Hyde park / Twórczość
Romans z Wampirem - rozdział 3.
Artykuł był czytany 591 razyRozdział 3.
Wystawiłam głowę spod kołdry. Wczoraj wróciłam późno i tego ranka wstałam przed południem. Katharine nie obudziła mnie do szkoły. Nie zależało jej na mojej edukacji. Jeśli umarłabym dzisiaj zapewne nie postarałaby się nawet o marny wieniec na mój grub. Marzyłam by osiągnąć pełnoletność, mogłabym ruszyć przed siebie i zostawić przeszłość za sobą.
- Znów zaspałaś – Katharine usiadła naprzeciwko mnie z kawą w ręku – Kim ty chcesz zostać w przyszłości? – upiła łyk – Z moich osobistych obserwacji włóczęgą.
- Czy to ważne kim będę? I tak nie pozwolisz mi wyjść na prostą. Zawsze będziesz mi podcinać skrzydła
- To z mojej dobrej, podkreślam dobrej woli masz dach nad głową.
- A ty Katharine żyjesz na moim spodku.
- Zważaj na słowa! – ostrzegła – Jesteś na moim utrzymaniu i gdyby nie ja wyładowałabyś w domu dziecka.
- Jeszcze pół roku a będę pełnoletnia, i wtedy zobaczymy kto nad kim ma władzę – wstałam od stołu – Gdzie się znów wybierasz? - Straciłam apetyt!
Co ona mogła wiedzieć o moich marzeniach, potrzebach i planach na przyszłość? Dla Katharine byłam nikim. Skarbonką, z której co miesiąc wybierała pieniądze na swoje duperele.
Potrzebowałam adrenaliny żeby oderwać się od rzeczywistości. Zamierzałam odwiedzić Hard Club i wypróbować ich harleye. Major dał mi zaproszenie, z którego zamierzałam skorzystać. Jednego wieczoru przezwyciężyłam strach i trafiłam do miejsca gdzie nikt mnie nie odrzucał, i wszyscy wydawali się być przyjacielsko nastawieni.
Przy klubie nikogo nie było. Pustka. Penie wszyscy spali. Major zapewnił mnie wczoraj, że ich życie zaczyna się grubo po 23:00. Logo Hard Club nie świeciło. Na drzwiach nie było kartki zamknięte/otwarte. Potraktowałam to jako zaproszenie.
- Halo, jest tu ktoś? – pomieszczenie było puste. Scena na której zapewne wczoraj grał zespół również. Nikogo dokoła. Dziwne. Weszłam w głąb mijając stoliki. Było ciemno, okna zasunięte czarnymi kurtynami, i nisko zawieszone halogeny. Na barze leżał nie spity kieliszki, jakby ktoś chwile temu opuścił lokum. Ponury nastrój zapanował wkoło. Po części czułam się jak w pułapce.
Po co tu w ogóle wchodziłam. Nienawidzę ciemności! Przeszłam jeszcze kawałek i niechcący strąciłam butelkę jakiejś wódki na ziemie. Hałas pękającego szkła ogarnął bar. Już po mnie – powiedziałam do siebie. Kruszące się kawałki przyćmił czyjś głos.
- Kim jesteś blondyneczko – usłyszałam męski głos.
- Majorze, to ty? – rozejrzałam się dokoła – Przyszłam do Majora – powtórzyłam głośniej. Mój wzrok przykuła postać stojąca na za kurtyną
- Majora nie ma – mężczyzna wyszedł powoli zza zasłony. Czarne włosy opadały mu na twarz. Nie widziałam dokładnie jego twarzy. Był wysoki i blady. Kołnierz długiego czarnego płaszcza zasłaniał mu pół twarzy. Nie byłam pewna czy w ogóle chcę ją zobaczyć.
- Po co tu przyszłaś? – w sekundzie zjawił się przede mną. - Jak? – zatkał mi usta – Zero pytań - Miał tak ciemne oczy jak Gabriel. To samo spojrzenie, jakby chciał mnie zgwałcić, albo Bóg wie co jeszcze - Skoro już tu jesteś to może poznamy się lepiej – uśmiechnął się cynicznie – wspomniałaś, że przyszłaś do Majora – usiadł przy barze.
- Poznałam go wczoraj… Był dla mnie miły i zaprosił mi tu.
- Miło z jego strony – przeczesał czarną grzywkę. Jego twarz była biała jak śnieg, a rysy ciemne niebo nocą.
