Thievery Corporation - "Versions"
Artykuł był czytany 3612 razy
Rob Gaerza oraz Eric Hilton, dwójka artystów tworzących Thievery Corporation – powraca z albumem „Versions”. Tym razem usłyszymy remisy, i to artystów tak odmiennych w swoich muzycznych zapatrywaniach, jak Nouvelle Vague, Norah Jones, czy... The Doors. Wszystkie nagrania są dopasowane do bardzo specyficznego stylu waszyngtońskiej dwójki i trzeba przyznać, że album naprawdę robi wrażenie od samego początku.
Wszystko to powodowało, że natychmiast nasuwało się pytanie o to, czy na płycie z nowymi wersjami utworów o tak różnym pochodzeniu uda się zachować nastrój poprzednich płyt i jednocześnie zachować koncept albumu. Od razu mogę z pełnym przekonaniem powiedzieć, że – ta w końcu nader trudna sztuka – się udała. Muzycy Thievery Corporation tną, sklejają i składają wszystkie fragmenty muzycznej układanki w jedną, naprawdę ciekawą całość. Zdecydowanie największe wrażenie muszą robić nowe wersje nagrań pierwotnie mających z muzyką elektroniczną bardzo mało wspólnego - „Strange Days” zespołu The Doors czy „Dirty Little Secret” pierwotnie wykonywane przez Sarah McLachan, autentycznie zaskakują. Słuchacz, który nie znał tych nagrań wcześniej mógłby wręcz pomyśleć, że w żadnym wypadku nie są to remixy – na „Versions” nagrania zostały idealnie wpasowane w ramy muzyki elektronicznej bez jednoczesnego niszczenia uroku przetwarzanych nagrań.
Oczywiście, jak na każdej płycie – także i na tej – zdarzają się nagrania bardziej i mniej udane. Zdecydowanie mogą nużyć kolejne nagrania utrzymane w „indyjskiej” atmosferze – są one do siebie po prostu zbyt podobne. Zdecydowanie najlepiej słucha się na „Versions” nagrań – mimo, że nagranych w stylu Thievery Corporation – w znacznym stopniu odróżniających się od pozostałych. Jestem przekonany, że każdemu zapadnie w pamięć „This is not a love song” z niebanalnym wokalem Nouvelle Vague, czy chociażby „Revolution Solution”, które posiada swój indywidualny charakter. Warto też podkreślić, że album jest nagrany w bardzo niemodnym w erze MTV stylu. To nie jest płyta pojedynczych nagrań, krzykliwych singli i łatwych melodii – mimo, że na „Versions” są nagrania mniej, bądź bardziej ciekawe, to całość bardzo przypomina... dobrą książkę. Owszem – można słuchać tylko początkowych i końcowych fragmentów, ale jedynie płyta przesłuchana w całości powoduje, że album robi na słuchaczu naprawdę duże wrażenie. Bardzo ważny jest też sposób słuchania tej płyty. Tradycyjnie dla Thievery Corporation mamy do czynienia z muzyką specyficzną i wymagającą skupienia przy słuchaniu – dopiero słuchawki, noc, spokój i wytężona uwaga powodują, że „Versions” jest odbierane w naprawdę odpowiedni sposób i brzmi zdecydowanie lepiej.
Słowem-kluczem przy praktycznie każdej płycie duetu z Waszyngtonu jest koncept. Wyraźnie słychać na każdej płycie Thievery Corporation, że Rob Gaerza oraz Eric Hilton przykładają wielką wagę do tego, by płyta tworzyła całość. Doskonale udało im się to także i tym razem – mimo tego, że remiksowali nagrania z naprawdę różnych muzycznych biegunów. Pozostaje życzyć sobie większej ilości tak udanych i klimatycznych płyt – ja osobiście z wielką uwagą będę czekał na kolejne wydawnictwa tej formacji.
Dodaj Komentarz
RSS komentarzyKomentarze: 2
No bardzo ciekawy artykuł, dobrze napisany, o miłej muzyce piszesz, w sposób - przyznać muszę - profesjonalny. Zdjęcia dodatkowo uatrakcyjniają treść, jedyny "poślizg" to te "remisy" :P Bo chyba chodziło o remiksy:) Na pewno odsłucham, pod wpływem. Pozdrawiam :)
Ciekawy artykuł i dobrze napisany.














