Kultura / Muzyka
Jak właściwie Czesław śpiewa?
Artykuł był czytany 3851 razy
W kwietniu zeszłego roku na półki sklepów muzycznych trafiła płyta, która natychmiast podbiła serca Polaków. Dlaczego to się podoba? Chyba wiem.
MUZYKA
Muzycznie płyta jest fantastyczna. Jest tam punk, jest alternatywa, jest miejski folk... przede wszystkim zaś – kabaret i teatr. O tym ostatnim napiszę jeszcze potem. Jeżeli jest tak wiele, to automatycznie płyta podoba się większej ilości ludków, to logiczne. Do tej pory nie słyszałam nic podobnego w polskiej muzyce. Może Kayah i Goran grali coś, co w niewielkim ułamku przypominało to, co robi z muzyką Czesław, nie jestem pewna. Bogato zaaranżowane melodie, akustyczne instrumenty (w tym cudowna harmoszka). Melodie proste, wpadające w ucho, w których nieustannie coś się odkrywa: osobiście w Efekcie Ubocznym Trzeźwości usłyszałam nawet swój telefon komórkowy. Płyta mimo swojego eklektyzmu jest inteligentna: idzie mi o to, że eklektyzm jest niebezpieczny. Bo granica między wysmakowanym dozowaniem wielu wątków muzycznych a pretensjonalnym kiczem jest wąska: tu nie została ona przekroczona. Proponowana przez Cześka muzyka jest mięsista, słodka, czarodziejska i magiczna, wielowymiarowa. Dobra.
TEKST
Teksty powstały na chacie krakowskiego poety, Michała Zabłockiego. Stworzyli je internauci, wspólnymi siłami. Czesław wybrał dziesięć z nich i wkomponował je w muzykę. Teoretycznie są o niczym. Ciekawostka. Okładka płyty była pracą dyplomową Jaśminki, wówczas uczennicy kieleckiego Plastyka. Profesor do rysuneczków nie miał żadnych zastrzeżeń, zasugerował jedynie wyrzucenie z nich tekstów, „bo co to za poezja”. A tu masz: podoba się całej Polsce, w tym mnie, polonistce. Dlaczego się podoba? Bo dotychczas nikt nie wpadł na pomysł wykorzystania Internetu i jego użytkowników, do takiego celu. Bo mam znajomych, z którym gadam na gadugadu wyłącznie rymem. Bo to ciekawe, multipoezja. Bo teksty mają drugie dno i nie są, za przeproszeniem, o dupie. Toczą się swoim częstochowskim rymem, raz szybciej, raz wolniej. Są... inne. Tak, jak u Peszkowej. I na pewno nie są o niczym. Lżejsze i cięższe, mają swoje drugie dno. Proszę się nie bać wszystkich małych chłopców... nie słyszałam dotąd lepszego tekstu walczącego z homofobią. W ogóle nigdzie nie słyszałam. I tego będę się trzymać.
KONCERT
Jaki jest koncert Czesława? Taki jak płyta. Magicznie hipnotyczny, trącający kabaretem i bardzo teatralny. Na scenie jest ubrany na czerwono Martin, czarny Czesław i bezpretensjonalna Karen w granatowej sukieneczce, z bukiecikiem kwiatków przypiętym do brokatowej opaski. Stoliczki są i fortepian i poustawiane instrumenty. Nie ma jak klaskać, dopiero na końcu. Czesław pomiędzy utworami gada gada gada. Komentuje otaczającą nas rzeczywistość, żartuje z „władzy” i z samego siebie. Swoim „źle akcentowanym polskim” nazywa siebie Belgiem. Towarzysząca mu Karen niesamowicie przyciąga uwagę grą, zachowaniem na scenie, kontaktem z publicznością, którego teoretycznie nie powinno być, przecież jej zadaniem jest granie na tych wszystkich flecikach, a od kontaktu jest Czesław. Ha, zaskakujące. Warto chodzić na takie koncerty. Bo to nie koncerty, raczej widowiska, niekoniecznie na lodzie. Mają swoją ciągłość w czasie, magicznie relaksujące są. No i sama postać Czesława jest spójna, w sensie wizerunkowym. Na scenę wychodzi ten sam gość, który śpiewa na płycie, pije po występie i udziela wywiadu. To ważne, żeby nie udawać, nie? Brzydzę się fałszem, tu go nie dostrzegam i gitara.
