the Forgotten
Artykuł był czytany 712 razyObudziłam się. I to nie było miejsce, które znam. To było coś całkiem nowego. Coś pięknego, ale w swej piękności strasznego. Nie wiedziałam, co to. Co się w ogóle dzieje. I nagle, w całkowitej ciszy, która spowijała mnie jak kokon, usłyszałam głos. Powiedział:
- Numer 23 właśnie się obudził. Zawołajcie sanitariusza. Hej, ty, żyjesz?
Otworzyłam oczy i zobaczyłam najwspanialsze oczy w całym moim życiu. Niesamowicie niebieskie. Jak woda, jak niebo, błękitne aż do bólu.
- Żyjesz?
- Co się stało?
- Witamy w niebie.
I zapadłam w ciemność.
Stuk-stuk. Stuk-stuk. Za chwilę człap-człap. Ktoś idzie i jakby nie. Jakby robił sobie przerwę i nagle wznawiał marsz. Nasłuchuję, bo nic innego mi nie pozostało. Nie mam bladego pojęcia ile czasu tu jestem. Jedyne, w czym się orientuję to to, że mam jakiś wór na głowie i jestem związana. I że wcale mi się tu nie podoba. To miejsce nie przypomina niczego. Początkowo myślałam, że jestem w szpitalu, ale nie. Brakowało obrzydliwej szpitalnej woni, którą roztaczają lekarstwa, ampułki, środki czystości, sterylność i białe kitle. Później przyszła myśl, że ktoś mnie porwał. Ale przecież po co? Nie jestem nikim ważnym. Przynajmniej tak mi się wydaje. Nie pamiętam ostatnich dni. A może godzin. Drzwi otwierają się. To dziwne. Bardziej poczułam niż usłyszałam.
- To właśnie numer 23.
- Dlaczego związana? - Ciepły głos, który ma w sobie zapowiedź szczęścia. W filmach przeważnie właśnie taki mają porywacze.
- Stawiała opór. Nie czuje, jest na środkach.
Świetnie. Czyli nie dość, że porwana to jeszcze odurzona. To by przynajmniej tłumaczyło zanik pamięci i to, że nie mogę poruszyć palcami.
- Zdejmij jej to z głowy. – Zdjęli mi wór. Przede mną stał… anioł. We własnej osobie. Anioł jak w mordę strzelił. Złote loczki, złote oczy, trzy pary złotych skrzydeł. Piękny jak obrazek. Nie pamiętam dokładnie, ale mogę założyć, że szczęka opadła mi do ziemi.
- Witaj, jestem Gabriel, numerze 23. – Przedstawił się lekko pochylając głowę. – Pewnie zastanawiasz się, co się dzieje. Postaram się wszystko krótko streścić. Zginęłaś w wypadku samochodowym, ratując koleżankę. Jako dusza powinnaś przejść przez Bramę, niestety Piotr nie mógł Cię nigdzie znaleźć. Zrobiło się lekkie zamieszanie, bo próbowałaś siłą wrócić na Ziemię, więc został wezwany patrol porządkowy i tak znalazłaś się w lazarecie, ale tam również narobiłaś bałaganu, więc tak oto znajdujemy się tutaj. Normalnie powinnaś wylądować w Czyśćcu, tam zostałabyś poddana kuracji, ale ktoś ma wobec ciebie inne plany. W nagrodę za poświęcenie własnego życia masz zostać aniołem i dokończyć to, co zaczęłaś w chwili swojej śmierci, czyli sprawować opiekę nad ludźmi.
- Co?
- Będziesz aniołem! Okaż szacunek Namiestnikowi! – Wtrącił się ktoś, jak się okazało również anioł, co przyszedł razem z kimś, kto podał się za Gabriela.
Spojrzałam na rzekomego serafina. O co tu chodzi? Umarłam tak? I nic z tego nie pamiętam? Trochę naciągane.
- Nie wierzysz.
- Nie, no, co ty. Wierzę. – Spoglądam w złote oczka aniołka i zastanawiam się ile dał za takie szkła.
- No to trzeba udowodnić. - Machnął ręką i nagle sznury puściły, wróciło mi czucie i oczywiście, bo jakżeby inaczej, upadłam na kolana. – Nie musisz od razu klękać – uśmiechnął się wrednie. Prychnęłam, bo na nic innego nie zasługiwał.
- Chodź tu. – znowu machnął ręką i na ścianie znikąd pojawiło się lustro. – Przyjrzyj się dokładnie. Zauważyłaś jakąś zmianę?
To było dziwne. Bardzo. Najdziwniejsze co mi się kiedykolwiek przydarzyło. Posłusznie podeszłam do wyczarowanego lustra i spojrzałam na siebie.
- Schudłam. – To było jedyne co przyszło mi do głowy. W sumie była to nawet prawda. Ale nie o to mu chodziło. I wtedy mnie olśniło. Skoro mam być aniołem to muszę mieć skrzydła! Obróciłam się, ale skrzydeł nie było.
- Powiedziałem, że masz patrzeć dokładnie.
Więc spojrzałam ponownie. Skrzydła się nie pojawiły, ale zobaczyłam coś co mogło nimi być. A przynajmniej tak mi się wydawało. Wyglądało jak gorące powietrze, które faluje. Spojrzałam nad głowę.
- Daj spokój. Skoro ja nie mam aureoli, to ty tym bardziej.
Wzruszyłam ramionami. Nie to nie. Ale to wszystko znaczyłoby, że mówi prawdę. Że jest aniołem. Gabrielem. I że umarłam.
- Wszyscy kiedyś umrzemy, pamiętasz? Sama to powiedziałaś. Pomyśl o tym inaczej, że dzięki tobie żyje ktoś inny. Swoją drogą masz talent dziewczyno. Prawie od razu je zobaczyłaś. Niektórym zajmuje to dni jak nie miesiące. – mówił coś i mówił, ale ja go nie słuchałam. Skupiłam się tylko na tym, że ja już nie żyję. Umarłam. I nic tego nie zmieni. – Słuchasz mnie?
- Taaa.. – mruknęłam.
- Skup się. Masz rację, nic nie zmieni tego, że umarłaś. Masz teraz szansę. Możesz uratować innych ludzi, zrozum to. Będziesz aniołem. Jak się nazywasz?
- Numer 23 – odpowiedziałam zanim zdążyłam pomyśleć. Znowu zobaczyłam ten wredny uśmiech i wcale mi się to nie podobało. – Nie. Daj mi chwilę. – Próbowałam przypomnieć sobie kim jestem, ale nie potrafiłam. Nie pamiętam ani wypadku, ani o jakiej koleżance mówił wcześniej. Nie pamiętałam nic. Podeszłam z powrotem do lustra i ściągnęłam koszulę, którą dostałam w lazarecie. Na łopatce miałam tatuaż. Smok połykający własny ogon. Ouroboros. Wieczność. Chwila. Pamięć.
- Valerie.
- Mówiłem, że masz talent. Myślałem, że zostaniesz aniołem służebnym niższego rzędu, jak wszyscy, potem, że Stróżem, ale skoro pamiętasz własne imię, to pozostaje ci tylko jedna opcja.
Spojrzałam na niego, bo wiedziałam, że to ważne. Że to, co zaraz powie zapamiętam do końca życia. To znaczy przez wieczność.
- Witamy w szeregach Strażników.
