iThink.pl - dziennikarstwo i publicystyka

Menu

Logowanie/Rejestracja

[?] Rejestracja
Logo

Kategorie

Dodaj Artykuł

Artykuł

Kultura / Muzyka
+ - 13

Masowo, światowo … pięknie – Heineken Open’er Festival 2006

12 07 2006 xxx xxxx Artykuł był czytany 9359 razy
Źródło:
Źródło:

Organizator zapowiadał, że widzów czekają trzy noce niezapomnianej muzyki, uczestnictwo w największym i najefektowniejszym festiwalu tej części Europy, spotkanie, nie z podstarzałymi rockowymi dinozaurami, którzy szeroką ławą koncertują ostatnio w Polsce, ale z nową falą, prawdziwymi gwiazdami, szturmującymi od miesięcy listy przebojów. Ci, którzy dali się zwieść zapowiedziom z pewnością nie mogą żałować - wszystkie obietnice zostały zrealizowane w 100%!

  • Komentuj
  • Wyślij do znajomego
  • Drukuj artykuł
  • Wersja do łatwego czytania
  • Dodaj do ulubionych

Tegoroczny Heineken Open’er po raz pierwszy odbywał się na lotnisku Babie Doły (wszystkie poprzednie edycje zlokalizowane były na Skwerze Kościuszki, w samym sercu Gdyni). Przenosiny wyszły na dobre, bo impreza zyskała ogromną przestrzeń, którą idealnie zagospodarowano: świetnie zorganizowane pole namiotowe (jedyny zgrzyt to chyba tylko zbyt długie oczekiwanie i ślamazarnie ciągnąca się kolejka przy rejestracji), miasteczko festiwalowe, na którym można było i zjeść, i napić się piwa głównego sponsora, ale też zakupić rękodzieła i gadżety. Nieopodal Scena-Namiot z koncertami polskich, młodych i ciągle jeszcze głodnych sukcesów i sławy, niekonwencjonalnych i wyrywających się stereotypom polskich gwiazd. No i Scena Główna, na której w ciągu trzech festiwalowych dni przewinęła się taka konstelacja gwiazd, że publiczność mogła wybrzydzać i wybierać do woli. Organizatorzy udowodnili, że w Polsce też można zorganizować świetną, a przede wszystkim bezpieczną imprezę plenerową, która zgromadzi ponad 100 tysięcy widzów. Pokazali, że można dobrać miłych (!) ochroniarzy, kompetentną i pomocną obsługę techniczną, udostępnić odpowiednią ilość pomieszczeń sanitarnych i ułatwić festiwalowiczom dostęp do punktów wymiany bonów, punktów sanitarnych i bankomatów. Naprawdę ogromne brawa!

A jak zaprezentowała się oprawa muzyczna? Fantastycznie, niepowtarzalnie, wyjątkowo – wszystko to prawda, ale nie oddaje pełni atmosfery, jaka przez trzy dni unosiła się nad lotniskiem Babie Doły. Już pierwsza festiwalowa noc przyniosła taką dawkę emocji i wrażeń, że dałoby się nią obdzielić kilka pomniejszych koncertów. Dla wielu gwiazdą wieczoru był rozpoczynający swoje przedstawienie przy naturalnym świetle Manu Chao z zespołem, prezentujący nie tylko stare i wypróbowane przeboje (jak „Me gustas tu”), ale i kilka zupełnie nieznanych kompozycji. Publiczność bawiła się doskonale, kilka tysięcy ludzi dało porwać się mieszance różnorakich stylów i rytmów muzycznych i wraz z Mao tańczyła, skakała i klaskała przez cały koncert. Obie sceny barykady nakręcały się wzajemnie: im lepiej i głośniej bawiła się publika, tym zespół wkładał w grę więcej serca, energii i szaleństwa. Spirala nakręcała się aż do ostatniego utworu. Pozytywnie zaskoczył Pharrell Williams: nie zgrywał gwiazdorstwa (po koncercie zszedł do publiczności i z uśmiechem na ustach rozdawał autografy), zaprosił na scenę kilka swoich fanek, aby tańcem towarzyszyły jego występowi, utrzymywał świetny kontakt z publiką. Zaprezentował kilka nowych, zupełnie nieznanych utworów, będących dopiero materiałem na najnowszą płytę. Największą gwiazdą wieczoru było jednak brytyjskie Placebo, z charyzmatycznym i niepowtarzalnym Brianem Molko. Nie brakowało kompozycji z „Meds”, nie brakowało największych przebojów, a kiedy muzycy zagrali pierwsze takty „Every Me, Every You” publiczność wpadła w ekstazę przemieszaną z dreszczem, rozchodzącym się po całym ciele. To był najlepszy koncert całego Open’era, magia świateł i tysiące gardeł współtworzących z wokalistą niepowtarzalne widowisko z pewnością przejdą do annałów festiwalu. Porównywalny (choć to jeszcze nie ten format gwiazdy) był występ szkockiej kapeli Franz Ferdninad, garściami czerpiącej inspirację z klasyków gatunku, nadając jej jednak zupełnie nowe, rockowe brzmienie.


