iThink.pl - dziennikarstwo i publicystyka

Menu

Logowanie/Rejestracja

[?] Rejestracja
Logo

Kategorie

Dodaj Artykuł

Artykuł

Hyde park / Twórczość
+ - 0

Życie na śmietniku

23 03 2009 "Cyberius" czyli Zee Jop Artykuł był czytany 1606 razy

część druga opowiadania "Trzy dziewiątki"

  • Komentuj
  • Wyślij do znajomego
  • Drukuj artykuł
  • Wersja do łatwego czytania
  • Dodaj do ulubionych



W amerykańskim kongresie jeden z senatorów był wielkim fanem muzyki metalowej. I nic w tym dziwnego, niemniej po pierwsze: senator miał  przeszło osiemdziesiąt  lat, po drugie reprezentował konserwatystów [republikanów], a po trzecie nikt go nie mógł  "namierzyć".

John na pozór należący do skrajnie purytańskiego kościoła chrześcijańskiego w dzień, wieczorem i w nocy zamieniał się w lidera czołowej satanistycznej i metalowej kapeli. Z tego powodu nazywany był  "człowiekiem maską"
Nakładając maskę i charakteryzując postać tak aby nikt go nie mógł rozpoznać, wyruszał z gitarą w miasto. W czarnych koknejach, i zniszczonej skórzanej kurtce szedł do jednego z klubów, gdzie miał akurat  ze swoim zespołem koncert . Jak wytłumaczyć należało przyczyny i motywy postępowania konserwatywnego senatora, zastanawiał się. Porządnego ojca i dziadka, wzorowego męża, zawsze ostrzyżonego, i ogolonego starannie, nienagannie ubranego w dobrze skrojony garnitur dżentelmena,  na dodatek nie opuszczającego nigdy niedzielnej mszy w swoim kościele. Ktoś zadzwonił do drzwi, i wyrwał go z rozmyślań.

 Weszli od razu do pokoju  nie pytając nawet o pozwolenie, Maurycy, Angelus i Mozaerello. Maurycy już zanim zdjął kurtkę i buty zaczął opowiadać film jaki oglądał na "you tubie", a poświęcony

Waco


-Nie zabijecie nas- ? zapytał przestraszony. -Nie, nie zabijemy- odpowiedział powoli  głos w słuchawce.-
-Ale na pewno, nie zabijecie nas- pytał uparcie dalej.
-Na pewno nie zabijemy-
 
W chwilę póżniej jednostki specjalne, uzbrojone po zęby w broń najnowszej generacji, weszły na teren posesji. Podstawili pod ścianę drabinę po której zaczęli wchodzić na dach. Z dachu dostali się przez okno do wnętrza domu.
Czy te dzieci liczące trzy lata, albo dopiero rok, także były terrorystami zagrażającymi bezpieczeństwu państwa i służb specjalnych,  że zostały zlikwidowane?- mówił Maurycy, i ciągnął dalej

-Kwiecień to  taki miesiąc w którym ginęło szczególnie wiele niewinnych ofiar, bezbronnych kobiet i dzieci. Bardzo chętnie wywoływano też w kwietniu wojny. W dzień przypadający na święto jakiegoś pogańskiego mrocznego bóstwa. Temu właśnie bóstwu w w zamierzchłych czasach wyznawcy  składali ofiary z ludzi. Stąd niektórzy uważali że   takie działania są formą złożenia ofiar bóstwu Świadomą lub nie-.

Siedzieli już przy stole, a dokładniej "przy ławie" i pili herbatę, a Maurycy gadał cały czas, idąc do pokoju, siadając, siedząc już na krześle, zdejmując buty wcześniej, cały czas gadał.
Zrobiło się poważnie, gdy przerwał i zapanowało milczenie.
Ktoś jeszcze zaczął mówić o dwóch wróżkach które przepowiedziały "tsunami" na Bałtyku, ale historia nie kleiła się, i towarzystwo powoli wyszło.

Został sam i postanowił  przyjrzeć się swojej przeszłości. Bał się swojej przeszłości i jeśli już to zakradał się do niej jak kot polujący na mysz, i zaglądał. Na początku obawiając się i długo tkwiąc w stanie oporu, jakiegoś dziwnego zatrzymania, jakby otępienia, by potem nagłymi szybkimi i stanowczymi ruchami otworzyć zeszyt ze sporządzonymi przez siebie notatkami

Zdobył się na odwagę i zajrzał do swojego nieśmiertelnego zeszyciku. Zaczął  powoli czytać:


Kwiecień-maj  2008
 W SĄSIEDNIM POKOJU



A właściwie należało by napisać w sąsiednich pokojach. Bo pokojów oprócz mojego było jeszcze trzy.

U mnie niestety całymi tygodniami nic się nie działo, ale za to dzięki pustce jaką odczuwałem moja percepcja wyostrzyła się do tego stopnia że mogłem doskonale słyszeć co się dzieje w pokojach obok.
  [co może było i trochę nieładne z mojej strony] Jak i widzieć ich lokatorów przechodzących małym korytarzem gdy mijaliśmy się kiedy na przykład szedłem do wspólnej kuchni lub łazienki, a oni wychodzili do pracy albo z niej wracali.


Trzech młodych ludzi, z których jeden pracował przy budowie drogi, drugi studiował i pracował zarazem, a trzeci studiował prawo na uniwersytecie.