Gdy tylko skończył to zdanie, poczułam przypływ siły. Ogromnej. Boskiej. Spojrzałam ponownie w lustro. Tym razem widziałam skrzydła. Ale były inne niż się spodziewałam. W ogóle spodziewałam się czegoś innego.
- Czarne?
- Zginęłaś w ciągu dnia. - rzucił jakby to miało mi wszystko wytłumaczyć. - Tu panuje zasada odwrotności. Umarłaś za dnia, więc będziesz strzegła ludzi podczas nocy.
- Czyli, że teraz jestem leworęczna?
- Nie bądź śmieszna. Zostawimy cię na chwilę, żebyś się oswoiła. Jak uznasz, że jesteś gotowa przejdź przez tamte drzwi – wskazał przeciwległą ścianę.
Zostawili mnie samą. Stanęłam przed lustrem, bo co innego mogłam zrobić? Co teraz będzie? Nie żyję. Umarłam. I nic z tego nie pamiętam. I mam cholerne czarne skrzydła. Czarne. Jak noc. A zawsze myślałam, że to upadłe anioły mają takie. A tu proszę, niespodzianka. Spojrzałam na siebie. Wydaje mi się, że wyglądam jak za życia. Może trochę bardziej wysportowana, szczupła. Spojrzałam na ręce. Bez blizn. Obejrzałam nadgarstki. Też bez blizn. A tatuaż został. Nie wiem dlaczego. Nie wiem dlaczego pamiętam o bliznach i o Ouroborosie, a nie pamiętam kim byłam. Wstałam. Na próbę rozwinęłam skrzydła, żeby sobie nimi pomachać. Okazało się, że są ogromne. Machnęłam, nie wiedząc jakich mięśni użyłam, wystarczały, żebym o tym pomyślała. Żebym tego zapragnęła. Momentalnie podleciałam pod sufit. Instynktownie wiedziałam jak wylądować. Nie sprawiało mi to żadnych kłopotów. Miałam przejść przez drzwi kiedy będę gotowa. No cóż, bardziej nie będę. W sumie... im szybciej, tym lepiej. Przynajmniej tak mi się wydaje.
Jest ciemno. Znowu. Zawsze jest ciemno. Jest noc. Jak zwykle. I chyba już nigdy nie będzie inaczej. Miałam wybór. Dokonałam go. Być może to była zła decyzja. A może nie. Ale teraz to nie ma już znaczenia. Nic tego zmieni. Wybrałam i muszę teraz wytrwać w swoim wyborze. Zresztą, nawet gdybym dostała kolejna szansę, to nie wiem czy byłabym na tyle silna, żeby wybrać inaczej. Teraz nie ma czasu na rozmyślanie. Mam zadanie i muszę je wykonać. Ten demon już zbyt długo się tu pałęta. Dałam mu szansę. Nie skorzystał z niej. Teraz będzie za to płacił. Zbliżam się powoli, bezszelestnie, tak, jak mnie nauczyli. Wyciągam sztylet z pochwy na udzie. Za blisko na miecz, a nie opłaca się marnować na niego kul. Nawet nie zorientował się, kto wbił mu ostrze w aortę. Zostawiam ciało wijące się w konwulsjach. Niedługo zamieni się w pył. Dust to dust. Odmawiam krótką modlitwę i strzepuję parę kropel krwi ze sztyletu. Wracam na swoje miejsce. Zamieram w bezruchu i obserwuję okolicę przerzucając się z jednego planu astralnego na drugi. Jest zimno, więc poprawiam pozycję i otulam się skrzydłami czarnymi jak noc. Do świtu pozostało już niewiele czasu. Może już nic się nie wydarzy. A może nie. Muszę być gotowa na wszystko. W końcu jestem Strażnikiem Nocy.
- Wyżej ręka! Wyżej! Co, nie rozumiesz?! Wyżej, kurwa! Przy zasłonie ręka idzie wyżej! Nad głowę, ostrzem w dół! Luźno! Luźno, do kurwy nędzy! To ma być zasłona miękka! Masz nie męczyć ręki!
Zanim się zorientowałam, uderzył. Zabolało. Jak cholera. Poczułam jak sztywnieje mi ramię. Zupełnie jakby złamało mi rękę. Nienawidzę go.
- Wstawaj.
- Spieprzaj.
- Oooo.. Czy mam donieść Gabrysiowi, że jego pupilek ma humory?
- Nie mam żadnych humorów. I nie jestem niczyim pupilkiem.
- Wstawaj.
Podźwignęłam się z kolan. Nienawidzę go. To trening. Mam się tu czegoś nauczyć a nie zginąć. A nie. Ja już nie mogę umrzeć. W końcu jestem w niebie. Co za głupota. Strażnik. Strażnik czego? Od kiedy przeszłam przez drzwi wszystko dzieje się tak szybko. Nie wiedzieć jak znalazłam się w pokoju, gdzie spotkałam anioła, który dał mi ubranie. Znowu czarne. Spodnie z materiału i kaftan. Skromne, ale wygodne i nie krępujące ruchów. Zdążyłam się przespać i przyszedł po mnie ten sam anioł, który dał mi rzeczy. W ogóle się do mnie nie odzywał, chociaż pytałam go o imię i o to, co tu się dzieje. Zwykły mruk. Jedyne co od niego dostałam to nieśmiertelnik z numerami 23/D/1508/2009. A potem zaprowadził mnie na salę treningową. Tak od razu na salę. Żadnego instruktarzu, nic. Jedno szczęście, ze wiem jak się trzyma miecz. W przeciwnym razie ten anioł co jest niby trenerem zabiłby mnie już na początku. A teraz się tylko nade mną pastwi.
- Przygotuj się.
Stanęłam w lekkim rozkroku uważnie parząc na koniec jego miecza. I to był mój pierwszy błąd. Nawet nie zorientowałam się, kiedy ruszył do ataku. Znowu leżałam na ziemi.
- Wstawaj.
Nienawidzę go. Naprawdę i szczerze go nienawidzę. A zawsze wydawało mi się, że anioły to słodkie istotki z obrazka, które czują jedynie miłość do ludzi. No i może właśnie tu jest pies pogrzebany. Może nie mogą się gniewać na swoich podopiecznych więc wyżywają się na sobie nawzajem. No cóż, ja nie mam zamiaru być workiem, na którym można się rozładować. Jeżeli chce się odstresować, to tym razem będzie musiał się trochę bardziej postarać.
- Gotowy?
- Dam ci chwilę, jeśli jesteś zmęczona – uśmiechnął się wrednie.
- Dzięki – debil. Zwykły debil.
Rozprostowałam ramiona, zrobiłam kilka skłonów i rozciągnęłam wszystkie mięśnie jakie przyszły mi do głowy.
- Już.
