanisław po raz kolejny przychodzi do króla i grozi że napisze w liście do papieża kilka obciążających go słów, opisując prawdziwe albo zmyślone wydarzenia. Bolesław ma się jak najszybciej wycofać z koalicji, albo nawet przejść na stronę cesarza.  “Ma w tajemnicy sprzyjać cesarzowi, a formalnie popierać papieża” krzyczy do Bolesława Stanisław. Bolesław jest wściekły, jak świat światem biskupi nie wydawali poleceń polskim władcom,  każe więc wyprosić niegrzecznego gościa, intruza, ale jeszcze  powstrzymuje złość i dusi w sobie gniew. Sam załatwi dla siebie  koronę, "zasłużył przecież na nią", myśli  zaciskając dłonie w pięści, aż te robią się ciemnoczerwone, a na tle ściany miga poruszane przez wiatr światło świecy. To wiatr porusza płomieniem a dokładniej knotem, a światło oświetla część twarzy przyszłego króla, zdaje się że tą jaśniejszą. Przyszły król uśmiecha się i ma zagadkowy wyraz twarzy -

I następnie jakby głośno się zastanawiał, a nie próbował dokonać rekonstrukcji wypadków, mówi trochę niestarannie, a nawet niewyraźnie patrząc przed siebie, wprost w stronę okna i gdzieś na jego wysokości, jednak wzrok zatrzymuje  w połowie,  wpatrując jakby w nieobecny punkt który przed chwilą zauważył.
- Czy w tej koronie na głowie kazał zabić i porąbać na kawałki Stanisława Turzyna na Skałce? I co zrobił z porąbanymi na kawałki członkami biskupa? Kazał je wyrzuć do nieodległej przecież rzeki, żeby je zjadły ryby, albo prędzej zostawił przed wejściem do kościoła aby pożarły je głodne ptaki, wrony i kruki przylatujące tam aż spod kopca Kraka -  “Według” drzwi gnieźnieńskich,  wywnioskować możemy że to pierwsze. Widnieje tam bowiem ścięta głowa biskupa a obok niej kruk – dodaje, a on kontynuuje
 
- Zostawił pod liczną rycerską strażą, niby pod eskortą by zakonnicy lub księża nie wykradli potajemnie ciała nocą i w tajemnicy pogrzebali w sobie tylko wiadomym miejscu?
 Potem sam zginął marnie. Chociaż są dwie wersje wypadków. W pierwszej Bolesław udaje się na wygnanie, albo po prostu ucieka przed przeciwnikami jakich sobie narobił w kraju. Razem z grupą najbardziej wiernych mu ludzi, kieruje się na południe. W dzień śpią po okolicznych lasach i zagajnikach, a wieczorem i nocą podróżują. kupują jedzenie od przygodnie spotkanych ludzi. Do granicy z Krakowa nie jest daleko, jakieś góra sto kilometrów w linii prostej. Bo drogami dalej,jednak w kilka dni na koniach można taką odległość bez trudu pokonać. Uciekinierzy chcą najpierw dotrzeć do Starego Sącza potem w okolice przełęczy, kiedy zobaczą kotlinę mogą powiedzieć że są już bezpieczni. Na dwór Władysława jest stąd naprawdę niedaleko. Na dworze jednak z powodu trudnego charakteru podpada robiąc sobie wielu wrogów i zostaje w skrytobójczy sposób zamordowany. Wieczorem ktoś, jakiś na czarno ubrany mężczyzna przechodząc obok niego, albo nawet mijając wbija w mu plecy sztylet, a on powoli osuwa się na ziemię tracąc władzę w członkach swojego ciała -

Czy kiedy jedzie konno, [a ja to wszystko widzę  w wyobraźni] wracając z wieczornej przejażdżki jaką właśnie po dobrej kolacji odbył, gdzieś z przydrożnych  zarośli dosięgają go nagle świszczące w powietrzu strzały. Bolesław powoli osuwa się z konia, resztkami opadających sił trzymając  jeszcze kurczowo siodła, a następnie gdy zmęczone zdrętwiałe dłonie i palce poddają się i uszła z nich siła życia jak i z całego umierającego ciała, łapie kilkoma palcami włosia końskiej grzywy, ale nic to nie pomaga, po chwili leży martwy. I trzeba powiedzieć że nikt go specjalnie nie żałuje, narobił sobie wrogów, a początkowo liczni przyjaciele kiedyś witający go z entuzjazmem w orszaku powitalnym, stojąc wcześniej na gościńcu i wypatrując niecierpliwe,  odwrócili się już dawno od niego. Znieważył przecież publicznie nawet samego Władysława, króla węgierskiego  w obecności dworu, ośmieszył go i poniżył, wśród dam, młodzieży i starców.  Swojego gospodarza, i kuzyna, a wcześniej wychowanka, prawie syna, i w pewnym sensie ucznia. Tego który udzielił mu schronienia i gościny, przyjmując do siebie z otwartym sercem niby brata lub ojca, a on tak mu się odwdzięczył. Być może podano mu truciznę, wieczorem przez piękną kobietę w srebrnym kunsztownie zdobionym pucharze, dodaną do dobrego wina. A wcześniej oczywiście pieczołowicie rozpuszczoną poprzez długotrwałą pracę gdy ta mieszała ją w królewskiej kuchni lub spiżarni  z winem, przyprawami i korzeniami, żeby zabić jej lekko gorzko cierpki smak. Może także dodała do wina trochę rozgrzanego miodu, na pewno zrobiła to z wymogami całej tajemnej i ukrytej  wiedzy jaką posiadała na temat ziół i trucizn.  
A  on przyjąć ją musiał niby brat Stanisława Augusta, kochanka rosyjskiej carycy Katarzyny biskup Poniatowski. Choć o wszystkim wiedział, rozumiał także że było to najlepsze rozwiązanie jakie zaproponować mógł mu los, jak i jego gospodarz Władysław.    

