iThink.pl - dziennikarstwo i publicystyka

Menu

Logowanie/Rejestracja

[?] Rejestracja
Logo

Kategorie

Dodaj Artykuł

Artykuł

Kultura / Muzyka
+ - 1

Muzyka filmowa

02 10 2009 Klaudia Borek Artykuł był czytany 1082 razy
Źródło: google
Źródło: google

Muzyka filmowa stanowi pomost między przeszłością a teraźniejszością. Może przywrócić wspomnienia, bo zawsze niesie pewną historię, niesie piękno, przykuwa uwagę".

  • Komentuj
  • Wyślij do znajomego
  • Drukuj artykuł
  • Wersja do łatwego czytania
  • Dodaj do ulubionych

Nie minął jeszcze miesiąc od zakończenia święta filmowej niezależności, festiwalu Off Plus Camera, a Kraków znów, tym razem przez trzy dni, gościł ogromne wydarzenie kulturalne, nierozerwalnie złączone z tematyką filmową, choć tak naprawdę oferujące jedynie dwie projekcje. Mowa o zorganizowanym przez RMF Classic, Krakowskie Biuro Festiwalowe oraz Miasto Kraków 2. Festiwalu Muzyki Filmowej, który odbył się w dniach 21-23 maja. My też tam byliśmy, i co ważniejsze - wszystko uwiecznialiśmy na kamerze.


Muzyka filmowa, choć doceniana o wiele bardziej niż kiedyś, w mentalności masowej ciągle funkcjonuje jedynie jako miły dodatek do finalnego produktu filmowego. A prawda - jeśli się temu przyjrzeć z bliska, całkiem banalna - jest taka, że muzyka to niezależny, potężny środek wyrazu, który, jeśli zostanie umiejętnie wykorzystany, potrafi nadać filmowi nowy wymiar, głębię nieosiągalną przy użyciu samej wizualizacji. Albo odwrotnie - spisać film na straty, zmienić go w niezamierzoną karykaturę lub kuriozalną wydmuszkę. Tak się dzieje, jeśli powierzyć władzę nad muzycznymi emocjami w nieodpowiednie ręce. Ścieżka dźwiękowa filmu to integralna część tej tzw. magii kina, dzięki której takie obrazy jak "Nuovo Cinema Paradiso" pamięta się przez lata. Tworzenie muzyki filmowej to sztuka, którą należy doceniać na równi ze świadomością twórczą reżysera, maestrią aktorów czy kunsztem operatora zdjęć.


FMF wystartował rok temu z bardzo dobrym wynikiem - wielce udany koncert Erica Serry, który wraz z założoną przez siebie grupą R.X.R.A. odgrywał swoje najlepsze kompozycje, został na drugi dzień przyćmiony przez fantastyczną projekcję plenerową "Władcy Pierścieni: Drużyny Pierścienia" z muzyką wykonywaną na żywo (orkiestra, chóry i soliści - łącznie ponad 200 osób!), dyrygowaną przez Ludwiga Wicki, stałego współpracownika Howarda Shore'a. Pojawiały się na pierwszym FMFie pewne zgrzyty, których nie da się uniknąć na starcie tak wielkiej imprezy, lecz ani przez moment nie zepsuły zabawy. Z reguły każda kolejna edycja jakiegokolwiek festiwalu jest lepsza, eliminuje się błędy, dopieszcza poszczególne elementy organizacyjne itd. Tak też było na drugim FMFie: starannie dobrany, zróżnicowany program, w którym każdy mógł znaleźć coś dla siebie, wachlarz gwiazd świata muzyki filmowej (i nie tylko), wywiady z artystami na krakowskim rynku. Niestety podczas 2. edycji FMFu pogoda postanowiła zrobić organizatorom niezbyt przyjemnego psikusa.


Pierwszego dnia nic nie zapowiadało gehenny dla organizatorów. Festiwal zainaugurował show Maxa Raabe & Palast Orchester w Operze Krakowskiej. Zespół wykonuje kabaretowe aranżacje współczesnych hitów oraz klasyczne przeboje w stylu "I'm singin' in the rain" Gene'a Kelly z "Deszczowej piosenki" czy słynnego "Night and Day" Cole'a Portera (również dawne niemieckie szlagiery). Nikt, kto wybrał się do Opery, nie żałował wydanych pieniędzy. Później impreza przeniosła się na krakowskie Błonia, gdzie ze sporej wielkości sceny powitali widzów Tom Tykwer, Reinhold Heil i Johnny Klimek, autorzy muzyki do "Pachnidła: Historii mordercy", której dźwięki miały zaczarować zgromadzonych widzów. Jeszcze zanim rozpoczęła się część muzyczna, pojawił się miły akcent - kiedy okazało się, że Tykwer za kilka dni będzie obchodzić swoje 44 urodziny, zgromadzona publiczność (z niemałym udziałem oczekującego na występ chóru) odśpiewała mu gromkie "Sto lat!". Wzruszony Tykwer przekazał pałeczkę Diego Navarro, pochodzącemu z Teneryfy dyrygentowi, który w zeszłym roku zapoczątkował na Tenerife International Film Music Festival, imprezę poświęconą całkowicie muzyce filmowej. Navarro okazał się wybornym mistrzem ceremonii. Wraz z orkiestrą Sinfonietta Cracovia, Chórem Polskiego Radia w Krakowie oraz sopranistką Karoliną Gorgol-Zaborniak zaczarował zgromadzoną publiczność. Jeszcze przed wykonaniem niemal całej lirycznej partytury z "Pachnidła" na Błoniach zrobiło się hollywoodzko i z przytupem: zebrani na scenie artyści wykonali suity z "Iron Mana", "Spider-mana 3" oraz "Matrix: Rewolucje". Pierwsza plenerowa odsłona drugiego FMFu była wielce udanym multimedialnym koncertem (na ekranie pojawiały się fragmenty opisywanych muzycznie filmów), który powinien zadowolić najbardziej wybrednych, i również znakomitą zapowiedzią tego, co miało nadejść w kolejnych dniach. Nic nie zapowiadało piątkowych wydarzeń.