Stanęłam do niego bokiem, trzymając miecz luźno opuszczony do dołu. Przyjął swoją zwykłą postawę. Idiota. Wiedziałam już co zrobi. Jak zwykle zaczął kreślić maleńkie koła ostrzem. To mnie właśnie rozpraszało – to, że poruszał klingą. Najważniejsze były nogi. Widziałam jak delikatnie, prawie niezauważalnie przenosi ciężar ciała z jednej nogi na drugą. Prawie niezauważalnie. To „prawie” go zdradziło. Nadal stałam w bezruchu. Rzuciłam okiem na jego twarz. To było przelotne spojrzenie, bo całą uwagę skupiłam na pracy jego nóg, ale wystarczyło. Był wściekły. Nie wiedział co kombinuję i to doprowadzało go do pasji. A jak wiadomo w takim stanie bardzo łatwo o błąd, szczególnie jeśli wcześniej było się strasznie pewnym siebie. Wreszcie ruszył. Zdecydowanie zaczął od lewej nogi. Najpierw kilka przekładanych kroków w prawo, potem powrót. W tym samym czasie kreślił ósemki w powietrzu. W zupełnie innym tempie niż chodził. I znowu w prawo. I znowu powrót. Cały czas stałam w bezruchu. Musiałam znaleźć moment, w którym się zawaha. W którym zgubi rytm kroków. I doczekałam się. Zbyt późno oderwał prawą stopę od podłoża, co minimalnie nim zachwiało. Starałam się działać szybko. Poderwany w górę miecz świsnął w powietrzu. Zrobiłam wypad i błyskawiczny odskok. Nie natrafiłam na żadem opór. Czyli chybiłam. Trudno. Trzeba szybko myśleć i jeszcze szybciej się ruszać. Obrót w prawo, ponowny wypad, zasłona. Znowu nic. Krok w przód, cięcie, dwa do tyłu, kolejny obrót. Zamarkowałam uderzenie od góry odsłaniając się. Liczyłam, że da się nabrać. I połknął przynętę. Doskoczył do mnie, dokładnie w tym samym momencie, w którym zaczęłam robić piruet. Nagle znalazłam się za nim, przerzucając miecz za swoimi plecami z prawej do lewej dłoni i cięłam od dołu. Ostrze zatrzymałam dopiero kiedy delikatnie dotknęło jego ramienia. Jak nic bym mu je odcięła. Całe starcie trwało zaledwie minutę, ale zdążyło przyciągnąć całkiem spory tłum. Zanim poczułam radość ze zwycięstwa, usłyszałam głos.
- Nie ciesz się tak. Ja może straciłem ramię, ale ty życie.
Nie rozumiałam o co chodzi. Przecież bym wygrała, gdyby to była walka na serio. I wtedy poczułam na piersi wąskie ostrze. Czyli jednak nie był z niego taki całkiem idiota. W prawej ręce trzymał sztylet, który pewnie by mi wbił, a nawet gdyby nie, to sama bym się na niego nadziała siłą rozpędu, jaką bym władowała w odcięcie mu ręki. Czyli znowu przegrałam. Ale nie leżałam na ziemi. Stałam pewnie na nogach, nadal trzymałam miecz i na dodatek zadałam mu jakąś ranę. Więc można powiedzieć, że osiągnęłam swój cel. Pokazałam, że nie jestem już chłopcem, to znaczy dziewczyną, do bicia. Czyli wygrałam.
Myślę, że na dzisiaj wystarczy. Zresztą Namiestnik chce z tobą mówić.
Świetnie. Czyli za stawianie oporu idzie się pod sąd wojenny? Ciekawe, jak giną anioły? Bo chyba giną, skoro każą nam tu machać żelastwem. To raczej musi być bolesne. Nie wiem. Nie mam wprawy w umieraniu. Nie pamiętam własnej śmierci. I co tak właściwie się ze mną stanie, jak już mnie ukatrupią? No, przecież teraz to już nie mam dokąd iść. Do żadnego Nieba ani Piekła. Czyli, że co? Przestanę istnieć? Nie będzie już mnie? Tak właściwie to mojej duszy? Zniknie? Ja zniknę? No po prostu świetnie. Trzeba było siedzieć cicho i schować dumę do kieszeni. No a teraz trudno. Żegnaj świecie. Czy raczej żegnaj Niebo i moja wieczności.
- Za talenty jeszcze nikogo nie zabito. Ani w tym ani w innym świecie. A co do umierania, to nikt nie wie, co się z nami dzieje po unicestwieniu. Chyba trafiamy do Niebytu. Ale jakoś nikt nie zrobił jeszcze nic, żeby to sprawdzić. I raczej tak już zostanie.
Spojrzałam przed siebie i zobaczyłam Gabriela. Póki co jedynego anioła, który zachował tyle kultury, żeby się przedstawić i ze mną porozmawiać. Skrzywiłam się, bo właśnie skojarzyłam, że odpowiedział na wszystkie pytania, które kłębiły mi się w głowie. Czyli czytał mi w myślach. A to już mi się nie podobało.
- No to co ja tutaj robię? - spytałam.
- Ogólnie poznajesz podstawy walki mieczem, później nauczysz się rzucać nożami, strzelać, a na końcu walki wręcz. Potem przejdziemy do wiedzy czysto teoretycznej, czyli co będzie należeć do twoich obowiązków i postaramy się ci wyjaśnić co się tak właściwie stało. A teraz idziesz ze mną na rozmowę.
Cudnie. Nadal nic nie rozumiem. A jego najwyraźniej to bawi. Namiestnik. Ciekawe czego.
- Oczywiście Woli Boskiej.
Kurwa.
- To o czym będzie ta rozmowa? - nie powiedział nic na przekleństwo, czyli wychodzi na to, że można przeklinać. Dzięki Bogu, chociaż za to.
- O tym i owym. O wszystkim. Zależy co chciałabyś wiedzieć.
Wyszliśmy z sali treningowej na taras, a z niego zeszliśmy do ogrodów. Czy raczej do jakiegoś parku. Pewnie powinnam zachwycić się pięknem tego miejsca, bo faktycznie było się czym zachwycać, ale jakoś nie odczuwałam potrzeby wyrażania swoich uczuć. I jakoś nieszczególnie mnie to ruszało. Widocznie za życia miałam słabo rozwinięty gust, albo byłam jakaś super nieśmiała. Albo jakaś niewrażliwa. Albo nie wiem jaka jeszcze.
Szliśmy chwilę w milczeniu, aż dotarło do mnie, że coś cały czas uderza mnie w nogę. Okazało się, że ciągle mam przy sobie to cholerne żelastwo. Zaczęłam mocować się z węzłem i gdy w końcu mi się udało, z uśmiechem rzuciłam za siebie pochwę z mieczem.
- Zostawisz to tak? - zapytał Gabriel, przystając, żeby go podnieść. Ale ja go już nie słuchałam. Co on takiego powiedział? Zostawisz to. Zostawisz. Zostawisz. Zostawisz mnie?
Wybiegłam na ulicę. Nie mogłam tam wrócić. Nie teraz. Nie w ten sposób. Tak będzie lepiej dla wszystkich. Jeśli zniknę. Nie będę już nikogo ranić. Mam wspomnienia. Oni też je mają. Czy będą je pamiętać czy nie, to już ich sprawa. Ja tylko ranię. Nie czują się przy mnie dobrze. Więc po co mam zmuszać ich do tego, żeby się ze mną męczyli?
- Valerie, stój! Zatrzymaj się do cholery!
Wiedziałam kto za mną biegnie. Podświadomie chciałam, żeby to była ona. Ale to też ją najbardziej skrzywdzę, jeśli teraz się odwrócę. Jeśli się odwrócę, nie będę miała dość siły, żeby odejść. Decyzję podjęłam już dawno. Nie wolno mi teraz zawrócić. Tak będzie lepiej. Dla mnie też.
- Stój, słyszysz?!
Odejdź. Daj mi odejść. Zrozum, robię to dla ciebie. Nie będziesz ze mną szczęśliwa. Masz swoich znajomych, masz przyjaciół. Zapomnisz o mnie. Ja mam tylko ciebie, zrozum mnie. Wiem, że nie zrozumiesz tego. Nigdy tego nie zrozumiesz. Po prostu mi zaufaj. Ja też cierpię. Mnie to też boli. Bardziej niż ciebie. Po prostu mi zaufaj.