Nieszczęśliwie zakochany.


Nieszczęśliwie zakochany mieszkał w sąsiednim pokoju, za ścianą. Na imię miał Tadeusz. Nieraz w nocy słychać było płacz, a raczej łkanie wydobywające się z jego pokoju. Kiedyś, ale tylko raz słychać było płacz dziewczyny, którą usiłował uspokoić, a dokładniej prosił ją aby przestała płakać.

Potem już dziewczyna nie przychodziła, a przynajmniej nie było słychać jej płaczu, ani innych głosów kobiecych zza ściany. Za to mieszkaniec pokoju zrobił się bardziej ponury i smutny, a czasami nawet niegrzeczny, i rzadziej  z niego wychodził , a prawdę mówiąc prawie wcale. Jakby go nie było,  wracał do domu póżną nocą, a zapytany gdzie był odpowiadał że z koleżanką w pabie



Drugi z nich też nie był w idealnej sytuacji życiowej. Patryk  miał dziewczynę, zresztą bardzo miła, a on sam dodam był także uprzejmy i grzeczny.  Ona przychodziła do niego dosyć często, a nawet zostawała na noc, ale coś sprawiało ze nie był szczęśliwy. Może brak perspektyw, WŁASNEGO MIESZKANIA W KTÓRYM MOGLI BY NA POWAŻNIEJ ROZPOCZĄĆ ŻYCIE W E DWOJE JEŚLI NIE W TROJE ALBO W CZWORO? WIECZORAMI NIERAZ ZDARZAŁO SIĘ ŻE WYPIŁ ZA DUŻO, -co mogłoby świadczyć o jego sytuacji napiętnowanej cierpieniem, ale przy tym dbał o siebie,
o swój wygląd i powierzchowność,starając się chodzić zawsze w czystych ubraniach i myć a nawet kąpać często. Także żadnego zaniedbania ze strony zewnętrznej u niego nie było.


Trzeci z nich o imieniu Piotruś, student jeszcze i jakby dziecko, i najmniej doświadczony przez życie, a może nawet nie dojrzały, ze skłonnością do egzaltowania się wszystkim co wydarzyło się i mogło wydarzyć. Ponurak,
melancholik, i rozegzaltowany student.
No i ja upadający w tym czasie, bez grosza i pieniędzy początkujący pisarz, -chociaż artysta od dawna.


Wszystko co piszę, piszę praktycznie z obserwacji, ponieważ nie chcieli ze mną rozmawiać, ze względu na moją biedę, no i byłem od nich starszy. Bez własnego auta,domu, dobrej pracy, a nawet nie mający pieniędzy żeby wynająć mieszkanie, chyba  byłem dla nich  nikim, i patrzyli na mnie często jak na powietrze,  jakby mnie w ogóle nie widząc. Potem i ja przestałem z nimi rozmawiać,  jak nie to nie, -bez łaski.

Zresztą o czym mógłbym z nimi rozmawiać? W gry nie grałem, i nie miałem nowego telewizora, nie ściągałem też z internetu plików filmowych z nowymi produkcjami światowego kina. [Zresztą  już po przyjeżdzie do miasta, bardzo wcześnie dostrzegłem, ze nie jestem nikomu potrzebny, ani nie mam nic do dania innym ludziom. To co miałem mogli sobie kupić za pieniądze u specjalistów. A na rozmowy nie związane z praktycznym życiem nie mieli czasu. Moja znajomość z nimi jak to sobie szybko ocenili, - nie mogła im się do niczego przydać].

A więc milczałem całymi dniami, jeśli nie tygodniami. Milczałem i obserwowałem, odczuwałem i słuchałem. Nie jak Apoloniusz z Tiany, żeby od razu przez parę lat nic nie mówić , ale tygodniami milczeć to tak, zdarzało mi się nie powiem. Dzięki temu, choć nie wchodzi to w zakres tego opowiadania, zrozumiałem że muszę zająć się sobą, i że nie mam wyjścia. Ja nikogo nie obchodzę, i inni w związku z tym przestali mnie interesować, a więc muszę w końcu się sobą. Zacząłem więc zajmować się sobą, i stawałem jak mi się wydawało coraz silniejszy. Ale przejdżmy do tematu.


Jedno co dobre mogę napisać, to że słuchali niezłej muzyki. Muzyka jaką słuchali nadawała się do słuchania. Nie to, żeby był to jakiś Henry Purclell od razu, ale całkiem strawny, i dynamiczny rock
Jeśli więc nie grali w swoje gry nocą aż do czwartej albo piątej, to słuchali wtedy muzyki. Bardzo głośno.

Czasami upijali się z rozpaczy, żeby rano wstawać i żyć dalej robiąc to co mieli do zrobienia. Tak robili też i ich przodkowie, jedni zachowując do końca życia struktury jakie sobie nałożyli lub jakie przejęli dzięki wychowaniu, inni niestety rozpadali się popadając w pijaństwo i alkoholizm a potem idąc na samo dno ludzkiego upadku..

