Kultura / Teatr
"Druga wojna medialna" - kontynuacja "Wojny mediów"
Artykuł był czytany 2471 razyKontynuacja "Wojny mediów". Kiedy imperialiści medialni trafiają do więzienia, redakcje "Twojej Kroniki" i "Dziennika Referendalnego" pogrążają się w chaosie...
SCENA PIERWSZA:
Miejsce akcji: sala sądowa. Osobami, zasiadającymi na ławie oskarżonych, są Mateusz Genezis, Julianna, Karol Nemezis i Angelina. W pobliżu redaktorów "Twojej Kroniki" stoi świadek - Samanta, świadkiem reprezentantów Mandragory jest Bartłomiej. Rozprawa dobiega końca, toteż wszyscy dziennikarze są bardzo zestresowani. Prokurator (ładna brunetka w okularach) wolno spaceruje po pomieszczeniu, obrońcy Genezisa i Nemezisa stoją spokojnie. Stary, poważny sędzia przysłuchuje się wypowiedziom zgromadzonych.
PROKURATOR (do Mateusza Genezisa):
A więc twierdzi pan, że był nieustannie oczerniany, znieważany, a nawet szantażowany przez Karola Nemezisa i jego współpracowników?
MATEUSZ GENEZIS (jak zwykle z godnością):
Co do Karola Nemezisa, mogę powiedzieć taką rzecz: on już w piaskownicy coś do mnie miał. Pamiętam... podwórko, piękna pogoda, szum drzew, my - jeszcze jako chłopcy... mali chłopcy... I co? Raz po raz obsypywał mnie piaskiem. Przebaczałem mu, zawsze przebaczałem, tak, jak nakazał Chrystus: "Nie siedem razy, tylko siedemdziesiąt siedem". Ale przyznam, że nie podobało mi się... uuum... postępowanie... jego.
PROKURATOR (zdziwiona):
Chrystusa?!
MATEUSZ GENEZIS:
Nemezisa. Było niegodne wszystko to, co czynił.
PROKURATOR:
Prawdę powiedziawszy, mało mnie interesują nierozstrzygnięte spory z przeszłości, ale to ciekawe, iż cały konflikt trwa już tyle dziesięcioleci...
KAROL NEMEZIS (wstając z krzesła):
P-p-pani prokurator, niechże pa-pa-pani nie robi ze mnie w-w-w-wiecznego prze-prześladowcy, nie miałem wy-wy-wyboru, musiałem jakoś r-reagować na skandaliczne zachowanie Ma-Ma-Mateusza G-Genezisa! Buntował j-j-j-jedne dzieci przeeeciwko drugim, czerpiąc zzz tego osobiste ko-korzyści, co we mnie, jako człowieku uczciwym i h-h-honorowym, wywoływało zdecydowany s-sprzeciw!
MATEUSZ GENEZIS (ze smutkiem):
Panie Nemezis, pan przeszedł samego siebie. Jak można tak... kłamać... zeznając pod przysięgą? Na Sądzie Ostatecznym zda pan sprawę z tego.
KAROL NEMEZIS (lekko oburzony):
Paaanie Ge-Genezis, rozumiem, że może pan m-m-m-m-mieć słabą papapamięc, ale ż-żeby nie pamiętać o tak eeewidentnym i ciągle po-powtarzającym się procesie?! Niech pan n-nie przeeesadza!
MATEUSZ GENEZIS:
Pamiętam, jak pan... no... przez całe przedszkole kolegował się z takim... Wackiem. (Do Julianny i Samanty). Wackiem, tak? Chyba Wackiem... W każdym razie, bawiliście się razem w wojnę, podchody, złodziei i tak dalej. Mieliście na drzewie taki... domek, bardzo malutki. Potem Wacek zaczął się kolegować z Wickiem i powiedział panu: "Żebym cię więcej nie widział w tym domku!". Odtąd żyliście z Wackiem... powiedziałbym: jak pies z kotem. Tak. Obrzucaliście się szyszkami...
KAROL NEMEZIS:
Ka-ka-kasztanami.
MATEUSZ GENEZIS (zawstydzony swoją pomyłką):
A, tak, kasztanami! Oczywiście, że kasztanami... Starcza skleroza przeszkadza człowiekowi... I co? Raz po raz dochodziło do walk między wami.
SAMANTA (zaciekawiona):
A te kasztany to były, kurczę, nagie, czy w takich zielonych, kolczastych kubraczkach?
MATEUSZ GENEZIS:
W kubraczkach.
KAROL NEMEZIS:
Bez ku-kubraczków.
MATEUSZ GENEZIS:
W kubraczkach.
KAROL NEMEZIS (zirytowany):
Milcz, ło-ło-łosiu, jak wiem l-l-lepiej! Nie było żaaadnych ku-ku-ku-kubraczków!
ADWOKAT GENEZISA (ostro):
Sprzeciw! To nie ma związku z rozprawą!
PROKURATOR:
Słusznie, mecenasie. Powróćmy do rozprawy. (Do Nemezisa) Panie redaktorze, chciałabym, żeby pan jeszcze raz opowiedział, co się wydarzyło tamtego dnia w piwnicy...
Samanta wzdryga się jak oparzona, ale usiłuje zachować zimną krew.
KAROL NEMEZIS:
My-myślałem, że ten te-e-e-e-emat jest już zamknięty, ale w-w-widzę, iż pani nadal m-m-ma jakieś w-wątpliwości. P-p-panna Samanta Ma-Margla wtargnęła do budynku "Dziennika Re-Re-Referendalnego", chcąc z-zostawić tam łaładunek wybuchowy, po to, żeby poważnie zaszkodzić mnie oraz m-m-moim dzie-dziennikarzom. Nie mogłem p-pozwolić, by po takim cz-czynie panna Ma-Ma-Ma-Ma-Margla czuła się bezkarna. To w-wszystko.
PROKURATOR:
Jak to możliwe, że ta młoda, drobna osóbka, uzbrojona jedynie w petardę, włamała się do dobrze zabezpieczonej redakcji wysokonakładowego pisma? Co pan robił, że tak późno zauważył obecność dziewczyny na terenie posesji?
KAROL NEMEZIS (gwałtownie czerwieniejąc):
N-n-no, nie p-pamiętam... Proszę n-nie wymagać ooode mnie, bym pamiętał, co robiłem t-t-tego i tego dnia, ooo go-go-go-godzinie tej czy o tamtej, kiedy panna X lub Y wła-włamała się do cudzej re-re-redakcji. P-pamięć ludzka nie jest nieo-o-o-o-o-ograniczona...
SAMANTA (rozbawiona):
Sprzeciw! Ja pamiętam, kurczę, co się wtedy działo!