- Valerie. Proszę cię. Zatrzymaj się.
Jeszcze tylko jedna ulica i wystarczy wsiąść do autobusu. Obojętnie jakiego. Byle odjechać. Daleko. Nie myśl. Po prostu nie myśl. Mam rację. Muszę ją mieć. Tak będzie dla wszystkich lepiej. Już przystanek. Za chwilę odjedziesz.
- Zostawisz mnie? - to był szept.
- Alice...
Odwróciłam się. Dlaczego musisz wszystko utrudniać? Czy nie rozumiesz, że i tak o mnie zapomnisz? Że właśnie odchodząc zaoszczędzę i mnie i tobie bólu? Wyrzutów sumienia? Żalu?
- Alice.. to nie tak..
- Zostawiasz mnie... - cały czas ten sam błagalny szept – Co zrobiłam nie tak? Proszę, zostań.
Zranię cię, zostając. Nie jestem typem człowieka, w którym można mieć przyjaciela. Ja mam problemy sama ze sobą. Nie chcę cię w to wciągać. Zrozum to.
- Zostań... - wyciągnęła do mnie rękę.
Jestem jak pies. Zawsze przyjdę, kiedy mnie zawołasz. Jak pies. Zawsze wierny, zawsze skamlący. Zrobiłam krok w jej stronę. Nie. Nie wolno mi się cofnąć. Robisz to dla niej, pamiętaj o tym. Robisz to dla wszystkich swoich przyjaciół. Robisz to dla niego. Jeszcze jeden krok. I jeszcze jeden. Zatrzymaj się do cholery. Dzieli nas ulica. I niech tak zostanie. Dalej, zmuś się do tego, żeby wsiąść do autobusu. Zaszłaś już tak daleko. Przecież chcesz, żeby wszyscy byli zadowoleni z życia. Przecież powiedziałaś, że poświęcisz siebie w zamian za szczęście innych.
- Valerie, nie ruszaj się. Już po ciebie idę.
Autobus. Autobus. Wejdź do autobusu. Pisk. Nie. To mój histeryczny śmiech. Boże, gdzie jesteś, kiedy cię potrzebuje?
- Ciiii... teraz już wszystko będzie dobrze.. tylko się nie ruszaj.
Głupia. Idzie do mnie. Przechodzi przez ulicę, która miała być pasem ziemi niczyjej. Ta ulica miała zagwarantować ci szczęście. I przy okazji mnie poczucie spełnionego obowiązku. Skazujesz nas obie. Dlaczego nie chcesz mi pomóc? Pisk narasta. To nie ja. To samochód. A Alice jest na ulicy. Boże gdzie ty teraz jesteś?
- Stój! - nie usłyszałam swojego krzyku. Nie miałam szans nic usłyszeć. Poczułam ból. Delikatny. Lekki dyskomfort. A potem już nic.
- Alice...
- Bożee... nieee!!
Żyje. Widzę ją. Nic jej nie jest. Dlaczego się nie cieszy? Przecież wszystko jest w porządku. Podjęłam decyzję. Zostanę tak długo, jak będzie tego chciała. Dlaczego się nie cieszy?
Klęczę, otulona czarnymi skrzydłami.
- Alice... Alice...
- Spokojnie - ciepły głos, który ma w sobie zapowiedź szczęścia.
- Alice... - na policzkach czuję coś ciepłego. Coś słonego. To moje łzy.
- Myślę, że na dzisiaj zakończymy rozmowę.
- Nie zostawiaj mnie... samej... - mój cichy szept. Zakrywam dłońmi twarz, tak jakby to miało ukryć mnie przed światem. Więc tak zginęłam. Ratując w wypadku samochodowym koleżankę. Ratując przyjaciela. Ratując Alice. Wiem, że Gabriela już nie ma. Chowam się jeszcze bardziej. Ze skrzydeł buduje sobie mur, którym się okalam. Nie ma mnie już dla świata. Ja umarłam. Przeze mnie.. przez moje beznadziejne poczucie obowiązku chronienia ludzi, mógł zginąć ktoś jeszcze. Nie mam odwagi powiedzieć głośno kto. Ktoś. Ktokolwiek. Ale zginęłam ja. I dobrze. Dlaczego teraz to mi się przypomniało? Dlaczego moje życie było tak skomplikowane? Tyle uczuć. Chciałam ją chronić. Pojechałam się pożegnać. Na zawsze. Bo panowała we mnie złość. Czysta agresja. Nie chciałam jej skrzywdzić. Musiałam zadać jej ból, żeby mnie nie szukała. Żeby mnie znienawidziła. Żebym nie miała powodów by wracać. Nie tylko do niej. Do innych bezimiennych na razie ludzi, którzy byli ze mną tamtego dnia. Do tej jednej osoby, która była dla mnie wszystkim, a o której nie wiem teraz nic. Moi przyjaciele. Chciałam, żeby byli szczęśliwi. Musiałam odejść. Ale nie myślałam, że tak. Że umrę. Przy niej. Na jej oczach. Że zabiję ją razem z sobą. A przecież nie chciałam zginąć. Po prostu chciałam, żeby żyła. Bo ona na to zasługiwała, a ja nie. Tyle wiem. Kim ja do cholery byłam? Potworem?
Nie wiem ile czasu tak spędziłam. To chyba zresztą bez znaczenia. Tu chyba czas nie płynie. Tu go chyba nie ma. To wieczność. Mój wieczny ból. Tu nie ma lat, nie ma dni, godzin ani minut. Nie ma chwil. Mój ból nie odejdzie. Będzie ze mną już zawsze. Nie osłabnie. Ból straty. A przecież powinnam być szczęśliwa. Przecież Alice żyje. Chyba żyje, prawda? Zostawiłam ją na Ziemi. Oddychającą. Żyjącą. Zostawiłam ją tam. Ale kiedy to było? Ile czasu upłynęło na Ziemi od kiedy tu trafiłam? Co się tam działo?
Wstałam. Nie mam czasu do stracenia. Nie mam czasu, żeby tu siedzieć. Muszę wrócić na Ziemię i wszystko sprawdzić. Tylko jak to zrobić? Ruszyłam przed siebie, ale po paru krokach zawróciłam. Zapomniałam zabrać ze sobą miecz. Już nic nigdy nie zostawię.