 - Inna wersja mówi- wchodzi mu w słowo Staś - że zmarł jako pielgrzym w  zniszczonych od czasu szatach, pokutując za swoje grzechy gdzieś na południu Europy, a dokładniej w Karyntii. W miejscowości Ossiach zachował się do dziś grobowiec na którego  kamiennej płycie  napisano że spoczywa w nim król Bolesław, zabójca biskupa Stanisława -
Myślę, w każdym razie nie ma to nic wspólnego z naszymi poszukiwaniami, nie jedziemy przecież do Karytnii,a grobowiec został już przebadany czterdzieści lat temu i wszystkie cenniejsze kosztowności, jak na przykład klejnoty zostały z niego wyjęte . Ale korona, przez dwieście lat leżała sobie w Krakowie. Co to jest dwieście lat, w dzisiejszych czasach to bardzo dużo, z punktu widzenia perspektywy historii,żeby nie powiedzieć wieczności prawie nic.
Rozmyślania przerywa mi Babcia, którego głos roznosi się po pokoju niby dudnienie. Staś natomiast skończył  mówić i pali  papierosa patrząc na Bee.     

 - Król polski i czeski, książę krakowski i sandomierski Wacław Drugi, po niemiecku to imię brzmi  Wenzel, a po naszemu Więcław, żył krótko bo zaledwie trzydzieści cztery lata, a panował jeszcze krócej. Najpierw nad kotliną kłodzką, następnie nad ziemią sandomierską, a dopiero potem, i to tylko przez kilka lat nad całym mniej więcej królestwem. Wacław wywozi  "naszą" koronę  do Czech w roku tysiąc trzysetnym, ponieważ uważa że tam będzie bezpieczna, bardziej niż w dość jeszcze  rozdrobnionym i podzielonym kraju, na dodatek  pełnym ambicji próżnych książąt nadmuchanych niby ogromne balony albo arbuzy,  -co może być dla nas jakimś śladem, a przynajmniej poszlaką wskazującą e na jej albo nawet ich ślady możemy sie natknąć właśnie w Karolsztajn, niedaleko  ukochanej przez niego Pragi  w której Wacław - Więcław zmarł i spędził ostatnie lata swojego życia -

Jak je poznamy i odróżnimy od innych? Bo przecież muszą być bardzo podobne do siebie. Tego jeszcze nie wiemy. Pomyślimy na miejscu. Sięgnąłem po papierosa wyciągając go z paczki leżącej na stole i powoli przypaliłem od niebieskiego płomienia zapalniczki.
 - Dobrze Bee odpocznij trochę, mała przerwa dobrze ci zrobi, i pomoże zebrać myśli - przerwał mu stanowczym głosem  Stanisław, i kontynuował dalej za niego, nie dając  koledze dojść do głosu, a zmęczony Bee nawet nie protestował, bo przecież musiał chodź trochę odpocząć.

- Ale już dwadzieścia lat później powstała dla Łokietka, zwanego  "Księciem Niezłomnym", trzecia “nasza” korona, która także wędruje poza granice kraju. Tym razem dla odmiany na Węgry, a wraca do Krakowa i Władysława Jagiełły, po roku tysiąc czterysta dwudziestym-.
Ten król całe życie zmagał się z losem, i walczył, co nieźle go musiało zahartować i uodpornić na przeciwności losu. Bywało że mieszkał nawet w wilgotnych i ciemnych jaskiniach i tam ukrywał się przed swoimi przeciwnikami, a wrogów miał niestety wielu. Nawet gdy został już królem musiał walczyć dalej, wystarczy tylko przypomnieć sobie krwawo stłumiony bunt mieszczan niemieckich w Krakowie pod wodzą słynnego wójta Alberta, którzy także mieszkali w mieście. W tamtych czasach podobnie jak i teraz na zachodzie europy, polskie miasta były często wieloetniczne, i zamieszkiwali je obok polaków także Ormianie, Żydzi i Niemcy. 

