Kultura / Muzyka
Lepiej niż Sopot
Artykuł był czytany 1469 razy
Jeśli nie macie pomysłu na sobotni wieczór albo jeśli perspektywa „zabawy” przy monotonnych beatach Sopockiego festiwalu napawa was przerażeniem, wybierzcie się do Gdańska.
W końcu jak długo można wsłuchiwać się w schemat zwrotka-refren wpleciony w wiecznie tę samą melodię nie popadając w końcu w muzyczne otępienie? Sobotni koncert w nadmorskiej stolicy Polski będzie skuteczną odtrutką na wszechogarniający schematyzm. Gwarantują to nazwiska z najwyższej muzycznej półki. Festiwal Solidarity of Arts to wielkie muzyczne wydarzenie, które kilka dni temu rozpoczęło się w Gdańsku z nadzieją na dokonanie oficjalnego „entree” zarówno na Polską jak i światową scenę kulturalną. Organizatorów, walczących o atest muzycznej jakości, czeka nie lada wyzwanie, ale póki co wszystko wskazuje na to, że z próby wyjdą obronną ręką. Na najbliższą sobotę przygotowali bowiem nie lada gratkę dla wszystkich miłośników tzw. muzyki kultowej. Na jednym z najbardziej rozpoznawalnych placów w Gdańsku, znanym jako Targ Węglowy, pojawią się w sobotni wieczór gwiazdy najwyższego formatu. Koncert, który startuje o 19 to dźwiękowa podróż w czasie do lat, kiedy muzyka, ekscentryzm i eksperyment stanowiły bliskie synonimy w słowniku każdego melomana. Na całe szczęście, jak się okazuje ducha rebelii wcale nie tak trudno wskrzesić współcześnie, zwłaszcza, jeśli ma się do dyspozycji bogatą spuściznę pomnikowych buntowników lat 70.
Jedną z takich ikon jest z pewnością brytyjski hardrockowiec Ian Gillan, dawny członek zespołu Deep Purple, który w oczach wielu krytyków wraz z krążkiem „Deep Purple In Rock” praktycznie powołał do życia styl, który dziś określamy mianem heavymetalu. Rozbudowane partie gitarowe i drapieżne riffy ozdobione charakterystycznym, wysokim głosem Gilliana stworzyły mieszankę, którą z różnym skutkiem powielały przecież przez lata rodzące się grupy metalowe i progresywne. Siła zbliżającej się imprezy tkwi jednak nie tyle w konsekwentnie utrzymywanej stylistycznej spójności występujących muzyków ale raczej ich kompletnej zdywersyfikowaniu. Dlatego zaraz po Gillianie na scenie pojawią się ludzie z zupełnie innej bajki - członkowie projektu „Tosh meets Murley”, którzy lata temu towarzyszyli Bobowi i Piterowi, kiedy ci występowali na scenie, czy nagrywali w studiu. Dziś każdy z nich ma już właściwie własną, rozpoznawalną markę – Fully Foollwood jest znanym na całym świecie basistą, który, poza Murleyem, ma na koncie współpracę m.in. z Michaelem Rosem, Mikey Dreadem czy grupą The Mighty Diamonds; Junior Marvin po stażu w The Waiters stał się prawdziwym gitarowym wirtuozem, a Karla Wrighta nawet nie trzeba przedstawiać nikomu, kto ma choćby nikłe pojęcie o dobrym reggae. Po wskrzeszeniu Murleya, przyjdzie kolej na punk rock. Nina Hagen, niesamowicie energetyczna (mimo 54 lat na karku) i zawsze odważnie odziana pani z głosem jak nikt inny na świecie i nawet niezłym talentem aktorskim to z kolei prawdziwa gratka dla tych, którzy poza muzyczną stroną koncertu przywiązują też dużą wagę do oprawy estetycznej. Można być pewnym, że znana z nietuzinkowego gustu Nina zaspokoi wymagania w obu tych obszarach. Żeby jednak było nie tylko światowo ale także choć odrobinę rodzimie i swojsko na „Solidarności Sztuk” pojawią się znane nazwiska z Polski – Lech Janerka, którego nikomu chyba przedstawiać nie trzeba, założyciel Klausa Mitfffocha i późniejszy autor takich perełek jak „Historia podwodna” czy „Bruhaha” oraz Artur Rojek ze swoim bandem i świeżą platyną za „Happiness is Easy”. Być może sama idea powrotu do „lepszych lat minionych” nie jest szczególnie oryginalnym pomysłem przewodnim na koncert ale w wypadku sobotniej imprezy chodzi chyba o coś więcej – metaforycznie rzecz ujmując nie tyle o reanimację trupa, co o morderstwo na żywym. Trzeba pokazać, że bunt, przynajmniej ten artystyczny, nie tylko wciąż żyje ale wciąż niepokoi, a czasem zabija. Chociażby samą dobrą muzyką.
