Hyde park / Twórczość
Romans z wampirem
Artykuł był czytany 861 razy(...) Kiedy miałam sześć lat uwielbiałam bajki o Kopciuszku, Królewnie Śnieżce czy Czerwonym Kapturku. Bajki dla dzieci w których Książę ratuje swoja Królewnę z rąk obrzydliwych potworów. Pragnęłam być taką królewną, chociaż na chwilę bo moje życie wcale nie przypominało bajki. Stało się koszmarem z chwilą gdy zginęli moi rodzice. Zostałam sama. Dziesięciolatka w wielkim świecie. Co to za świat? Trafiłam do cioci. Przez pewien czas wydawało mi się że jestem jak Kopciuszek, znienawidzona przez macochę, którą była moja ciotka Katarina. Nie miałam domu i rodziny, nie miałam nikogo. W domu bywałam tylko po to by zjeść obiad i się przespać. Nic więcej. Tak wyglądało dotąd moje życie. Jestem Amelia Rodson , dziewczyn o takim imieniu tu w Nowym Jorku jest pewnie miliony, niczym się nie wyróżniam. Długie blond włosy i koścista sylwetka. Żyję z dnia na dzień, chodzę codziennie tymi samymi ulicami. Unikam ludzi i być może dlatego spotkała mnie ta historia. (...)
Uwielbiałam watę cukrową, zawsze w południe przychodziłam na rynek żeby kupić sobie ten cud na patyku. Pamiętam kiedy razem z mamą co sobotę wyczekiwałyśmy starszego pana w zielonkawym berecie, który serwował wszelkie kolory. Dzisiaj nie było inaczej. Zielony beret, siwa broda lekko zgrabiony staruszek. - To co zwykle – uśmiechnął się – Różowa? Przytaknęłam głową. Spacerowałam z plecakiem i różową watą cukrową do wieczora. Nie miałam po co wracać do domu. Maria nigdy na mnie nie czekała. Wyrobiła mi osobne klucze, dając tym samym wolna rękę. Spojrzałam na zegarek. Dopiero dwudziesta. Chciałam pooddychać świeżym powietrzem, usiadłam na chodniku przed wejściem do baru dla harleyowców. Zanim się zorientowałam gdzie właściwie siedzę wianuszek mężczyzn otoczył mnie dookoła. Szeptali i mruczeli. Ja wciąż siedziałam nieporuszona. - Koleżanka do nas nie pasuje – wymamrotał jeden z facetów. - Bo jestem kobietą? – popatrzyłam nań ironicznie. - Nie – zaprzeczył kolejny. - Przechodziłam obok. Nic więcej – zapewniłam - Nic się nie stało. Mało kobiet przechodzi tędy. - Boją się was – parsknęli wszyscy jednocześnie. Miałam wrażenie jakbym ich znała. Nie bałam się, choć przez sekunda usłyszałam że kobiety omijają to miejsce z daleka. (...)
Nie wiedziałam co mam powiedzieć, ja bałam się ciemności on bał się światła. (...)
Chciałam się zabić. Odebrać sobie życie, nie miałam po co żyć ten świat to przekleństwo. Dziewczyna bez przeszłości i przyszłości. Wyszłam wcześnie z mieszkania Katarin. Wiedziałam dokąd idę. Most Brooklyński. Oh tak, my kobiety w chwili gdy postanawiamy odebrać sobie życie, robimy to na oczach całego świata. Może ktoś zechciałby uwiecznić moją śmierć na fotografii. Szłam przed siebie. Mijały mnie samochody, półmrok to idealny moment. Stanęłam blisko barierki. Pochyliłam się żeby zobaczyć jak długo będę lecieć, ile sekund będę w pełni wolna. Wystarczająco. Wychyliłam się bardziej, świat zawirował, jakby nagle ocknął się że istnieje. Ale było za późno. Przeszłam na drugą stronę żelaznej barierki. Moje dłonie marzły, było tak zimno. Wystarczy się puścić, a będzie po wszystkim. Uniosłam ręce ku niebu, oznajmując Bogu, że nadchodzę. Skoczyłam. Ile leciałam, nie wiem, pięć sekund, może mniej. Na chwilę zapomniałam o Gabrielu. O wampirze, który siedemnaście lat temu. Dokładnie na tym moście zabił moich rodziców.
