iThink.pl - dziennikarstwo i publicystyka

Menu

Logowanie/Rejestracja

[?] Rejestracja
Logo

Kategorie

Dodaj Artykuł

Artykuł

Kultura / Muzyka
+ - 1

Podwójna stopka i Hitchcockowskie Trzęsienie Ziemi

24 06 2007 Maciej Rodkiewicz Artykuł był czytany 2781 razy
Źródło: http://www.paradiselost.co.uk
Źródło: http://www.paradiselost.co.uk

Są razem już prawie 20 lat, a wciąż potrafią zaskakiwać. In Requiem to już jedenasty album, ale również jedenasty powiew świeżości w ich karierze. Muzyka Paradise Lost przechodzi nieustanne metamorfozy.

  • Komentuj
  • Wyślij do znajomego
  • Drukuj artykuł
  • Wersja do łatwego czytania
  • Dodaj do ulubionych
Przyzwyczajeni do niespodzianek fani przygotowani byli na każdą ewentualność, kiedy jednak światło dzienne ujrzał raport ze studia, napisany przez Jeffa Singera (perkusistę, pełnoprawnego już członka zespołu), wielu zaskoczył krótki opis brzmienia nowego materiału:

Czego możecie oczekiwać? Czegoś bardzo ciężkiego, bardzo mrocznego i z dużą ilością podwójnej stopki…

Wielu zastanawiało się, czy to oczekiwany przez starszych fanów sygnał powrotu do korzeni, do ciężkiego, przytłaczającego mrokiem walca, jakim był Paradise Lost w pierwszych latach swojej kariery. Kolejnym sygnałem na to wskazującym było wykonanie na nagrywanym w kwietniu tego roku na potrzeby DVD koncercie utworu Gothic, którego nie grali od prawie 11 lat.

Rąbka tajemnicy uchyliła premiera nowego singla The Enemy. Trzy utwory zawarte na tym singlu reprezentują to, co we współczesnej twórczości Paradise Lost najlepsze, okraszone brzmieniem z czasów albumu Gothic. Poza typowym dla Anglików utworem tytułowym, dostaliśmy Beneath Black Skies przypominające dokonania z czasów One Second oraz instrumentalny utwór Godless, który ostatecznie nie znalazł się na albumie In Requiem, a szkoda, gdyż byłby wspaniałym, monumentalnym zwieńczeniem płyty, przywodzącym na myśl niesamowite zakończenie kultowego dzieła Icon, utwór Deus Misereatur.

Wreszcie, po kolejnym miesiącu oczekiwania, fani otrzymali to, co chcieli usłyszeć od tak wielu lat. Surowe brzmienie, o którym w wywiadach często wspomina Greg Mackintosh (gitarzysta i główny kompozytor), nagrane niemal na żywo z minimalną post produkcyjną ingerencją znakomitego Rhysa Fulber’a, bardzo zróżnicowany wokal Nicka Holmes’a, przechodzący od nieskazitelnych, czystych i hipnotycznych barw (Unreachable, Your Own Reality) po śpiew ostry, pełen złości, niemal powracający do growlingu (Never for the Damned, Requiem), gitarę prowadzącą Grega, której nie da się pomylić z żadną inną (tak, wspaniałe pasaże i sola powracają w pełnej krasie). No i oczywiście obiecaną wcześniej podwójną stopkę (Never for the Damned, The Enemy)
.