Jedną z takich ikon jest z pewnością brytyjski hardrockowiec Ian Gillan, dawny członek zespołu Deep Purple, który w oczach wielu krytyków wraz z krążkiem „Deep Purple In Rock” praktycznie powołał do życia styl, który dziś określamy mianem heavymetalu. Rozbudowane partie gitarowe i drapieżne riffy ozdobione charakterystycznym, wysokim głosem Gilliana stworzyły mieszankę, którą z różnym skutkiem powielały przecież przez lata rodzące się grupy metalowe i progresywne. Siła zbliżającej się imprezy tkwi jednak nie tyle w konsekwentnie utrzymywanej stylistycznej spójności występujących muzyków ale raczej ich kompletnej zdywersyfikowaniu. Dlatego zaraz po Gillianie na scenie pojawią się ludzie z zupełnie innej bajki - członkowie projektu „Tosh meets Murley”, którzy lata temu towarzyszyli Bobowi i Piterowi, kiedy ci występowali na scenie, czy nagrywali w studiu. Dziś każdy z nich ma już właściwie własną, rozpoznawalną markę – Fully Foollwood jest znanym na całym świecie basistą, który, poza Murleyem, ma na koncie współpracę m.in. z Michaelem Rosem, Mikey Dreadem czy grupą The Mighty Diamonds; Junior Marvin po stażu w The Waiters stał się prawdziwym gitarowym wirtuozem, a Karla Wrighta nawet nie trzeba przedstawiać nikomu, kto ma choćby nikłe pojęcie o dobrym reggae. Po wskrzeszeniu Murleya, przyjdzie kolej na punk rock. Nina Hagen, niesamowicie energetyczna (mimo 54 lat na karku) i zawsze odważnie odziana pani z głosem jak nikt inny na świecie i nawet niezłym talentem aktorskim to z kolei prawdziwa gratka dla tych, którzy poza muzyczną stroną koncertu przywiązują też dużą wagę do oprawy estetycznej. Można być pewnym, że znana z nietuzinkowego gustu Nina zaspokoi wymagania w obu tych obszarach. Żeby jednak było nie tylko światowo ale także choć odrobinę rodzimie i swojsko na „Solidarności Sztuk” pojawią się znane nazwiska z Polski – Lech Janerka, którego nikomu chyba przedstawiać nie trzeba, założyciel Klausa Mitfffocha i późniejszy autor takich perełek jak „Historia podwodna” czy „Bruhaha” oraz Artur Rojek ze swoim bandem i świeżą platyną za „Happiness is Easy”. Być może sama idea powrotu do „lepszych lat minionych” nie jest szczególnie oryginalnym pomysłem przewodnim na koncert ale w wypadku sobotniej imprezy chodzi chyba o coś więcej – metaforycznie rzecz ujmując nie tyle o reanimację trupa, co o morderstwo na żywym. Trzeba pokazać, że bunt, przynajmniej ten artystyczny, nie tylko wciąż żyje ale wciąż niepokoi, a czasem zabija. Chociażby samą dobrą muzyką.











