Kultura / Muzyka
Death Magnetic – Metallica pokazuje swoje blizny
Artykuł był czytany 3311 razy
Jedni mówią, że jest nieśmiertelna. Inni, że umarła krótko po swoich narodzinach. Jeszcze inni twierdzą, że zmieniła ich życia na zawsze, obudziła nowe zainteresowania, nauczyła dojrzalej patrzeć na świat, zaszczepiła wrażliwość...
METALLICA, zespół - gigant. Zdania na temat tej grupy są różne, jednak jedno jest pewne: Potwór obudził się z pięcioletniego snu i powrócił w mistrzowskim stylu, aby dać o sobie znać całemu światu. Death Magnetic - tak brzmi tytuł najnowszego albumu kwartetu z San Francisco. Czy jest to prawdziwy powrót do korzeni? Przekonajmy się.
Nasi wujkowie z Ameryki zafundowali nam prawie 75 minut muzyki przez duże "M". Ten krążek jest inny niż wszystko, co nagrali do tej pory. Dlaczego? W moim odczuciu jest to po części concept album: wszystkie utwory (wyłączając instrumentalny Suicide&Redemption) są w pewien sposób spójne pod względem lirycznym. Teksty utrzymane są w tematyce śmierci, samobójstwa, walki z każdym dniem. Hetfield zawsze lubił patrzeć w głąb człowieka, odwiedzać jego najczarniejsze zakamarki, odkrywać jego zwierzęcą naturę. Na Death Magnetic dłubie w ludzkim umyśle odważnie, jak nigdy przedtem. Niemalże każdy utwór to muzyczny odpowiednik psychiki człowieka. Dlatego ten album ma tak niepowtarzalny klimat i właśnie dlatego warto posiedzieć nad tekstami i zająć się interpretacją. Każdy może znaleźć utwór, który jest napisany o nim samym, bo każdy z nas jest człowiekiem i posiadamy pewne cechy wspólne.
Jeśli chodzi o samą warstwę brzmieniowo – muzyczną albumu, to muszę przyznać, że współpraca zarówno z Randall’em, jak i Rickiem Rubinem wyszła Metallice na dobre. Mamy potężne, nowoczesne, thrashowe brzmienie, które podkreślone niebanalnym, tłustym basem pana Truijllo po prostu wciska w fotel. Hetfield śpiewa z taką energią, tak szczerze i przejmująco, że nie sposób przejść obok tego obojętnie. Hammett gra swoje ostre niczym skalpel solówki z chirurgiczną precyzją. Czasami nie mogę się nadziwić, jakie to dźwięki można wydobyć z gitary... Jeśli chodzi o perkusję, to miłośnicy tego instrumentu (i nie tylko oni) będą zadowoleni. Lars ma bardzo porządnie brzmiący zestaw i wykorzystuje go do granic możliwości. Znowu słychać podwójną stopę w utworach (tzw. "rowerek"), co nadaje zupełnie nowy wymiar muzyce. Generalnie, brzmienie przypomina nieco Czarny Album, z tym, że tutaj jest ono dużo, dużo bardziej "chropowate" i ma więcej "piachu".
Warto przyjrzeć się konstrukcji każdego utworu. Jestem pełen podziwu dla geniuszu, który pozwala na tworzenie takich „połamanych” i jednocześnie przemyślanych od początku do końca kompozycji. Metallica nigdy nie charakteryzowała się krótkimi piosenkami, za to zawsze mogliśmy oczekiwać ciekawych, niestandardowych utworów. Galopujące riffy, zmieniające się tempo, liczne przejścia gitarowo – perkusyjne, wszystko to znajdziemy na tej płycie. Słuchanie Death Magnetic przypomina wielką, ekstremalnie urozmaiconą podróż. Miejscami przybiera ona zawrotne tempo i potrafi nieźle dać w kość, a czasami jest spokojna niczym tafla jeziora o poranku.
Czas odpowiedzieć na nurtujące wszystkich pytanie: Czy Metallica powróciła do swoich korzeni? Zdecydowanie tak. Metallica powróciła do korzeni, wykorzystując zdobyte przez lata doświadczenie. Niektóre riffy zdają się być wyjęte prosto z lat osiemdziesiątych/początku dziewięćdziesiątych. Znajdziemy tu nawet pół-balladę na kształt One – The Day That Never Comes, jak i trzecią część The Unforgiven. Moim skromnym zdaniem (na przekór powszechnej opinii) właśnie The Unforgiven III jest jednym z najlepszych kawałków na płycie. Niestandardowy, powalający na kolana wstęp, cudowne słowa, idealnie pasująca solówka Hammetta – czy można chcieć więcej? Mamy też pierwszy od czasu To Live is to Die utwór instrumentalny - Suicide&Redemption. Bardzo pozytywne wrażenie, miło wsłuchać się w czystą nutę porządnego kawałka metalu, chociaż przyznać trzeba, że utwór ten plasuje się jednak za Orionem, czy The Call of Ktulu.
W refrenie Broken, Beat & Scarred James śpiewa "show your scars" (pokaż swoje blizny). Można śmiało pokusić się o stwierdzenie, że to właśnie Metallica z dumą pokazuje swoje blizny, których się dorobiła podczas powstawania St. Anger. Dlaczego z dumą? Bo gdyby te blizny nie powstały na ciele Metalowego Potwora, to rzecz jasna, nie słuchalibyśmy dzisiaj Death Magnetic.