ANGELINA (spoglądając na Samantę morderczym wzrokiem):
Milcz, łachudro! Mówię ci: milcz!
SĘDZIA (uderzając młotkiem w stolik):
Proszę oskarżoną o kulturalne wyrażanie się! (Do Samanty) Niech pani kontynuuje.
SAMANTA (wskazując palcem Angelinę):
Karol Nemezis ślinił się z tym babsztylem! Mam wrażenie, że chcieli się, kurczę, hydrzyć!
ADWOKAT NEMEZISA (skrajnie zbulwersowany):
Pani obraża mojego klienta! Wysoki Sądzie, domagam się, żeby ta młoda dama przeprosiła redaktora Nemezisa!
SAMANTA (nie czekając na decyzję Sędziego):
Przepraszam! (Na stronie) Boże, ty jeden wiesz, jak było naprawdę...
PROKURATOR:
Zmieńmy temat. (Do Nemezisa) W swoim wcześniejszym zeznaniu powiedział pan, że torturował pannę Marglę, ponieważ uznał ją za terrorystkę. Czy chciałby pan powiedzieć coś więcej na ten temat?
KAROL NEMEZIS (zaskakując wszystkich znajomością Biblii):
"Le-le-lepiej, by z-zginął jeden cz-cz-człowiek, niż gdyby m-miał zginąć ca-cały naród", czy j-j-jakoś tak. Nawet prezydent Sta-Sta-Stanów Zjednoczonych wie, że z terrorystami się n-nie dyskutuje. Co m-m-m-miałem zrobić, no?! Zależało mi na b-bezpieczeństwie redaktorów "Dziennika R-Re-Referendalnego"!
ANGELINA (wzruszona, ze łzami w oczach):
Mój bohaterze!!!
ADWOKAT GENEZISA (stanowczo):
Nie dorabiajmy ideologii do przemocy!
PROKURATOR:
Słusznie. To się mija z celem rozprawy. (Do Bartłomieja) Proszę mi powiedzieć, tak z własnego punktu widzenia, jaki był przebieg bitwy Ynteligencików z Wełnianymi Czapeczkami?
BARTŁOMIEJ (recytuje "Redutę Ordona" Mickiewicza):
"Nam strzelać nie kazano. - Wstąpiłem na działo
I spojrzałem na pole; dwieście harmat grzmiało".
KAROL NEMEZIS (cytuje "Potop" Sienkiewicza):
"K-kończ, waść! Wstydu o-o-oszczędź!".
BARTŁOMIEJ (rozkoszując się "Redutą..." jak jeden z bohaterów "Syzyfowych Prac"):
"Tam kula lecąc, z dala grozi, szumi, wyje,
Ryczy jak byk przed bitwą, miota się, grunt ryje; -
Już dopadła; jak boa śród kolumn się zwija,
Pali piersią, rwie zębem, oddechem zabija.
Najstraszniejszej nie widać, lecz słychać po dźwięku,
Po waleniu się trupów, po ranionych jęku:
Gdy kolumnę od końca do końca przewierci,
Jak gdyby środkiem wojska przeszedł anioł śmierci".
ADWOKAT GENEZISA:
Panu już podziękujemy...
SĘDZIA (autorytatywnym tonem):
Myślę, że w tym miejscu powinniśmy się zatrzymać. Panie i panowie, chciałbym odczytać wyrok. Niniejszym uznaję Juliannę Kłębuszek i Angelinę Wichrowiec za niewinne organizacji zamieszek na terenie naszego miasta.
Euforia w sali.
SĘDZIA:
Pana Mateusza Genezisa, założyciela "Twojej Kroniki", uznaję za winnego postawionych mu zarzutów i skazuję na półtora roku pozbawienia wolności.
Zarówno widzowie, jak i redaktorzy "Twojej Kroniki", gwałtownie bledną. Zdenerwowana Julianna spuszcza wzrok oraz zaciska sobie jedną dłoń na drugiej. W końcu głośno przełyka ślinę i spogląda na Mateusza.
JULIANNA (przerażona):
Mateuszu, nie wiem, jak to możliwe! Robiliśmy wszystko, żeby cię obronić!
MATEUSZ GENEZIS:
Julianno, to wszystko z woli Bożej...
JULIANNA (drżącym głosem):
Przecież nie jesteś niczemu winien! Gdybyś nie wystawił wojsk, Ynteligenciki zniszczyłyby lub zagrabiły wszystkie twoje media! Sędzia musi być przekupiony... Przecież nie mógłby cię skazać za działanie w obronie koniecznej!
MATEUSZ GENEZIS (powoli, melancholijnie):
Dobrze wiedzieliśmy, że kiedyś nie zdołamy się obronić. Czuliśmy ten zbliżający się... uuum... bicz Boży. Prawda? Więc czemu jesteś taka zdziwiona? Właśnie wybiła godzina nasza...
JULIANNA (prawie płacząc):
Ale to niesprawiedliwe, niesprawiedliwe! Jesteś takim dobrym, takim zatroskanym o Polskę człowiekiem! Prawdziwym katolikiem i patriotą! To propaganda Nemezisa sprawiła, że społeczeństwo straciło do ciebie zaufanie. Tysiące paszkwili, drukowanych na szeroką skalę, zrobiły swoje!
MATEUSZ GENEZIS:
A czy Pan Jezus, skazany na śmierć, wyśmiany i opuszczony, był czemukolwiek winny? Bóg Ojciec, posyłając swego syna... na śmierć... krzyżową... miał konkretny plan. Tak. I teraz jest podobnie.
JULIANNA (wycierając sobie łzy):
Mateuszu, choćby cały świat się od ciebie odwrócił, ja cię nie opuszczę! Zawsze byłeś dla mnie jak przybrany ojciec lub najlepszy nauczyciel. Nie zwątpię w twoją dobroć!
MATEUSZ GENEZIS:
Dziękuję, Julianno, za te... za te piękne słowa. Pan Bóg wynagrodzi ci to...
PROKURATOR (ostro):
Szanowni państwo, proszę o ciszę! Sąd nie odczytał jeszcze całego wyroku!
SĘDZIA:
Karola Nemezisa, prezesa Mandragory SA, skazuję na dwa i pół roku więzienia.
Angelinie opada szczęka. Kobieta wytrzeszcza oczy, chwiejnym krokiem wychodzi na środek sali, łapie się za głowę, aż w końcu pada na kolana.
ANGELINA (wyje, jakby dowiedziała się o czyjejś śmierci):
Nieeeeeeeeee!!!... Nie, nie! Nie!!! To nie może być prawdaaaaa!!! Nieeeeeeeeee!!!...
