Kultura / Muzyka
Czas zapamiętany
Artykuł był czytany 2230 razySą rzeczy i zdarzenia, które pamiętamy do końca życia, muzyka do nich należy.
Czas zapamiętany
(Pamięci Tadeusza Nalepy poświęcony)
To były wczesne lata siedemdziesiąte, mam jedenaście lat, wakacje spędzam, jak prawie co roku, na koloniach letnich w Sopocie. Znane uzdrowisko, a raczej kurort jakim do dzisiaj jest Sopot przyciągał wtedy również tłumy turystów, zatłoczone plaże, tłumy ludzi na deptaku „Monte Casino” zagraniczne samochody plus rewia mody, jednym słowem blichtr wielkiego świata stłoczony na małym kawałku Polski. I to sopockie molo, te lody włoskie, których smak nie miał równych sobie. Aby je kupić stało się w potężnej kolejce, ale warto było, dzisiaj takich kolejek już nie ma, bo i lody jakieś nijakie.
Gdy lody zostały już skonsumowane, to należało ustawić się w następnej kolejce, w kolejce po rurki z bitą śmietaną, niebo w gębie, drugie, błękitne niebo nad nami a obok nas stada kolorowo ubranych „aniołów” . Krótkie szorty i mini spódniczki konkurowały z najnowszymi fasonami dżinsów, obrazu rozpasania dopełniały kobiety ubrane w długie, kolorowe sukienki ,dzierżące obowiązkowo w rękach reklamówki z podobizną Jimi Hendrixa. To liczne prywatne sklepiki usadowione przy ulicy „Monte Casino” dostarczały potrzebnych gadżetów, wręcz niezbędnych do życia w tej dżungli, no bo jak można nie posiadać podobizny Jimiego, w kieszeni nie mieć „ zapałek sztormowych” – takich co nie gasły nawet przy najsilniejszym wietrze, albo takich z trójwymiarowym zdjęciem roznegliżowanych panienek, jak przeżyć bez sznura bursztynu nie mówiąc już o okręcie w butelce czy muszli wielkości talerza. Na szczęście wszystko to było , i życie mogło się toczyć bez niepotrzebnych utrudnień.
A życie toczyło się dniem i nocą, w dzień plaża i molo, nocą , gdy potężna fontanna przy molo wybuchała ferią wspaniałych barw przyciągając do siebie turystów spragnionych magii nocy, dla kolonistów oznaczało to początek innego, nie mniej mistycznego przeżycia. Szkoła w której mieścił się ośrodek kolonijny sąsiadowała z muszlą koncertową, był to tak zwany Non Stop, scena plus zadaszenie z kolorowego materiału, taka Opera Leśna w miniaturze umiejscowiona w pobliżu toru wyścigów konnych i stacji kolejki . Ktoś niedawno wymyślił koncert symfoniczny dla publiczności leżącej wygodnie w łóżkach, a przecież to już było praktykowane w Sopocie kilkadziesiąt lat temu, co prawda grzmot perkusji, a nie dźwięki skrzypiec kołysały kolonistów do snu, jednak idea pozostała ta sama.
Pamięć ludzka działa wybiórczo, w pamięci pozostają na trwale zapisane jedynie pojedyńcze obrazy lub fragmenty zdarzeń, czy akurat te najważniejsze? Może te, które w danym momencie były tak mocne, że potrafiły wryć się głęboko i nie dają się usunąć przez niszczące działanie czasu. Jest wieczorny apel kolonijny, na boisku dwustu kolonistów śpiewa „Morze, nasze morze, będziem ciebie wiernie strzec...” W miedzyczasie rozpoczyna się koncert w „Non Stopie”, grupa „Breakout”, potężny dźwięk kolumn głośnikowych , i te słowa zagłuszające nasz śpiew „ Poszłabym za tobą, na sam kraniec świata..” Wychowawcy zachęcają kolonistów do głośniejszego śpiewu, rozpoczyna się rywalizacja, i „chociaż każdy z nas jest młody”, to drze gardło ile sił, nadaremnie, muzyka „Breakout” zmiata nas z pola walki, pozostaje nam „z honorem , lec,z honorem lec...” Ponieśliśmy porażkę, ale została w nas ta muzyka, zostały wspomnienia ,i płyty, te stare winylowe, prawdziwe dzieła sztuki, duże, prawie plakaty, z dużymi zdjęciami, z grafiką znanych artystów. Dzisiejsze plastikowe pudełka to już nie to, brak w nich magii, czegoś w rodzaju duszy.
Gdy usłyszałem o śmierci Tadeusza Nalepy, wspomnienia młodości powróciły, wróciła atmosfera pierwszych spotkań z jego muzyką. Wyjąłem stare płyty jego, i jego zespołu, nawet nie trzeba ich umieszczać na gramofonie, wystarczy dotknąć i magia jego muzyki powraca.