Ogólnie rzecz biorąc, płyta stanowi bardzo starannie dobraną całość i jestem przekonany, że „nieobecność” jakiegokolwiek utworu byłaby sporą stratą. Dlatego nie pozostaje nam nic innego, jak cieszyć się, że Giganci są wciąż w doskonałej formie i mimo tego, że podbijają sceny całego świata już od ćwierć wieku, to nadal potrafią solidnie przyłożyć.
Nasi wujkowie z Ameryki zafundowali nam prawie 75 minut muzyki przez duże "M". Ten krążek jest inny niż wszystko, co nagrali do tej pory. Dlaczego? W moim odczuciu jest to po części concept album: wszystkie utwory (wyłączając instrumentalny Suicide&Redemption) są w pewien sposób spójne pod względem lirycznym. Teksty utrzymane są w tematyce śmierci, samobójstwa, walki z każdym dniem. Hetfield zawsze lubił patrzeć w głąb człowieka, odwiedzać jego najczarniejsze zakamarki, odkrywać jego zwierzęcą naturę. Na Death Magnetic dłubie w ludzkim umyśle odważnie, jak nigdy przedtem. Niemalże każdy utwór to muzyczny odpowiednik psychiki człowieka. Dlatego ten album ma tak niepowtarzalny klimat i właśnie dlatego warto posiedzieć nad tekstami i zająć się interpretacją. Każdy może znaleźć utwór, który jest napisany o nim samym, bo każdy z nas jest człowiekiem i posiadamy pewne cechy wspólne.
Jeśli chodzi o samą warstwę brzmieniowo – muzyczną albumu, to muszę przyznać, że współpraca zarówno z Randall’em, jak i Rickiem Rubinem wyszła Metallice na dobre. Mamy potężne, nowoczesne, thrashowe brzmienie, które podkreślone niebanalnym, tłustym basem pana Truijllo po prostu wciska w fotel. Hetfield śpiewa z taką energią, tak szczerze i przejmująco, że nie sposób przejść obok tego obojętnie. Hammett gra swoje ostre niczym skalpel solówki z chirurgiczną precyzją. Czasami nie mogę się nadziwić, jakie to dźwięki można wydobyć z gitary... Jeśli chodzi o perkusję, to miłośnicy tego instrumentu (i nie tylko oni) będą zadowoleni. Lars ma bardzo porządnie brzmiący zestaw i wykorzystuje go do granic możliwości. Znowu słychać podwójną stopę w utworach (tzw. "rowerek"), co nadaje zupełnie nowy wymiar muzyce. Generalnie, brzmienie przypomina nieco Czarny Album, z tym, że tutaj jest ono dużo, dużo bardziej "chropowate" i ma więcej "piachu".
Warto przyjrzeć się konstrukcji każdego utworu. Jestem pełen podziwu dla geniuszu, który pozwala na tworzenie takich „połamanych” i jednocześnie przemyślanych od początku do końca kompozycji. Metallica nigdy nie charakteryzowała się krótkimi piosenkami, za to zawsze mogliśmy oczekiwać ciekawych, niestandardowych utworów. Galopujące riffy, zmieniające się tempo, liczne przejścia gitarowo – perkusyjne, wszystko to znajdziemy na tej płycie. Słuchanie Death Magnetic przypomina wielką, ekstremalnie urozmaiconą podróż. Miejscami przybiera ona zawrotne tempo i potrafi nieźle dać w kość, a czasami jest spokojna niczym tafla jeziora o poranku.
Czas odpowiedzieć na nurtujące wszystkich pytanie: Czy Metallica powróciła do swoich korzeni? Zdecydowanie tak. Metallica powróciła do korzeni, wykorzystując zdobyte przez lata doświadczenie. Niektóre riffy zdają się być wyjęte prosto z lat osiemdziesiątych/początku dziewięćdziesiątych. Znajdziemy tu nawet pół-balladę na kształt One – The Day That Never Comes, jak i trzecią część The Unforgiven. Moim skromnym zdaniem (na przekór powszechnej opinii) właśnie The Unforgiven III jest jednym z najlepszych kawałków na płycie. Niestandardowy, powalający na kolana wstęp, cudowne słowa, idealnie pasująca solówka Hammetta – czy można chcieć więcej? Mamy też pierwszy od czasu To Live is to Die utwór instrumentalny - Suicide&Redemption. Bardzo pozytywne wrażenie, miło wsłuchać się w czystą nutę porządnego kawałka metalu, chociaż przyznać trzeba, że utwór ten plasuje się jednak za Orionem, czy The Call of Ktulu.
W refrenie Broken, Beat & Scarred James śpiewa "show your scars" (pokaż swoje blizny). Można śmiało pokusić się o stwierdzenie, że to właśnie Metallica z dumą pokazuje swoje blizny, których się dorobiła podczas powstawania St. Anger. Dlaczego z dumą? Bo gdyby te blizny nie powstały na ciele Metalowego Potwora, to rzecz jasna, nie słuchalibyśmy dzisiaj Death Magnetic.
Ogólnie rzecz biorąc, płyta stanowi bardzo starannie dobraną całość i jestem przekonany, że „nieobecność” jakiegokolwiek utworu byłaby sporą stratą. Dlatego nie pozostaje nam nic innego, jak cieszyć się, że Giganci są wciąż w doskonałej formie i mimo tego, że podbijają sceny całego świata już od ćwierć wieku, to nadal potrafią solidnie przyłożyć.