Czekałem też kiedy tylko oni przyjdą do mnie jak już stanę na nogach, i zastanawiałem się nawet czy pomogę im czy nie? To zależało na pewno od sposobu jaki to uczynią. Pomijam fakt że wymiana jest wymianą, i nie ma tu miejsca na żadne ludzkie odruchy, to tak jak w sklepie, idziesz tam i wymieniasz pieniądze na towary, a potem wychodzisz i nic cie z tymi ludzmi nie łączy, poza grzecznością i uprzejmością, czasem autentyczną, a czasem jedynie wyuczoną.
[Proszę o wybaczenie, ale w tym momencie główny bohater przechodzi z pierwszej osoby liczby pojedynczej, na trzecią]


Tymczasem znowu próbował wrócić do dorosłego życia, ale w nocy nie mogąc zasnąć zaczął wynajdywać sto sposobów dla których nie powinien iść do pracy i dziesięć dla których jednak powinien.
Przed oczami zaczęły pojawiać mu się niebezpieczeństwa jakie mogą go spotkać w pracy jak i w drodze do niej, a mianowicie wszystkie niebezpieczne zwierzęta, i agresywni wrogo do niego nastawieni ludzie, skrajne warunki, jak i lęk że sobie nie poradzi i nie podoła obowiązkom.


Jakby tego było mało, to widział że współczesna cywilizacja pławi się gównach i stała się po prostu nijaka. Jak jeden wielki ściek, bez wartości i bez idei, życie na śmietniku, i wśród śmieci, wielkiej ogromnej rosnącej z każdym dniem góry śmieci. Jakby materialna cywilizacja przyjęła sobie jedno zadanie do wykonania, tym zadaniem było zamienić ziemię w wielki śmietnik, zepsuć i zniszczyć wszystko. Najpierw idee i wartości a następnie wszystko co dookoła, ziemię, powietrze, i wodę. Zabrudzić morza i oceany. Zanim sama upadnie zniszczyć wszystko, tak aby poza brudem nic nie zostało...


Poszedł w końcu, jednak.


I codziennie rano, przyrównując siebie do maratończyka, w marzeniach, niby na magicznym koniu, przemierzał Bieżanowską, mijając Pierogarnię, Okulary-matrix, hostel "Skaułt"“, "Ubrania z przeszłości", i Centrum Bonsai na Ogórkowej, trzy sklepy z komputerami i dwa z tanią odzieżą, zostawiając z boku ulicę Przecinek, Zamłynie, Marzanny, i Przełazek. Gdzieś koło ulicy Potrzask mógł powiedzieć że jest prawie na miejscu.

[Tak naprawdę pracował niedaleko Rybitw, zaraz koło targowiska, ale lubił myśleć że miejsce jego pracy mieści się przy Bieżanowskiej, ponieważ ta ulica wydawała mu się w jakiś sposób magiczna,  bardzo “Krakowska” i stara]




Życie na śmietniku.



Z pracy nie był zadowolony, okazało się że pieniądze są marne, -prawie żadne-, a na dodatek wypłacane prawie miesiąc po przepracowaniu miesiąca. Ale znalazł dobre strony swojej pracy, -otóż mógł się dzięki niej poprawić swój jadłospis, i to za darmo. Na śmietniku tam gdzie pracował znajdował zwykle zawinięty w papier chleb, i dzięki temu miał co jeść. Choć musiał się starać, bo pracownicy z sąsiednich rewirów nie respektowali jego terytorium i szukali czego się tylko dało i jak często się tylko dało, chodzili, oglądali, rozmawiali, zaglądali. Sama praca nie była łatwa, osiem godzin w ruchu, po których trudno było coś jeszcze dorobić. Ale uważał że dobrze zrobił, po prostu wykonał pierwszy ruch, a teraz wiedział że musi iść dalej i szukać czegoś lepszego dla siebie.

Znał także pierwsze pytania. To znaczy widział jak brzmią pierwszą pytania które ma zadać, obok sakramentalnego ile złotych za godzinę, następne pytanie brzmiało: kiedy płacą.


Niemniej jednak zdarzały się ciekawe i zabawne sytuacje, oprócz tego oczywiście, że miał świadomość że robi coś potrzebnego i użytecznego, dla innych ludzi, i dla siebie. A mówiąc konkretnie że jest użyteczny.

Do takich zabawnych sytuacji było bez wątpienia zaliczyć należy, uznanie go przez pewną panią mieszkającą na  “jego osiedlu” za radykalnego ekologa, który grzebie w śmietniku nie dla tego że nie ma co jeść, ale ze względów ideowych, i nie dla tego pracuje tam gdzie pracuje bo nie potrafi znależć nic lepszego, ale dlatego że to lubi, a może dlatego że się kreuje na snoba, i przy okazji chce szokować.

Radykalnych ekologów kręciło się zresztą w tamtej okolicy jak i w całym mieście całkiem sporo. I także prawdopodobnie dlatego że nie potrafili inaczej żyć, po prostu nie umieli. W innym miejscu dajmy na to gdzieś w centrum Nowego Jorku, byliby freeganami, -pod warunkiem oczywiście że mają dobre wykształcenie, i że robią to świadomie. Jeszcze gdzie indziej byliby joginami buddyjskimi albo hinduskimi, odcinającymi przywiązanie do tego marnego świata, -ale zaraz zaraz,  tu mu zaświtało!.
 Może oni właśnie to robią, lub robią to ale nie zdają sobie z tego sprawy?

