Jaka rewolucja?
Artykuł był czytany 4078 razy
Popularność – jest, bestsellery – są, przeboje – jak najbardziej, wstęp do grona nieśmiertelnych – brak. A miało być tak pięknie.
Patrząc realnie na sytuację Coldplay, należało by przypuszczać, że opór jakiejkolwiek presji powinien przychodzić im z łatwością. Sprzedali miliony płyt, mają w zanadrzu wiele hitów. Co prawda 3 album zespołu raził momentami brakami w warsztacie kompozytorskim, ale do dna było jeszcze sporo. Właściwie oczekiwania wobec ich 4 albumu dotyczyły tego, czy będzie to płyta roku czy dekady. Tymczasem rzeczywistość okazała się inna.
Chris Martin z wielkim zaangażowaniem stara się zepchnąć z firmamentu starego i nieco „śmiesznego” Bono. Z równie wielką determinacją walczy o naprawę świata. Wyścig obu Panów nie odbił się na skuteczności tego typu akcji, szkoda. Komponując najnowszą płytę Chris miał chyba w świadomości, że aby w pełni zostać nowym Bono musi mieć taki zespół, jakim jest U2. Pierwsze znaki na niebie i ziemi nie zwiastowały nieszczęścia, które miało nadejść. Muzycy Coldplay zaczęli od publicznego chłostania samych siebie. Przekonywali, że „X&Y” była płytą za długą, źle zagraną i ogólnie stanowi dla nich powód do braku zadowolenia z siebie. W międzyczasie Radiohead przeprowadzili rewolucję ze swoją ostatnią płytą. „Całkiem przypadkowo” w tym samym czasie pojawiły się informacje, że Coldplay opuści swoją wytwórnię, by nowy album wydać najpierw w Internecie. Czyżby nastał czas na zmianę PR-owców? Temat urwano i zaprezentowano nowy kawałek „Violet Hill”. Utwór rewelacyjny, melodyjny i potwierdzający, że Coldplay złapał wiatr w skrzydła. Apetyt rósł.
Premiera. Oczywiście słupki sprzedaży lecą w górę, ale nie ma zachwytu ani krytyki, ani publiki. Większość kręci troszkę nosem. Sam Brian Eno, który najpierw pomagał zespołowi przy tworzeniu albumu, potem odniósł się krytycznie do ostatecznego kształtu materiału. Coldplay zamarzył, by być wszystkimi naraz: U2 – porywające riffy i pełne stadiony; Radiohead – łamańce stylistyczne i sznyt rewolucyjny. „Viva la Vida” to obok ostatniej płyty Madonny największe rozczarowanie tego roku. Poza singlem nie ma na tej płycie ani jednego w pełni dojrzałego i dobrego utworu. Większość piosenek jest jakby zasłyszana gdzieś indziej i u znacznie lepszego artysty. Teksty rażą banalnością, naiwnością i grzeszą długością. Ten album skłania do refleksji, iż Coldplay nie ma podstaw, aby stać się wielki muzycznie. W osiągnięciu tego celu nie pomoże nawet okładka w „Rolling Stone”.
Słychać jedno, ambicję. Ambicję, żeby stać się półbogami; żeby w końcu można ich było postawić obok największych. Nic z tych rzeczy prędko się nie stanie. Mick Jagger i Keith Richards wskazali już kogoś kto niedługo (jeśli nie już) stanie obok największych. To Jack White.
Coldplay – Viva la Vida
Dodaj Komentarz
RSS komentarzyKomentarze: 1
cóż smutne ale prawdziwe - ja byłem do drugiej płyty wielkim fanem tego zespołu ( koncerty w Londynie i Monachium mnie powaliły). Niestety nowa płyta nie jest wyjątkowa - przeciętna - nie byłbym aż tak krytyczny - to chyba wynika z tego, że długo oczekiwałeś tej płyty - ale rzeczywiście rozczarowuje. Jednak w ostatecznym rozrachunku jest średnią płytą - co w przypadku tego zespołu za mało ( wyniki sprzedaży mówią niestety co innego).













