iThink.pl - dziennikarstwo i publicystyka

Menu

Logowanie/Rejestracja

[?] Rejestracja
Logo

Kategorie

Dodaj Artykuł

Artykuł

Kultura / Muzyka
+ - 1

Lepiej niż Sopot

20 08 2009 Marcin Wójkowski Artykuł był czytany 1469 razy
Źródło: C:Documents and SettingsElinaPulpitgitara.jpg
Źródło: C:Documents and SettingsElinaPulpitgitara.jpg

Jeśli nie macie pomysłu na sobotni wieczór albo jeśli perspektywa „zabawy” przy monotonnych beatach Sopockiego festiwalu napawa was przerażeniem, wybierzcie się do Gdańska.

  • Komentuj
  • Wyślij do znajomego
  • Drukuj artykuł
  • Wersja do łatwego czytania
  • Dodaj do ulubionych
W końcu jak długo można wsłuchiwać się w schemat zwrotka-refren wpleciony w wiecznie tę samą melodię nie popadając w końcu w muzyczne otępienie? Sobotni koncert w nadmorskiej stolicy Polski będzie skuteczną odtrutką na wszechogarniający schematyzm. Gwarantują to nazwiska z najwyższej muzycznej półki. Festiwal Solidarity of Arts to wielkie muzyczne wydarzenie, które kilka dni temu rozpoczęło się w Gdańsku z nadzieją na dokonanie oficjalnego „entree” zarówno na Polską jak i światową scenę kulturalną. Organizatorów, walczących o atest muzycznej jakości, czeka nie lada wyzwanie, ale póki co wszystko wskazuje na to, że z próby wyjdą obronną ręką. Na najbliższą sobotę przygotowali bowiem nie lada gratkę dla wszystkich miłośników tzw. muzyki kultowej. Na jednym z najbardziej rozpoznawalnych placów w Gdańsku, znanym jako Targ Węglowy, pojawią się w sobotni wieczór gwiazdy najwyższego formatu. Koncert, który startuje o 19 to dźwiękowa podróż w czasie do lat, kiedy muzyka, ekscentryzm i eksperyment stanowiły bliskie synonimy w słowniku każdego melomana. Na całe szczęście, jak się okazuje ducha rebelii wcale nie tak trudno wskrzesić współcześnie, zwłaszcza, jeśli ma się do dyspozycji bogatą spuściznę pomnikowych buntowników lat 70.

Jedną z takich ikon jest z pewnością brytyjski hardrockowiec Ian Gillan, dawny członek zespołu Deep Purple, który w oczach wielu krytyków wraz z krążkiem „Deep Purple In Rock” praktycznie powołał do życia styl, który dziś określamy mianem heavymetalu. Rozbudowane partie gitarowe i drapieżne riffy ozdobione charakterystycznym, wysokim głosem Gilliana stworzyły mieszankę, którą z różnym skutkiem powielały przecież przez lata rodzące się grupy metalowe i progresywne. Siła zbliżającej się imprezy tkwi jednak nie tyle w konsekwentnie utrzymywanej stylistycznej spójności występujących muzyków ale raczej ich kompletnej zdywersyfikowaniu. Dlatego zaraz po Gillianie na scenie pojawią się ludzie z zupełnie innej bajki - członkowie projektu „Tosh meets Murley”, którzy lata temu towarzyszyli Bobowi i Piterowi, kiedy ci występowali na scenie, czy nagrywali w studiu. Dziś każdy z nich ma już właściwie własną, rozpoznawalną markę – Fully Foollwood jest znanym na całym świecie basistą, który, poza Murleyem, ma na koncie współpracę m.in. z Michaelem Rosem, Mikey Dreadem czy grupą The Mighty Diamonds; Junior Marvin po stażu w The Waiters stał się prawdziwym gitarowym wirtuozem, a Karla Wrighta nawet nie trzeba przedstawiać nikomu, kto ma choćby nikłe pojęcie o dobrym reggae. Po wskrzeszeniu Murleya, przyjdzie kolej na punk rock. Nina Hagen, niesamowicie energetyczna (mimo 54 lat na karku) i zawsze odważnie odziana pani z głosem jak nikt inny na świecie i nawet niezłym talentem aktorskim to z kolei prawdziwa gratka dla tych, którzy poza muzyczną stroną koncertu przywiązują też dużą wagę do oprawy estetycznej. Można być pewnym, że znana z nietuzinkowego gustu Nina zaspokoi wymagania w obu tych obszarach. Żeby jednak było nie tylko światowo ale także choć odrobinę rodzimie i swojsko na „Solidarności Sztuk” pojawią się znane nazwiska z Polski – Lech Janerka, którego nikomu chyba przedstawiać nie trzeba, założyciel Klausa Mitfffocha i późniejszy autor takich perełek jak „Historia podwodna” czy „Bruhaha” oraz Artur Rojek ze swoim bandem i świeżą platyną za „Happiness is Easy”. Być może sama idea powrotu do „lepszych lat minionych” nie jest szczególnie oryginalnym pomysłem przewodnim na koncert ale w wypadku sobotniej imprezy chodzi chyba o coś więcej – metaforycznie rzecz ujmując nie tyle o reanimację trupa, co o morderstwo na żywym. Trzeba pokazać, że bunt, przynajmniej ten artystyczny, nie tylko wciąż żyje ale wciąż niepokoi, a czasem zabija. Chociażby samą dobrą muzyką.




+ - 1

Artykuł nie został jeszcze pozytywnie zrecenzowany.

Dodaj Komentarz

Zaloguj się aby komentować. Jeśli nie masz jeszcze konta, zapraszamy do rejestracji.

RSS komentarzy

Komentarze: 0