Czy to jest ich skłonność, los, brak odpowiedniego wychowania i tresury? A może nierozpoznana ścieżka życia. Życia pełnego wyrzeczeń i cierpienia, -jakby pokuty za poprzednie grzechy.

Nie umiał niestety znależć odpowiedzi, na to nurtujące go pytanie.


Jak taka rozmowa z panią biorącą go za radykalnego ekologa mogła wyglądać?

On grzebie właśnie w śmietniku i wstydliwie rozgląda się czy aby nikt go nie widzi, pożądliwie szukając jakieś odtwarzacza dvd, albo radia z magnetofonem, lub choćby płyt czy gazet do czytania,

ale niestety ma pecha. Podchodzi właśnie właśnie nieznana mu wcześniej kobieta w wieku lat około czterdziestu i mówi – dzień dobry, pan tu teraz pracuje?-
- Tak, tak się jakoś złożyło-

-Miło mi poznać pierwszego friganina [freegana] w mieście, ja sama byłam w młodości sympatyczką ruchów młodzieżowych-.

I jemu jest wstyd, ale boi się;powiedzieć prawdy, ponieważ ktoś w końcu zwrócił na niego uwagę, i zauważył jego istnienie. Więc nie przyznaje się że jest nędzarzem, i że pracuje aby zarobić na życie, i że nie ma to nic wspólnego ani z jego filozofią życiową, ani z wyborem tej drogi życia. Mało tego, parę razy dziennie, obiecuje sobie że tak szybko jak się tylko da przejdzie pracować na zmywak, lub jak kto woli na szklankę, a jeszcze bardziej chciałby chciałby pracować jako pomocnik w kuchni, bo mógłby się przynajmniej porządnie najeść.

Jest także miły i uprzejmy dla lokatorów, ponieważ liczy na "fuchy".

Jednak znajomość nie przynosi mu żadnych korzyści, pani myśli że on chce tak żyć, a jej znajomi,i zaprzyjażnione małżeństwo uważa że żyje tak jak chce i pogardza wartościami materialnymi i materią, będąc kimś w rodzaju freega, albo cynika lub stoika dla starszych i mniej ideologicznie wyrobionych.


No tak, zyskał podziw i uznanie u kilku osób, ale nie poprawił swojej sytuacji. Grzebie więc w śmietnikach dalej, myśląc przy okazji o Orygenesie i jego poglądach filozoficznych. Jeśli dobrze pamięta, to według Orygenesa wszystkie istoty zostały stworzone przez Boga w jednej chwili i jeszcze przed stworzeniem świata.

 Dyskutuje o tym nawet z jednym bezdomnym zaglądającym na jego śmietnik.  Bezdomny, o imieniu Roman, jest na niego zły że zabiera resztki chleba wykładane w śmietniku codziennie, a on że bezdomny przychodzi na jego śmietniki i może co lepszego zabrać, a jest bardziej mobilny od niego. Ale nie to go denerwuje najbardziej, nie musi przecież już dziś natychmiast dowiedzieć się jak wyglądało stworzenie świata, gorszą rzeczą jest brak kultury odnośnie segregacji śmieci. Otóż zamiast wykładać co cenniejsze i mogące się przydać innym rzeczy, oni wszystko zawiązują w plastikowych workach i wyrzucają do kontenerów.

Z przyjemnością także zauważył że jedzenie ze śmietnika jest całkiem smaczne i można się do niego przekonać pomimo wcześniejszego oporu. Na początku jest wstyd, -co będzie jak mnie zobaczą, co będzie aż mnie ktoś zobaczy, potem przychodzi strach, -a jak się zarażę jakąś chorobą, przecież tyle wirusów jest na śmietniku. Ale w pewnym momencie musisz wybrać, -umierasz z głodu teraz, albo być może póżniej przyjdzie ci zapłacić za to że zdecydowałeś się żyć. Możesz też co w ogóle uważam za świetne rozwiązanie spróbować znależć coś lepszego, intensywniej główkować i szukać

Ale jeśli nie POTRAFISZ ZNALEŻĆ NICZEGO LEPSZEGO nie masz wyjścia. Sama sytuacja spiduje cie mocno, ale na początku, jeżeli nie znalazłeś wyjścia z labiryntu ciemności która cie otacza szybko przychodzi zmęczenie i znużenie.Twoje ruchy są coraz wolniejsze, i jesteś coraz słabszy, ale i wtedy widzisz i obserwujesz , widzisz na przykład ludzi grzebiących na śmietniku, dynamicznych i szybkich, oraz czysto ubranych i myślisz: "oni pomimo sytuacji zachowali energię życiową i siły".Widzisz też ładną dziewczyną biegającą niedaleko bloków, i ona także ciebie motywuje. Zbierasz się w sobie i znowu próbujesz skakać na głęboką wodę i płynąć po falach życia. Bez narzekania, płaczu i i nie potrzebnych lamentów. Wstajesz i znowu walczysz po krótkim okresie załamania i depresji.

Stajesz się coraz silniejszy, każdego dnia dzięki problemom jakie przynosi życie stajesz się coraz silniejszy, silniejszy wewnętrznie i bardziej pewny siebie. Ginie też ta gra aby spełniać oczekiwania innych i przymilać się do nich. Bo niby po co masz się do nich przymilać, ty upadasz, a ich to nie obchodzi, bo oni mają to w dupie.. Ciebie też więc ci ludzie nie obchodzą, powoli porzucasz ten cyrk. Głupawy cyrk grany za darmo, zużywający własną energię, czas i zasoby życiowe.