Angelina podnosi się, wyrywając sobie z głowy kępkę włosów, a potem spogląda agresywnie na wszystkich zgromadzonych.
ANGELINA (ochrypłym głosem):
Jak wam nie wstyd, łajdacy?! Karol Nemezis to wielki bohater, który wyzwolił was wszystkich z sideł Ciemności! Kto dał wam prawo, żeby tak mu się odpłacać?! Niewdzięcznicy! Historia pokaże, kto tak naprawdę miał rację! Okryjecie się hańbą na wieczne czasy, przyszłe pokolenia będą przeklinać wasze imiona! Sędzia-kalosz!!! Sędzia-kalosz!!! Nie możecie tknąć Karola Nemezisa! (Cytuje "Krzyżaków" Sienkiewicza) "Mój ci on jest!".
PROKURATOR (bezlitośnie):
Droga pani, proszę nie robić scen w sali rozpraw!
Angelina wybucha głośnym, dziecinnym płaczem. Kiedy opanowuje szloch i łkanie, zaczyna recytować wiersz "Przed sądem" Konopnickiej.
ANGELINA (spoglądając na Karola Nemezisa, a potem na całe pomieszczenie):
"Drobny, wychudły, z oczyma jasnemi,
W których łzy wielkie i srebrne wzbierały
I gasły w rzęsach spuszczonych ku ziemi,
Blady jak nędza", coś-tam, coś-tam,
"Jak ptak wyjęty z gniazda i już mrący",
coś-tam, coś-tam, "Stał w sądzie przed kratką.
A dziwna była ta sala sądowa,
Wielka i pusta, i ciemna, i chłodna,
I bezlitosna, i łez ludzkich głodna,
I nigdy dla nich nie mająca słowa
Miłości bratniej, i taka surowa,
Tak spiskująca ławkami w półkole
Na ludzką nędzę i ludzką niedolę",
coś-tam, coś-tam,
"Niechże was Chrystus - głos mówił - rozsądzi,
Kto więcej winien: czy ten nieświadomy,
Co drogi nie zna i w ciemnościach błądzi,
Czy wy, co grube spisujecie tomy
Karnej ustawy, a nie dbacie o to,
By uczyć dziecię, które jest sierotą?...",
coś-tam, coś tam,
"Pójdź, dziecię! Ja cię uczyć każę!".
MATEUSZ GENEZIS (recytuje fragment wiersza Borowskiego):
"Jestem poetą. To znaczy nazywam
rzeczy imieniem: na świat mówię - świat,
na kraj - Ojczyzna, czasem mówię chmurnie
na durniów - durnie".
SAMANTA (nie mogąc opanować swojego młodzieńczego buntu):
Nigdy więcej wojny, kurczę!!! Nigdy więcej wojny!!!
SCENA DRUGA:
Miejsce akcji: pracownia komputerowa w redakcji "Twojej Kroniki". Aleksander, Konrad, Marek, Marlena i Małgorzata siedzą przy komputerach, zaś Julianna stoi na środku pomieszczenia. Z racji ładnej, wczesnowiosennej pogody, okna są lekko uchylone. Wszyscy redaktorzy wyglądają na zmartwionych i zamkniętych w sobie.
JULIANNA:
Odkąd Mateusz trafił do więzienia, możemy liczyć jedynie na własne możliwości... Przez najbliższe półtora roku nie będzie z nami charyzmatycznego przewodnika, który swoją energią i niezłomnością dodawałby nam otuchy. Znajdujemy się w trudnej sytuacji życiowej, to prawda, ale nie ma takiego dnia, który by się nie skończył. Nim się obejrzymy, będziemy znowu w komplecie... No, ale przejdźmy do spraw bieżących. Marlena jest naszą nową współpracowniczką. Na co dzień studiuje dziennikarstwo, udziela się w rodzinnej piekarni, rozwija swoje artystyczne zainteresowania. Nasza druga pomocnica to Małgorzata, również studentka, ale nie będę o niej opowiadać, bo już zdążyliście się poznać. Cóż, moi kochani, zacznijmy naszą codzienną pracę! Na jutro potrzebujemy czegoś o papieżu...
MAŁGORZATA (ze sztucznym entuzjazmem):
Już się robi!
MARLENA (również sztucznie):
Do dzieła!
Redaktorzy "Twojej Kroniki" rozpoczynają pisanie artykułów. Julianna siada przy jednym z komputerów, naciska odpowiedni przycisk i czeka, aż urządzenie się uruchomi.
MARLENA (obłudnie, do Julianny):
Naprawdę nie wiem, jak mam pani dziękować za okazane zaufanie. Zawsze lubiłam "Twoją Kronikę", tudzież inne media, założone przez Mateusza Genezisa, ale nie spodziewałam się, iż kiedykolwiek nawiążę z wami współpracę. Jednocześnie trochę się lękam, że coś pójdzie nie tak i będzie pani ze mnie niezadowolona. To naprawdę paraliżuje...
MAŁGORZATA:
Pani Julianno! Pani spełnia moje marzenie o rzetelnej, utalentowanej dziennikarce, stawiającej czoła wszelkim przeciwnościom losu! Szkoda, że w Polsce nie ma więcej takich osób... Karol Nemezis powinien być zazdrosny, prawda, Marlena?
MARLENA:
Ależ oczywiście, Gosiu, masz całkowitą rację!
JULIANNA (poważnie):
Tylko pamiętajcie, że do wieczora musicie mi dostarczyć te dokumenty...
Dwie praktykantki momentalnie bledną. Spoglądają po sobie z przerażeniem, wiercą się niespokojnie, nerwowo wierzgają nogami.
MAŁGORZATA (udając głupią):
Eee... jakie dokumenty?!
JULIANNA:
No, te, o których wam mówiłam. Nie chodzi mi o to, żeby weryfikować wasze tożsamości, ale muszę coś odnotować w sprawozdaniu. Niestety.
Nagle rozlega się pukanie do drzwi. Na scenę wchodzi Sprzątaczka, która sprawia wrażenie bardzo zaniepokojonej.
SPRZĄTACZKA (pospiesznie):
Julianno, czy mogę poprosić ciebie i chłopców z redakcji? To bardzo pilne...
JULIANNA (wstając z krzesła):
Dobrze, Zosiu, już idę. (Do Marleny i Małgorzaty) Wybaczcie, dziewczyny, ale wyższa konieczność wzywa. Za chwilę do was wrócę.
Julianna, Aleksander, Konrad oraz Marek wychodzą z pracowni. Marlena gwałtownie wstaje z krzesła, wyjmuje z kieszeni telefon komórkowy i dzwoni do jakiejś osoby.