Piątek, drugi dzień festiwalu. Pierwszym wydarzeniem był koncert monograficzny Jana A.P. Kaczmarka, dyrygowany przez Pawła Przytockiego. Koncert okazał się bardziej niż udany i ładnie przybliżył muzykę tworzoną przez bodaj najbardziej obecnie znanego na świecie polskiego kompozytora, który w medialnej świadomości nadwiślańskiego kraju zabłysnął dopiero po zdobyciu Oscara. Podczas kiedy zgromadzeni w Filharmonii widzowie słuchali suit z "Marzyciela", "Niewiernej", "City Island" i innych, nad Krakowem szalała burza. Efektem tego było przeniesienie pomyślanego na plenerowy rozmach koncertu Tana Duna do Filharmonii. Rezultaty były trzy: zmiana godziny rozpoczęcia na 22.30; gorączkowe przestawianie się wszystkich artystów na grę w zamkniętym pomieszczeniu; ograniczona liczba miejsc. To ostatnie przerodziło się w walkę o wejście do środka, a w pewnym momencie wręcz w reinscenizację słynnej sceny histerii tłumu z "Dnia szarańczy" Nathanaela Westa (w której każdy, kto chciał walczyć z napierającym zewsząd tłumem, w pewnym momencie musiał skapitulować i iść tam, gdzie go niosło morze ciał). Organizatorzy dwoili się i troili, by skutecznie i profesjonalnie doprowadzić do koncertu Tana Duna, ale ostatecznie musieli zadowolić się robieniem dobrej miny do nie całkiem dobrej gry. Fakt faktem, że występ chińskiego dyrygenta (podzielony na dwie części: koncert na erhu i orkiestrę partytury z Oscarowego "Przyczajonego tygrysa, ukrytego smoka" oraz etniczna podróż przez Chiny zatytułowana "The Map") wypadł znakomicie, wielu wręcz powalił, ale nie ma się co oszukiwać - późna godzina i lekkie zmęczenie wydarzeniami dnia wpłynęły na odbiór. Wielka szkoda, bowiem Tan Dun pokazał się w całej krasie i udowodnił swój muzyczny kunszt. A gdyby to było na Błoniach...


Na sobotę zaplanowano dwa wydarzenia: premierę filmu "City Island" (w polskiej koprodukcji) w kinie Kijów oraz projekcję "Władcy Pierścieni: Dwóch Wież" z muzyką na żywo na krakowskich Błoniach. O ile pierwsze wydarzenie poszło bezproblemowo, tak przy drugim nie było już tak różowo. Z powodu kapryśnej pogody doszło do zerwania ekranu, przez co przesunięto projekcję na 23:00. Koniec maja to jeszcze zdradliwy okres, szczególnie gdy siedzi się (lub stoi) na rozległym otwartym terenie w środku nocy. Mniej więcej po godzinie filmu zrobiło się tak zimno, że coraz ciężej oglądało się geniusz Petera Jacksona z maestrią ścieżki dźwiękowej Shore'a w wykonaniu Ludwiga Wicki i połączenia potęgi orkiestry Sinfonietta Cracovia, Chóru Pro Musica Mundi, Chóru Pueri Cantores Sancti Nicolai oraz przepięknego głosu sopranistki Kaitlyn Lusk. Nie pomagał fakt, że na wydzielonym obszarze znajdował się tylko jeden czy dwa automaty z gorącymi napojami... Ci szczęśliwcy, którzy przewidzieli taki obrót spraw, poubierali się porządnie, przynieśli termosy, a wiele osób skorzystało z przytulnej oferty śpiworów. Nie zmieniło to jednak faktu, że pod koniec filmu, kiedy na ekranie szarżowali Rohirrimowie, krakowskie Błonia przedstawiały widok zgoła kuriozalny. Pomijając już to, że wielu śmiałków zrezygnowało i poszło ogrzewać się metodami alternatywnymi, widzowie dygotali w dwóch wersjach: na siedząco lub na stojąco. Ci drudzy, a było ich już w tym momencie niewiele mniej niż osób (jeszcze) siedzących, przestępowali desperacko z nogi na nogę, co dla postronnego obserwatora mogło wyglądać na dziwny rodzaj tańca do kompozycji Shore'a albo zbiorowe pożądanie kilku minut w toy-toyu. Całość skończyła się kilkanaście minut po drugiej, a Błonia opustoszały w rekordowym tempie. O plenerowym pokazie "Dwóch Wież" krąży już seria anegdot.





+ - 1

Artykuł nie został jeszcze pozytywnie zrecenzowany.

Dodaj Komentarz

Zaloguj się aby komentować. Jeśli nie masz jeszcze konta, zapraszamy do rejestracji.

RSS komentarzy

Komentarze: 0