Śmieszny, mały, dziecięcy teatrzyk.Ten głupi teatrzyk lakowy, pełen lalek i dziecinnych zabawek.
Zabawę w życie .


Uwaga:

Znalazło się też kilka osób którzy uważali go za ucznia Józefa Stawinogi z Wolverhampton, -żyjącego przez blisko czterdzieści lat na wysepce wśród plątaniny dróg. Józef Stawinoga zasłynął między innymi z tego że w ogóle nie zmieniał ubrania, aż nie porwało się na nim na strzępy i nie golił swojej słynnej brody, a jego słynna broda sięgała aż do ziemi.

Muszę jednak wyjaśnić ze podczas swojego pobytu w Anglii bohater miał przyjemność widzieć pana Józefa, a nawet spędzić z nim parę chwil, ale w niczym niestety on mi go  nie przypominał.
Jeszcze inni widzieli w nim niesłusznie zresztą, ucznia i kontynuatora słynnego niegdyś "Unobombera",  profesora uniwersytetu,  Teda Kaczyńskiego.
Przejdżmy jednak dalej, [przepraszam za wtręt]





Czasami Roman przychodził ze swoimi kolegami, niby w odwiedziny, ale tak naprawdę w celu “segregacji”śmieci, z Piotrkiem nazywanym Gnidą, i Prezesem, noszącym drugi przydomek Hiena. Zarówno słowo Gnida, jak i “Prezio” Hiena ODDAWAŁY DOSKONALE ICH CHARAKTERY.

Piotrek mały gruby człowieczek, blondyn o chytrych oczkach, i jego kolega z czarnymi włosami i oczami, Hiena, wyznawali poglądy Marcjana, i wierzyli w istnienie dwóch bogów, Boga Dobra i Zła, ten bóg dobra pozwalał swoim wyznawcom kłamać, oszukiwać i kraść, jeśli tego nie widzieli inni, -ogólnie biorąc był dla nich litościwy. Obu jednakowo nie znosił


Aha, zapomniałem dodać, -za swoją pracę miał otrzymywać osiemset złotych na rękę, płacone z dwu miesięcznym opóżnieniem, -i nie wierzcie jak ktoś mówi że sprzątacze nieżle zarabiają, bo są to wierutne bzdury.


Drugi maja.

Dzień ZACZĄŁ SIĘ PONURO, A SKOŃCZYŁ wdychaniem zapachów kwiatów jabłoni.


Dzień zaczął się ponuro, idąc wcześnie rano ulicą, widział jak terroryści w swoich blaszanych rakietach wdzierali się bezczelnie na przejścia dla pieszych walcząc w nierównej walce z pozbawionym metalowej zbroi przeciwnikiem.

szedł do pracy, uważnie obserwując ulicę, i uważając aby nie spotkać po drodze Hienki Prezesa i grubego Piotrka, patrząc uważnie to w stronę ulicy Przecinek, a potem Zamłynie, i na szczęście nie widział ich. Ale nie może być zbyt dużo dobrego.

W ten dzień to znaczy drugiego maja, niby świąteczny i niby wolny, autobusy jeżdziły jak w sobotę, czyli czekał go kolejny daleki spacer. Idąc rozglądał się i czytał ogłoszenia, a przeważały ogłoszenia o zaginionych i zagubionych zwierzątkach. Ktoś na przykład zapomniał [?!] zabrać ze sobą kiedy wysiadał z tramwaju małego czarnego pieska. Ktoś inny znowu, niedaleko ulicy Górników zgubił w parku kotkę o imieniu "Pupuszka". Pupuszka miała być "ufna i domowego chowu". Przy cmentarzu prokocimskim zaginęła natomiast niejaka "Kotencja" [drugie imię, bo pierwszego nie pamiętam] "lubiąca siadać na ramieniu, o informację" itd....

Zadziwiało go jak można gubić zwierzęta, jeżeli już to wtedy gdy uciekną właścicielom, aby spróbować odrobiny wolności, -tym bardziej jeśli są “ufne”.Ufne i uciekły? Dlaczego
W śmietniku poza chlebem, nic ciekawego nie znalazł. Dobrze że i tyle pomyślał.




Ścieki z górnej półki.


Nie niepokojony przez Romana i jego nieznośnych kolegów Hienki i Gnidy, mógł grzebiąc w śmietniku oddawać się samotnym rozmyślaniom. Tym razem myślał o moralności i gospodarce, i wpływu obu na siebie, ale też o kondycji moralnej naszego społeczeństwa. Najgorsze zdanie miał o estbliszmencie w naszym kraju, nazywając go w rozmowach ze znajomymi , "odchodami" albo "odpadami". Dekoracje z tektury, gnijące od środka choć z zewnątrz, a szczególnie z daleka widać było kolorową farbę.