PROMOCJA
Niby, że była i to dlatego płyta tak dobrze się sprzedała. „Tesco Value” który ukazał się w październiku już „nie powtórzył sukcesu”. W porządku, nie było o nim głośno to się i nie sprzedał, ale nawet, gdyby o nim piali, sprzedaż również byłaby mniejsza, bo teksty śpiewane są po angielsku, nie mają więc takiej siły przebicia, jaką mają teksty polskie. Bariera językowa nie pozwala na dotarcie do tak szerokiej grupy odbiorców, jak w przypadku „Debiutu”. Zobaczymy, jak sprzeda się płyta trzecia, co będzie w naszym języku ojczystym, nagrana chyba z Macukiem z Pogodno. Z tych fragmentów jakie usłyszałam na koncercie wnoszę, że może być lepsza od „Debiutu”. Albo zaledwie mnie się będzie bardziej podobała. Kaśka Nosowska powiedziała, że nie pamięta, jak było przed Czesławem. Ja pamiętam, była głównie Ona właśnie, Hey, Przemyk, Peszek, Pidżama Porno, więcej grzechów nie pamiętam. Aaaa, Czesław obraża się, gdy powiedzieć o nim, że gwiazda. Pewnie dlatego, że to się zasadniczo źle kojarzy, ale chyba warto zmienić skojarzenia. On przecież świeci autentycznym blaskiem, a nie gołym tyłkiem, jak co poniektórzy. I myślę, że dobrze, że jest: z tą harmoszką, koniecznie. To On pokazał Polsce ten zapomniany instrument, czy też o nim przypomniał. I chociażby przez to trzeba o nim pamiętać, gdy się chce pisać/mówić o współczesnej polskiej muzyce: tym akcentem zakończę tekst, który sponsorowało wczorajsze after party po koncercie Czesława. I idę na banię, która, zaplanowałam i postanowiłam sobie, ma być lepsza niż wczorajsza. Będzie.
Muzycznie płyta jest fantastyczna. Jest tam punk, jest alternatywa, jest miejski folk... przede wszystkim zaś – kabaret i teatr. O tym ostatnim napiszę jeszcze potem. Jeżeli jest tak wiele, to automatycznie płyta podoba się większej ilości ludków, to logiczne. Do tej pory nie słyszałam nic podobnego w polskiej muzyce. Może Kayah i Goran grali coś, co w niewielkim ułamku przypominało to, co robi z muzyką Czesław, nie jestem pewna. Bogato zaaranżowane melodie, akustyczne instrumenty (w tym cudowna harmoszka). Melodie proste, wpadające w ucho, w których nieustannie coś się odkrywa: osobiście w Efekcie Ubocznym Trzeźwości usłyszałam nawet swój telefon komórkowy. Płyta mimo swojego eklektyzmu jest inteligentna: idzie mi o to, że eklektyzm jest niebezpieczny. Bo granica między wysmakowanym dozowaniem wielu wątków muzycznych a pretensjonalnym kiczem jest wąska: tu nie została ona przekroczona. Proponowana przez Cześka muzyka jest mięsista, słodka, czarodziejska i magiczna, wielowymiarowa. Dobra.
TEKST
Teksty powstały na chacie krakowskiego poety, Michała Zabłockiego. Stworzyli je internauci, wspólnymi siłami. Czesław wybrał dziesięć z nich i wkomponował je w muzykę. Teoretycznie są o niczym. Ciekawostka. Okładka płyty była pracą dyplomową Jaśminki, wówczas uczennicy kieleckiego Plastyka. Profesor do rysuneczków nie miał żadnych zastrzeżeń, zasugerował jedynie wyrzucenie z nich tekstów, „bo co to za poezja”. A tu masz: podoba się całej Polsce, w tym mnie, polonistce. Dlaczego się podoba? Bo dotychczas nikt nie wpadł na pomysł wykorzystania Internetu i jego użytkowników, do takiego celu. Bo mam znajomych, z którym gadam na gadugadu wyłącznie rymem. Bo to ciekawe, multipoezja. Bo teksty mają drugie dno i nie są, za przeproszeniem, o dupie. Toczą się swoim częstochowskim rymem, raz szybciej, raz wolniej. Są... inne. Tak, jak u Peszkowej. I na pewno nie są o niczym. Lżejsze i cięższe, mają swoje drugie dno. Proszę się nie bać wszystkich małych chłopców... nie słyszałam dotąd lepszego tekstu walczącego z homofobią. W ogóle nigdzie nie słyszałam. I tego będę się trzymać.
