Kultura / Książki
Niebanalna książka o miłości
Artykuł był czytany 11155 razyPrzypatrzmy się szablonom i skomentujmy je otwarcie.
Nie jestem fanką sentymentalnych książek mówiących o szczęśliwej bądź nieszczęśliwej miłości. Postanowiłam jednak sięgnąć po książkę Paula Coelha „Na brzegu rzeki Piedry usiadłam i płakałam”.
Poprzednie książki Coehla przeczytałam w wygodnym fotelu z filiżanką herbaty. Nie sposób było się od nich oderwać. Tę książkę przeczytałam w okresie wakacji, kiedy miałam więcej czasu na refleksję i przemyślenia. Może, dlatego tak do mnie trafiła. Pisarz mówi o miłości pełnej życiowych rozterek, dylematów, lecz w rezultacie miłości szczęśliwej.
O dziwo, robi to w sposób magiczny, niebanalny, niezwykły. Łatwo napisać książkę o miłości – scenariusz jest prosty: on ją kocha, trochę przeszkód i szczęśliwe zakończenie. Jednak trudno opisać codzienną miłość w sposób tajemniczy i uwodzicielski.
Główną bohaterką jest Pilar. Zabiegana kobieta, nie mająca czasu na sentymenty, która po kilkunastu latach spotyka swoją pierwszą miłość.
Paulo przedstawia inny, lepszy, szczęśliwszy świat tej kobiety. Inne oblicze miłości i Boga.
Karze nam poznać miłość o innym wymiarze, odmiennym kształcie i szukać iskierki Boga
w miłości naszego życia.
Tytuł książki, który nawiązuje do Psalmu 137 Pisma Świętego sugeruje, że Pilar jest ucieleśnieniem tęsknoty za miłością.
Coehlo jest mistrzem swojego gatunku. „Na brzegu rzeki Piedry usiadłam i płakałam” to nie jest prosta, płytka historia miłosna w rodzaju Harlequina czy telewizyjnej noweli,
lecz pełna głębokiego wyrazu i sensu opowieść o cudzie, jakim jest miłość.
Jest jednak coś, co w książce mnie rozczarowało.
To tak zwany „happy end”. Dzięki rozwijającej się fabule myślimy, że stanie się „tragedia”, że miłość nie zwycięży – to by nas uświadomiło i przedstawiłoby nam niebyt rzeczywistości, bo przecież miłość nie zawsze zwycięża. Jednak znowu miłość bierze górę nad samotnością i rozczarowaniem. I znowu myślimy „ach, takie rzeczy zdarzają się tylko w książkach i na filmach”. Może wydawać się dziwne, że nastolatce nie wystarcza szczęśliwe zakończenie. Co gorsze można by mnie uznać za osobę pragnącą nieszczęścia, śmierci czy zniszczenia miłości. Ale przecież gdyby głowni bohaterowie w rezultacie się nie zeszli książka byłaby oryginalna, życiowa.
Po takim zakończeniu osoby nieszczęśliwie zakochane przestałyby pytać siebie: „dlaczego tak się dzieje tylko mnie?! Przecież jest tylu zakochanych.”. Trzeba dopuszczać myśl, że życie nie jest łatwe. Pewnie, że na drodze do szczęścia napotykamy wiele trudności i że osiągnięcie szczęścia jest możliwe, podobnie jak poniesienie porażki.
Czy powieść o tragicznym zakończeniu nie zmusiłaby nas do głębszej refleksji?
Czy nie byłoby uczciwiej powiedzieć wprost, że miłość nie jest w stanie przezwyciężyć wszystkiego?
Jeżeli się ze mną nie zgadzasz - tym bardziej przeczytaj tę książkę.
Być może zmienisz zdanie…
Poprzednie książki Coehla przeczytałam w wygodnym fotelu z filiżanką herbaty. Nie sposób było się od nich oderwać. Tę książkę przeczytałam w okresie wakacji, kiedy miałam więcej czasu na refleksję i przemyślenia. Może, dlatego tak do mnie trafiła. Pisarz mówi o miłości pełnej życiowych rozterek, dylematów, lecz w rezultacie miłości szczęśliwej.
O dziwo, robi to w sposób magiczny, niebanalny, niezwykły. Łatwo napisać książkę o miłości – scenariusz jest prosty: on ją kocha, trochę przeszkód i szczęśliwe zakończenie. Jednak trudno opisać codzienną miłość w sposób tajemniczy i uwodzicielski.
Główną bohaterką jest Pilar. Zabiegana kobieta, nie mająca czasu na sentymenty, która po kilkunastu latach spotyka swoją pierwszą miłość.
Paulo przedstawia inny, lepszy, szczęśliwszy świat tej kobiety. Inne oblicze miłości i Boga.
Karze nam poznać miłość o innym wymiarze, odmiennym kształcie i szukać iskierki Boga
w miłości naszego życia.
Tytuł książki, który nawiązuje do Psalmu 137 Pisma Świętego sugeruje, że Pilar jest ucieleśnieniem tęsknoty za miłością.
Coehlo jest mistrzem swojego gatunku. „Na brzegu rzeki Piedry usiadłam i płakałam” to nie jest prosta, płytka historia miłosna w rodzaju Harlequina czy telewizyjnej noweli,
lecz pełna głębokiego wyrazu i sensu opowieść o cudzie, jakim jest miłość.
Jest jednak coś, co w książce mnie rozczarowało.
To tak zwany „happy end”. Dzięki rozwijającej się fabule myślimy, że stanie się „tragedia”, że miłość nie zwycięży – to by nas uświadomiło i przedstawiłoby nam niebyt rzeczywistości, bo przecież miłość nie zawsze zwycięża. Jednak znowu miłość bierze górę nad samotnością i rozczarowaniem. I znowu myślimy „ach, takie rzeczy zdarzają się tylko w książkach i na filmach”. Może wydawać się dziwne, że nastolatce nie wystarcza szczęśliwe zakończenie. Co gorsze można by mnie uznać za osobę pragnącą nieszczęścia, śmierci czy zniszczenia miłości. Ale przecież gdyby głowni bohaterowie w rezultacie się nie zeszli książka byłaby oryginalna, życiowa.
Po takim zakończeniu osoby nieszczęśliwie zakochane przestałyby pytać siebie: „dlaczego tak się dzieje tylko mnie?! Przecież jest tylu zakochanych.”. Trzeba dopuszczać myśl, że życie nie jest łatwe. Pewnie, że na drodze do szczęścia napotykamy wiele trudności i że osiągnięcie szczęścia jest możliwe, podobnie jak poniesienie porażki.
Czy powieść o tragicznym zakończeniu nie zmusiłaby nas do głębszej refleksji?
Czy nie byłoby uczciwiej powiedzieć wprost, że miłość nie jest w stanie przezwyciężyć wszystkiego?
Jeżeli się ze mną nie zgadzasz - tym bardziej przeczytaj tę książkę.
Być może zmienisz zdanie…
Dodaj Komentarz
RSS komentarzyKomentarze: 1
Piękna treść tego artykułu. Właśnie zaczęłam pisać książkę o nieszczęśliwej miłości opartej na własnych przeżyciach. Nie wiem tylko czy uda mi się ją wydać i czy ktoś będzie chciał ją czytać. Szczęśliwe zakończenia są dlatego że w życiu też się zdarzają, ale też dlatego żeby czytelnik wierzył że prawdziwa miłość zwycięża wszystko. Bez miłości świat by nie istniał.