Za sytuację ekonomiczną i przez to oczywiście i ludzką szukał odpowiedzialnych wśród według niego zgniłego i zepsutego establiszmentu, ale po chwili przemyśleń za kondycję moralno-ludzką obwiniał klasę średnia, a i wśród  biedoty nie wszyscy byli kryształowi, niewinni i święci.Czy jajko
było pierwsze czy kura? Nie wiedział sam. Wiedział jedno: ten śmietnik kojarzył mu się i to bardzo nie tylko z całym światem, ale i z naszymi elitami. Śmietanką, -jakby się chciało powiedzieć


Po powrocie myślał o swoim życiu, tak jak mniej więcej tydzień temu, gdy wszystko puścił, i jak tylko puścił i przestał dbać o siebie i o swój wygląd, zaczęło coś sie pojawiać. Mianowicie pojawiły się wtedy dwie oferty pracy dla niego. No cóż nie oszukujmy się nie była to dla niego wymarzona praca, jaką chciał od dzieciństwa wykonywać, ale zawsze jakiś początek. Teraz postanowił działać dalej. Najpierw pożyczyć pieniądze, zastawić coś w lombardzie, a jak się nie dało pożyczyć na wysoki procent, -jeśli oba plany nie wypalą, pójdzie pracować na drugi etat, też przy sprzątaniu supermarketu albo kamienicy, lub na szklankę. Tak nie może żyć, bez jedzenia, pieniędzy i papierosów.

Jak człowiek żyjący na śmietniku i ze śmietnika, -taki był przecież i był nim przecież. Może zasługiwał na więcej, i był więcej wart. Ale stanął na pierwszym stopniu schodów, i mógł teraz próbować wchodzić po tych schodach wyżej. Życie tylko duchowe zupełnie oddzielone od materii nie jest zdecydowanie dobrym pomysłem, podobnie jak i zresztą życie poświęcone jedynie materii.


Nieszczęśliwie zakochany pogodził się z dziewczyną, albo dał sobie spokój, bo humor wyrażnie mu się poprawił, i wyglądał na zadowolonego. Również Parka, Patryk i jego dziewczyna Marta, wyglądali na zadowolonych a nawet szczęśliwych. Może wiosna, i pierwsze dni maja,? -pomyślał.

Postanowił też zaprzyjażnić się z chłopczykiem którego kiedyś spotkał w autobusie gdy ten wracał ze szkoły do domu. Chłopiec miał na imię Artur, i matkę nauczycielkę, a ona jak to nauczycielki, była chyba dla niego trochę nazbyt surowa. Choć może słowo surowa nie określa najlepiej tego się działo między nimi,  ona była raczej wobec niego oficjalna. Traf chciał że stała niedaleko, i rozmawiała ze swoją znajomą o nim, a na następnym przystanku on wsiadł. Kiedy go nie było inaczej o nim mówiła, naturalnie i z troska w głosie.Kiedy znajoma wysiadła, i zaczęła z nim rozmawiać zrobiła sie sztywna, sztuczna i oficjalna, jakby skrywając się za fasadę swojego nauczycielstwa. No cóż, nauczyciele i nauczycielki mają to do siebie że często całą swoją energie przekazują wszystkim dzieciom w pracy, a gdy wracają do domu nie mają  już sił aby poświęcać czas dla swoich dzieci, a często robią takie zdziwione miny kiedy je zobaczą, jakby jakiś uczeń przyplątał się niechcący do ich domu. Skąd on sie tu wziął, -przecież już dawno skończyłem prace, a tu jakieś dzieciaki mi się po domu kręcą?


Wieczorem wyszedł do znajomych, a kiedy wracał wdychał zapachy kwiatów jabłoni w powietrzu.
Aha, i przez ulicę przebiegł jeż, niby nic szczególnego, a jednak.

Na kolację zjadł wygrzebany ze śmietnika chleb, orzechy znalezione przy drodze niedaleko media-marketu i napił się herbaty, którą znalazł nieopodal przystanku autobusowego na ulicy Potrzask,  zgubioną lub wyrzuconą przez robotnika idącego do pracy. Chleb był lekko nieświeży, ale postanowił żyć i przetrwać za wszelką cenę.

Potem położył się spać.


8 maja

Wyglądało na to że zadomowił się już w pracy, a nie tyle zadomowił co oswoił miejsce w którym przyszło mu spędzać osiem godzin swojego życia dziennie za wyjątkiem sobót i niedziel.

Pomieszczenie w którym miał swoją kanciapę zaczął codziennie sprzątać i dbać o nią bardziej niż o własny pokój, jaki wynajmował. Codziennie go zamiatał a także mył podłogę. Dziś jednak zrobił coś nowego, posadził w doniczce uczynionej z plastikowej butelki, znalezioną niedaleko śmietnika paproć, a bluszcz włożył do szklanki z wodą aby się ukorzenił. Teraz mam już do czego wracać co rano każdego ,-pomyślał. Żeby nie zwariować codziennie będę przyjeżdżał do moich kwiatków, a żeby nie oszaleć wracał do swojej kury. A kura znaleziona na śmietniku była przepiękna. Nie mam nikogo, ale teraz mam kurę i kwiatki.



Kolejny dzień w pracy


Niby nic się nie działo, i po okresach złości i rezygnacji, przychodziły na chwilę zmiany nastroju, by znów dać miejsce zwątpieniom i niechęci połączonej na dodatek z gniewem. Sprzątał jak zwykle przed blokami i koło parkingów, następnie zamiatał schody i klatki schodowe, by przejść do mycia drzwi i przecierania ściereczką okien. Zostały mu już tylko do zrobienia śmietniki.