- Hektor – rzucił imię, jak później się okazało, jego imię – A ty to ta słynna Amelia Rodson – oparł się na ladzie
- Skąd wiesz jak mam na imię – spojrzałam nieufnie. Dreszcz przeszedł przez moje ciało.
- Wyluzuj Amelio, na odległość czuje jak się telepiesz – przechylił głowę w bok - Kontynuując Major jest naszym przywódcą. Znamy się od bardzo, bardzo dawna i nikt nie ma przed sobą tajemnic. Zapanowała cisza. Hektor wpatrywał się we mnie tak samo jak wczoraj Gabriel – Po tylu latach spędzonych razem nie ma mowy o tajemnicach.
- Gdzie teraz są?
- Równo o trzynastej pojawią się w barze – zapewnił – Południowe słońce jest bardzo niezdrowe. Kiedy wisi tak nisko nad miastem, wolimy nie wchodzić mu wtedy w paradę.
- A Gabriel? – rzuciłam po chwili, zastanawiając się co Hektor może o nim wiedzieć – Jesteście braćmi – Gabriel i Hektor nie byli do siebie podobni. Jedyne co ich łączyło to, to samo ciemne, pełne mroku spojrzenie.
-Nie jesteśmy braćmi. Żyjemy w jednym stadzie. Dwaj tak samo silni przywódcy. Wojna jest nieunikniona – oparł się – Gabriel to dość intrygująca forma.
Gdyby ludzie zapamiętywali zdarzenia z dzieciństwa pewnie byś go nawet znała. Słyszałem o twoich rodzicach – Hektor wszedł na dość bolesny temat, ale nie przerywałam mu – Miałaś szczęście. Jakże cudowne ocalenie.
- Moi rodzice zginęli siedemnaście lat temu w wypadku. Siedziałam z tyłu w siodełku. Samochód spał z mostu do wody.
- Czy to nie dziwne, że samochód spadł do wody, a ciebie ratownicy znaleźli na moście – przerwał.
- Uderzenie wyrzuciło mnie przez okno.
- Cudownie uratowana Amelia Rodson. Ludzie to ślepcy – oburzył się. Nie rozumiałam jego rekcji -Chodzą z klapkami na oczach. Nie dopuszczając do siebie prawdy. Wierzą we wszystko byle nie poznać prawdy - ciągnął
- Do czego zmierzasz? – Zbladłam. Wiedział o śmierci moich rodziców więcej niż ja kiedykolwiek. Był posępny i pewny siebie na tyle żeby zadawać mi osobiste pytania. Wspomnienia bolą, ale nie mogłam tratować się nimi do końca życia.
- Wierzysz w przeznaczenie? – położył rękę na stolik.
- Tak – odpowiedziałam krótko.
- Chciałabyś pomścić rodziców, gdyby okazało się że to nie był wypadek, tylko morderstwo? – nachylił się nade mną.
Dostałam dreszczy po całym ciele. Bałam się nawet oddychać. Hektor posuwał się coraz dalej. Przybrałam pozycje do ucieczki.
Już miałam biec do wyjścia, gdy przez drzwi wszedł Major i Gabriel. Chowali twarz za ciemnymi okularami i czapką z daszkiem.
- Punktualni jak zawsze – Hektor jak gdyby nigdy nic spojrzał na zegar. Wybiła trzynasta i słońce schowało się za chmury – popatrzyłam za okno.
- A więc poznałaś Hektora – Major ściągnął płaszcz – W jego towarzystwie nie można się nudzić. Hektor ma to do siebie, że uwielbia rozkopywać przeszłość. I zapewne torturował cię swoją ideologią.
- Nie zaprzeczę – spojrzałam przez ramię na Gabriela, który nadal stał w drzwiach wgapiony w Hektora. Wyglądał jakby zaraz miał skoczyć mu do gardła.
- Cześć Gabriel – przepowiedziałam w jego stronę, odrywając jego uwagę od Hektora.
- Igrasz z ogniem – ściągnął okulary i odłożył je na półce. Nie był zadowolony z mojego przybycia.
- Dobrze że jesteś – Major spojrzał srogo na Gabriela – Hektor nie zaproponował ci nic do picia? Zero manier!
- Trzymaj - podał mi mrożoną herbatę.
- Wybieramy się dzisiaj wieczorem na wyprę nocną. Jeśli nie masz konkretnych planów na przyszłość to jedź z nami.
- Z przyjemnością – powrócił mi dobry humor.
