iThink.pl - dziennikarstwo i publicystyka

Menu

Logowanie/Rejestracja

[?] Rejestracja
Logo

Kategorie

Dodaj Artykuł

Artykuł

Kultura / Muzyka
+ - 2

27-mio godzinny maraton z muzykami dawniej tworzącymi Pink Floyd w Polsce

18 12 2006 Andrzej P. Urbański Artykuł był czytany 2254 razy

Co można przyżyć, jak po trwającej 33 lata nieustającej fascynacji nagraniami pewnej grupy wykonawców, wreszcie po raz pierwszy trafi się na ich koncert na żywo?

  • Komentuj
  • Wyślij do znajomego
  • Drukuj artykuł
  • Wersja do łatwego czytania
  • Dodaj do ulubionych
Koncert zaczął się o 21:00 w Poznaniu oglądaniem filmu o nagrywaniu dźwiękowej wersji opery Rogera Watersa, bo czekaliśmy na rozpoczęcie o 21:45 transmisji telewizyjnej koncertu. Już fragmenty wokalne z tego filmu zaczęły mi się podobać, ale wcale nie dlatego, że odnalazłem w nich atrybuty muzyki Pink Floyd, lecz chyba najbardziej jednej z moich ukochanych oper – „Czarodziejski flet” Mozarta. Gdy wreszcie ruszyło przedstawienie na żywo moja analiza potwierdziła się również w warstwie instrumentalnej (była tradycyjna orkiestra operowa) i inscenizacyjnej (chociaż wzbogaconej o elementy sztuki cyrkowej).
Najbardziej chyba zauroczyła mnie postać Anioła Wolności. Wokalistka przepięknie śpiewała partie tej postaci wisząc a nawet przemieszczając się zawieszona na linii dźwigu do stu metrów ponad głowami widzów. Jaskrawoczerwona, przepiękna suknia tej postaci powiewała na widocznym już na tej wysokości wietrze. Ale jej nic nie przeszkadzało w emisji piękna. Wspaniałe były również pozostałe żeńskie i męskie głosy. Dzieci jednego z poznańskich chórów nie tylko pięknie śpiewały, ale również wykazały się talentami aktorskimi.
Wydawałoby się, że to będzie szok dla wielu fanów, bo tak usieliby oni wszycy tworzyć, gdyby urodzili się trzy wieki wcześniej. Jednakże ci, z którymi rozmawiałem, na ogół byli zadowoleni ze spektaklu, chociaż jako fani całego Pink Floyd wybierali się również do Gdańska. Roger Waters bowiem, z pełną świadomością i samozaparciem, zamiast popisywać się własnym darem tworzenia przejmujących wizji, posłużył się profesjonalnie przygotowanym librettem operowym francuskiej pary autorów oraz intensywnie szkolił się i współpracował z uznanym twórcą operowym. Ta walka zajęła mu kilkanaście lat, a powstałe dzieło uważa za ukoronowanie swego życia.
Chociaż szanuję prawo Watersa do wskazywania, co on uważa za najwznioślejsze w swej twórczości, to ja bym z tym polemizował. Przede wszystkim, na ile mi pozwala jednorazowe i dosyć powierzchowne zapoznanie się z wykonywanym dziełem, grzeszy ono pochwałą tej rewolucji jako metodą eliminowania nierówności społecznych przez ścinanie głów za najbłahsze pseudo-przewinienia, czyli terror. To bardzo niebezpieczne szczególnie w kontekście Poznańskiego Czerwca, który był w pewnym stopniu również protestem przeciwko stalinowskiemu terrorowi, a więc rewolucją przeciw rewolucji.
Po drugie, Watersowi chyba wydaje się, że jego opera niedługo trafi do klasycznego repertuaru i będzie grana przez wieki. To nie jest wcale takie pewne, czy klasyczni recenzenci i słuchacze operowi zaakceptują to dzieło, a rockowa sława Watersa, może być tu nawet przeszkodą.
Po trzecie Waters potrafił tworzyć znacznie sprawniej, znacznie bardziej samodzielne i oryginalne formalnie dzieła.
Przedstawienie w Poznaniu skończyło się około północy i nastąpiła dwudziestojedno godzinna przerwa w koncercie potrzebna na przemieszczenie się widzów do innego polskiego miasta – odległego o około 300 km Gdańska. A chociaż w Poznaniu było tylko ok. 12 tysięcy widzów wobec planowanych 100 tysięcy w Gdańsku, to tych, którzy byli w obydwu miastach, była jednak spora część. W Poznaniu słyszałem nawet okrzyk: „Roger jedź do Gdańska!”, który chyba najlepiej oddaje tęsknoty widzów, którzy by naprawdę chcieli traktować tę, co tu dużo mówić, trochę przypadkową zbieżność miejsc i dat koncertów i zobaczyć wszystkich artystów z tą marką związanych w jednym miejscu i czasie na jednej scenie.