Dla wielbicieli odmiennych rytmów również nie zabrakło atrakcji: genialnie zaprezentowali się Scissor Sisters, łączący w sobie elementy rocka, popu i disco (jeśli komuś taka mieszanka wydaje się niemożliwa do połączenia, niech żałuje, że nie mógł osobiście, na żywo zobaczyć tego występu), jednoosobowy projekt The Streets - choć dla wielu brzmiał bardziej po nowojorsku, niż brytyjsku (jakże wielu artystów oddałby kilka lat swojej kariery, żeby tylko powiedzieć o nich, że brzmią „za bardzo po nowojorsku”!), Kanye West – sylwetka, której żadnemu fanowi czarnych rytmów nie trzeba przybliżać; mimo młodego wieku i w sumie niewielkiego dorobku, już teraz człowiek-instytucja dla tego gatunku i Basement Jaxx – roztańczona w szaleństwie formacja, potrafiąca porwać w wir zabawy najbardziej nawet znudzoną i zblazowaną publiczność.

Warto było również odwiedzić Scenę-Namiot, będącą w głównej mierze polem prezentacji młodych, gniewnych i niestandardowych polskiej sceny (z naszych rodzimych wykonawców Scenę Główną przed szeroką publicznością „zwiedzili” tylko Fisz Emade, ale za to z Marią Peszek i Wojtkiem Waglewskim, Myslovitz i Abra dAb). W Namiocie zaś nie zabrakło projektów niekonwencjonalnych, niszowych, które jednak porwały publiczność do zabawy, zainteresowały, zaciekawiły i wykorzystały swoją szansę wypłynięcia na szersze wody). Być może tacy artyści jak Kanał Audytywny, Niewinni Czarodzieje, Masala Sund System, czy Psychocukier nigdy nie zaistnieją w komercyjnych rozgłośniach radiowych, nastawionych tylko na promocję znanych i gwarantujących słuchalność wykonawców. Być może, ale każdy, kto uczestniczył w widowiskach z ich udziałem nie może pozostać obojętnym, nie można przejść obok nich z machnięciem ręki i tak zwyczajnie zapomnieć. Oby więcej takich objawień polskiej sceny, które nie tylko kopiują zachodnie wzorce, bezmyślnie naśladują i zapożyczają, ale idą nieprzetartymi szlakami, szukają nowych rozwiązań, tworzą z pasją, a muzyka nie jest dla nich sposobem na szybkie wzbogacenie się i sławę, ale formą samorealizacji i samoafirmacji.

Na kilka słów komentarza zasługuje jeszcze jeden koncert, który drugiego dnia festiwalu zaserwował widzom, będący klasą samą w sobie islandzki Sigur Ros. Nominacja na przyszłego premiera dla tego, kto z ich piosenek zrozumiał choć połowę! Publiczność udowodniła jednak swoim zachowaniem, że niekoniecznie trzeba znać słowa, żeby poczuć ich sens. Genialnie brzmiące gitary, bawiąca się rytmem perkusja – show nasycone magiczną melancholią, spokojem, przeradzającymi się momentami w gorejącą ścianę dźwięków. Nad Babimi Dołami przez dwie godziny unosiła się magia, którą musiał czuć każdy, która świdrowała w głowie jeszcze na długo po tym, jak Islandczycy zeszli ze sceny. Zresztą, niełatwo był im się pożegnać – publiczność wywoływała ich jeszcze trzykrotnie, w końcu zeszli pozostawiając za swoimi plecami wielki napis „Takk” (tytuł ostatniej płyty, po islandzku oznaczający „dziękuję”).

