Kultura / Kino
Gdynia 2010- Sukces? Porażka?
Artykuł był czytany 628 razy
To stwierdzenie może przyprawić kinomanów o zawrót głowy. Gdynia od lat staje się corocznym centrum polskich filmów. To sprawdzian kondycji kinematografii i polskich twórców. Jednak nie zawsze wygrywają tu filmy, które powinny być etykietą.
Przykłady? Zeszłoroczny triumfator (w pełni zasłużony) „Rewers”. Mieliśmy okazję wystawić go do głównej selekcji Festiwalu w Berlinie. Skończyło się na obecności Agaty Buzek i artykułach w prasie, które uświadomiły nam po czasie, jak ogromną Polska miała szansę na promocję nie tylko filmu, ale przed wszystkim twórców. Dwa lata temu jednym z triumfatorów był film „33 sceny z życia”- jeden z najwybitniejszych filmów ostatnich lat, jeśli nie najwybitniejszy. Nie zdobyła jednak głównej nagrody festiwalu. Nagrodzona Złotym Lwem „Mała Moskwa” była filmem zdecydowanie gorszym. Trudno zatem stwierdzić co jest decydującym czynnikiem przy wyborze najlepszej produkcji. Niestety- trudno też przyznać, że decyzje jury są zawsze trafne…
W tym roku zwyciężyła „Różyczka” Jana Kidawy- Błońskiego. Film został okrzyknięty najlepszym wśród wszystkich prezentowanych w Gdynie, a odtwórczyni tytułowej roli- Magdalena Boczarska (znana z filmów duetu Konecki- Saramonowicz) otrzymała nagrodę za najlepszą rolę kobiecą. Zamieszania wokół filmu było sporo, przede wszystkim ze względu na oparcie historii filmowej na autentycznych wydarzeniach z życia wybitnego historyka Pawła Jasienicy. Nie da się stwierdzić, że jest to film wybitny. Poprawny, dobry- owszem. W historii miłosnego trójkąta między ukrywającym swe żydowskie pochodzenie Ubekiem, jego narzeczoną, a szanowanym historykiem-opozycjonistą wszelkie niedociągnięcia realizacyjne są zgrabnie (i zdecydowanie za często) tuszowane zagraniami bazującymi na emocjach. Przeciętny widz wzruszy się np. ostatnią sceną na Dworcu Gdańskim. Widać też pewną analogię do decyzji sprzed dwóch lat. Zarówno „Mała Moska” jak i „Różyczka” wpisują się w prawicowe tendencje TVP, która jest głównym sponsorem gdyńskiego festiwalu.
Decyzje gdyńskiego jury nie są więc w pełni miarodajne. Filmy, które mogłyby zostać co najmniej wyróżnione dostają nagrody w kategoriach o mniejszej randze np. za scenografię czy zdjęcia.
Tegoroczny festiwal pokazał też, ze ostatnia reklama PISF, w której najpopularniejsi polscy aktorzy przekonują, że powstaje coraz więcej polskich filmów, nie do końca przekazuje nam prawdę o stanie polskiej kinematografii. Być może wskaźnik polskich premier jest wyższy, ale wciąż za dużo w kinach komedii romantycznych, poziomem daleko odstających np. od kultowego „Pretty Woman” .Absolwenci najlepszych szkół teatralnych czy filmowych latami czekają na szanse stworzenia własnej produkcji. Filmy zbyt często są tendencyjne, przez co doceniamy to, co promują konkretne media.
Gdynia 2010, to nie był festiwal arcydzieł, co zgodnie przyznają wszyscy krytycy. To kolejne ostrzeżenie i kolejna lekcja dla organizacji kulturalnych, które problemów w polskim filmie nie powinny bagatelizować. Szkoda tylko, że dowiadujemy się o tym na przykładzie festiwalu o trzydziestopięcioletniej tradycji…
W tym roku zwyciężyła „Różyczka” Jana Kidawy- Błońskiego. Film został okrzyknięty najlepszym wśród wszystkich prezentowanych w Gdynie, a odtwórczyni tytułowej roli- Magdalena Boczarska (znana z filmów duetu Konecki- Saramonowicz) otrzymała nagrodę za najlepszą rolę kobiecą. Zamieszania wokół filmu było sporo, przede wszystkim ze względu na oparcie historii filmowej na autentycznych wydarzeniach z życia wybitnego historyka Pawła Jasienicy. Nie da się stwierdzić, że jest to film wybitny. Poprawny, dobry- owszem. W historii miłosnego trójkąta między ukrywającym swe żydowskie pochodzenie Ubekiem, jego narzeczoną, a szanowanym historykiem-opozycjonistą wszelkie niedociągnięcia realizacyjne są zgrabnie (i zdecydowanie za często) tuszowane zagraniami bazującymi na emocjach. Przeciętny widz wzruszy się np. ostatnią sceną na Dworcu Gdańskim. Widać też pewną analogię do decyzji sprzed dwóch lat. Zarówno „Mała Moska” jak i „Różyczka” wpisują się w prawicowe tendencje TVP, która jest głównym sponsorem gdyńskiego festiwalu.
Decyzje gdyńskiego jury nie są więc w pełni miarodajne. Filmy, które mogłyby zostać co najmniej wyróżnione dostają nagrody w kategoriach o mniejszej randze np. za scenografię czy zdjęcia.
Tegoroczny festiwal pokazał też, ze ostatnia reklama PISF, w której najpopularniejsi polscy aktorzy przekonują, że powstaje coraz więcej polskich filmów, nie do końca przekazuje nam prawdę o stanie polskiej kinematografii. Być może wskaźnik polskich premier jest wyższy, ale wciąż za dużo w kinach komedii romantycznych, poziomem daleko odstających np. od kultowego „Pretty Woman” .Absolwenci najlepszych szkół teatralnych czy filmowych latami czekają na szanse stworzenia własnej produkcji. Filmy zbyt często są tendencyjne, przez co doceniamy to, co promują konkretne media.
Gdynia 2010, to nie był festiwal arcydzieł, co zgodnie przyznają wszyscy krytycy. To kolejne ostrzeżenie i kolejna lekcja dla organizacji kulturalnych, które problemów w polskim filmie nie powinny bagatelizować. Szkoda tylko, że dowiadujemy się o tym na przykładzie festiwalu o trzydziestopięcioletniej tradycji…