Radość bardzo szybko zaczynała zamieniać się w rutynę, a duma gdzieś znikła, ponieważ spostrzegł że rodzaj pracy jaki wykonuje lokowany gdzieś na samym końcu hierarchii społecznej, a on razem z nią. Zobaczył też że ludzie patrzą na niego z pogardą, a zwierzchnicy chcą pomiatać nim. Ci z góry, czyli nieskończona liczba kierowników i prezesów, administracja osiedla  gdzie sprzątał, a nawet starsi stażem pracownicy, i całe powietrze jakim był napompowany przez kilka dni gdzieś uleciało, razem z nastrojem ożywienia i klimatem. Zrozumiał że coś takiego jak molestowanie i mobbing istnieją naprawdę, anie są jedynie wymysłem, przestał też się dziwić ludziom że zapisują się do związków zawodowych, tworzą je, a nawet wyznają lewicowe poglądy.


-Zaczął szukać więc szczęścia gdzieś indziej, i w internecie znalazł, już albo dopiero, jak ktoś woli po dwóch tygodniach agencję pracy, dzięki której poszedł pracować do hipermarketu, tam ustawiał towary na półkach, zazwyczaj nabiał, a konkretnie mleko i śmietanę W markecie zauważył że stosunki pracy w porównaniu z poprzednią firmą są o niebo lepsze, nikt nie jest wobec niego złośliwy, i nikt nie patrzy na niego na niego z pogardą nikt także go nie straszy a nie szturcha po plecach . Może a nawet powinien chodzić czysto i estetycznie ubrany, co dla niego było ważne, a przez pracowników sieci jest nawet szanowany*, ponieważ przy wykładaniu cięższych towarów na półki mężczyzna jest tam bardzo potrzebny, bo jeśli go nie ma ciężkie towary muszą przenosić i wykładać kobiety. Praca w supermarkecie pomimo tego że mało płatna dawała drugie życie, i szanse ludziom często bezrobotnym od wielu lat, często po czterdziestce i pięćdziesiątce po wielu latach bezrobocie, -była więc dla nich darem Bożym i losem wygranym na loterii.

 Niestety była dość ciężka, i wielu ludzi z trudem radziło sobie. Już po kilku dniach na tle dzięki ludziom z agencji i pracy w hipermarkecie na tyle uwierzył w siebie, że zaczął szukać pracy dzięki której mógłby wynająć najskromniejsze choćby mieszkanie, o najniższym standardzie, z ubikacją na klatce schodowej, ale samodzielne, tak aby mógł trzymać w domu psy, i kota, a jak się da to jeszcze przygarnąć jakieś chorego ptaka. Najchętniej gdzieś na starym Podgórzu w starej zaniedbanej  kamienicy. Chciałby tez oczywiście założyć rodzinę, zamieszkać razem z kobietą i mieć dzieci, a najlepiej dużo dzieci, całą gromadę tak żeby móc kogoś kochać, i opiekować się kimś a jego powroty do domu i wyjścia z niego miały sens, a nie były puste i próżne. W jego wieku zresztą nie wypadało już mieszkać wśród studentów w wynajmowanym pokoju, chociaż wiedział że w Warszawie ludzie starsi od niego mieszkają nawet w kilka osób w jednym pokoju, i to dość znani malarze i graficy, których nie stać na wynajęcie samodzielnego mieszkania.

Gdzieś w czwartek zabrał się ostro do roboty, kupił "Dziennik polski", i zaczął przeglądać ogłoszenia, a najciekawsze podkreślił długopisem, i tak mniej więcej wyglądała ich treść: “restauracja.... poszukuje pracowników do sprzątania i zmywania, płatne za godzinę około sześciu złotych, albo inne: “restauracja orientalna poszukuje pomocy kuchennych”, lub jeszcze inne:“sprzątanie w firmie dwa razy w tygodniu, Wieliczka”, i nie mógł się już doczekać do poniedziałku, a w głowie miał straszny mętlik, kotłowały mu się rodzaje pracy, i nie wiedział od czego zacząć tak aby złożyć więcej niż jeden etat. Praca w agencji zaczynała się od trzynastej, nie dawała niestety możliwości dorobienia, a na dodatek płacili gotówką dość póżno, podobnie jak i w firmie sprzątającej, nie zapłaci znów za czynsz i znów będzie musiał siedzieć w pokoju tam gdzie mieszka bez psów, kota i co najbardziej go przerażało samotnie, bez kobiety u boku.

 Czyli po krótkim namyśle podsumował: żadnych prac poniżej sześciu złotych, płacenie zaraz po pierwszym i to gotówką, żadnego wstawania przed piątą rano do pracy, i żadnego poniżania go w pracy przez zwierzchników i innych pracowników.Musi też starczyć mu pieniędzy na jedzenie, koniec ze zbieraniem żarcia po śmietnikach, albo jedzenia ukradkiem przeterminowanych towarów ukradkiem w hipermarkecie. Pracować po to żeby zbierać żarcie po śmietnikach ? albo kraść stare jedzenie w hipermarkecie jeść szybko i ukradkiem, tak aby nikt go nie widział.

