Mistrz recenzji z prawdziwego zdarzenia - Kałużyński
Artykuł był czytany 4604 razyIle razy czytam pseudorecenzje filmów w czasopismach czy serwisach internetowych poświęconym sztuce filmowej, tyle razy na mojej twarzy rodzi się grymas zniechęcenia i zniecierpliwienia - można przecież tak pięknie i profesjonalnie pisać o filmie.
Zygmunt Kałużyński
Jedna z najbarwniejszych postaci ze świata dziennikarskiego, teraz już z panteonu tego środowiska. Nieszablonowy, spontaniczny, kontrowersyjny, a jednocześnie sympatyczny. Jego recenzje to wyrok i zaproszenie do dyskusji. Wyrok – bo sam Kałużyński był kimś, kogo opinie – czytane z niepokojem przez wszystkich zainteresowanych – należały do najważniejszych, ale również i zaproszenie do polemiki, bo jeśli nawet jego recenzja zawierała miażdżący cios, to nie przygniatał on do samej ziemi.
Tematyka – głównie film
Kałużyński to przede wszystkim recenzent filmowy. Rzetelnie uczestniczył we wszystkich najważniejszych wydarzeniach filmowych, nawet jeśli z góry były one skazane na niepochlebne opinie krytyków. Swoje teksty zamieszczał najczęściej w tygodniku „Polityka”, rzadziej we „Wprost”, czasem pisał gościnnie na łamach innych czasopism. Oprócz typowych recenzji, swoje opinie wyrażał przy okazji dyskusji czy polemik z Tomaszem Raczkiem.
Rodzaje recenzji – felieton czy esej?
Dorobek recenzyjny Zygmunta Kałużyńskiego to kilkanaście tysięcy tekstów o charakterze krytycznym. W większości są to recenzje felietonowe i eseistyczne. Mają one rozbudowaną perspektywę tematyczną i problemową, a także czysto podmiotowy punkt widzenia. W najmniejszym stopniu recenzje Kałużyńskiego przypominają typowe teksty sprawozdawcze, ponieważ autor zwykle podaje jedynie nazwisko reżysera, czasem rok wyprodukowania filmu czy przedstawienia teatralnego. Rzadko wspomina aktorów biorących udział w przedsięwzięciu i robi to tylko wtedy, kiedy gra tychże aktorów jest albo wybitna, albo bardzo mierna. Recenzje Kałużyńskiego posiadają jednakże wszystkie podstawowe cechy gatunkowe, a więc: ocenę, subiektywizm i aktualność.
Recenzja porównawcza – twórczość Davida Lyncha
Zdarza się, że Zygmunt Kałużyński porównywał najnowsze dzieło jakiegoś reżysera do jego poprzednich filmów. Zwykle robił to wówczas, jeśli wcześniejsze produkcje były bardziej udane, lub to najnowsze dzieło było jakimś zaskakującym dla Kałużyńskiego artystycznym nieporozumieniem. Szczególnie często zdarza się to z filmami Davida Lyncha, reżysera, którego działalność filmotwórczą – jak sądzę – wyjątkowo upodobał sobie Kałużyński.
Czasem belfer
Zdarzało mi się czytać recenzje autorstwa Kałużyńskiego, w których niejako „objaśniał” on nam, o czym tak naprawdę jest film przez niego oceniany. Czytamy na przykład: „ Moulin Rouge to historyczny kabaret paryski, w którym stykały się wszystkie sfery, od arystokracji pieniądza do nihilistycznej cyganerii, z okazji spektaklu łączącego lubieżność z wystawnością (...)”. I dalej następują nazwiska artystów związanych z Moulin Rouge. Innym razem jest to przytoczenie krótkiej biografii postaci będącej tematem produkcji. Jednym słowem Kałużyński czuł, że część społeczeństwa polskiego jest jeszcze daleko za Europą w kwestii znajomości kultury, co poniekąd jest prawdą.
W wielu recenzjach Kałużyńskiego natknęłam się jeszcze na „podpowiedzi”, jakich aluzji literackich, filmowych, teatralnych musimy szukać w danym filmie, co nieomal nas obliguje do interpretacji dzieła filmowego przyjętej przez Kałużyńskiego. Jest to zabieg dosyć często spotykany w tekstach tego recenzenta, co powoduje, że wolałam czytać opinie Kałużyńskiego po obejrzeniu filmu, aby sprawdzić, czy moja interpretacja była zbliżona do jego rozumienia treści i czy odnalazłam wszystkie aluzje i paralele założone przez twórców danego dzieła filmowego, a odnalezione i „wyłuskane” przez samego Kałużyńskiego.