MARLENA (z wściekłością, do telefonu):
Andża, pizdo jebana, miałaś mi dostarczyć te kurewskie dokumenty! Ta cipa Julianna dopierdoliła się do mnie jak chuj i jeśli nie dam jej dokumentów, kapnie się, co jest grane... Kurwa, ja nie mogę czekać do piątku!!! Mam to mieć na dziś wieczór i chuj mnie obchodzi, że fałszowanie indeksów jest czasochłonne. Co? Wypierdalaj z tym swoim "Nie mogę", mam mieć dokumenty i tyle. Nie bądź żałosna, Andża, bo zależy ci na tym tak samo, jak mnie... Aha, jeszcze jedno! Wypłać mi wreszcie ten kurewski hajs za brudną robotę, bo wcale mi się nie uśmiecha zgrywanie wiernej fanki Mateusza Genezisa. Jak?! A pocałuj mnie w dupę, prosta dziwko, mam cię na dnie cipy... Dziś wieczorem muszę mieć dokumenty. Strzałka.
Marlena wyłącza telefon i wkłada go z powrotem do kieszeni spodni. Małgorzata przygląda się swojej towarzyszce, ale nie wypowiada ani jednego słowa.
MARLENA (z mieszaniną pogardy i politowania):
Straszna kurwa z tej Andży, co nie?...
MAŁGORZATA (pod nosem):
Andża - szmata, jakich mało...
Nagle wpada do pomieszczenia Julianna, a za nią Marek, Aleksander i Konrad. Redaktor naczelna "Twojej Kroniki" jest tak zbulwersowana, że przez chwilę nie może mówić. W końcu odzyskuje głos i zwraca się do młodych współpracowniczek.
JULIANNA (cedzi przez zęby):
Proszę, proszę... Co ja słyszę... Widzę, że mamy w redakcji szpiegów!
MARLENA (piskliwym głosem, szukając drogi ucieczki):
Eee... Pani Julianno, to nie jest to, co pani myśli! Ja pani wszystko wytłumaczę!
JULIANNA:
Tu nie ma nic do wytłumaczenia! Jesteś szpiclem Mandragory, który przeniknął do naszej redakcji, aby zdobyć jakieś informacje! Ech, moja panno... Nie wyobrażaj sobie, że to ci ujdzie na sucho. Szpiegostwo jest ciężkim grzechem, a ja nie mam uprawnień, by ci go odpuścić.
MARLENA (przeraźliwie, do Małgorzaty):
Uciekajmy!!!
Obie agentki wyskakują przez okno, głośno krzycząc. Po chwili słychać tupanie, które z każdą sekundą cichnie. Julianna, Marek, Aleksander i Konrad stoją w milczeniu, nie wiedząc, jak się zachować.
JULIANNA (cicho, powoli):
Po niedawnej rozmowie z Angeliną myślałam, że wojna mediów dobiegła końca. Ale nie, popełniłam błąd. Skoro redaktorzy "Dziennika Referendalnego" wysyłają do nas szpiegów, nie możemy mówić o jakimkolwiek pokoju... Oni nadal chcą z nami walczyć!
ALEKSANDER:
Sugerujesz, że to właśnie Angelina wynajęła te dwie agentki?
JULIANNA:
Tak, Aleksandrze, nie mam co do tego żadnych wątpliwości. Słyszałeś, co Marlena mówiła do telefonu? "Andża to, Andża tamto". Na pewno chodzi o Angelinę!
KONRAD:
Co zamierzasz zrobić?
JULIANNA (ironicznie):
A co mi pozostało?! Jeśli Mandragora chce z nami wojny, to będzie ją miała. Nie ma problemu. Ladies and Gentlemen, the Media War II is started!
Marek zaczyna głośno kaszleć.
SCENA TRZECIA:
Miejsce akcji: pracownia komputerowa w redakcji "Dziennika Referendalnego". W pomieszczeniu znajduje się jedynie Bartłomiej, piszący jakiś felieton, oraz Angelina. Kobieta stoi przy oknie i wpatruje się w pustkę.
ANGELINA (nie patrząc na Bartłomieja):
Czy pamiętasz, jaką przysięgę złożyłeś Karolowi? Że zawsze, bez względu na przeciwności losu, pozostaniesz wierny naszym ideałom.
BARŁOMIEJ:
Eee... no rzeczywiście... przysięgałem... I co z tego?
ANGELINA:
Czy nie widzisz, że teraz, kiedy Karol przebywa za kratkami, jesteś prawowitym władcą Mandragory SA?! Chyba nie rozumiesz, jak wielka odpowiedzialność na ciebie spadła!
BARTŁOMIEJ:
Rozumiem... trzeba być odpowiedzialnym... eee... to już taki zawód! (Chichocze nerwowo) Ale po co mi to mówisz?
Angelina podchodzi do Bartłomieja, po czym schyla się, żeby spojrzeć mu w oczy.
ANGELINA (szeptem):
Przyrzekłeś, że zrobisz wszystko, co w twojej mocy, aby przejąć media Genezisa. Czyż nie?
BARTŁOMIEJ (zaczyna się wiercić niespokojnie):
No tak... przyrzekłem... (Z nagłą irytacją) O co ci chodzi?!
ANGELINA (prostując się):
Przyszedł mi do głowy genialny pomysł! (Uśmiecha się perfidnie) Skoro obecnie mediami Genezisa zarządza Julianna, możemy ją łatwo usunąć. Bartłomieju, twoim świętym obowiązkiem jest zabicie tej kobiety!
Bartłomiej wzdryga się z niesmakiem, omal nie spadając z krzesła. Angelina prycha pogardliwie, wykrzywiając twarz.
BARTŁOMIEJ (wytrzeszczając oczy ze zdumienia):
Zabić Juliannę? Zabić...Juliannę?! Nigdy w życiu!
Angelina, widząc dezaprobatę Bartłomieja, postanawia zmienić taktykę. Przysuwa się do redaktora, udaje, że strzepuje mu pyłek z ramienia, poprawia kaptur od jego bluzy.
ANGELINA (słodkim, mrukliwym głosem):
Bartolomeo... Chłopcze miły... Zabicie Julianny to jedyna droga do przejęcia mediów Genezisa. Powiedz sam, czy mamy jakieś inne wyjście? Nie! Musimy to uczynić...
BARTŁOMIEJ:
Ale... zabić kogoś? To nie w porządku! Nie wolno nam...
ANGELINA (głaszcząc Bartłomieja po ramieniu):
Karol Nemezis byłby zawiedziony, gdyby się dowiedział, że jego ulubiony redaktor lituje się nad ekipą Genezisa. Gdyby wiedział, że okażesz się takim tchórzem, nie uczyniłby cię dziedzicem Mandragory...