In Requiem można podzielić na dwie części. Pierwszą, faktycznie odwołującą się do korzeni, przytłaczającą brzmieniem, złożonymi kompozycjami i mrokiem oraz drugą, trochę lżejszą, bardziej przystępną, skierowaną do miłośników twórczości zespołu po 1997 roku. Jedenasty album Anglików otwiera utwór Never for the Damned, jego pierwsze dźwięki, lekko orientalne gitarowe zawodzenie wirtuoza Grega, hipnotyzują słuchacza, by zaraz potem brutalnie obudzić go ciężkim riffem, potężnym brzmieniem perkusji i nieujarzmionym głosem Nicka. Mamy do czynienia z klasycznym Hitchcockowskim trzęsieniem ziemi, potem napięcie już tylko rośnie. Kolejny kawałek, kolejna porcja mieszanki ciężaru i melancholii stworzonej z idealnym wyczuciem. Ash and Debris to praktycznie dwa utwory złączone w jeden, najpierw agresywne gitarowe granie, później melancholijna refleksja nad kruchością życia. Rozbudowana struktura zarówno NftD, jak i A&D od razu nasuwa skojarzenie z albumem Shades of God i zawartymi na nim długimi, złożonymi kompozycjami. Następnie mamy singlowe The Enemy, później monstrualny, przytłaczający ciężarem nisko nastrojonych gitar Praise Lamented Shade uważany za następcę takich utworów jak Joys of Emptiness i Forever Failure. Kolejnym utworem jest mój faworyt Requiem, niesamowity utwór, kumulujący w sobie wszystko, co najlepsze w Paradise Lost. Szczególnie porywające jest interludium, z klasycznie rockowym riffem, piękną gitarą prowadzącą Grega i niesamowitym wokalem Nicka, a w to wszystko wprowadza nas z chwilowego wyciszenia bas Steva Edmondsona.

Na chwilę pominę szósty utwór. Numer siedem na płycie to Prelude to Descent, bardzo dobry, patetyczny utwór z kontrowersyjną, niemal powermetalową wstawką pod koniec, jest ostatnim, który zaliczyłbym do tej mocniejszej połowy płyty, co prowadzi nas z powrotem do utworu numer sześć, który po potędze Requiem, zostaje nam zaserwowany jako chwilowe wyciszenie. Mowa o Unreachable, niesamowicie chwytliwym utworze odwołującym się do najlepszych brzmień z czasów One Second i rozpoczynającym bardziej przebojową część płyty. Piękne melodie, wspaniałe pasaże Grega i refren, którego nie powstydziłaby się niejedna gwiazdka pop, idealny kandydat na kolejny singiel.
Ósmy utwór to Fallen Children, najsłabszy moment płyty, moim zdaniem chłopcy z Paradise Lost są na tyle doświadczonym i wyrobionym zespołem, że nie powinni sięgać po chwyty rodem z Nightwish (upiorne intro, klawisze wyeksponowane na równi z gitarami). Nie można jednak odebrać FC chwytliwego refrenu. Następnie mamy drugi utwór z singla, Beneath Black Skies, przyjemny, ale niezbyt wyszukany kawałek. Przedostatni utwór to mój drugi ulubieniec z In Requiem, Sedative God to jeszcze jeden wymarzony kandydat na kolejny singiel. Ma ciężkie zwrotki i zaskakująco chwytliwy refren, a jego zakończenie chwyta za serce, jak niejedna rockowa ballada. Album wieńczy utwór Your Own Reality, rozpoczynający się dźwiękami delikatnych klawiszy, a kończącym ciężkimi gitarami z melancholijnym śpiewem Holmes’a w tle.

In Requiem to album rozpoczynający nową erę w historii Paradise Lost. Nie dość, że związali się z Century Media, wytwórnią zorientowaną szczególnie na muzykę metalową i poważnie podchodzącą do promocji swoich zespołów (w przeciwieństwie do Gun Records – poprzedniej wytwórni Paradise Lost), zarejestrowali wspaniały koncert w Londynie na potrzeby nowego DVD, wystąpili w filmie dokumentalnym Over the Madness nakręconym przez Dirana Noubara o historii zespołu (film ma premierę w Cannes 21 maja), ale co najważniejsze, powrócili w wyśmienitej formie z powalającą płytą, która zadowoli zarówno spragnionych ciężaru starszych fanów, jak i tych młodszych, kochających w Paradise Lost przebojowość, takich powrotów życzę im następne 20 lat.

http://paradiselost.co.uk/albums/in-requiem/




+ - 1

Artykuł został pozytywnie zrecenzowany przez:

Agnieszka Owczarczak

Dodaj Komentarz

Zaloguj się aby komentować. Jeśli nie masz jeszcze konta, zapraszamy do rejestracji.

RSS komentarzy

Komentarze: 0