Styl prosty, ale nie prostacki
Mam wielki podziw dla autorów tekstów, którzy potrafią wyłożyć sprawę tak jasno, że sens jej trafia zarówno do znawców kultury, jak i do przeciętnych odbiorców sztuki. Ja zaliczam siebie do tej drugiej grupy, dlatego z tym większą przyjemnością czytałam recenzje Kałużyńskiego, który umiał wytłumaczyć w prosty sposób to, co dla innych wydawało się być zbyt skomplikowanym zagadnieniem, aby je przekładać maluczkim. Chodzi mi tu głównie o przesłania filozoficzne, socjologiczne, czy wreszcie historyczne, bo w kręgu tych zagadnień czasem potrzebne jest niewielkie słowo wyjaśniające.
Niezmiennie również zachwycam się pięknem języka Kałużyńskiego. Dziennikarza, który postrzegany był jako ktoś, kto niewielką uwagę przywiązuje do wszelkiego rodzaju form, a jednak język, styl, dobór słownictwa, szacunek do wypowiedzi i do – rzecz jasna – czytelnika mogą być stawiane za wzór dla wielu autorów recenzji.
Zauważyłam, że Kałużyński używał słów zanikających w użyciu, zapominanych, np. zgoła odmienny, zaiste, a jednocześnie operuje językiem nowoczesnym, trafiającym do czytelników również bardzo młodych. Jedynym aspektem, do którego mogę mieć zastrzeżenia, jest nadużywanie słowa niemniej – znajdziemy je w każdej niemal recenzji.
Zakończenie – niespodzianka
Chodzi tutaj o finały historii filmowych, czyli kto z kim i dlaczego i czy to było dobre zakończenie, czy też może tragiczne. Kałużyński pozwalał samemu widzowi to zobaczyć, ocenić, wzruszyć się, zdenerwować, a co najważniejsze – zaskoczyć. Raz tylko na kilkaset recenzji, które przeczytałam, udało mu się właściwie opowiedzieć cały film , ale sam tytuł i niteczka rzekomej intrygi tegoż filmu już sugerowały zakończenie.
Pochwała dla zasłużonych
Na produkt końcowy sztuki filmowej składa się praca wielu osób. Ci najważniejsi, a więc reżyser, scenarzysta, autor ścieżki dźwiękowej, czy wreszcie aktorzy nie zawsze równo pracują na sukces gotowego filmu. Czasem do kina warto iść ze względu na świetne zdjęcia, czasem na niezwykłe kreacje aktorskie, czasem dla porównania poprzednich filmów jakiegoś reżysera – jednakże Kałużyński zawsze dostrzegał osoby kryjące się za sukcesem artystycznym i wrażeniem estetycznym, na jaki liczyć mogą miłośnicy kina idąc na ten konkretny film. Przykład? Oto on: „Jest to triumf znakomitego scenariusza nad nietrafnym wykonaniem” – tak Kałużyński pisze o filmie „Dziennik Bridget Jones”.
Dystans – oznaka profesjonalizmu
Kałużyński nie wierzył reklamom zwiastującym dany film. Nie słuchał producentów, którzy zapewniają, że do produkcji zatrudnili najlepszych speców od tresury, najlepszych kaskaderów i którzy nie przyznają się np. do machlojek komputerowych – określenie Kałużyńskiego. Otóż wolał on sam sprawdzić, czy dana rzecz jest możliwa i natychmiast weryfikował podawane ogólnie informacje – oddzielał za nas sieczkę przygotowaną przez speców od reklamy i marketingu. Tylko ktoś, kto zawodowo i od wielu lata para się ocenianiem, oglądaniem i smakowaniem dzieł filmowych, jest w stanie to zrobić. I chwała mu za to.
Wiedza i znajomość tematu
Niezbędna u recenzenta i wszechobecna u Kałużyńskiego. Wystarczy prześledzić recenzje na przestrzeni dziesięciu tylko lat. Szkoda, że miał tak niewielu naśladowców.