***
Idę ciemną ulicą. To takie dziwne uczucie. Przejście z ciepłego światła w zimny mrok. Za każdym razem. A przecież powinnam się już przyzwyczaić. W końcu jedną z naszych cech jest szybsze przyswajanie się do nowych warunków. A to już jest rutyna. Że raz na dobę schodzimy na Ziemię. Zerkam przez ramię. Jared idzie kilka metrów za mną, ubezpieczając tyły. Nikt nas nie widzi, nikt nie słyszy. Nikt nie ma prawa dowiedzieć się o naszej obecności. Nagle cała kolumna staje na niemy rozkaz Corusa. Natrafiliśmy na linie zabezpieczające. Jeden z aniołów podchodzi na skraj chodnika i coś tam majstruje. Nigdy nie byłam dobra z omijania zabezpieczeń. Moim żywiołem jest walka. Dlatego to właśnie Jared jest moim partnerem. Dlatego na zmianę ubezpieczamy tyły. Już nie mogę się doczekać, kiedy w końcu dotrzemy do kryjówki demonów. Prawda, daliśmy ciała. Wszyscy. Gnieździli się tu ponad trzy tygodnie. Ale nikomu z nas nie przyszło sprawdzać, czy nie założyli tu gdzieś bazy wypadowej. Przecież to sam środek naszego terytorium. Najciemniej pod latarnią. Ale trudno. Wystarczył ich jeden błąd. Nie wzięli pod uwagę tego, że prowadzimy statystyki pojawiania się demonów na ziemi. Jak zwykle pokazali, że są istotami o mniejszych mózgach. No cóż.. teraz przyjdzie im za to zapłacić. Szczególnie, że hańbą okrył się cały mój oddział. Ominięcie zabezpieczeń zajmie trochę czasu. Niecierpliwie się. Wiem, że Jared również. Już za chwilę kolumna zmieni szyk i to my będziemy szli na czele, likwidując ewentualnych strażników. Dopiero wtedy reszta ruszy za nami. Gdy oni będą szli, my prawdopodobnie dotrzemy już do głównego celu. Mam tylko nadzieję, że po drodze natrafimy na demony. Czuję w sobie rządzę krwi. Wiem, że moje oczy płoną niezdrowo czarnym ogniem. Widzę ich odbicie w czarnych płomieniach oczu Jareda. Jesteśmy pod pewnymi względami podobni. Obydwoje poszukujemy śmierci. Jesteśmy jej wysłannikami. Chcemy umrzeć, ale też chcemy zabrać ze sobą tyle istnień ile to możliwe. Widzę, jak Jared drży. Czy zastanawia się, co popchnęło go do tego wyboru? Ja myślę o tym cały czas. To zapewnia mi siłę w walce. Nie pozwala się poddać. Bo nie wolno mi porzucić nadziei. Bo nic nie wolno mi zostawić. Wreszcie słyszę upragnione, ciche kliknięcie. Zamek zdjęty. Patrzę na Jareda. Oboje się uśmiechamy. Wiemy, że mamy tylko siebie. Że za każdą taką akcją kryje się podróż do piekła. Podróż w głąb siebie. Spychamy nasze jestestwo na sam brzeg istnienia, zostawiając tylko instynkty i więź, która nas łączy. Nasze oczy powoli ciemnieją. Wyjmuję miecz. Jared preferuje pistolety, ale jesteśmy mistrzami w posługiwaniu się każdą bronią. Po prostu tym walczy się nam lepiej. Oddział rozstępuje się na boki, przepuszczając nas do przodu. Starym zwyczajem, kiedy jeszcze jestem w stanie myśleć trzeźwo podchodzę do Carusa, żeby dał nam błogosławieństwo. Żeby Imię było z nami, bo w szale walki nie będziemy myśleć o niczym innym niż o krwi.
Słyszę wołanie Jareda, nie ma chwili do stracenia. Krew. Krew. Krew nam śpiewa. Czujemy ją. Czujemy, jak płynie w tych niegodnych żyłach. Jak woła do nas, żebyśmy ją wypuścili. Ona nie chce tam być, chce być wolna. Pochylam się, przygotowując się do skoku. Wiem, że Jared robi to samo. Jeszcze chwila i ruszymy do ataku. Lokalizuję najbliższego strażnika i ruszam. Jesteśmy szybsi niż wiatr. Zatapiam ostrze w ciele demona, jednocześnie skręcając mu kark.
- Zostawcie coś dla nas – dochodzi mnie jeszcze głos, uśmiecham się. Niedoczekanie.
Biegnę pod mur z lewej strony i wskakuję na dach. Rzucam nożem w upadłego, doskakując i obcinając mu głowę. Przeskakuję na następny budynek, żeby zdjąć kolejnych trzech strażników. Jared zajmuje się tymi na dole. Mam tylko nadzieję, że to właśnie mi skapnie dziś więcej krwi. Pierwszego pchnęłam mieczem, drugiemu złamałam kręgosłup w odcinku lędźwiowym, poprawiając prawym prostym w twarz. Trzeci związał mnie krótką potyczką, ale zamiast po prostu po cichu umrzeć, stracił nogi, a zaraz potem głowę. Czuję ekscytację. Krew spływa mi po rękach, mam ochotę krzyczeć z radości. Wiem, że Jared czuje to samo. Zeskakuję do niego, bo na górze nie ma już nikogo. Widzę jego twarz wykrzywioną wściekłością. Moja wygląda tak samo. Ale jesteśmy szczęśliwi. Jednocześnie ruszamy w stronę głównego budynku. Nikt nie stoi nam już na drodze. Prawdopodobnie wszyscy już wiedzą, że tu jesteśmy. Że jest nas więcej niż dwoje. Ale nie obchodzi mnie to. Ważne jest tylko zabijanie i krew. Wchodzimy przez drzwi, które walnęły o przeciwległą ścianę po kopnięciu przez Jareda. Wyciągnęłam pistolet i strzeliłam prosto między oczy demonowi, który nie zdążył się schować. W tym samym momencie Jared strzelił mi ponad ramieniem. Wiedziałam, że jest za mną upadły, ale wiedziałam również, że Jared wie. Wbiegam pierwsza na schody, strzelając po drodze do kolejnych dwóch demonów. Całą sobą czuję, że już za chwilę dotrzemy do głównych sił, że już niedługo mój miecz napije się krwi do syta. Że poczuję spełnienie. Jared wyprzedza mnie na schodach i nagle staje. Ja również. Obydwoje słyszymy gwizd. Przeciągły, wysoki, niesłyszalny dla reszty gwizd. Gwizd, który nas poskramia. Wiercę się, warczę, ale nie mogę dalej iść. Mamy wracać. A jesteśmy tak blisko. Dociera do mnie echo kroków. W naszą stronę biegnie sześć osób. Jestem rozdarta pomiędzy chęcią ruszenia dalej, a obrony własnych tyłów. Miotamy się, ubezwłasnowolnieni gwizdem. Słyszę jak się zbliżają. Są już na schodach. Słychać szum skrzydeł, a ja nie mogę się bronić. Nie mogę nic zrobić. Odwracam się, przyczajona do skoku, z obnażonym mieczem w ręku. Jestem gotowa. Gdy tylko wyjdą zza zakrętu, ruszę, aby zabijać. I nagle ponowny gwizd, który każe rzucić nam broń. Upuszczam miecz, Jared wyrzuca przed siebie pistolety. Wargi mam podniesione nad zęby, z mojego gardła wydobywa się pomruk. Mijają mnie anioły. A ja nie mogę zaatakować. Trzymają broń, a ja mam tylko ręce. Ale i tak jestem w stanie ich zabić. Ale nie wolno mi. Gwizd zabronił mi wszystkiego.
- Wracać! - słyszę jak ktoś mnie woła.
Jared rusza pierwszy podnosząc pistolety. Ja skaczę w locie łapiąc miecz. Biegniemy, bo tylko w świście powietrza, można zgubić gorycz. Dobiegamy do miejsca, w którym stał nasz oddział. Jest tylko Corus, który kręci głową na nasz widok. Powoli czarna mgła z moich oczu opada. Wraca im ich naturalny kolor. Płomień gaśnie, ekscytacja mija. Patrzę na Jareda i zastanawiam się, jak ja wyglądam, skoro on jest cały we krwi. Nienawidzę się. Za to jaka jestem. Za to, że przed każdą akcją czuję podniecenie, czuję radość z nadchodzącego zabijania. A zaraz potem, gdy niewoli mnie gwizd, gdy wycofuję się z walki, dociera do mnie obrzydzenie. Do własnej osoby.