- Motory to dzikie bestie, gdy dosiada ich inna bestia to razem robią dzikie rzeczy – Hektor wstał z krzesła – Na mnie już czas. Będę wieczorem – machnął ręką i wyszedł.
Gabriel podszedł do stolika i usiadł naprzeciwko mnie.
- Byliśmy za miastem – zaczął – Testowaliśmy maszyny do nocnej wyprawy. Nie wiem ojcze, czy ona jest gotowa – spojrzał na Majora.
- Chcesz powiedzieć że nie dam sobie rady? Szybko się uczę, i chce z wami jechać.
- Tu nie chodzi o to jak szybko się uczysz. Tylko jak szybko… – nie dokończył.
- Gabrielu bądź milszy – Major pouczył syna.
- Chce być taka jak wy. Zero strachu, ciągła adrenalina.
- Amelio posłuchaj, Gabriel ma po części racje, to nie łatwy kawał chleba. Zawsze jest ryzyko, i dlatego pojedziesz z Gabrielem – spojrzałam Gabrielowi w oczy – Będzie zaszczytem zabrać cię ze sobą. Powinnaś się pożegnać z dotychczasowym życiem. Znam twoje relacje z ciotką.
- Znasz Katharine? – zdziwiłam się. Co Major – typowy harleyowiec mógł wiedzieć o mojej wypacykowanej ciotce.
- Miasto ma uszy. Przypadkiem usłyszałem swoje.
Zanim nastał wieczór pomagałam w barze, jako barmanka. Wszystko wymagało kobiecych dłoni. Nikt z mężczyzn nie pokwapił się żeby posprzątać zaplecze i bar. Miałam sporo czasu i zajęłam się wszystkim. Do ósmej bar lśnił. Major śmiał się, że utracił swój nieprzyzwoity styl.
- Ho, ho, ho – Hektor wszedł do baru pełen entuzjazmu – Jestem najedzony i zarazem głodny wrażeń – podszedł do baru gdzie akurat stałam – Masz u mnie minusa – nachylił się – Lubię gdy to miejsce odstrasza swoim mrocznym klimatem. To nudne gdy wszystko się świeci.
- Przyzwyczaj się, od dzisiaj stoję za barem i dopilnuje by mucha nie siadała.
- No proszę, proszę wyhodowaliśmy potwora – Kiedyś się zrozumiesz, że nic w tym barze nie ma dla nas znaczenia.
- To jedyny wasz dochód.
- Yyy… – podrapał się po brodzie – Raczej przykrywka.
- Do dzieła – Gabriel podał mi kask – Bez niego ani rusz.
- Wy ich nie macie – poczułam się gorsza i niedoceniana.
- Przywilej nadczłowieka – Hektor wystawił w moją stronę język.
Na zewnątrz stały trzy harleye. Major dosiadł największego. Odpalił go a silnik zawył jak jakąś bestia. Hektor usiadł na swojego czarnego jak jego image harleya – Pokażemy im dzisiaj maleńka kto tu rządzi.
- Gotowa? – Gabriel zapiął mi kask. Jego dłonie były chłodne, moje zaś gorały.
- Nie boje się.
- Nie powinnaś, w końcu jedziesz ze mną – usiadł na motor – Zasada numer jeden: Trzymaj się bo zamierzam dzisiaj pobić rekord. Zasada numer dwa: Zero krzyków, to mnie dekoncentruje.
- Yes sir – zachichotałam – Mogę mieć jedno pytanie?
- W ostateczności – położył głowę na swoje ramię – słucham
- Dlaczego mnie nie lubisz?
- Dlaczego tak myślisz? To ja powinienem spytać dlaczego ty się mnie boisz?
- Już się nie boje – objęłam go w pasie. Gabriel odpalił silnik – No może teraz się boję – ruszył.
Wjechaliśmy na drogę główną, i niedługo potem dogoniliśmy Majora i Hektora. Nie wiele widziałam. Gabriel pędził jak wiatr. Nie przypuszczałam że harleye mogą osiągać taką prędkość. Major został w tyle a Hektor nie dawał za wygraną. Pędzili obok siebie. Ich spojrzenie spotykały się ze sobą, by potem dodać kolejnej porcji gazu. Droga była cały czas prosta. Nad nami świeciły gwiazdy, i księżyc, który przyświecał drogę. Do moich oczu dostał się wiatr, wiało coraz silniej, bo i prędkość się zwiększała. Schowałam twarz w lokach Gabriela, które pachniały trochę jak lawenda, trochę jak fiołek. Ten zapach kojarzy mi się z dzieciństwem. Gdzieś już kiedyś czułam coś podobnego.
