Czy tylko Spartanie polegli?
Artykuł był czytany 4373 razyŚpieszę z moją wersją odpowiedzi: poległ też Zack Snyder, reżyser '"300". Poległ w tym sensie, że za kilkanaście miesięcy o tym filmie będą pamiętać tylko fani komiksu Millera i księgowy wytwórni filmowej.
To oczywiście uproszczenie, ale może służyć jako adekwatna ilustracja.
W moim przekonaniu Snyder w tym aspekcie poniósł porażkę: na ekran przeniósł komiks niemal dosłownie dodając tylko dźwięk. To za mało. O ile komiks jako dzieło specyficzne - opierające się na syntezie i skrócie - broni się i to jest jego właśnie jego siła, to realizacja tego w formie filmu przynosi dzieło płaskie, rytualne, schematyczne i zwyczajnie nie interesujące. Taki w moich oczach jest film '300'. A mogło być tak dobrze...
Krępującą sztywność konwencji przyjętej przez Snydera widzę boleśnie w samym aktorstwie. Zarówno Gerard Butler jako Król Sparty Leonidas, czy Lena Headey grająca królową Gorgo, niemiłosiernie męczą się chcąc tchnąć w swoje postacie choćby iskrę życia. Ale udaje się to raczej w ilościach śladowych. Efekt jest dość pożałowania godny, bo nieuprzedzony widz ogląda jedną wielką scenę batalistyczną, którą jest film Snydera, ale nie zrozumie, o co toczy się walka i jaki jest sens dramatu (o ile w ogóle słowo 'dramat' ma w przypadku tego filmu właściwe zastosowanie). Aktorzy wypowiadają kwestie z Wielkimi Słowami, ale brzmi to całkiem niewiarygodnie - my in nie wierzymy. Nie widać przecież w filmie niczego, co pozwalałoby przekonująco pokazać, że oglądamy starcie opartej na podbojach tyranii Kserksesa z osamotnionymi obrońcami wolności ze Sparty. Jest dokładnie przeciwnie - przecież oglądamy starcie dwóch ustrojów niewolniczych. Kserkses ma posmak kosmopolitycznej dekadencji Wschodu, a Sparta to militarystczne społeczeństwo kastowe. Pozostaje jedynie prężyć blueboxowe muskuły.
Pod pewnym względem '300' realizuje to, czego się po nim można było spodziewać - opiera się na mitologii i archetypach. Ale tylko: 'opiera się' - on ich nie generuje, nie tworzy. Tę jego jałowość łatwo dostrzec, jak zestawimy go z innym dziełem mito-twórczym - Galdiatorem (2000) Ridleya Scotta. Zresztą Snyder usiłuje stylizować '300' na modłę wspomnianego filmu - zwracam uwagę choćby na powracający motyw muzyczny niemal cytujący Lisę Gerard. Po obejrzeniu Gladiatora można słusznie mieć wrażnie, że oto uczestniczyliśmy w opowiadaniu jakiejś istotnej i ciekawej opowieści. Po oglądnięciu '300' mamy wrażenie, iż oglądnęliśmy ledwie ekranizację komiksu.
Zatem Snydera nie było stać na stworzenie dzieła poruszającego. Takiego, które zostaje w pamięci z jakichś ciekawych powodów. Zgoda: '300' to sprawna, z ruchomymi obrazkami realizacja komiksu pokazującego beznadziejną walkę herosów, kiedy widzowi krew chlupie w butach. Ale nic ponad to.
Pustkę tego filmu widać też w groteskowej niekonsekwencji - opowiada nam się historię heroiczną, ale Snyder nie mógł powstrzymać się przed paroma hollywódzko dowcipnymi wtrętami, które miały na widowni wywołać śmiech. Efekt był jednak przeciwny: widz jest bardziej zdezorientowany, niż rozbawiony. Bowiem albo idziemy w poważny, koturnowy i propagandowy klimat i konsekwentnie go realizujemy, albo usiłujemy puszczać oko do widza. W tego typu kinie nie można stać okrakiem na barykadzie. Wybornie zrozumiał to choćby Robert Rodriguez realizując Sin City.
Jedno jest jednak pewne: efektowna i efekciarska rozrywka. Być może jej poziom jest raczej niski, ale jest co oglądać. Nie czuję się na siłach oceniać, czy Snyder popsuł, czy nie kultowy komiks mistrza Millera. Miller bezpośrednio wpółpracował przy '300', więc być może trzeba przyjąć, iż dzieło Snydera ma jego błogosławieństwo. Jednak jako film, który mógłby zyskać sobie trwalsze miejsce w kinematografii '300' zawodzi. Nie wykazuje własnej autonomicznej siły przetrwania.
Dodaj Komentarz
RSS komentarzyKomentarze: 4
Wybacz, ale jako recenzent nie mogę się zgodzić. Piszesz jakbyś nie czytał Millera. Piszesz jakbys nie wiedział co Snyder chciał zrobić. Prosta mentalność - przenieść komiks żywcem na ekran, tak jak zrobił do Rodriguez i odnieść megasukces. Zresztą pamiętaj o filmografii Snydera...jak ktoś robi "Świt żywych trupów" to nigdy nie zrobi potem klasyku gatunku. Może Uwe Boll zrobiłby to lepiej ?
Nie zgadzam sie z ogolna wymowa recenzji, ale tekst jako taki podoba mi sie.
Bycie recenzentem to sztuka trudna. Trzeba bowiem odciąć się od oceny względem własnych oczekiwań i poszukiwać niepodważalnych przesłanek świadczących o zamyśle twórczym podczas powstawania dzieła. Tutaj tego brakło. Autor zakłada wygodnie, że nie wyszło... Tylko, że nie wyszło tak jak sobie życzył, nie zaś tak jak chcieli twórcy. Takie rozmijanie jest powodem powstawania 9 na 10 kompletnie chybionych recenzji, choć - jak ma to miejsce w tym przypadku - dobrze napisanych.
Nie zgadzam się z oceną recenzenta postawioną na pocżatku- film zapada w pamieć, i nie sprawia wrażenie filmowania kolejnych scen z komiksu, zapda w pamięć na długo, mimo że ani reżyser ani twórca komiksu nie byli mi specjalnie wcześniej znani.