- No i co? Opiliście się dzisiaj?
Nie odpowiadam. Nie mam siły. Patrzę tylko na srebrny gwizdek, który trzyma w ręku. Gwizdek na psy. Bo w końcu jesteśmy Pańskimi Psami. Domini Cannes.
***
- Valerie, twoja zmiana.
- Co?
- Zakończyłaś szkolenie. Teraz przychodzi czas pracy. Ale jak każdy nowy anioł masz jeden dzień wolny. W twoim przypadku to raczej jedna wolna noc. Od zachodu słońca, do jego świtu możesz robić co ci się żywnie podoba.
- Chcę zejść na Ziemię.
- No to, proszę bardzo. Ruszaj śmiało. Tylko za bardzo nie szalej.
Nie będę. Nie musisz się o to martwić. Chcę się dowiedzieć kim byłam. Przechodzę przez bramę i znajduję się w miejscu, gdzie zdarzył się wypadek. Wiem, co mam robić. Uczyli mnie wszystkiego. Chronienia, tropienia, zabijania. Poradzę sobie. Znam zapach Alice. Został mi w moich słabych, niedokładnych, ludzkich wspomnieniach. To była ostatnia rzecz jaką czułam, więc prawdopodobnie dlatego zapamiętałam go tak dobrze. Teraz wystarczy wytropić go w tysiącu innych zapachów i ruszyć jego śladem do jej domu. Jest noc, więc będzie w domu. Ludzie w nocy śpią. Anioły nie. To, co na początku wydawało mi się snem, wcale nim nie było. To raczej coś jak letarg. Totalne odłączenie umysłu. Wręcz jego wyłączenie. Bo przecież nie mogę już spać, skoro nie żyję, prawda? Z tym, że umarłam już się pogodziłam. Zajęło mi to trochę czasu, no bo komu by nie zajęło? Ale stało się. Nie żyję. Już nigdy nie zobaczę słońca, nie poczuję rosy i nie położę się na plaży, żeby się opalać. To nie jest tak, że za tym tęsknie. Po prostu, gdy to sobie uświadomiłam, zrobiło mi się smutno. Będzie mi tego brakować, to jasne, ale moja śmierć dała mi też wiele innych, nowych możliwości. Nigdy nie myślałam, że obok mojego ludzkiego życia tyle się działo. Że istnieją plany astralne. Że tuż obok mnie stoi demon i manipuluje moją aurą. Że w ogóle mam aurę.
Pan zadecydował, że zostanę aniołem, żeby ochraniać ludzi. Nie chciałam tego. Naprawdę nie chciałam. Wręcz żądałam, aby przeprowadzono na mnie kurację, o której dowiedziałam się od Gabriela. Ale wtedy nie zdobyłabym ułamka moich wspomnień. Nie poznałabym prawdy. Pewnie po pewnym czasie, jeśli w Niebie w ogóle można mówić o jakimkolwiek czasie, zaczęłabym żałować swojej decyzji. Teraz może też będę. Ale znam prawdę. I muszę pomóc tym, których zawiodłam. Których zostawiłam. Muszę ich chronić. Teraz kiedy mogę i chcę to robić. Bo kocham ich. Nigdy nie sądziłam, że można pomieścić w sobie tyle miłości. Kocham wszystkich ludzi i każdego z osobna. Chcę poznać ich wszystkich, chcę wracać do nich, myśleć o nich, znać ich imiona i pragnienia. Chcę, aby mieli wolną wolę, żeby mieli wybór. Dlatego muszę zlikwidować każdego demona, który może im zabrać alternatywę, który będzie nimi sterował. Człowiek nigdy nie pojmie tej miłości. To uczucie daje nam siłę, aby istnieć. Bez tej miłości staniemy się upadłymi.
Podążam tropem. Jest mocny, świeży. Więc umarłam całkiem niedawno. Z jednej strony to dobrze, z drugiej źle. Dobrze, bo Alice się nie zmieniła. Będzie taką, jaką ją zostawiłam. Przynajmniej zewnętrznie. I tu właśnie wkrada się ta zła strona. Że prawdopodobnie cierpi. Albo jest tylko smutno. Albo przeżyła wstrząs. W końcu nie co dzień ogląda się śmierć koleżanki, cudem unikając jej losu. Ale nie zawrócę. Chcę ją zobaczyć. Muszę to zrobić, bo nie wiem czy później będę miała okazję. Skręcałam za róg, kiedy doszedł mnie jeszcze jeden zapach. Odór. Demon. Smród demona, który krąży gdzieś niedaleko. Marszczę nos, a wargi same podnoszą mi się nad zęby. Z mojego gardła wydobywa się gniewny pomruk. Ale nie ruszam się. Jestem rozdarta pomiędzy miłością do Alice i do tego kogoś, którego mami demon. Czuję, że oboje są niedaleko. A co jeśli zostawię go teraz żywego, a potem, w ciągu dnia, kiedy mnie nie będzie, on przyjdzie do kogoś innego? Do Alice na przykład? Co jeśli zmusi tego obecnego kogoś do popełnienia zbrodni? Ale mam tylko 12 godzin na odnalezienie i zobaczenie Alice. Zaczynam warczeć pełna niezdecydowania. Smród upadłego rozwala mi nos od środka. Nie ma czasu na dylematy. Ruszam za zapachem, który ginie w zaułku dwie ulice dalej. Nie ma czasu, więc najzwyczajniej w świecie strzelam mu w plecy. Na ziemię upada pył. Człowiek, którego próbował opętać leży na ziemi. To biedak. Alkoholik. Więc był z nim już od dawna. Teraz nareszcie jest wolny. Podchodzę do niego i całuję go w czubek głowy. Kocham go całą sobą. Chcę, żeby był szczęśliwy. Głaszczę go po ręce i modlę się do Pana za niego. Wiem, że moje modlitwy zostaną wysłuchane. Uśmiecham się do niego, choć wiem, że mnie nie widzi. Niektórzy ludzie są wyczuleni na wyższe byty, choć nazywają nas duchami. A tak naprawdę to anioły. My lub upadli. Wracam na wcześniejszy trop. Rozpiera mnie miłość. To ona sprawia, że moje zmysły są bardziej wyczulone na zapach Alice, że powoli do moich uszu dociera każde bicie serca w okolicy, że podświadomie czuję czy w pobliżu ludzi są demony, czy nie. Wystarczy podążać za instynktem.
Tak jak myślałam dom Alice naprawdę był niedaleko. Zaledwie parę ulic dalej. To zwykły dom. Ale mieszka w nim osoba, którą kocham. Poprawka. Mieszkają w nim osoby, które kocham. Tak samo jak na całej ulicy. Więc żaden nie jest zwykły. Dla każdego jestem gotowa poświęcić swoje życie. Czy też swój byt. Swoją duszę. Przechodzę przez furtkę. Nie muszę jej otwierać. Ona dla mnie nie istnieje. Nauczyli nas jak się skoncentrować, aby przedmioty Ziemskie były dla nas materialne. Ale to teraz nie potrzebne. Idę do drzwi wejściowych. Słyszę szczekanie psa. No tak. Zwierzęta nas widzą. To chyba prymitywność ich mózgów. Albo i nie, bo wśród ludzi też zdarzają się takie wypadki. Po śmierci dołączają do grona świętych. Ale na Ziemi brani są przeważnie za wariatów. Bo też niektórzy wariują od tej wiedzy. Ciekawe czy Alice również ma taki dar. Wchodzę do domu. Słyszę bicie pięciu serc. Wiem jak trafić do jej pokoju, ale po drodze zaglądam do każdego domownika. Żeby na nich popatrzeć. Jak śpią szczęśliwi, wolni od trosk, od pokus. Żebym mogła do nich wrócić w każdej chwili. Żeby zapamiętać ich zapachy, rytm pracy ich serc. W każdym pokoju zostaję przez chwilę. Mówiono nam, że obecność aniołów dobrze wpływa na psychikę ludzi. Więc powpływam na nią trochę. Jeżeli oni będą zadowoleni, to ja również. Tylko jedno z pięciu serc pracuje inaczej. I wiem, że to serce Alice. Ona nie śpi.