Przestało mnie obchodzić co się działo przede mną. Wtulona w Gabriela czułam się bezpieczna. Mój półsen przerwał głos Hektora – No pokarz na co cię stać! – krzyczał zbliżając swojego harleya w naszą stronę. Nie wyglądało to dobrze. Hektor stracił panowanie nas sobą. Przy prędkości około dwustu kilometrów to pewna śmierć.
- Trzymaj dystans! - Gabriel krzyczał w stronę Hektora – Zważ z kim jadę. Ona nie jest winna niczemu!
- Spokojnie tylko się z wami bawię – krzyknął i wtedy stało się najgorsze. Pod koła trafił kawałek głazu. Cokolwiek to było, sprawiło, że motor Hektora uderzył w nasz. Poczułam przeszywający ból. Uderzenie było tak silne, że wyrzuciło nas trojga w powietrze. Czułam jak lecę. Przez te pięć sekund zdarzyło się tak wiele. Gabriel uchwycił moje ciało w powietrzu i przycisnął do swojego. Widziałam niewiele, półmrok i Hektora, który toczył się po autostradzie. Czułam że umieram. Uderzyliśmy o ziemie. Gabriel uderzył, zamortyzował mój upadek bym przeżyła. Na próżno, bo czułam jak z każda kolejną sekundą, moje ciało obumiera. Nie chciałam śmierci. Trwałam w stanie zamroczenia. Nie mogłam się ruszać, ale czułam jak pode mną wije się ciało Gabriela. Nie czułam bicia jego serca, ale czułam jak bierze mnie w ramiona i wynosi z lasu.
Hektor przeżył, słyszałam jego głos w oddali. Znaczyło to, że przeżyliśmy. Teraz mogłam odpłynąć…
- Obudziłam się w szpitalu. Nie było ani Gabriela, ani Hektora, ani Majora. Obok łóżka siedziała Katharine. Wyglądała na strapioną, albo po prostu miałam halucynacje.
- Gdzie jestem?
- Już dobrze – Katharine złapała mnie za rękę – Wszystko będzie dobrze – zapłakała.
- Katharine! Chyba podali mi za dużo środków przeciwbólowych – oparłam głowę o poduszkę.
- Miałaś wypadek, ktoś cię potrącił. Jakiś przechodzień wezwał karetkę, już jesteś bezpieczna - Major ułożył własny przebieg wydarzeń. Taki, który nie zrobi ze mnie samobójczyni a z nich przestępców. Przytaknęłam Katharine. Nie rozumiałam jednak jej dziwnego nastawienia. Była zupełnie inna niż zwykle. Patrzyła na mnie zapłakana.
- Dlaczego płaczesz? Przecież żyje – uśmiechnęłam się z trudnością.
- Przepraszam – nadal łkała – Byłam wredna i nieczuła. Potrzebowałaś opieki po śmierci mojej siostry. A ja zamiast cię wspierać i służyć ci za matkę. Robiłam ci wyrzuty na każdym możliwym kroku. Widziałam w tobie intruza. Kogoś kto odebrał mi siostrę. Teraz wiem jak bardzo się myliłam. Wybacz mi – przyłożyła głowę do mojej dłoni – Wszystko się zmieni. Obiecuje, będziesz miała prawdziwy dom.
- Katharine, co się dzieje? – Nie przypuszczałam, że kiedykolwiek usłyszę od niej takie słowa. W jej głosie była skrucha, naprawdę przejrzała na oczy.
- Lekarze zrobili badania – zaczęła po chwili opanowując łzy – Nie wiedziałam Amelio! Gdybym wiedziała wcześniej, na pewno bym zareagowała.
- O czym ty mówisz? Poczułam się nieprzyjemnie.
- Lekarze wykryli u ciebie białaczkę – Katharine uklękła – Nic nie można zrobić. Wybacz mi Amelio!
- Ile mi zostało? – skamieniałam zdumienia.
- Jakieś dwa, trzy miesiące, ale na pewno da się wszystko wyleczyć. Musimy wierzyć.
Diagnoza była prosta – nowotwór. Co miałam powiedzieć.
Nie to nie możliwe? To pomyłka? Wybrałam więc milczenie. Przytuliłam Katharine do piersi i milczałam.
Nie chciałam się bać. Łzy uschły. Tak bardzo chciałam żyć, wiedząc że jedynym lekarstwem będzie śmierć.