Nie było go ze mną teraz i wtedy gdy postanowiłam się zabić. Nie było go tu na górze. Tylko dlatego że czekał na dole by mnie złapać. Czy ja śnię? Skończyłam w jego ramionach. Bezsilna i bezużyteczna. Tak bardzo go nienawidziłam. To nienawiść potęgowała we mnie tę miłość. Miłość do mojego oprawcy. - Czy ty kiedyś pozwolisz mi umrzeć? - uniosłam wzrok. - Nie - odrzekł. (...)
Uwielbiałam watę cukrową, zawsze w południe przychodziłam na rynek żeby kupić sobie ten cud na patyku. Pamiętam kiedy razem z mamą co sobotę wyczekiwałyśmy starszego pana w zielonkawym berecie, który serwował wszelkie kolory. Dzisiaj nie było inaczej. Zielony beret, siwa broda lekko zgrabiony staruszek. - To co zwykle – uśmiechnął się – Różowa? Przytaknęłam głową. Spacerowałam z plecakiem i różową watą cukrową do wieczora. Nie miałam po co wracać do domu. Maria nigdy na mnie nie czekała. Wyrobiła mi osobne klucze, dając tym samym wolna rękę. Spojrzałam na zegarek. Dopiero dwudziesta. Chciałam pooddychać świeżym powietrzem, usiadłam na chodniku przed wejściem do baru dla harleyowców. Zanim się zorientowałam gdzie właściwie siedzę wianuszek mężczyzn otoczył mnie dookoła. Szeptali i mruczeli. Ja wciąż siedziałam nieporuszona. - Koleżanka do nas nie pasuje – wymamrotał jeden z facetów. - Bo jestem kobietą? – popatrzyłam nań ironicznie. - Nie – zaprzeczył kolejny. - Przechodziłam obok. Nic więcej – zapewniłam - Nic się nie stało. Mało kobiet przechodzi tędy. - Boją się was – parsknęli wszyscy jednocześnie. Miałam wrażenie jakbym ich znała. Nie bałam się, choć przez sekunda usłyszałam że kobiety omijają to miejsce z daleka. (...)
Nie wiedziałam co mam powiedzieć, ja bałam się ciemności on bał się światła. (...)
Chciałam się zabić. Odebrać sobie życie, nie miałam po co żyć ten świat to przekleństwo. Dziewczyna bez przeszłości i przyszłości. Wyszłam wcześnie z mieszkania Katarin. Wiedziałam dokąd idę. Most Brooklyński. Oh tak, my kobiety w chwili gdy postanawiamy odebrać sobie życie, robimy to na oczach całego świata. Może ktoś zechciałby uwiecznić moją śmierć na fotografii. Szłam przed siebie. Mijały mnie samochody, półmrok to idealny moment. Stanęłam blisko barierki. Pochyliłam się żeby zobaczyć jak długo będę lecieć, ile sekund będę w pełni wolna. Wystarczająco. Wychyliłam się bardziej, świat zawirował, jakby nagle ocknął się że istnieje. Ale było za późno. Przeszłam na drugą stronę żelaznej barierki. Moje dłonie marzły, było tak zimno. Wystarczy się puścić, a będzie po wszystkim. Uniosłam ręce ku niebu, oznajmując Bogu, że nadchodzę. Skoczyłam. Ile leciałam, nie wiem, pięć sekund, może mniej. Na chwilę zapomniałam o Gabrielu. O wampirze, który siedemnaście lat temu. Dokładnie na tym moście zabił moich rodziców.
Nie było go ze mną teraz i wtedy gdy postanowiłam się zabić. Nie było go tu na górze. Tylko dlatego że czekał na dole by mnie złapać. Czy ja śnię? Skończyłam w jego ramionach. Bezsilna i bezużyteczna. Tak bardzo go nienawidziłam. To nienawiść potęgowała we mnie tę miłość. Miłość do mojego oprawcy. - Czy ty kiedyś pozwolisz mi umrzeć? - uniosłam wzrok. - Nie - odrzekł. (...)
Dodaj Komentarz
RSS komentarzyKomentarze: 1
Wolę jednak teksty o wampirach, w których jest więcej akcji niż uczucia...przykładowo "w szponach mrozu" Richelle Mead. Ale spoko, innym na pewno się spodoba




