Idę do jej pokoju, choć wiem, że teraz jej tam nie ma. Jest w łazience, ale nie jestem jakimś zboczeńcem, żeby tam za nią włazić. Poczekam na nią w pokoju. Przenikam przez drzwi i uderza mnie jej zapach. Wszystko tu jest nią przesiąknięte. Gdybym straciła wzrok, wystarczyłby mi nos, żeby do niej trafić. To, co czułam jako człowiek ma się nijak do tego, co czuję jako anioł. Rozglądam się ciekawa po pokoju. Na lewo od drzwi stoi kanapa, którą teraz rozłożyła. Naprzeciwko jest okno a pod nim stół zawalony rożnymi drobiazgami, kartkami papieru, długopisami, książkami i biżuterią. Podchodzę bliżej, bo niektóre kolczyki i wisiorki wydają mi się znajome. Być może byłam przy ich kupnie a może to ja jej je kupiłam. Może kiedyś mi się to przypomni. Po mojej prawej stronie jest segment z biurkiem, a na nim komputer. Obrotowemu krzesłu brakuje jednego kółka. Rozglądam się za nim i znajduję je koło szafy, która stoi w samym rogu tak, że kiedy otworzy się drzwi, to się ją nimi zasłania i nie sposób się do niej dostać. Podnoszę kółko i mocuję je na właściwe mu miejsce. Nie chcę, żeby stała jej się krzywda. Tego chyba nie można nazwać wpływaniem na czyjeś decyzje, prawda? Ingerowanie w czyjeś życie. Po prostu dbam o to, żeby była bezpieczna. W końcu do tego mnie powołano: do zapewnienia ludziom bezpieczeństwa w nocy. I to właśnie robię. Bez przymusu, bo mam dzisiaj wolne. I sprawia mi to radość. Patrzę na półki. Są na nich ramki ze zdjęciami, jakieś pamiątki czy prezenty. Niektóre ramki są puste. Inne zdjęcia obcięte. Tak jakby chciało się kogoś wymazać. Wyprostowuję się, bo właśnie poznałam kawałek własnego ramienia. Więc to mnie chciała się pozbyć. Chciała o mnie zapomnieć. Moje serce przeszył ból. Nie chciała mnie w swoim życiu.
Nagle do moich uszu dobiegło ciche stąpanie. Człowiek by tego nie usłyszał, ale ja już nim nie byłam. Alice wraca do pokoju. Czy jestem gotowa, żeby ją zobaczyć? Czy jestem w stanie zmusić się do wyjścia? Nie. Nie jestem. Zostanę, bo przecież tak jej obiecałam. Tak długo jak będzie chciała. Ale ona już mnie przecież nie chce. Co ja tu robię?
Otwierają się drzwi. Wchodzi do pokoju. Patrzę jak urzeczona, bo nic się nie zmieniła. Więc minęło dopiero tylko kilka dni. A mnie wydawało się, że to wieczność. Cichutko podchodzi do stolika i szuka czegoś wśród tego bałaganu. W końcu podnosi łańcuszek z połówką serca. Chwilę mocuje się z zapięciem. Cały czas stoję w bezruchu, bojąc się, że ją przestraszę. Widzę jej podkrążone oczy. Jej trzęsące się ręce. Widzę, że schudła. Że jej włosy już tak nie błyszczą. Że jest nieszczęśliwa. Że na jej twarzy gości smutek. Że w jej oczach zamieszkało coś, czego nigdy wcześniej tam nie było. Pustka.
Podchodzi do jednej z szuflad biurka i wyjmuje dużą kopertę. Wraca z nią na łóżko i siada na nim po turecku. Idę zaraz za nią i również wdrapuję się na kołdrę. Czy moja obecność koi jakoś jej ból? Mam nadzieję, że tak, bo mój jest nie do wytrzymania. Chcę ją przytulić, pocieszyć, powiedzieć, że nic mi nie jest, że wszystko jest w porządku. Ale nie mogę. Nie wolno mi pokazać w jakikolwiek sposób, że jestem. Jej cierpienie jest moim cierpieniem. Świadomość, że chce o mnie zapomnieć tylko zwiększa ból, o którym myślałam, że jest bólem ostatecznym. Ale kocham ją. Chcę, żeby była szczęśliwa. Czy to tak wiele? Jeżeli będzie trzeba wezmę na siebie jej ból. Ale to niemożliwe. Alice musi cierpieć, bo tak postanowił Pan. Bo dał jej wolną wolę, a ona wybrała swoją drogę. Drogę cierpienia. Widzisz Alice? Mam z tobą tylko jedno wspomnienie, ale czy nie zawierała się w nim cała prawda? Że przynoszę tylko ból? W moim ziemskim życiu jak i teraz? Czy ty wiesz kim się stałam? Jestem zabójcą, rozumiesz? W pewnych przypadkach budzą się we mnie tak silne emocje, tak ogromne, że zdolna jestem tylko do niszczenia. Nazywają nas Psami, wiesz? Ponoć mogą nimi zostać albo anioły, które zostały do tego stworzone, albo ludzie, którzy już na Ziemi, w dniu swoich narodzin zostali do tego przeznaczeni. To trudne Alice. Anioły się rodzą, zostają wyśpiewane przez Metatrona. Inne przeobrażają się z ludzi, którzy jakoś pomogli bliźnim. Są jeszcze tacy, którzy zostali do tego przeznaczeni, a na Ziemi żyli tylko po to, by nazbierać wspomnień i rozbudzić w sobie instynkty, które potem tylko przybierają na sile. Początkowo myślałam, że stałam się tym, kim jestem tylko dlatego, że ci pomogłam. Ale nie. Mam wspomnienia, a raczej wspomnienie, które do mnie wróciło. Pamiętam. Jestem silniejsza, szybsza, wręcz lepsza od większości aniołów. Jestem Psem. Jest nas niewielu, bo w amoku nie rozróżniamy tych dobrych od tych złych. Zdarzają się sytuacje, że rzucamy się na na inne dwójki. Bo Psy pracują parami. Kiedy tylko wyznaczą nam cel, kiedy spuszczą nas ze smyczy, zabijamy, rozumiesz? I czerpiemy z tego przyjemność. A mimo to kocham cię. Chcę dla ciebie jak najlepiej. Chcę tego dla twojej siostry, mamy, taty, babci. Wszystkich, których znasz. Wszystkich tych, których nie znasz. Kocham was miłością, która tak bardzo odbiega od twojego ludzkiego pojęcia o niej. To, co czułam do ciebie jako człowiek ma się się nijak do stanu obecnego. Przyjaźń, jaką cię darzyłam to teraz nic w porównaniu z ogromną miłością, która jest jednocześnie i siostrzana i rodzicielska.