Wystawiłam głowę spod kołdry. Wczoraj wróciłam późno i tego ranka wstałam przed południem. Katharine nie obudziła mnie do szkoły. Nie zależało jej na mojej edukacji. Jeśli umarłabym dzisiaj zapewne nie postarałaby się nawet o marny wieniec na mój grub. Marzyłam by osiągnąć pełnoletność, mogłabym ruszyć przed siebie i zostawić przeszłość za sobą.
- Znów zaspałaś – Katharine usiadła naprzeciwko mnie z kawą w ręku – Kim ty chcesz zostać w przyszłości? – upiła łyk – Z moich osobistych obserwacji włóczęgą.
- Czy to ważne kim będę? I tak nie pozwolisz mi wyjść na prostą. Zawsze będziesz mi podcinać skrzydła
- To z mojej dobrej, podkreślam dobrej woli masz dach nad głową.
- A ty Katharine żyjesz na moim spodku.
- Zważaj na słowa! – ostrzegła – Jesteś na moim utrzymaniu i gdyby nie ja wyładowałabyś w domu dziecka.
- Jeszcze pół roku a będę pełnoletnia, i wtedy zobaczymy kto nad kim ma władzę – wstałam od stołu – Gdzie się znów wybierasz? - Straciłam apetyt!
Co ona mogła wiedzieć o moich marzeniach, potrzebach i planach na przyszłość? Dla Katharine byłam nikim. Skarbonką, z której co miesiąc wybierała pieniądze na swoje duperele.
Potrzebowałam adrenaliny żeby oderwać się od rzeczywistości. Zamierzałam odwiedzić Hard Club i wypróbować ich harleye. Major dał mi zaproszenie, z którego zamierzałam skorzystać. Jednego wieczoru przezwyciężyłam strach i trafiłam do miejsca gdzie nikt mnie nie odrzucał, i wszyscy wydawali się być przyjacielsko nastawieni.
Przy klubie nikogo nie było. Pustka. Penie wszyscy spali. Major zapewnił mnie wczoraj, że ich życie zaczyna się grubo po 23:00. Logo Hard Club nie świeciło. Na drzwiach nie było kartki zamknięte/otwarte. Potraktowałam to jako zaproszenie.
- Halo, jest tu ktoś? – pomieszczenie było puste. Scena na której zapewne wczoraj grał zespół również. Nikogo dokoła. Dziwne. Weszłam w głąb mijając stoliki. Było ciemno, okna zasunięte czarnymi kurtynami, i nisko zawieszone halogeny. Na barze leżał nie spity kieliszki, jakby ktoś chwile temu opuścił lokum. Ponury nastrój zapanował wkoło. Po części czułam się jak w pułapce.
Po co tu w ogóle wchodziłam. Nienawidzę ciemności! Przeszłam jeszcze kawałek i niechcący strąciłam butelkę jakiejś wódki na ziemie. Hałas pękającego szkła ogarnął bar. Już po mnie – powiedziałam do siebie. Kruszące się kawałki przyćmił czyjś głos.
- Kim jesteś blondyneczko – usłyszałam męski głos.
- Majorze, to ty? – rozejrzałam się dokoła – Przyszłam do Majora – powtórzyłam głośniej. Mój wzrok przykuła postać stojąca na za kurtyną
- Majora nie ma – mężczyzna wyszedł powoli zza zasłony. Czarne włosy opadały mu na twarz. Nie widziałam dokładnie jego twarzy. Był wysoki i blady. Kołnierz długiego czarnego płaszcza zasłaniał mu pół twarzy. Nie byłam pewna czy w ogóle chcę ją zobaczyć.
- Po co tu przyszłaś? – w sekundzie zjawił się przede mną. - Jak? – zatkał mi usta – Zero pytań - Miał tak ciemne oczy jak Gabriel. To samo spojrzenie, jakby chciał mnie zgwałcić, albo Bóg wie co jeszcze - Skoro już tu jesteś to może poznamy się lepiej – uśmiechnął się cynicznie – wspomniałaś, że przyszłaś do Majora – usiadł przy barze.
- Poznałam go wczoraj… Był dla mnie miły i zaprosił mi tu.
- Miło z jego strony – przeczesał czarną grzywkę. Jego twarz była biała jak śnieg, a rysy ciemne niebo nocą.