BARTŁOMIEJ (rozpaczliwie):
Zabijanie... zabijanie jest złe! To wielka zbrodnia... coś... niehonorowego!
ANGELINA (rechocząc szyderczo):
Chłopie, czy ty żyjesz w średniowieczu?! Kto we współczesnych czasach troszczy się o honor?! Chyba tylko tacy zacofani popaprańcy, jak Wełniane Czapeczki! (Powracając do kokieteryjnego tonu) No Bartłomieju, zastanów się... Czy likwidacja Julianny nie należy do twoich powinności? Musisz to uczynić! To twoja misja.
BARTŁOMIEJ (lekko rozgniewany):
Ja nikogo nie zabiję! Ani mi się śni!
Angelina siada Bartłomiejowi na kolanach, i to twarzą do młodzieńca.
ANGELINA (słodko, błagalnie):
Bartłomieju... Zrób to dla Karola, dla Mandragory, dla Ynteligencików... (Jeszcze subtelniej) Zrób to dla mnie...
BARTŁOMIEJ (rozglądając się w poszukiwaniu drogi ucieczki):
Eee... jak ci tak zależy na... jeśli chcesz śmierci Julianny... to idź budynku "Twojej Kroniki" i zabij ją!
ANGELINA (z zalotnym nadąsaniem):
Ale sama nie pójdę...
BARTŁOMIEJ:
Nie masz wyjścia.
ANGELINA (natarczywie):
Ale sama nie pójdę!
BARTŁOMIEJ:
Musisz.
Angelina całuje swojego rozmówcę w czubek nosa.
ANGELINA (tuląc się do Bartłomieja):
Proszę cię, zabij Juliannę... Tak cię pięknie proszę!
Bartłomiej zdecydowanie kręci głową, a Angelina wstaje z jego kolan. Kobieta cofa się kilka kroków, po czym krzyżuje ręce na piersiach.
ANGELINA (obrażona):
Cóż, skoro naprawdę jesteś taką łamagą, będę musiała wziąć sprawy w swoje ręce. Zobaczysz, że dokonam tej zbrodni szybko i estetycznie. Wstydź się, Bartłomieju! Po kimś takim, jak ty, spodziewałam się czegoś lepszego!
Redaktorka wychodzi z pracowni, trzaskając drzwiami. Niespodziewany hałas sprawia, że Bartłomiej spada na podłogę.
SCENA CZWARTA:
Miejsce akcji: prywatny gabinet Julianny. Dziennikarka siedzi na obrotowym fotelu, słuchając pierwszej zwrotki i refrenu "Belyi Plashik" TATU. W końcu wyłącza odtwarzacz i głośno ziewa. Wielki zegar elektroniczny wskazuje godzinę 23:23, za oknem panują "egipskie ciemności".
JULIANNA (ospale):
Popatrz, biedna niewiasto... Znowu spędzasz noc w redakcji... Może ludzie mają rację? Może naprawdę jesteś pracoholiczką?...
Kobieta wstaje z fotela i segreguje jakieś kartki, porozrzucane na biurku. Po chwili ziewa, zatykając sobie dłonią usta.
ANGELINA (za oknem, ostrym szeptem):
Pogięło was?!
Julianna zamiera w bezruchu, czekając, aż głos ponownie się odezwie. Ponieważ przez długi czas panuje cisza, redaktorka powraca do segregowania dokumentów.
ANGELINA (za oknem, jeszcze ostrzejszym szeptem):
No chyba was pogięło!
Nagle Angelina wskakuje przez okno do gabinetu i podbiega z nożem do Julianny. Redaktorka "Twojej Kroniki", zapominając o senności, wytrąca napastniczce broń z ręki. Angelina zaczyna szarpać Juliannę za bluzkę.
JULIANNA (groźnie):
Puść moją bluzkę, wszetecznico! Puść ją, bo cię wytargam za te rude kłaki!
Julianna - widząc, że Angelina nie zamierza się uspokoić - spełnia swoją groźbę. Agresorka syczy z bólu, po czym zaczyna drapać ręce drugiej dziennikarki. Redaktor naczelna "Twojej Kroniki" przydeptuje obcasem stopę Angeliny, za co zostaje ugryziona w przedramię. Przyjaciółka Karola Nemezisa wyjmuje z kieszeni metalowy pilniczek, zakończony lśniącym ostrzem.
ANGELINA (zaczepnie):
Potraktowano cię kiedyś pilniczkiem do paznokci?!
JULIANNA (przestraszona):
Rzuć ten pilniczek!!...
ANGELINA:
Zawsze walczę na zasadzie: "Jedyną zasadą jest brak zasad". Teraz jest identycznie!
Julianna popycha swoją przeciwniczkę na najbliższą ścianę.
ANGELINA (ochryple):
Chciałaś mnie zabić!!!
JULIANNA (ostro):
To ty chciałaś mnie zabić! Właśnie po to przyszłaś do redakcji!
ANGELINA:
Już ja cię opiszę w moim artykule, psychopatko! Będziesz miała koszmary do końca życia!!!
Angelina odrywa kilka cekinów od bluzki Julianny. Redaktor naczelna "Twojej Kroniki" podbiega do biurka, wyjmuje z szufladki dezodorant i zdejmuje z niego zakrętkę.
JULIANNA (celując antyperspirantem w przeciwniczkę):
Co teraz powiesz, jawnogrzesznico?!
Przyjaciółka Karola Nemezisa próbuje uderzyć Juliannę, ale redaktorka "TK" spryskuje jej oczy dezodorantem. Angelina wydaje z siebie okropny pisk, zgina się w pół, po czym przykłada sobie dłonie do oczu.
ANGELINA (żałośnie):
Ty sadystko! Tak nie wolno!... (Rozciera sobie łzawiące oczy, jęcząc niemiłosiernie)
JULIANNA (tryumfalnie):
Wygrałam walkę!
Angelina wyjmuje z kieszeni puderniczkę, próbuje się przejrzeć w lusterku.
ANGELINA:
Słabo widzę, ale tego nie da się nie zauważyć... (Pretensjonalnie) Zobacz, wariatko, co mi zrobiłaś! Zobacz, jakie mam czerwone oczy! Na dodatek, rozmazał mi się makijaż... Jak ja teraz wyjdę na ulicę?!
JULIANNA (łagodnie):
To nie jest twój szczęśliwy dzień, Angelino... Idź do łazienki, przemyj sobie twarz i zjeżdżaj z mojej redakcji!!!