Trzy dni zapowiadanych koncertów, nie były końcem festiwalu. W niedzielną noc organizatorzy pokusili się jeszcze o zorganizowanie After Party. Szkoda tylko, że można się o tym było dowiedzieć dopiero w niedzielny wieczór, kiedy przeraźliwie opustoszało pole namiotowe, a zdecydowana większość festiwalowiczów spakowała swój ekwipunek i do swoich domostw udała się w najdalsze nawet zakątki Polski i Europy. Na tych, którzy zostali, czekała jeszcze jedna miła niespodzianka: sponsor imprezy uraczył Ich darmowym piwem!

Tegoroczny Open’er to festiwal, który uczestnikom jeszcze długo będzie pobrzmiewał w pamięci. Spełnił wszystkie pokładane w nim nadzieje, żadna z gwiazd nie zawiodła, wręcz przeciwnie – obeszło się bez demonstracji manier, bohaterowie estrady umieli złapać błyskawiczny kontakt z publicznością, podtrzymywać go i celebrować do ostatnich taktów swoich występów. Publiczność też była z najwyższej półki, momentami aż nie chciało się wierzyć, że to nadal Polska, że na kilka godzin nie przenieśliśmy się na Roskilde, albo jeden z brytyjskich festiwali. Stanęliśmy na wysokości zadania i zaprezentowaliśmy się naprawdę świetnie. Spotkajmy się znów za rok!






+ - 13

Artykuł został pozytywnie zrecenzowany przez:

Ewa Krzysiak, Radek Piekarz, Maciej ccc, Ewa O, Jarek Kownacki, Karolina Sokół

Dodaj Komentarz

Zaloguj się aby komentować. Jeśli nie masz jeszcze konta, zapraszamy do rejestracji.

RSS komentarzy

Komentarze: 8

1. Marta | 22:08 12-07-2006

Dziekuje Panu, Jacku, za tak wyczerpujaca, a zarazem interesujaca relacje. Bylam na podobnym festiwalu (Roskilde) z podobna obsada i wrazenia mam tez podobne do Panskich.

2. Maciej | 08:57 14-07-2006

dobra recenzja - będziemy wiedzieć, żeby następnym razem zostać do samego końca:)

3. Ted | 20:28 14-07-2006

Wszystko bylo tak jak zostalo opisane, jednak jak dla mnie najwieksze show dali Basement Jaxx, wystarczylo odwrocic glowe od sceny i zobaczyc jakie tlumy ludzi sie bawia.

4. xxx | 23:35 14-07-2006

Ja akurat jestem zwolennikiem nieco innej muzyki, chociaż skłamałbym gdybym powiedział, że Basement dało kiepskie show i źle sie przy nich bawiłem :)

5. Maciej | 04:00 18-07-2006

to ja jako uzupełnienie do tego artykułu pozwolę soie podac link do filmu w czasie trwania występu Manu Chao... turlanie było niezłe :-)
http://www.blog.mediafun.pl/?p=63

6. Ewa | 20:32 09-08-2006

Relacja wyczerpująca, aczkolwiek nudnawa momentami. Ważne, żeby umieć wydobyć na światło dzienne najważniejsze i najciekawsze wydarzenia. To miejscami Ci się nie udało. Mimo wszystko nie jest źle:) Pozdrawiam

7. Dag | 15:41 26-10-2006

krótko i na temat, podoba mi się
dobra relacja, z której jasno wynika, że Open'er to najlepsza impreza cykliczna, jaka do tej pory miała miejsce w PL :)
pozdrawiam autorkę

8. Dag | 15:45 26-10-2006

autora pozdrawiam oczywiście :) a nie autorkę

wybacz ;)