- Hektor – rzucił imię, jak później się okazało, jego imię – A ty to ta słynna Amelia Rodson – oparł się na ladzie
- Skąd wiesz jak mam na imię – spojrzałam nieufnie. Dreszcz przeszedł przez moje ciało.
- Wyluzuj Amelio, na odległość czuje jak się telepiesz – przechylił głowę w bok - Kontynuując Major jest naszym przywódcą. Znamy się od bardzo, bardzo dawna i nikt nie ma przed sobą tajemnic. Zapanowała cisza. Hektor wpatrywał się we mnie tak samo jak wczoraj Gabriel – Po tylu latach spędzonych razem nie ma mowy o tajemnicach.
- Gdzie teraz są?
- Równo o trzynastej pojawią się w barze – zapewnił – Południowe słońce jest bardzo niezdrowe. Kiedy wisi tak nisko nad miastem, wolimy nie wchodzić mu wtedy w paradę.
- A Gabriel? – rzuciłam po chwili, zastanawiając się co Hektor może o nim wiedzieć – Jesteście braćmi – Gabriel i Hektor nie byli do siebie podobni. Jedyne co ich łączyło to, to samo ciemne, pełne mroku spojrzenie.
-Nie jesteśmy braćmi. Żyjemy w jednym stadzie. Dwaj tak samo silni przywódcy. Wojna jest nieunikniona – oparł się – Gabriel to dość intrygująca forma.
Gdyby ludzie zapamiętywali zdarzenia z dzieciństwa pewnie byś go nawet znała. Słyszałem o twoich rodzicach – Hektor wszedł na dość bolesny temat, ale nie przerywałam mu – Miałaś szczęście. Jakże cudowne ocalenie.
- Moi rodzice zginęli siedemnaście lat temu w wypadku. Siedziałam z tyłu w siodełku. Samochód spał z mostu do wody.
- Czy to nie dziwne, że samochód spadł do wody, a ciebie ratownicy znaleźli na moście – przerwał.
- Uderzenie wyrzuciło mnie przez okno.
- Cudownie uratowana Amelia Rodson. Ludzie to ślepcy – oburzył się. Nie rozumiałam jego rekcji -Chodzą z klapkami na oczach. Nie dopuszczając do siebie prawdy. Wierzą we wszystko byle nie poznać prawdy - ciągnął
- Do czego zmierzasz? – Zbladłam. Wiedział o śmierci moich rodziców więcej niż ja kiedykolwiek. Był posępny i pewny siebie na tyle żeby zadawać mi osobiste pytania. Wspomnienia bolą, ale nie mogłam tratować się nimi do końca życia.
- Wierzysz w przeznaczenie? – położył rękę na stolik.
- Tak – odpowiedziałam krótko.
- Chciałabyś pomścić rodziców, gdyby okazało się że to nie był wypadek, tylko morderstwo? – nachylił się nade mną.
Dostałam dreszczy po całym ciele. Bałam się nawet oddychać. Hektor posuwał się coraz dalej. Przybrałam pozycje do ucieczki.
Już miałam biec do wyjścia, gdy przez drzwi wszedł Major i Gabriel. Chowali twarz za ciemnymi okularami i czapką z daszkiem.
- Punktualni jak zawsze – Hektor jak gdyby nigdy nic spojrzał na zegar. Wybiła trzynasta i słońce schowało się za chmury – popatrzyłam za okno.
- A więc poznałaś Hektora – Major ściągnął płaszcz – W jego towarzystwie nie można się nudzić. Hektor ma to do siebie, że uwielbia rozkopywać przeszłość. I zapewne torturował cię swoją ideologią.
- Nie zaprzeczę – spojrzałam przez ramię na Gabriela, który nadal stał w drzwiach wgapiony w Hektora. Wyglądał jakby zaraz miał skoczyć mu do gardła.
- Cześć Gabriel – przepowiedziałam w jego stronę, odrywając jego uwagę od Hektora.
- Igrasz z ogniem – ściągnął okulary i odłożył je na półce. Nie był zadowolony z mojego przybycia.
- Dobrze że jesteś – Major spojrzał srogo na Gabriela – Hektor nie zaproponował ci nic do picia? Zero manier!
- Trzymaj - podał mi mrożoną herbatę.
- Wybieramy się dzisiaj wieczorem na wyprę nocną. Jeśli nie masz konkretnych planów na przyszłość to jedź z nami.
- Z przyjemnością – powrócił mi dobry humor.
- Motory to dzikie bestie, gdy dosiada ich inna bestia to razem robią dzikie rzeczy – Hektor wstał z krzesła – Na mnie już czas. Będę wieczorem – machnął ręką i wyszedł.