Śmieje się że można by  narysować mapę wędrujących koron, ale nikt nie podchwytuje mojego dowcipu, więc milczę  i trochę urażony tępotą zmęczonych przyjaciół słucham Stasia.
 - I nią właśnie, koronowane są głowy królów polskich, praktycznie prawie aż do roku tysiąc osiemsetnego, czyli prawie pięćset lat -  Dokumenty  jakie  posiadamy mówią o trzech koronach,  [myślę] przebywających w Skarbcu i nie ma żadnej pewności jakoby dwie poprzednie zaginęły wcześniej, być może też tak jak i ta Łokietka, wróciły do Krakowa.  Nie przetrwały niestety, żadne informacje na ten temat. Nie było to przecież wydarzenia na tyle ważne aby wydawać specjalne oświadczenia, jeśli więc żaden podróżnik nie przejeżdżał przypadkiem przez miasto, i nie zanotował tego w swoim dzienniku, to żadne ślady nie pozostały, no może jedynie legendy, i jakieś zapiski w późniejszych pamiętnikach -

 Jagiełło   miał nieufny charakter i zawsze woził koronę ze sobą, nie wierząc nikomu.  Podobnie jak i wszystkie najważniejsze dokumenty, ale nie ma to zbyt wiele wspólnego z tematem rozważań i rozmów, ponieważ dokumentacje skarbca stają się popularne dopiero w szesnastym wieku, pamiętniki i dzienniki jeszcze później, więc te czasy sprzed Jagiełły pozostają dla nas zagadką, a czy wróciły korona Mieszka II i Szczodrego to jedynie sfera  snucia fantastycznych domysłów.
Podobno ostatnie dokumenty mówiące o obecności Korony na Wawelu pochodzą z roku tysiąc siedemset dziewięćdziesiątego drugiego, i jest to inwentarz sporządzony przez Tadeusza Czackiego i Jana Horwina -rewizora Skarbca, czyli osoby dość ważnej i wiarygodnej, a przynajmniej zorientowanej w temacie. Jak większość badaczy uważa, insygnia zrabowali, a na pewno ich część, Prusacy, choć niektórzy uważają, że zostały potajemnie wywiezione przez Tadeusza Czackiego, lub kogoś  innego  nie znanego nam z imienia i nazwiska, a następnie ukryte.

Za tą tezą przemawia  fakt  poszukiwania korony, albo raczej koron królów polskich, przez rosyjskich carów. Przez całe dziesięciolecia, łącznie z rewizją i przeszukiwaniem wołyńskich klasztorów [ we Włodzimierzu Wołyńskim ] Przetopienie kilku kilogramów złota, na monety, wydaje się rzeczą głupią, i nieroztropną -cenę jaką mogliby uzyskać Prusacy, od rosyjskich carów, była z pewnością wielokrotnie wyższa, łącznie z zapłatą części terytorium. Fryderyk znany był z wyjątkowej inteligencji,a same dokumenty [listy] mogły być napisane właśnie po to, aby wprowadzić w błąd potencjalnych przeciwników... bardzo chytrym a wręcz mistrzowskim posunięciem Frycka, i ten stary pruski lis, oj coś mi się wydaje w poszukiwaniach będzie naszym głównym przeciwnikiem - mówił Maurycy, -  no bo inni na przykład Carowie rosyjscy, jako że w tym czasie będący również królami Królestwa Polskiego - uporczywie poszukiwali jej, a podczas kongresu wiedeńskiego w tysiąc osiemset  piętnastym  żądali od króla pruskiego, zwrotu korony. Być może prowadzili na ten temat tajne rokowania i pertraktacje. Tańczący Kongres jak został nazwany przez niektórych był tylko tańczącym z nazwy.

Bo wśród licznych  balów i zabawy, podczas niezliczonych uczt i wznoszonych toastów, przekąsek z przepiórczego mięsa i kawioru, dokonywał się podział strefy wpływów w Europie. Pogoda panowała okropna, bardzo  zimne ponure lato bez słońca i nie kończące się opady deszczu. Za kilka lat zimne i mokre lata powtórzą się doprowadzając do niepokojów związanych ze wzrostem ceny żywności i następnie wybuchem powstania listopadowego. Wcześniej takie anomalie pogodowe miały miejsce w latach poprzedzających rewolucję francuską. Bardzo wilgotne i mokre, chłodne lato [choć zima była mrożna ,  przynajmniej w Polsce ] Wszechobecna wilgoć spowodowała rozwój buławinki czerwonej w zbożach, a konsumpcja chleba ze zbóż z dużą ilością alkaloidu sporyszu przyczynić się musiała do zdrady lewicowych ideałów podczas rewolucji, kiedy to przywódcy lewicy zamiast pilnować interesów klas średnich i ludzi ubogich wystąpili przeciw bogatym i ich majątkom.   W myślach, szybko myślę, od rewolucji francuskiej do kongresu piętnaście lat, od Kongresu do powstania listopadowego minęło lat piętnaście. Następnie do wiosny ludów, i od Wiosny do powstania styczniowego.  Wszystko cykle  były  mniej więcej piętnastoletnie, w granicach od około czternastu do szesnastu lat. Teraz mamy cykle dwunastoletnie, choć z tego co wiem aktywność słońca znowu się zmienia.

 Niektórzy uważają, że przed wkroczeniem prusaków do Krakowa, Sebastian Sierakowski znany rewizor skarbca, wywiózł korony do Włodzimierza Wołyńskiego. Jak było na pewno? Tego nie wiemy. Faktem jest że komisja w 1796 roku, stwierdziła ich brak, a znalezione zostały  jedynie “starożytności”. W tym Szczerbiec, berła, buławy, jabłko i pozostałe miecze które zostały następnie wywiezione do Porycka przez Czapskiego.