 -Nigdy-,   powiedział do siebie, bo wiadomo ze lepiej jest kraść, i wtedy ludzie bardziej cie szanują niż gdybyś zbierał rzeczy po śmietnikach, -a oceniają innych po tym co widzą, a nie po tym jak jest naprawdę, chociaż zaraz może tak jest naprawdę jak widzą[?]  tu przyszła mu do głowy niebezpieczna myśl, bo może tak jest naprawdę, jeśli w tobie płynie śmierdzący ściek i jesteś mieszkaniem dla wszelkiego brudu, ale na zewnątrz jesteś elegancki czysty, to dla innych jesteś czysty, musisz jedynie ładnie i dobrze mówić z pewnością w głosie kopać słabszych i mniej ważnych w sposób dopuszczalny społecznie, uśmiechać się do silniejszych i znać swoje miejsce na drabinie, a to że jesteś szambiarką wiozącą w sobie tony gnoju  i nieczystości nie ma najmniejszego znaczenia.

 Jeśli natomiast jesteś w porządku, ale nie rozpychasz się po życiu, to czeka cie pogarda i ciężkie życie. Takie śmierdzące śmieciuchy, idące po ulicach szambiarki w kiepsko skrojonych maskach, udające pobożnych i świętych, dobrych i szlachetnych. Takich je... kolesiów możesz zresztą spotkać wszędzie, żeby nie było tak że monopol na nich ma kościół katolicki, a wszystkie gromy spadają na niego. Tacy pier... kolesie, włóczą się wszędzie i czasami udają też pobożnych protestantów, buddystów, i niepotrzebne skreślić, roznosząc wszędzie gdzie tylko pójdą swoje g..., i syfy, a gdzie nie pójdą chcą generalnie błysnąć. Napatrzył się na tych j... kolesiów wszędzie, grających różne role jakie pisze im ich chora wyobrażnia. Każdy kontakt z takimi typami kosztował go mniejszą lub większą dawkę niesmaku, zwykle jednak większą. Po co im tyle kłamstwa? Czy tak jest lżej?


Wybiegliśmy jednak w przyszłość, do czasów kiedy nasz bohater, zaczął pracować w hipermarkecie, a następnie szukać dla siebie jeszcze lepszej pracy, ponieważ dzięki marketowi i agencji, co już mógł przeczytać czytelnik przed chwilą, uwierzył w siebie i poczuł się znów człowiekiem, ale teraz nadeszła pora aby powrócić na śmietniki, czyli tam gdzie jeszcze pracuje, a nawiasem mówiąc,współczesny świat jest wielkim śmietnikiem, nie tylko idei, ale także nieskończonej wręcz ilości jednorazowych rzeczy porzuconych po krótkotrwałym użytku, i oczekujących na swój rozpad i utylizację. Czyli nie oddalamy się zbyt od świata.

 Powróćmy więc na śmietnik w którym sprząta nasz bohater. Muszę jednak jeszcze wcześniej dodać że przez te kilka dni, kiedy się obudził i otworzył oczy, czyli pomiędzy czwartkiem a poniedziałkiem, nasz bohater czuł jak sam to o sobie powiedział: uje..ny, uwalony, upierd...ny, -jak ktoś pomiędzy Stroszkiem, a Woyzeckiem, z nogami pełnymi odcisków, w stanie zmęczenia fizycznego jak i psychicznego napięcia, i nie wiadomo nawet czy ból i zmęczenie ciała, czy stan wyczekiwania pomiędzy, czy może wszystko razem były przyczyną takiego kiepskiego samopoczucia. Zapewne wszystko razem, i na dodatek napięcie spowodowane ogromną wręcz chęcią aby sprostać oczekiwaniom innych i nie zawieść samego siebie, czyli dać po prostu sobie radę, - a przez dwa dni pracował na dwa etaty w firmie sprzątającej i markecie, będąc na nogach po piętnaście,szesnaście godzin dziennie.



Przeglądał gazety znalezione na śmietniku, w jednej z nich znalazł śmieszny artykuł, z którego dowiedział się ze istnieje dwadzieścia pięć symboli uznanych za zakazane. Do tych zakazanych symboli należą między innymi "krzyż celtycki", i nasza prapolska "swarzyca" Po przeczytaniu, wyrzucił gazety do śmietnika.


Nagle spojrzał w niebo, oderwał głowę i wzrok od kubłów na śmieci w które był wpatrzony szukając starych telewizorów, odtwarzaczy wideo i płyt, i zobaczył Antroposa [owo mistyczne Ciało Boże], te jasno świecące punkty układały się niby w ciało złożone z drobinek światła, i stanowiły jego informatyczną tkankę, a pomiędzy nią można było zauważyć coś na kształt “bożego mięsa”, ciemne plamy. Zrozumiał dlaczego


Człowiek jest stworzony na Jego obraz i podobieństwo.

____________________

* naprawdę pracę w supermarkecie poznał póżniej, zobacz pierwszą część  opowiadania "TRZY DZIEWIĄTKI",  "i drugi anioł zatrąbił",
kolejna  sprawa, zauważył że "doły społeczne" są wcale nie w lepszej kondycji od klasy średniej i elit,
imiona sąsiadów zostały oczywiście zmienione.




+ - 0

Artykuł nie został jeszcze pozytywnie zrecenzowany.

Dodaj Komentarz

Zaloguj się aby komentować. Jeśli nie masz jeszcze konta, zapraszamy do rejestracji.

RSS komentarzy

Komentarze: 0