Zaraz po tej wyjątkowej w dziejach koncertów „przerwie” usłyszałem to, co najbardziej chciałem usłyszeć na koncercie od ponad 30 lat – większość utworów ze strony A czarnej płyty „Ciemna strona księżyca”. Potem były utwory z najnowszej płyty Davida Gilmoura, które dla mnie są dosyć ciekawą, bezpośrednią kontynuacją dorobku Pink Floyd. A po krótkiej tym razem przerwie znowu stare dzieła tworzone przez całe Pink Floyd. Najbardziej chyba podobało mi się wykonanie „Spodka tajemnic” w niesamowicie pulsującym rytmie i „Świeć nam szalony diamencie” z zaskakująco dźwięcznym solo gitarowym oddzielającym syntezatorowi kieliszkowy (naprawdę pokazali jak się gra na kieliszkach z winem) wstęp utworu od części zasadniczej. Ale w przypadku tego drugiego utworu nie pojmuję wprost jak David Gilmour mógł zapomnieć o kilku słowach wspominających współzałożyciela i głównego kreatora późniejszej oryginalności jego brzmienia – Syda Barreta. Wszak Syd zmarł zaledwie półtora miesiąca temu, a jego nieszczęsna choroba psychiczna będąca powodem rozstania z Pink Floyd jest zasadniczym, jeśli nie jedynym, powodem, że znalazł się w nim David Gilmour i mógł tak bardzo rozwinąć się artystycznie oraz zyskać tak wielką popularność.
Nie wierzyłem, że wykonają moje ulubione „Echa”, a jednak to nastąpiło, chociaż wykonanie nie spełniło moich oczekiwań. Na dodatek był to początek pewnego reality-show, bo gdy w utworze „Comfotably numb” padały pytania lekarza do „odjeżdżającego” pacjenta, to samo działo się w szpitaliku polowym pomiędzy tamtejszym lekarzem a moją żoną. Pacjentka wracając do rzeczywistości zwierzyła się lekarzowi, że jej marzeniem jest by w trakcie ostatecznego „odjazdu” grali jej właśnie Pink Floyd. Tymczasem tym właśnie utworem zakończył się ten maraton pod wieczną marką – Pink Floyd.
Wiem, że prasa w czasie ostatniego miesiąca dosłownie zalała nas detalami wiążącymi się z sylwetkami artystów tej (byłej) grupy, a wśród nich i pozytywnymi wrażeniami z ich wizyt w Polsce. Tym, którzy marzą o wspólnym koncercie wszystkich członków tej formacji, ubiegłoroczny koncert charytatywny pokazuje, że nie jest to niemożliwe. Więc można by sobie zamarzyć taki wielki koncert np. na krakowskich Błoniach. A jeśliby do połączenia zespołu było konieczne nowe przedsięwzięcie kompozytorskie, to może by koncept album czy opera o naszej pokojowej rewolucji, która pomogła zjednoczyć Europę. Ale to już znacznie bardziej bezczelne marzenia niż to żeby uczestniczyć w koncercie chociażby podzielonego Pink Floyd i to na dodatek w Polsce.





+ - 2

Artykuł został pozytywnie zrecenzowany przez:

Agnieszka Owczarczak , Marian Niewiadomski

Dodaj Komentarz

Zaloguj się aby komentować. Jeśli nie masz jeszcze konta, zapraszamy do rejestracji.

RSS komentarzy

Komentarze: 4

1. Marian | 19:46 30-08-2006

Preferuję raczej "mniej ambitną" muzykę, jednak nie o niej mam tu mowić :] Artykuł jest moim zdaniem poprawny, pomijając kilka błędów [1 stylist.,1 interpunkcyjny,1 literówka].

2. Andrzej P. | 17:43 31-08-2006

Przepraszam za błedy! Pomyliły mi się wersje artykułu i wysłałem starszą z błedami, a po wysłaniu (chyba) już nie można w tym serwisie nic poprawić.

3. Maria | 12:40 19-12-2006

stary to artykuł, że aż boli

4. Andrzej P. | 18:33 26-12-2006

Koncerty były 25 i 26 sierpnia a artykuł wpisałem 27 sierpnia, więc chyba nie był wtedy stary, ale za nim recenzenci zdecydowali o jego publikacji minęło te parę miesięcy...