A więc po części teoretycznej zabieramy się za poszukiwania.
Ale zanim zabraliśmy się za poszukiwania, zajrzałem na portale internetowe zajmujące się przepowiedniami, wróżbami, i horoskopami. Aura dnia miała być według nich szczególnie pomyślna.
Zostało mi to, to znaczy zainteresowanie astrologią i wpływem gwiazd na ludzkie poczynania, jeszcze z czasów szkolnych, kiedy namiętnie czytywałem Sabato i Arlta, a także dzięki wpływowi pewnego starszego polskiego astrologa którego poznałem w młodości. Nie inaczej uczynił Bee, znany z tego że dzień rozpoczyna od wędrówki po internetowych portalach magicznych, gdzie przegląda horoskopy, wyrocznie, przepowiedni e numerologiczne, i czyta o magii liczb.
 Aura dzisiejszego dnia według sympatycznych pań, prowadzących portal była jak wspomniałem dobra, więc śmiało mogliśmy podjąć tak wzmocnieni, nasze poszukiwania. A moment podejmowania decyzji, jest najważniejszy, jeśli nawet nie kluczowy dla całej sprawy.
Zebranie naszej nieformalnej grupy rekonstrukcji historycznej dobiegało właśnie końca, gdy ktoś zadzwonił do drzwi, a po chwili zapukał. Maurycy zaklął, a ja powoli wstałem i poszedłem aby otworzyć drzwi. W drzwiach ukazały się postacie Arysto, Plato,Złomka  i Mozarello. Przechodzili niedaleko i właśnie postanowili mnie odwiedzić. Na wszelki wypadek mapy, i książki leżące na stole zostały przed nimi szybko ukryte przez Bee i Stanisława, i nie to żebyśmy się czegoś bali, ale tak na wszelki wypadek.
________________________________________
  sporo na temat koron i insygniów pisał wcześniej między innymi pan Święch



Jedziemy do Cieszyna wprost z Krakowa. Bee przychodzi jak zwykle w ostatniej chwili więc czekamy na niego. Maurycy który przyszedł pół godziny przed odjazdem pociągu denerwuje się najbardziej.
 - Co on sobie wyobraża mówi? Że będziemy na niego czekali? Stanisław powoli chodzi wzdłuż peronu, paląc papierosa. Wreszcie przyszedł, na trzy minuty przed odjazdem. Ubrany w ciemny golf,czarne sztruksowe spodnie i buty w jakich się chodzi po górach. Do tego ma sporych rozmiarów plecak. Wybuchamy śmiechem, - po co mu taki plecak - mówię do Stanisława a Stanisław po cichu śmieje się, ale tak aby nie urazić kolegi. W końcu wsiadamy, i gdy jesteśmy już w drzwiach widzimy na peronie jak machają nam rękami na pożegnanie  Kłamak, Żywon, i Kot.
Skąd  dowiedzieli się że jedziemy? Powiedział im Babcia lub Maurycy, -myślę.  

Widzę jak wracają i kierują się w stronę miasta. Tłok i rzeka ludzi idących w podziemia dworca. Oni wtapiają się w tłum i giną nam z oczu, albo po prostu nikną, roztapiają się w tej rzece. Konduktor zamyka drzwi i ruszamy. Pociąg niemiłosiernie szarpie i tłucze się,  rzuca nami to raz w lewo, to dla odmiany w prawo. Przede mną
siedzi ubrany w ciemną kurtkę i dżinsowe spodnie Maurycy, wpatrujący sie bezmyślnie w okno, a obok niego drzemie skulony Stasio. Po mojej lewej stronie mam Babcie, nerwowo zerkającego w kierunku drzwi, jakby nie zdążył kupić biletu.

Zaglądam do naszej "biblii" którą stały się skserowane notatki z Kratzera, w chlebaku obok mapy Czech jest jeszcze  książka Święcha na interesujący nas temat, i mój podniszczony zeszyt, a Maurycy tymczasem rozpoczyna rozmowę, o wyższości słowackiej "borowiczki" nad absyntem, za co przez resztę towarzystwa zostaje jednomyślnie wyśmiany, więc milknie. Podróż dłuży się coraz bardziej, a pociąg jakby zaczyna zwalniać, nie możemy już doczekać się kiedy dojedziemy do granicy, i napijemy czeskiego albo słowackiego absyntu, likieru amaretto, i oczywiście piwa, -ja  marze o moim ulubionym browarze hanuszowickim, nie zbyt u nas  popularnym. Maurycy chrząka, aby dodać sobie pewności siebie i powagi, i nie zrażony reprymendą jaka go spotkała z naszej strony zaczyna. Na początku nieśmiało, ale potem z biegiem jak mówi rozkręca się

- Więc słuchajcie uważnie, mamy trzy wątki śledztwa i jest ich trzech, za których śladami moglibyśmy podążać. Pozwólcie że wymienię  po kolei ich nazwiska. Czacki, Sierakowski, Kratzer. Aha i jeszcze na dodatek Horain, -bo to  postać dosyć dla nas ważna.
Jedną z hipotez, na którą powołują się piszący o historii korony i jej dziejach, ma początek  w Pamiętnikach pana Ksawerego, a dalej nici ciągną, aż do Tajnego Archiwum Państwowego w Berlinie, i korespondencji urzędowej jaką prowadzili ze sobą pruscy urzędnicy państwowi. Ale zacznijmy wszystko od początku, pan Ksawery Kratzer postać nie byle jaka, bo kantor wawelskiej katedry w swoich "Pamiętnikach" napisał, jak podaje pan Stefan Kuczyński w swojej ciekawej rozprawie "Grabież Skarbca koronnego "  w “Mówią Wieki”  całą winę przypisuje niejakiemu Zubrzyckiemu -