Gabriel podszedł do stolika i usiadł naprzeciwko mnie.
- Byliśmy za miastem – zaczął – Testowaliśmy maszyny do nocnej wyprawy. Nie wiem ojcze, czy ona jest gotowa – spojrzał na Majora.
- Chcesz powiedzieć że nie dam sobie rady? Szybko się uczę, i chce z wami jechać.
- Tu nie chodzi o to jak szybko się uczysz. Tylko jak szybko… – nie dokończył.
- Gabrielu bądź milszy – Major pouczył syna.
- Chce być taka jak wy. Zero strachu, ciągła adrenalina.
- Amelio posłuchaj, Gabriel ma po części racje, to nie łatwy kawał chleba. Zawsze jest ryzyko, i dlatego pojedziesz z Gabrielem – spojrzałam Gabrielowi w oczy – Będzie zaszczytem zabrać cię ze sobą. Powinnaś się pożegnać z dotychczasowym życiem. Znam twoje relacje z ciotką.
- Znasz Katharine? – zdziwiłam się. Co Major – typowy harleyowiec mógł wiedzieć o mojej wypacykowanej ciotce.
- Miasto ma uszy. Przypadkiem usłyszałem swoje.
Zanim nastał wieczór pomagałam w barze, jako barmanka. Wszystko wymagało kobiecych dłoni. Nikt z mężczyzn nie pokwapił się żeby posprzątać zaplecze i bar. Miałam sporo czasu i zajęłam się wszystkim. Do ósmej bar lśnił. Major śmiał się, że utracił swój nieprzyzwoity styl.
- Ho, ho, ho – Hektor wszedł do baru pełen entuzjazmu – Jestem najedzony i zarazem głodny wrażeń – podszedł do baru gdzie akurat stałam – Masz u mnie minusa – nachylił się – Lubię gdy to miejsce odstrasza swoim mrocznym klimatem. To nudne gdy wszystko się świeci.
- Przyzwyczaj się, od dzisiaj stoję za barem i dopilnuje by mucha nie siadała.
- No proszę, proszę wyhodowaliśmy potwora – Kiedyś się zrozumiesz, że nic w tym barze nie ma dla nas znaczenia.
- To jedyny wasz dochód.
- Yyy… – podrapał się po brodzie – Raczej przykrywka.
- Do dzieła – Gabriel podał mi kask – Bez niego ani rusz.
- Wy ich nie macie – poczułam się gorsza i niedoceniana.
- Przywilej nadczłowieka – Hektor wystawił w moją stronę język.
Na zewnątrz stały trzy harleye. Major dosiadł największego. Odpalił go a silnik zawył jak jakąś bestia. Hektor usiadł na swojego czarnego jak jego image harleya – Pokażemy im dzisiaj maleńka kto tu rządzi.
- Gotowa? – Gabriel zapiął mi kask. Jego dłonie były chłodne, moje zaś gorały.
- Nie boje się.
- Nie powinnaś, w końcu jedziesz ze mną – usiadł na motor – Zasada numer jeden: Trzymaj się bo zamierzam dzisiaj pobić rekord. Zasada numer dwa: Zero krzyków, to mnie dekoncentruje.
- Yes sir – zachichotałam – Mogę mieć jedno pytanie?
- W ostateczności – położył głowę na swoje ramię – słucham
- Dlaczego mnie nie lubisz?
- Dlaczego tak myślisz? To ja powinienem spytać dlaczego ty się mnie boisz?
- Już się nie boje – objęłam go w pasie. Gabriel odpalił silnik – No może teraz się boję – ruszył.
Wjechaliśmy na drogę główną, i niedługo potem dogoniliśmy Majora i Hektora. Nie wiele widziałam. Gabriel pędził jak wiatr. Nie przypuszczałam że harleye mogą osiągać taką prędkość. Major został w tyle a Hektor nie dawał za wygraną. Pędzili obok siebie. Ich spojrzenie spotykały się ze sobą, by potem dodać kolejnej porcji gazu. Droga była cały czas prosta. Nad nami świeciły gwiazdy, i księżyc, który przyświecał drogę. Do moich oczu dostał się wiatr, wiało coraz silniej, bo i prędkość się zwiększała. Schowałam twarz w lokach Gabriela, które pachniały trochę jak lawenda, trochę jak fiołek. Ten zapach kojarzy mi się z dzieciństwem. Gdzieś już kiedyś czułam coś podobnego.