Redaktorka "Dziennika Referendalnego" bez słowa spełnia polecenie. Julianna wygląda przez okno i - widząc, że wspólnicy Angeliny uciekli - oddycha z ulgą.
SCENA PIĄTA:
Miejsce akcji: wielka drukarnia, należąca do Mandragory SA. Przy maszynach, drukujących "Dziennik Referendalny", "Trolejbus" i "Niskie koturny", stoją jeńcy wojenni - Wełniane Czapeczki. Wszyscy niewolnicy wyglądają na przemęczonych, zastraszonych, a zarazem pełnych dumy. Pracy robotników przyglądają się: Bartłomiej, Angelina oraz garstka Ynteligencików-strażników.
ANGELINA (z dumą):
Popatrz, Bartłomieju! To jest nasza nowa siła robocza!
BARTŁOMIEJ:
Widzę...
ANGELINA:
Wełniane Czapeczki wyręczają naszych poligrafów, którzy już dawno chcieli odpocząć od drukowania gazet. (Wskazuje palcem na sufit) Słyszysz ten hałas, dobiegający z góry? To właśnie drukarze zrobili sobie imprezę... Chociaż nie wykonują żadnych prac, nie tracą ani jednego grosza z comiesięcznej pensji. Jak za czasów komuny: "Czy kto robi, czy kto leży, parę złotych się należy"!
Bartłomiej przechadza się po pomieszczeniu, obserwując pracę jeńców wojennych. Wełniane Czapeczki spoglądają z pogardą na tymczasowego władcę Mandragory, ale zachowują milczenie. Młodzieniec wygląda, jakby był jeszcze bardziej skrępowany, niż zwykle.
BARTŁOMIEJ (bardzo nieśmiało):
Angelino... Oni tak... oni tak... codziennie?!
ANGELINA:
Słucham?
BARTŁOMIEJ:
No, czy oni codziennie... muszą tak... harować... żeby nie zostać rozstrzelanymi?!
ANGELINA (piskliwym głosem):
Nie wiem, o co ci chodzi, młodzieńcze! To chyba normalne, że jeńcy wojenni przynoszą korzyść swoim władcom, nie?
BARTŁOMIEJ (ze zdenerwowania wykonuje takie ruchy, jakby mył sobie ręce):
Chodzi mi o to, że... że oni mają takie spuchnięte oczy i zmęczone twarze... (Spuszcza wzrok, jakby wstydził się, że współczuje wrogim żołnierzom) A to znaczy, że harują dzień i noc bez wytchnienia!
ANGELINA:
Bartolomeo, na tym polega praca niewolnicza!
BARTŁOMIEJ:
Ale... czy nie można by... zrobić im przerwy? Chociaż na godzinkę...
ANGELINA (zirytowana, kręcąc głową):
Chłopcze, ja cię naprawdę nie rozumiem! Wełniaki to zwolennicy naszego największego wroga - Mateusza Genezisa, którzy nie zmiłowaliby się ani nad tobą, ani nade mną, ani nad innymi osobami z naszego otoczenia. Dlaczego tak się nad nimi litujesz?
BARTŁOMIEJ:
Bo... bo oni też są ludźmi!
ANGELINA:
I co z tego?
BARTŁOMIEJ:
Wydaje mi się, że potrzebują trochę odpoczynku... trochę rozrywki... Nie sądzisz?
ANGELINA (ostro):
Słuchaj, Bartłomieju, zachowujesz się skandalicznie! Przysiągłeś Karolowi, że nigdy nie dopuścisz się zdrady, okazując litość naszym wrogom. Musisz się wywiązać z tego przyrzeczenia, czy ci się to podoba, czy nie! Kolejna sprawa: jeśli nadal będziesz taki łaskawy, stracisz autorytet swoich podwładnych, a to poważnie osłabi twoją pozycję społeczną. Dopóki Karol przebywa w więzieniu, jesteś szefem "Dziennika Referendalnego" oraz innych wpływowych mediów. Zachowuj się adekwatnie do swojej sytuacji życiowej. Wełniane Czapeczki to jedynie siła robocza, pracująca na rzecz Mandragory. I tak ma pozostać. Jak mówi przysłowie: "Porządek musi być!".
BARTŁOMIEJ (cytuje motto niemego filmu "Metropolis" Fritza Langa):
"Pośrednikiem między umysłem a dłońmi musi być serce!".
Angelina jest tak oburzona, że zamiera w bezruchu. Jej oczy najpierw się rozszerzają, a potem niebezpiecznie zwężają. Kobieta oddycha ciężko, zaciskając z całej siły zęby.
ANGELINA (cicho):
Zdrajca...
PIERWSZY YNTELIGENCIK:
Zdrajca!
POZOSTAŁE YNTELIGENCIKI:
Zdrajca! Zdrajca!
Ynteligenciki-strażnicy osaczają Bartłomieja, wpatrując się w niego jak w antylopę, którą trzeba zabić i pożreć. Zwolennicy "Dziennika Referendalnego" powoli przybliżają się do chłopaka, skandując cicho: "Bartolomeo - zdrajca! Powiesić go za jajca!".
ANGELINA (jadowicie):
Oj, Bartłomieju, nie spodziewałam się po tobie takiej nielojalności... Strach pomyśleć, jak bardzo zawiedziony będzie Karol Nemezis, kiedy dowie się o twoim występku. Bartolomeo, Bartolomeo... Nie jesteś godzien, aby zastępować tego wielkiego bohatera i publicystę! Po prostu nie jesteś godzien!
DRUGI YNTELIGENCIK:
Co więcej, nie jest godzien, żeby dalej współpracować z "Dziennikiem Referendalnym"!
Angelina, patrząc na Bartłomieja, nuci refren "Nero" Closterkeller ("Żegnaj, mój miły, dobrze wiesz: za kłamstwo cios, za zdradę krew!").
BARTŁOMIEJ (do Angeliny):
Jesteś okrutna!
ANGELINA:
A ty jesteś żałosnym, wełniakolubnym wiarołomcą, który plami dobre imię "Dziennika Referendalnego" i jego zacnego założyciela!
PIERWSZY YNTELIGENCIK (do Bartłomieja):
Powinieneś wisieć!
POZOSTAŁE YNTELIGENCIKI:
Powinieneś wisieć!
Bartłomiej brutalnie popycha dwóch strażników, żeby zrobić sobie przejście. Po chwili wybiega z fabryki, chwytając za rękę najbliżej stojącą niewolnicę - Marzenę (bladą, czarnowłosą nastolatkę, odzianą w czarne, gotyckie ubrania).
SCENA SZÓSTA:
Miejsce akcji: ganek, przyozdobiony egzotycznymi roślinami. Bartłomiej i Marzena (Wełniana Czapeczka) zastanawiają się, czy powinni wejść do siedziby stacji PVM.