 - Kim był Zubrzycki – pytam, bardziej dla uporządkowania faktów, bo spędziłem trochę czasu w Częstochowie, grzebiąc w miejscowych archiwach, a pojechałem tam dla niepoznaki jako pielgrzym, ubrany w typowy dla pielgrzyma sposób, do archiwum i bibliotek zaglądając niby przypadkiem.
 - Ten Zubrzycki, zamkowy magazynier miałby rzekomo, o czym świadczą jedynie zapiski pana Kratzera, bo o ile wiem w tej sprawie żadnego procesu nie było, ani żadnego śledztwa i nikt sprawy głębiej nie badał,  miałby więc rzekomo zdradzić sekret, gdzie są ukryte korony królów polskich, pruskim najemnikom i warchołom. Wskazać to tajne miejsce, w którym od wieków spoczywają regalia -  Do rozmowy włącza się Bee, o wiele bardziej żywy niż przed chwilą, a w swoim nagłym przypływie patriotyzmu spowodowanym może  przekroczeniem granicy, co nas jednak zadziwia, bo to u niego niezwyczajne, zaczyna, mówić  tak jakby recytował wyuczoną lekcję przed tablicą stojąc w szkolnej klasie

 - To “Święte Świętych”, które miało łączyć nasz ziemski pełen marności świat i plan, z planem Boskim - słyszę jak  głos mu drży, bo korona jest dla niego rodzajem kosmicznej anteny za pomocą której “spływała” na ziemię “duchowa” albo kosmiczna energia   i wypełniała cały kraj będący rodzajem mandali, poprzez osobę króla który pełnił funkcję “kanału” i następnie przekaźnika. Przekazując innym “mieszkańcom królewskiej mandali” zarówno wiedzę jak i energię – ale  barbarzyńcy nie mieli żadnych zahamowań, rabowali kościoły, fałszowali monetę. Również zdolni byli do najgorszego,  czyli do kradzieży insygniów królewskich. Tak więc według  Ksawerego Kratzera, magazynier zamkowy pan Zubrzycki, za marnych sto osiemdziesiąt talarów, jak srebrników - wykrzykuje oburzony machając przy tym gwałtownie rękami - sprzedał naszą koronę prusakom -

Już uspokojony, ciągnie swoje rozumowanie dalej
 - Ale prześledźmy tą ważną dla nas tezę, zważywszy że korona Księcia Niezłomnego, a potem już króla Łokietka, ważyła około kilograma, a w jednego dukata, wchodziło około 3 gram złota. To wyszło by z niej zaledwie jakieś trzysta dukatów. Jeśli tak zupełnie pobieżnie i szacunkowo przeliczyć - w tym momencie wyciąga z kieszeni kalkulator i liczy, po czym go chowa  - a dukata zrównamy z talarem, to wszystkie trzy korony nie były warte więcej niż pięć do dziesięciu pensji, a pamiętajmy plus mieszkanko. Bo tyle miałby zarabiać komisarz porządku w Częstochowie. Porównajmy kontrybucje wojenne Francji wobec Prus. Francuzi zapłacili Niemcom po przegranej wojnie przeszło miliard talarów, z czego jak podaje pan Jakóbczyk w swojej książce “Bismarck” którą niedawno czytałem, na stronach, chyba hm, sto czterdziestej,  sto dwadzieścia milionów w złocie. Które następnie zostały umieszczone jako rezerwa skarbu wojennego w Szpandawie niedaleko Berlina

Pomiędzy generałów, jak podaje, rozdzielono aż siedem milionów talarów, a żołnierze otrzymali po trzynaście srebrnych  talarów. Przykład drugi; z czasów króla Stasia.  Dukat podwójny Izabeli Czartoryskiej bardzo zresztą piękny, choć nieco sentymentalny, z tysiąc siedemset dziewięćdziesiątego drugiego roku waży sześć dziewięćdziesiąt grama złota, a talar lenny kurlandzki, Piotra Birona, z tysiąc siedemset  osiemdziesiątego  roku z Orłem i Pogonią na rewersie, wybijany w mennicy  książęcej księstwa Kurlandzkiego w Mitawie  liczył się na osiem złotych polskich, i ważył,  przeszło osiemnaście  gramów  srebra.  Idąc dalej - mówi cały czas Bee  - w naszych porównaniach, półtalar nysko -grodkowski, biskupa wrocławskiego, z 1754 r. Miał 14,58 gram wagi srebra -  Bee mówi, pociąg trzęsie, nam chce się spać, oglądamy przechodzące korytarzem dziewczyny. Bardzo ładne, polki i czeski, a ja robię to z tym większym zainteresowaniem, że z niewiadomych powodów, ciesze sie jedynie uznaniem i sympatią wśród Czeszek, wśród polek, i innych przedstawicielek płci pięknej nie mam chyba szans. [Może poznam jakąś miłą Czeszkę podczas naszej wyprawy, myślę] A Bee jest bezlitosny i gada dalej. Gada jak katarynka, koła pociągu monotonnie stukają, przechodząca korytarzem Czeszka uśmiecha się do mnie, a Bee gada
 