Przestało mnie obchodzić co się działo przede mną. Wtulona w Gabriela czułam się bezpieczna. Mój półsen przerwał głos Hektora – No pokarz na co cię stać! – krzyczał zbliżając swojego harleya w naszą stronę. Nie wyglądało to dobrze. Hektor stracił panowanie nas sobą. Przy prędkości około dwustu kilometrów to pewna śmierć.
- Trzymaj dystans! - Gabriel krzyczał w stronę Hektora – Zważ z kim jadę. Ona nie jest winna niczemu!
- Spokojnie tylko się z wami bawię – krzyknął i wtedy stało się najgorsze. Pod koła trafił kawałek głazu. Cokolwiek to było, sprawiło, że motor Hektora uderzył w nasz. Poczułam przeszywający ból. Uderzenie było tak silne, że wyrzuciło nas trojga w powietrze. Czułam jak lecę. Przez te pięć sekund zdarzyło się tak wiele. Gabriel uchwycił moje ciało w powietrzu i przycisnął do swojego. Widziałam niewiele, półmrok i Hektora, który toczył się po autostradzie. Czułam że umieram. Uderzyliśmy o ziemie. Gabriel uderzył, zamortyzował mój upadek bym przeżyła. Na próżno, bo czułam jak z każda kolejną sekundą, moje ciało obumiera. Nie chciałam śmierci. Trwałam w stanie zamroczenia. Nie mogłam się ruszać, ale czułam jak pode mną wije się ciało Gabriela. Nie czułam bicia jego serca, ale czułam jak bierze mnie w ramiona i wynosi z lasu.
Hektor przeżył, słyszałam jego głos w oddali. Znaczyło to, że przeżyliśmy. Teraz mogłam odpłynąć…
- Obudziłam się w szpitalu. Nie było ani Gabriela, ani Hektora, ani Majora. Obok łóżka siedziała Katharine. Wyglądała na strapioną, albo po prostu miałam halucynacje.
- Gdzie jestem?
- Już dobrze – Katharine złapała mnie za rękę – Wszystko będzie dobrze – zapłakała.
- Katharine! Chyba podali mi za dużo środków przeciwbólowych – oparłam głowę o poduszkę.
- Miałaś wypadek, ktoś cię potrącił. Jakiś przechodzień wezwał karetkę, już jesteś bezpieczna - Major ułożył własny przebieg wydarzeń. Taki, który nie zrobi ze mnie samobójczyni a z nich przestępców. Przytaknęłam Katharine. Nie rozumiałam jednak jej dziwnego nastawienia. Była zupełnie inna niż zwykle. Patrzyła na mnie zapłakana.
- Dlaczego płaczesz? Przecież żyje – uśmiechnęłam się z trudnością.
- Przepraszam – nadal łkała – Byłam wredna i nieczuła. Potrzebowałaś opieki po śmierci mojej siostry. A ja zamiast cię wspierać i służyć ci za matkę. Robiłam ci wyrzuty na każdym możliwym kroku. Widziałam w tobie intruza. Kogoś kto odebrał mi siostrę. Teraz wiem jak bardzo się myliłam. Wybacz mi – przyłożyła głowę do mojej dłoni – Wszystko się zmieni. Obiecuje, będziesz miała prawdziwy dom.
- Katharine, co się dzieje? – Nie przypuszczałam, że kiedykolwiek usłyszę od niej takie słowa. W jej głosie była skrucha, naprawdę przejrzała na oczy.
- Lekarze zrobili badania – zaczęła po chwili opanowując łzy – Nie wiedziałam Amelio! Gdybym wiedziała wcześniej, na pewno bym zareagowała.
- O czym ty mówisz? Poczułam się nieprzyjemnie.
- Lekarze wykryli u ciebie białaczkę – Katharine uklękła – Nic nie można zrobić. Wybacz mi Amelio!
- Ile mi zostało? – skamieniałam zdumienia.
- Jakieś dwa, trzy miesiące, ale na pewno da się wszystko wyleczyć. Musimy wierzyć.
Diagnoza była prosta – nowotwór. Co miałam powiedzieć.
Nie to nie możliwe? To pomyłka? Wybrałam więc milczenie. Przytuliłam Katharine do piersi i milczałam.
Nie chciałam się bać. Łzy uschły. Tak bardzo chciałam żyć, wiedząc że jedynym lekarstwem będzie śmierć.