BARTŁOMIEJ:
Ech... Chyba nie mamy wyjścia... Musimy poprosić Mimezisa o pomoc!
MARZENA (sceptycznie):
Prawdę powiedziawszy, czarno widzę współpracę z PVM-em. Ta stacja prezentuje takie same poglądy, jak "Dziennik Referendalny", no i nie przepada za Wełnianymi Czapeczkami...
BARTŁOMIEJ (poirytowany):
Słuchaj, laska! Zwróciłem ci... zwróciłem ci wolność, więc wypadałoby... żebyś... eee... okazała mi trochę wdzięczności! Potrzebuję pomocy, bo nie mogę wrócić do redakcji "Dziennika...", chociaż zostawiłem tam... eee... pieniądze, dokumenty, klucze od domu, kluczyki od samochodu... (Błagalnie) Wejdź ze mną do siedziby PVM-u! Będzie mi raźniej!
MARZENA:
Dlaczego chcesz się spotkać akurat z Mimezisem?
BARTŁOMIEJ:
Stwierdziłem, że tego... no... że tylko Mimezis będzie naprawdę przejęty moim... naszym losem. Jestem prawowitym dziedzicem Mandragory SA, a nie mogę powrócić na swoje terytorium, bo Angelina zbuntowała Ynteligenciki przeciwko mnie. Chciałbym, żeby... żeby Mimezis pomógł mi... odzyskać władzę. Kapujesz? Tylko on jest w stanie... eee... to uczynić.
MARZENA (nadąsana):
Ale czy JA jestem ci do czegoś potrzebna?!
BARTŁOMIEJ:
Skoro ja stanąłem po twojej stronie, to ty teraz... eee... stań po mojej! Tak będzie fair...
MARZENA:
Dlaczego mówisz, że chcesz "odzyskać władzę", skoro za dwa lata powróci Karol Nemezis i upomni się o swoje stanowisko?
BARTŁOMIEJ:
Bo... bo do tego czasu Angelina... może... eee... narobić wiele szkód! To niebezpieczna kobieta: bezwzględna, dwulicowa, zmienna jak chorągiewka, pełna hipokryzji... Nie masz pojęcia...
MARZENA:
Skąd pewność, że tylko Mimezis może ci pomóc w walce o odzyskanie szefowskiego stołka? Czy na świecie brakuje imperialistów medialnych?
BARTŁOMIEJ (zirytowany):
Wybrałem Mimezisa, bo miałem taką...taką fantazję! Poza tym, prędzej dogadam się z nim, niż... eee... z kimś pokroju Mateusza Genezisa! (Zawstydzony swoim stwierdzeniem) Wybacz, ale taka jest prawda...
MARZENA (arogancko, wyniośle, groźnie):
Licz się ze słowami, bo zostawię cię samego z kupą zmartwień na głowie!
BARTŁOMIEJ (szyderczo):
Dużo w tobie "dumy niewolniczej". Niestety, ta cecha nie prowadzi do... eee... niczego dobrego.
MARZENA (do siebie):
Jezu... Wolałabym siedzieć w drukarni i drukować "Dzienniki Referendalne", niż dalej dyskutować z tym przymułem!
Bartłomiej, ośmielony własną irytacją, puka do drzwi. Ponieważ nikt nie otwiera, młodzieniec korzysta z domofonu.
WOŹNY (przez domofon):
Słucham?
BARTŁOMIEJ:
Dzień dobry! Czy jest Fabian Mimezis... eee... Mimezis Fabian?
WOŹNY:
Proszę się przedstawić!
BARTŁOMIEJ:
Nowak Bartłomiej.
MARZENA (szeptem, do Bartłomieja):
I Marzena Łęga...
BARTŁOMIEJ (do domofonu):
I Łęga Marzena!
WOŹNY:
Nie ma pana Mimezisa. Wyjechał na ważne spotkanie do Bukaresztu.
BARTŁOMIEJ (rozczarowany):
To przepraszam.
Głośne kliknięcie, dochodzące z głośnika, sugeruje, że Woźny odłożył słuchawkę.
MARZENA (dość obojętnie):
Co teraz zrobisz?
BARTŁOMIEJ:
Nie wiem. Możemy pójść... dajmy na to... do redakcji "De facto". Pasuje ci?
MARZENA (ironicznie wywraca oczami):
Szczerze mówiąc, wszystko mi jedno... Towarzyszę ci tylko dlatego, że jestem twoją dłużniczką, chociaż wcale o to nie zabiegałam.
BARTŁOMIEJ (z nagłą wesołością):
A może wreszcie przestaniemy się kłócić i zmienimy... eee... temat rozmowy?!
MARZENA (zdumiona):
Przecież my się wcale nie kłócimy! O czym chcesz rozmawiać?
BARTŁOMIEJ:
Nie wiem. Wymyśl coś.
Marzena i Bartłomiej siadają na jednym ze schodków.
MARZENA:
Byłeś kiedyś nad Balatonem?
BARTŁOMIEJ:
W Starachowicach jest Balaton. To taki... eee... staw, lubiany przez... młodszą młodzież.
MARZENA:
Nie mów, że jesteś ze Starachowic!
BARTŁOMIEJ:
Jestem. I co z tego?
MARZENA (z mieszaniną dumy i radości):
Ty mój krajaninie, niech no cię uścisnę! Ja też jestem starachowiczanką, i to z krwi i kości!
BARTŁOMIEJ:
Serio?!
MARZENA:
Jak bum cyk-cyk! Uczę się w Technikum na Maja, zwanym Kurnikiem. Mój brat chodzi do zerówki, a siostra - do Gimnazjum nad Stawem. Moja mama do niedawna pracowała w Constarze, ale potem przeprowadziła się za granicę... Tęsknię za nią, chociaż wiem, że znalazła dobrze płatną pracę.
BARTŁOMIEJ (chichocze):
Wiesz, że mój wujek koszachtował z mafią starachowicką?
MARZENA:
Z mafią starachowicką?! Chryste Panie! (Z udawanym przerażeniem) Bartolomeo, ja się ciebie boję!
BARTŁOMIEJ:
Nie musisz. Jestem... eee... łagodny jak baranek!
MARZENA (żartobliwie):
Ale dla mnie na zawsze pozostaniesz przystojnym skurczybusem.
BARTŁOMIEJ:
Dlaczego?
MARZENA:
Może i jesteś nieśmiały, ale charakterek to ty masz. Nemezis dobrze wiedział, kogo wybiera na swojego następcę. Wszystkie Nowaki to cwaniaki. Zauważ, iż nawet w dowcipach Nowak jest najprzebieglejszą bestią.