- Także teraz możemy sobie przeliczyć materialną  wartość korony, a także berła,jabłka,
porównując do chodzących w tamtym czasie walut.  Powróćmy jednak do notatek pana Ksawerego Kratzera. Prusacy mieli według niego, po nieudanych próbach wdarcia się, i sprofanowania Skarbca, wezwać ślusarza aż z Wrocławia, ażeby cała rzecz pozostała możliwie w największej tajemnicy.  Zabezpieczenie skarbca także nie było byle jakie. Sama skrzynia z insygniami, miała dwa zamki, dziesięć  skobli, i osiem kłódek. Po nieudanych próbach wyważenia drzwi, jakimś sposobem wyjęty został dolny węgar, i tamtędy Prusacy, dostali się do skarbca. I tu pojawiają się nam pewne nieścisłości, Kratzer podaje że wywieziono zapieczętowane pudła, natomiast według, raportu sporządzonego przez komisję w tysiąc siedemset dziewięćdziesiątym szóstym roku pozostało wiele starożytności. Natomiast  według. korespondencji prowadzonej między Fryderykiem Drugim, a generałem von Reutsem, korony zostały przewiezione do Berlina. Mamy więc same niewiadome, poszlaki, i hipotezy. Nie wiemy gdzie się podziały korony Chrobrego i Szczodrego, a także Łokietka -

Nie wiemy czy “korona Chrobrego” uważana obecnie za koronę cesarzy niemieckich jest w istocie koroną naszego króla wywiezioną przez Rychezę. Ponieważ są to jedynie nieudowodnione teorię. Dalej nie wiemy czy zapiski są prawdziwe, i powstały w tamtym czasie, czy są to tylko zręczne autofałszerstwa antydatowane  na użytek konfliktu z carem rosyjskim żeby go w zręczny sposób wprowadzić w błąd ? Nie wiemy czy dwie pozostałe korony, wróciły do Krakowa, i czy zostały następnie ukryte przez Czackiego, lub Siemiątkowskiego. Czy przebywają nadal we Włodzimierzu Wołyńskim lub w Porzycku? Czy margrabia Kowalski wiedział coś o interesującej nas sprawie więcej. Czy żyją potomkowie Zubrzyckiego, i posiadają jakieś poufne informacje przekazane w tajemnicy przez swoich przodków?  Nic więcej na ten temat nie udało mi się niestety dowiedzieć. Rewizja w klasztorze kapucynów na rozkaz cara nie przyniosła podobno oczekiwanych rezultatów. Korony nie znaleziono. 

W końcu pociąg jakoś dojechał. Wysiedliśmy i już za mostem kupiliśmy po butelce piwa każdy.  Zatrzymanym stopem dojechali do Ostrawy, a dalej pociągiem przez Bohumin i Opawe, aż do Hluczyna, stolicy czeskiego śląska, co zajęło nam kilka godzin. Po drodze w Bohuminie kupiliśmy spore zapasy "borowiczki", absyntu, i likieru, a jedną butelkę absyntu wypiliśmy prawie natychmiast, przyglądając się cały czas mijanym przez nas czeskim dziewczynom.
Tak więc idziemy ulicą , zwiedzamy Hluczyn, gapimy się na czeskie dziewczyny, a mocno pijany Maurycy, który od ilości wypitego alkoholu prawie zaczyna się zataczać,  rozpoczyna rozmowę na temat skarbca. Nic nim prawdopodobnie nie kieruje oprócz tego że się pragnie przed nami popisać. Nic, ponieważ praktycznie wszystko czego mogliśmy się dowiedzieć o skarbu, wiemy już. Trudno też podejrzewać że jakikolwiek przedmiot pochodzący ze skarbca mógłby się bez wiedzy pracowników zawieruszyć gdzieś na zamku. Choć, zaraz zaraz,stań, poczekaj i pomyśl, mówię tak cicho że nikt nie słyszy mojego głosu. Pod latarnią jest przecież najciemniej. Szukamy wszędzie tylko nie w najbliższej okolicy. Przecież najprościej było by ukryć zagrożone skarby na terenie zamku, a następnie zakopać gdzieś niedaleko. Nie rzucę jednak jednak wszystkiego i nie wrócę natychmiast do Krakowa. Nie chcę też mnożyć wątków, bo i tak nam się wszystko rozchodzi.  


- Skarbiec - zaczyna Maurycy wykonując dziwny ruch ręką i lekko potykając się o mały kamień leżący na drodze, a  przejeżdżający  samochód z polskimi numerami rejestracyjnymi  chlapie rozpryskującym się błotem na nogawki naszych spodni. My wygrażamy w jego stronę pięściami, a  wściekły ze złości Maurycy, bo cała powaga jego postaci wyparowała nagle, w brudnych nogawkach i ubłoconych butach niby niezrażony ciągnie dalej, choć z wyraźną złością w głosie
 
 - Pierwotnie skarbiec, i nie myślę tu wcale o skarbcu państwa wiślan, gdyby może ktoś właśnie tak pomyślał. Bo,  bo  przecież nie wiemy gdzie go należy szukać, a nawet nie wiem czy został dołączony do głównego skarbca królestwa, choć  małżeństwo Emnildy Słowiańskiej  z Chrobrym, i połączenie tych dwóch linii dynastycznych, jak i obu ziem, “małej” i “wielkiej” polski, hm raczej  o tym świadczy -

Może tam gdzie odnaleziono metalowe płacidła. To znaczy w najbliższej okolicy Kanoniczej 13. Jeśli nawet płacidła nie były żadnym skarbem, ale magazynem wielkiej jak na tamte czasy wytwórni produkującej miecze i metalowe narzędzia żelazne. I tam mylę należy szukać skarbca wiślan. A tak poważniej to cały rynek główny i najbliższe okolice w promieniu powiedzmy co najmniej kilku kilometrów pełne są takich skarbów jak metalowe płacidła. Nikt jednak na szczęście nie rozkopie Krakowa żeby zobaczyć co kryje się pod kamienicami.