Mimo że cały pokój pachnie Alice, wyczuwam, że coś się zmieniło. Zamykam oczy, aby bardziej się skupić. Czy to upadły? Chyba tak. Kolejny tej nocy. Słyszę dzikie ujadanie psa, więc to musi być demon. Jest bardzo blisko. Zbyt blisko. Czuję w sobie gniew. Chęć, by go zabić. Chęć ukarania go za śmiałość przyjścia do tych ludzi, gdy ja jestem w pobliżu. Zeskakuję z kanapy, która nawet nie odczuła ciężaru mojego ciała. Wyjmuję miecz i wychodzę na korytarz. Skurwysyn postanowił zafundować siostrze Alice koszmary nocne. Ja mu pokażę koszmar. Jest tak zajęty wbijaniem się małej do głowy, tak pewny siebie, tak zapamiętany w tym co robi, że nie zorientował się, że tu jestem. Podchodzę do niego cicho i przykładam mu miecz do gardła. Drugą ręką zakrywam mu usta, aby stłumić jego ewentualne wołanie o pomoc.
- Cuchniesz, wiesz? - warczę mu do ucha – Chodź na ulicę. Urządzimy małą pokazówkę: „Co czeka wszystkich, którzy zjawią się na mojej warcie”. Tak na przyszłość.
Wywleczenie go na środek ulicy nie zajmuje mi dużo czasu, mimo że stawiał opór. Zaślepiona wściekłością nawet tego nie odczułam. Odpycham go od siebie delikatnie, a ręka z mieczem wykonuje delikatny ruch w górę. Coś jakbym dostała nerwowego skurczu. Bez wysiłku rozprułam mu brzuch. Nie zdążył nic zrobić. Jego krzyk tylko zachęca mnie do działania. Upada na kolana i obejmuje się rękami, jakby usiłował zatrzymać w sobie organy. Kolejny nerwowy skurcz i uderzam go pięścią, łamiąc mu przy okazji nos. Odrzuca go trochę do tyłu, ale ręce ma już po bokach. Czekam chwilę, aż wypadną wszystkie wnętrzności. Oglądam sobie jego żołądek, trzustkę, aż w końcu sięgam po to, co było mi potrzebne.
- Wiesz co to? - macham mu organem przed niewidzącymi z bólu oczami – to twoje jelito, śmieciu.
Kopnęłam go lekko w stronę drzewa, ale to wystarczyło, żeby doleciał tam w rekordowym tempie. Z jelit ukręciłam coś na kształt stryczka i powiesiłam go na gałęzi.
- Pamiętaj, że zawsze możesz dostąpić zbawienia. Wystarczy szczery żal za grzechy. Chociaż nie wiem, czy takie bydło trafia do Nieba. W Piekle już też nie znajdziesz miejsca. Więc pozostaje ci Niebyt. Powiedz mi, jak tam jest. Czy są podziały na tych dobrych y złych, bo jestem strasznie ciekawa.
Ale mi nie odpowiedział. Zaczął powoli umierać. Nie było na co patrzeć, a czas mi uciekał. Zostawiłam go samego i wróciłam do Alice. Koperta zniknęła. Zdążyła się położyć, ale nie spała. Myślę, że spędzała tak noce od dłuższego czasu. Może zapadała w krótkie drzemki, ale chyba niezbyt często. Byłam ciekawa co znajduje się w kopercie, ale to nie było teraz najważniejsze. Kucnęłam przy jej głowie i pocałowałam ją w czoło. Może to zapewni jej dziś sen. Śpij spokojnie, dziś ja będę czuwać, żeby nikt nie zakłócił ci nocy. Usiadłam na podłodze, opierając się o kanapę, tak, żebym mogła na nią patrzeć. Sięgnęłam po jej dłoń, ale przypomniało mi się, że nie mogę jej dotknąć w takim stanie. Wystarczy, że poczuła, że coś dotknęło ją w czoło, bo zaraz gdy zmieniłam miejsce dotknęła się tam. Po prostu wciąż jestem wzburzona. Targają mną emocje i nie panuję nad sobą zbytnio. Minie chwila i się uspokoję. Alice przekręciła się na plecy i poszukała wisiorka. Bawiła się nim nad czymś myśląc. Bardzo chciałabym wiedzieć o czym, ale niestety ten talent jakoś mnie ominął. Mogłam przy odpowiedniej koncentracji porozumiewać się w ten sposób z moimi pobratymcami, ale u ludzi jak dotąd nie słyszałam nic. Trudno. Ja jestem od zabijania demonów, a nie od podszeptów sumienia.
- Valerie...
Drgnęłam. Czy mnie widzi? Nie. Patrzy tępo w sufit, ciągle bawiąc się połówką serca. Czekałam, aż powie coś jeszcze, ale się nie doczekałam. Znowu przekręciła się na bok. Z jej oczu pociekły cichutko łzy. Alice płacze. Z mojego powodu. Czy mam prawo żyć, skoro nawet teraz, gdy nie ma mnie przy niej, tak po ludzku, sprawiam jej ból? Że samo moje imię wywołuje u niej płacz?
Uklękłam i pogłaskałam ją po głowie.
- Cichutko.. ciii... jestem przy tobie, wiesz? - szeptałam jej do ucha licząc, że to złagodzi jej ból. Nie myślałam o sobie. Ważne było to, aby już nie cierpiała. Bo część mojego bólu, wiązała się z bólem jaki odczuwała ona.
- Wszystko jest w porządku, Alice, naprawdę. Nie musisz się o mnie martwić. Nie musisz za mną płakać, bo jest mi teraz całkiem dobrze. Żyję, wiesz? Inaczej niż ty, ale cały czas jednak żyję. I będę już przy tobie zawsze, wiesz? - mówiłam i mówiłam, a jej oczy powoli się zamykały. Oddech się wyrównał, mięśnie się rozluźniły i w końcu zasnęła. Może nie z uśmiechem, ale ze spokojem. Zamiast niej, uśmiechałam się ja. Więc jednak prawdą było, że nasza obecność wpływa pozytywnie na otoczenie. Poprawiłam Alice poduszkę, zajrzałam do pokoju jej siostry, wróciłam i usiadłam sobie w kącie kanapy. Nuciłam po cichu jakąś melodię, która wzięła się nie wiadomo skąd i oglądałam okolicę na planach astralnych. Słuchałam oddechu śpiących ludzi we wszystkich domach naokoło, czułam bicie ich serc i byłam najszczęśliwszą istotą we wszechświecie, bo wszyscy w moim pobliżu byli bezpieczni. Zastanowiło mnie, dlaczego nie potrafiłam być choć trochę zła na Alice, za to, że poobcinała mnie ze wszystkich zdjęć. Że ból, który wtedy odczułam, nie był bólem ze złości, tylko kawałkiem bólu straty Alice. Ale to przecież proste. Kocham ją miłością bezwarunkową. Kocham ją miłością wielokrotnie przewyższającą miłość rodzica do dziecka. Jak mogłabym być na nią o cokolwiek zła? Uśmiecham się jeszcze szerzej, bo to by oznaczało, że miałam rację, wtedy na sali treningowej. I że anioły to jednak te uśmiechnięte postacie z obrazków, bo my przecież bardzo, ale to bardzo kochamy ludzi.




