(Pamięci Tadeusza Nalepy poświęcony)
To były wczesne lata siedemdziesiąte, mam jedenaście lat, wakacje spędzam, jak prawie co roku, na koloniach letnich w Sopocie. Znane uzdrowisko, a raczej kurort jakim do dzisiaj jest Sopot przyciągał wtedy również tłumy turystów, zatłoczone plaże, tłumy ludzi na deptaku „Monte Casino” zagraniczne samochody plus rewia mody, jednym słowem blichtr wielkiego świata stłoczony na małym kawałku Polski. I to sopockie molo, te lody włoskie, których smak nie miał równych sobie. Aby je kupić stało się w potężnej kolejce, ale warto było, dzisiaj takich kolejek już nie ma, bo i lody jakieś nijakie.
Gdy lody zostały już skonsumowane, to należało ustawić się w następnej kolejce, w kolejce po rurki z bitą śmietaną, niebo w gębie, drugie, błękitne niebo nad nami a obok nas stada kolorowo ubranych „aniołów” . Krótkie szorty i mini spódniczki konkurowały z najnowszymi fasonami dżinsów, obrazu rozpasania dopełniały kobiety ubrane w długie, kolorowe sukienki ,dzierżące obowiązkowo w rękach reklamówki z podobizną Jimi Hendrixa. To liczne prywatne sklepiki usadowione przy ulicy „Monte Casino” dostarczały potrzebnych gadżetów, wręcz niezbędnych do życia w tej dżungli, no bo jak można nie posiadać podobizny Jimiego, w kieszeni nie mieć „ zapałek sztormowych” – takich co nie gasły nawet przy najsilniejszym wietrze, albo takich z trójwymiarowym zdjęciem roznegliżowanych panienek, jak przeżyć bez sznura bursztynu nie mówiąc już o okręcie w butelce czy muszli wielkości talerza. Na szczęście wszystko to było , i życie mogło się toczyć bez niepotrzebnych utrudnień.
A życie toczyło się dniem i nocą, w dzień plaża i molo, nocą , gdy potężna fontanna przy molo wybuchała ferią wspaniałych barw przyciągając do siebie turystów spragnionych magii nocy, dla kolonistów oznaczało to początek innego, nie mniej mistycznego przeżycia. Szkoła w której mieścił się ośrodek kolonijny sąsiadowała z muszlą koncertową, był to tak zwany Non Stop, scena plus zadaszenie z kolorowego materiału, taka Opera Leśna w miniaturze umiejscowiona w pobliżu toru wyścigów konnych i stacji kolejki . Ktoś niedawno wymyślił koncert symfoniczny dla publiczności leżącej wygodnie w łóżkach, a przecież to już było praktykowane w Sopocie kilkadziesiąt lat temu, co prawda grzmot perkusji, a nie dźwięki skrzypiec kołysały kolonistów do snu, jednak idea pozostała ta sama.
Pamięć ludzka działa wybiórczo, w pamięci pozostają na trwale zapisane jedynie pojedyńcze obrazy lub fragmenty zdarzeń, czy akurat te najważniejsze? Może te, które w danym momencie były tak mocne, że potrafiły wryć się głęboko i nie dają się usunąć przez niszczące działanie czasu. Jest wieczorny apel kolonijny, na boisku dwustu kolonistów śpiewa „Morze, nasze morze, będziem ciebie wiernie strzec...” W miedzyczasie rozpoczyna się koncert w „Non Stopie”, grupa „Breakout”, potężny dźwięk kolumn głośnikowych , i te słowa zagłuszające nasz śpiew „ Poszłabym za tobą, na sam kraniec świata..” Wychowawcy zachęcają kolonistów do głośniejszego śpiewu, rozpoczyna się rywalizacja, i „chociaż każdy z nas jest młody”, to drze gardło ile sił, nadaremnie, muzyka „Breakout” zmiata nas z pola walki, pozostaje nam „z honorem , lec,z honorem lec...” Ponieśliśmy porażkę, ale została w nas ta muzyka, zostały wspomnienia ,i płyty, te stare winylowe, prawdziwe dzieła sztuki, duże, prawie plakaty, z dużymi zdjęciami, z grafiką znanych artystów. Dzisiejsze plastikowe pudełka to już nie to, brak w nich magii, czegoś w rodzaju duszy.
Gdy usłyszałem o śmierci Tadeusza Nalepy, wspomnienia młodości powróciły, wróciła atmosfera pierwszych spotkań z jego muzyką. Wyjąłem stare płyty jego, i jego zespołu, nawet nie trzeba ich umieszczać na gramofonie, wystarczy dotknąć i magia jego muzyki powraca.














