iThink.pl - dziennikarstwo i publicystyka

Menu

Logowanie/Rejestracja

[?] Rejestracja
Logo

Kategorie

Dodaj Artykuł

Artykuł

Kultura / Muzyka
+ - 0

Co kiedyś było. Burzum- wczoraj i dziś.

15 02 2011 andrzej chłapowski Artykuł był czytany 936 razy
Źródło: autor artyk.
Źródło: autor artyk.

Krótkie wspomnienie o Burzum z łezką w oku w kontekście nowej płyty "Fallen".

  • Komentuj
  • Wyślij do znajomego
  • Drukuj artykuł
  • Wersja do łatwego czytania
  • Dodaj do ulubionych

Pierwszy raz usłyszałem Burzum około 1993 roku w radiu. Było to krótko po ukazaniu się artykułu na temat „świętej wojny” w Norwegii, satanistycznej mafii i paleniu kościołów. W tym czasie mało kto w Polsce wiedział o człowieku, który tworzył Burzum.

Stał się on sławny niedługo potem, w związku z zabójstwem Euronusmousa , ojca chrzestnego norweskiej „black metalowej mafii” , lidera grupy Mayhem oraz podpaleniami kościołów.

Pamiętam kiedy kupiłem swoją pierwszą kasetę Burzum pt. Hvist Lyest Tarr Os ( Kiedy światło nas bierze) Mogę bez przesady powiedzieć, że było to doświadczenie duchowe, niemal religijne. Z nabożną czcią włożyłem kasetę do magnetofonu i oddałem się mrocznej liturgii dźwięków.



Ostatni utwór „Tomhet” był najwyższą iluminacją, nieświętą komunią, delikatną i śmiertelną ekstazą smutku, przy której akt przyjęcia hostii przez chrześcijanina jest równie natchniony jak zjedzenie hamburgera.

W bibliotekach odkrywałem tajemnice tekstów napisanych w języku norweskim. Każdy tekst był jak starożytna pokryta runami brama, do której potrzebny jest klucz. Co było za bramą?



Burzum było czymś więcej niż muzyką. Było wehikułem czasu i fantazji, utraconą magią- w świecie jałowego racjonalizmu i martwej duchowości. Wystarczyło zamknąć oczy i poddać się tej magii, pozwolić się jej zabrać do starych górskich lasów nawiedzanych przez trolle i gobliny, do starożytnych miejsc kultu gdzie wciąż słychać śpiew elfów albo szepty złych duchów.

Wszystko to sprawiało, że muzyka Burzum była tak wyjątkowa i jedyna- zupełnie nie z tego świata.

Przestałem słuchać black metalu około roku 1996 ale Burzum wciąż było mi bliskie. Nadal też Varga Vikernesa za jego osobowość , inteligencję i wewnętrzną siłę.

Teraz po kilkunastu latach Burzum powrócił. Varg Vikernes aka Count Grishnackh wyszedł na wolność i nagrał już drugi album. Wyszedł z siwiejącą brodą ale nie tylko jego ciało się postarzało. Niestety jego wena twórcza też zwiędła.

Po pierwszej płycie pomyślałem: cóż, każdy popełnia błędy. Każdy powinien mieć drugą szansę.

Ale druga płyta zgwałciła moją nadzieję i okazałą się gwoździem do trumny Burzum.
Mogę wybaczyć Vargowi pozbawioną smaku, gejowską okładkę ostatniego albumu. Gdyby tylko to chodziło może wytrzymałbym mdłości i nie zwymiotował na monitor, a w przynajmniej mógłbym słuchać go z zamkniętymi oczami. Ale pod tą pozbawioną smaku okładką kryje się zupełnie średnia muzyka. ..



Po przesłuchaniu płyty czuję się jakbym miał mieć randkę w ciemno z piękną dziewczyną a zamiast niej na spotkanie przyszła gruba pryszczata raszpla. Nie tego oczekiwałem, Panie Vikernes…

I jeszcze jedna istotna rzecz! Co się stało z wokalem, który był znakiem rozpoznawczym Burzum?

Gdzie się podział ten mrożących krew w żyłach wrzask przypominający krzyk obdzieranego żywcem ze skóry człowieka- albo lepiej skrzek orka palonego przez światło? Zamiast tego niepowtarzalnego i zupełnie pionierskiego wokalu słyszmy typowy „ryczący” głos jakich wiele.

Jak mówi jeden z starych tekstów Burzum: „to co kiedyś było przepadło na zawsze.” Przykro mi Varg, magia Burzum również przepadła.




+ - 0

Artykuł nie został jeszcze pozytywnie zrecenzowany.

Dodaj Komentarz

Zaloguj się aby komentować. Jeśli nie masz jeszcze konta, zapraszamy do rejestracji.

RSS komentarzy

Komentarze: 0