KONCERT
Jaki jest koncert Czesława? Taki jak płyta. Magicznie hipnotyczny, trącający kabaretem i bardzo teatralny. Na scenie jest ubrany na czerwono Martin, czarny Czesław i bezpretensjonalna Karen w granatowej sukieneczce, z bukiecikiem kwiatków przypiętym do brokatowej opaski. Stoliczki są i fortepian i poustawiane instrumenty. Nie ma jak klaskać, dopiero na końcu. Czesław pomiędzy utworami gada gada gada. Komentuje otaczającą nas rzeczywistość, żartuje z „władzy” i z samego siebie. Swoim „źle akcentowanym polskim” nazywa siebie Belgiem. Towarzysząca mu Karen niesamowicie przyciąga uwagę grą, zachowaniem na scenie, kontaktem z publicznością, którego teoretycznie nie powinno być, przecież jej zadaniem jest granie na tych wszystkich flecikach, a od kontaktu jest Czesław. Ha, zaskakujące. Warto chodzić na takie koncerty. Bo to nie koncerty, raczej widowiska, niekoniecznie na lodzie. Mają swoją ciągłość w czasie, magicznie relaksujące są. No i sama postać Czesława jest spójna, w sensie wizerunkowym. Na scenę wychodzi ten sam gość, który śpiewa na płycie, pije po występie i udziela wywiadu. To ważne, żeby nie udawać, nie? Brzydzę się fałszem, tu go nie dostrzegam i gitara.
PROMOCJA
Niby, że była i to dlatego płyta tak dobrze się sprzedała. „Tesco Value” który ukazał się w październiku już „nie powtórzył sukcesu”. W porządku, nie było o nim głośno to się i nie sprzedał, ale nawet, gdyby o nim piali, sprzedaż również byłaby mniejsza, bo teksty śpiewane są po angielsku, nie mają więc takiej siły przebicia, jaką mają teksty polskie. Bariera językowa nie pozwala na dotarcie do tak szerokiej grupy odbiorców, jak w przypadku „Debiutu”. Zobaczymy, jak sprzeda się płyta trzecia, co będzie w naszym języku ojczystym, nagrana chyba z Macukiem z Pogodno. Z tych fragmentów jakie usłyszałam na koncercie wnoszę, że może być lepsza od „Debiutu”. Albo zaledwie mnie się będzie bardziej podobała. Kaśka Nosowska powiedziała, że nie pamięta, jak było przed Czesławem. Ja pamiętam, była głównie Ona właśnie, Hey, Przemyk, Peszek, Pidżama Porno, więcej grzechów nie pamiętam. Aaaa, Czesław obraża się, gdy powiedzieć o nim, że gwiazda. Pewnie dlatego, że to się zasadniczo źle kojarzy, ale chyba warto zmienić skojarzenia. On przecież świeci autentycznym blaskiem, a nie gołym tyłkiem, jak co poniektórzy. I myślę, że dobrze, że jest: z tą harmoszką, koniecznie. To On pokazał Polsce ten zapomniany instrument, czy też o nim przypomniał. I chociażby przez to trzeba o nim pamiętać, gdy się chce pisać/mówić o współczesnej polskiej muzyce: tym akcentem zakończę tekst, który sponsorowało wczorajsze after party po koncercie Czesława. I idę na banię, która, zaplanowałam i postanowiłam sobie, ma być lepsza niż wczorajsza. Będzie.
Dodaj Komentarz
RSS komentarzyKomentarze: 1
Sam Czesław jest niesamowicie ciepły - ilekroć widzę go zarówno w telewizjach muzycznych, programach kulturalnych, czy wywiadach w czasopismach, uśmiecham się pod nosem.