 - Ale, ale, hm, bo wracając do skarbca, pierwszy skarbiec królestwa polskiego, znajdował się chyba w Katedrze Wawelskiej, a przynajmniej od czasów Szczodrego, i jego drugiej  korony.  Pod koniec życia Kazimierza Wielkiego,  skarbiec zostaje przeniesiony na Wawelski Zamek. Pierwszy ocalały, i znany nam spis inwentarza skarbca koronnego, pochodzi chyba z roku 1475. Podskarbi koronny Paweł z Jasieńca przejmując urząd od Jana biskupa krakowskiego  dokonuje spisu inwentarza skarbca, i wymienia w nim, co ważne dla nas: trzy korony, dwa berła, i dwa jabłka -to pewnie z czasów wspólnego panowania Jadwigi i Władysława, urzędujących jednocześnie dwóch królów.  Dalej, Szczerbiec, pierścienie, wymienia także dokumenty prawne i traktaty, regulujące stosunki Polski z Litwą, a być może również traktaty i konstytucje. Ta dbałość o wiedzę, słowo pisane, i traktaty prawne, jak i prawo w ogóle, wydaje świetne świadectwo naszym królom.  Pani Jachćic w “Dziejach skarbca królewskiego na wawelu”  w "Mówią Wieki" z  grudnia 1959 jeśli mnie pamięć nie myli, podaje że inwentarze i lustracje skarbca królewskiego, przynajmniej od r 1475 roku, stają się regułą przy zmianie podskarbiego koronnego, a normują to, konstytucje. Spis samych dokumentów skarbca sporządza kanonik królewski Marcin Kromer, w tym także co ciekawe  wymienia dokumenty sekretne, o czym jednak zamilczę. Ale już sto lat później, czyli z chwilą  rozdziału skarbu na koronny i nadworny, bo w jednym znajdują się od tej pory dokumenty związane z dochodami i budżetem państwa, a w drugim dworu, i króla. W czasie wojen, szczególnie archiwum i regalia, zostają przewiezione na Spisz, i ukryte w Lubowli, być może na zamku Zawiszy Czarnego. W najcenniejszych miejscach przechowywane też były,  dokumenty mówiące o zawieranych przymierzach, traktatach, a także układach pokojowych. Idźmy dalej. Mamy jeszcze opisy Decjusza, sklep przed skarbem, archiwum, i regalia

 A oto pełen opis, mam  nadzieje że cytuje dosłownie, ponieważ robię to z pamięci. “Za pomieszczeniem kustosza-strażnika skarbu, mieścił się tak zwany “sklep przed skarbem”, następnie była izba pod filarami, nazywana też izbą filarową, w niej to przechowywano archiwum , i ważne dokumenty skarbowe. Izba mała, była prawdziwym skarbcem REGALIUM” -świętym świętych, gdzie korony, symbole koronacji przecież “pomazania Bożego”, a więc uświęconego aktu, po którym monarcha,  stawał się jedynie  wykonawcą Bożego planu na ziemi,  przez którego niby przez  kryształowe naczynie miała się "przelewać' Boża wola i łaska na cały kraj, zamieszkujących go ludzi, przyrodę i całą ziemie. I jako strażnik, czuwał także nad przestrzeganiem tego prawa czyli jego egzekucją, i zachowywaniem go, jak i transmisją w czasie do następnych pokoleń. To jest  przekazem korony do następcy w czasowym kontinuum istnienia,  -a korona była jedynie symbolem tego aktu, potwierdzeniem, i pieczęcią, choć inne insygnia również. Pani Jachcieć w swoim artykule o którym przed chwilą wspomniałem chyba na stronie trzynastej opisuje nam jego wygląd, cytując dawne dokumenty że znajdowały się w skrzyni żelaznej a miała ona dwa zamki, dziesięć skobli i osiem różnych kłódek. Gdzie zostały złożone diademy, korony i insygnia a na tych wszystkich pudłach leżały mieczyki i szczerbiec,  a także przedmioty używane podczas ważnych wydarzeń, procesji, i uroczystościach pogrzebowych króli polskich.
Mówią jeszcze przekazy o jakiś starych chorągwiach. Czy przetrwały, i gdzie się znajdują, -o tym nie wiem, tak samo również co przedstawiają godła, i czy to są Orły Piastowskie, Pogoń,  czy też może prastare wiślańskie stanice? I z jakich czasów pochodziły. Może spoczywają do dziś, w jakichś prywatnych zbiorach jako ozdoba kolekcji. I nikt prawie o tym nie wie, oprócz najbliższych, i najbardziej zaufanych przyjaciół właściciela kolekcji -
Obok wiślańskich stadnic, także i rugijskie, -chcę dodać.
Maurycy nagle przerwał mówić, a ja myśleć, bo w oddali słychać było dobiegający hałas, i słowa piosenki:

"My chcemy piwa, my chcemy piwa, hej ho, hej ho”

śpiewali polscy turyści razem ze słowackimi cyganami, z którymi się tymczasowo zbratali. Nagle Stanisław głośno krzyknął 

CRA-CO-VIA, Craaaco-via!!!,

a Maurycy usiłując go zagłuszyć: WISŁA!!! WISŁA  Kraków, wi seł ka! 
Strzał był trzeba przyznać celny, w dziesiątkę, i to oba strzały, turyści byli kibicami warszawskiej Legii, i między nami rozgorzała bitwa, którą przerwało pojawienie się czeskiej policji. Słowaccy cyganie, dyskretnie stali z boku by po chwili widząc zbliżające się niebezpieczeństwo, zniknąć.



Złapaliśmy szybko przejeżdżającą akurat taksówkę, i dojechali nią na przedmieścia Pragi. Taksówkarz okazał się miłym człowiekiem, i pomógł nam znaleźć nocleg. Dwa pokoje za niewielką opłatą wynajął nam jego sąsiad  na przedmieściach Pragi.
Leżąc już w łóżku,  przypominałem sobie nasz niefortunny pobyt na Ukrainie, ucieczkę przed ukraińskimi pogranicznikami kiedy wracaliśmy z Włodzimierza i Porycka przez zieloną granicę, a potem "archeologiczne" poszukiwania w okolicach Kazimierzy Wielkiej i Stradowie. Następnie  znalezienie tych kamiennych grobowców z "mumiami". Cały ciemny pokój zaczynał mi przypominać grobowiec z spod Stradowa, a na korytarzu słychać było odgłosy pijanego Maurycego , który idąc do ubikacji potykał się o wszystko o co tylko można było się potknąć a co stało lub leżało na korytarzu i śpiewał pod nosem:  "gedap sten-dap-gerap-fo-ju rap..." W końcu zasnąłem

Ale zanim zasnąłem, przyszedł mi do głowy pomysł na książkę, no może na małe opowiadanie. Na jednej z planet dochodzi do władzy kasta kapłańska, zwana "Szlachetnymi", i postanawia na wzór buddyjskich sześciu światów świadomości, stworzyć sześć państw w których umieszcza  ludzi stosownie do ich karmy. Oczywiście o tym jaka jest karma ludzi decydują kapłani widzący podobno los ludzi. I tak w państwie nazwanym "Sferą bogów", życie jest najłatwiejsze, podatki niskie i proste, a korupcja prawie nie istnieje. Rządzący nie uprzykrzają im życia. Gdy jeden z nich zaczyna chorować lub umiera, znika, a tak naprawdę zostaje przeniesiony do innych państw w których jest więcej cierpienia. Podobnie rzecz się ma z chorymi dziećmi.

W państwie gniewnych półbogów, dominującą cechą jest agresja i "uprawa społeczna" Uprawa ta polega na nieustannym wzbudzaniu gniewu wśród mieszkających tam ludzi. Podzielone na małe miasta państwa społeczności, prowadzą nieustannie wojny między sobą. Także dochodzi do częstych wojen domowych między kibicami konkurujących drużyn piłkarskich, i dzielnic miast. Mają tam swój Kazimierz, który ciągle wojuje z Podgórzem, i Podgórze które ciągle wojuje z Kazimierzem. I mają też swoją Wisłę, której kibice walczą nieustannie z kibicami ich Cracovii. [“Podgórze  wycierać buty!” napisane kredom lub sprayem na płocie przy “ich” ulicy Lwowskiej, gdzieś między ich Rękawką a placem powstańców i Wielicką, prawie że naprzeciw malutkiego cmentarzyka na wzgórzu]

W sferze świadomości ludzi, wszystko jest można powiedzieć średnie.
W państwie odpowiadającym sferze świadomości zwierząt, całe życie ogniskuje się w walce o przetrwanie biologiczne, nieustanne kolejki po brakującą żywność w sklepach, czekanie miesiącami na wolne miejsce w państwowej służbie zdrowia, korupcja i zakłamanie władzy. I ciągłe braki pieniędzy, kłopoty z mieszkaniami.
W państwie stworzonym na wzór buddyjskiego świata głodnych duchów, dominuje nienasycenie, uzależnienie od alkoholu pitego w nadmiarze, narkotyków, seksu który nie może się spełnić i jest najczęściej oglądany w telewizji. Zimno i gorąco spowodowane nadmiernym przywiązaniem do ciała, i jego odczuć.
Najcięższe życie jest w państwie piekieł. Do państwa piekieł zsyłane są osoby nieprawomyślne, i najgroźniejsi przestępcy, ciężko nieuleczalnie chorzy, na choroby na które nie ma lekarstwa. Towarzyszą im nieustanne  klęski nieurodzaju i suszy.
Elita zaś Szlachetnych, zwanych “Najlepszymi”, mieszka w statku kosmicznym latającym dookoła planety.
<




+ - 0

Artykuł nie został jeszcze pozytywnie zrecenzowany.

Dodaj Komentarz

Zaloguj się aby komentować. Jeśli nie masz jeszcze konta, zapraszamy do rejestracji.

RSS komentarzy

Komentarze: 0