BARTŁOMIEJ (zmieszany):
Cóż, skoro tak uważasz...
MARZENA:
Słuchaj, Bartłomieju, zaczynam cię lubić! Chyba powinniśmy już pójść w swoją stronę. Siedzenie przed siedzibą PVM-u na pewno nam nie pomoże... Opowiedz mi jeszcze o swoim wujku, dobrze?
BARTŁOMIEJ:
Ech, nie ma o czym mówić. On zawsze był... taki trochę pacnięty.
Chłopak i dziewczyna wstają ze schodka, po czym opuszczają scenę.
SCENA SIÓDMA:
Miejsce akcji: pracownia komputerowa w redakcji "Twojej Kroniki". Na biurku redaktor naczelnej stoi wazon z kwiatami, okna są zasłonięte białymi, pięknie haftowanymi firankami. Z głośników płynie utwór "Wiosna" Vivaldiego, czysta podłoga lśni jak drogi kamień, ściany są udekorowane kwiatowymi kompozycjami. W pomieszczeniu przebywają: Julianna, Samanta, Dominika, Aleksander, Marek, Konrad oraz Mateusz Genezis, który właśnie wyszedł z więzienia.
JULIANNA (nie ukrywając wzruszenia):
Mateuszu, tak się cieszę, że do nas wróciłeś! Tęskniliśmy za tobą jak za własnym ojcem, zwłaszcza, że los nie zawsze się do nas uśmiechał. Proszę, usiądź na krzesełku, pewnie jesteś zmęczony podróżą! Powiedz, jak ci się udało wywalczyć wcześniejszy powrót do domu? Ta oszustka Angelina napisała, że posunąłeś się do korupcji, ale nikt przy zdrowych zmysłach nie wierzyłby w takie bzdury. Czy wyszedłeś z więzienia za dobre sprawowanie? (Wyjmuje z szafki kilka artykułów, wyciętych z kolorowych czasopism) Zaprzyjaźnione media... zaprzyjaźnione media, a nie te ścierwa od Nemezisa... napisały o tobie wiele ciepłych słów! Przez cały rok były z tobą w duchowej łączności, przypominały czytelnikom o twoich licznych zasługach. Możesz być pewny, że przyjaciele nie opuścili cię w biedzie!
MATEUSZ GENEZIS:
Kochani, nawet nie wiem, co powiedzieć! Tyle dobroci, tyle życzliwości... Widać, że jesteście ludźmi sumienia, ale: prawego sumienia. Tak. Bóg zapłać za to miłe powitanie! Pan Jezus widzi, ile jest dobra w was i kiedyś wam to wynagrodzi. Ale wszystkim dziękuję: i Juliannie, i stałym współpracownikom "Twojej Kroniki", i studentom naszym, tak, bo to młodzi są przyszłością świata. Jesteście ludźmi dobrze uformowanymi i to widać - już po spojrzeniach waszych. Dlaczego o tym mówię? Jak się tak patrzy na was, to człowiek przestaje się martwić o przyszłość - o przyszłość Kościoła, Polski, Europy... i tak dalej. Wy jesteście nadzieją ludzkości, ale musicie być silni, bo są tacy, którym nie podoba się to.
JULIANNA:
Przez jakiś czas nachodzili nas obcy dziennikarze. Baliśmy się, że dojdzie do jakiegoś nieszczęścia, ale - dzięki Bogu - wszystko skończyło się dobrze. Teraz mamy spokój, jednak nie cieszmy się za wcześnie, bo Angelina może wykorzystać nasz brak czujności. Ta kobieta jest przebiegła jak lisica, a zarazem okrutna jak modliszka.
MATEUSZ GENEZIS (z głębokim westchnieniem):
Tak... Szatan działa jak wojownik ninja: subtelnie i bezszelestnie. Często przychodzi... uuum... w jakiejś pięknej masce, aby wkupić się w łaski człowieka. Tak. I trzeba uważać na to.
ALEKSANDER:
Jestem przekonany, że skoro Mateusz został przedterminowo uwolniony, to z Nemezisem będzie podobnie. Angelina z pewnością wpłaci kaucję.
MAREK:
Jak sądzicie, czy Angelina będzie skłonna zwrócić Nemezisowi władzę? Słyszałem, że rozpanoszyła się jak mało kto...
SAMANTA (żywo):
Oczywiście, że zwróci mu władzę! Angelina ubóstwia Nemezisa, jakby był, kurczę, co najmniej Billem z Tokio Hotel!
MATEUSZ GENEZIS:
Bill z Tokio Hotel to żaden autorytet.
SAMANTA (wybuchając śmiechem):
Stąd moje porównanie!
ALEKSANDER:
Musimy się liczyć z tym, że Mandragora może nas zaatakować ze zdwojoną siłą. Karol Nemezis na pewno tęskni do starych, dobrych awantur...
SAMANTA (przemądrzale):
Kurczę, nie możemy stać bezczynnie, czekając na cios w plecy! Jeśli chcemy zwyciężyć, musimy rozpocząć jakieś aktywne działania! Współczesny świat to dżungla. Jeśli nie "zjemy" naszych wrogów, to oni "zjedzą" nas. Zastanówcie się, kurczę, co jest dla nas korzystniejsze...
KONRAD (kpiąco):
Tobie tylko kurczęta w głowie! Jeśli chcesz opowiadać o kurczakach i jedzeniu, to idź do KFC, ale nie zadręczaj nas swoim wojującym makiawelizmem!
SAMANTA (nieco urażona):
Chciałam tylko zauważyć, kurczę, że nie możemy stać z założonymi rękami. Ktoś mądry powiedział kiedyś: "Najlepszą obroną jest atak".
ALEKSANDER:
Czy wiesz, że są to słowa Adolfa Hitlera?
SAMANTA (zmieszana):
Mniejsza z tym! Możemy, na przykład, pomazać sprayem redakcję "Dziennika Referendalnego". Albo, kurczę, zepsuć Nemezisowi laptopa. Genialne pomysły, prawda?
JULIANNA (ostro, niecierpliwie):
Samanto, mamy już dosyć twoich "genialnych pomysłów"! Ostatnio, kiedy realizowałaś swoje fantastyczne wizje, wylądowałaś w piwnicy Karola Nemezisa. Opanuj się wreszcie, dziewczyno!
SAMANTA (nadal entuzjastycznie):
A może by tak, kurczę, zainstalować im szarańczę???
JULIANNA:
Zainstaluj sobie rozum - cała ludzkość na tym skorzysta!
Wszyscy redaktorzy wybuchają śmiechem, tylko Samanta wytrzeszcza oczy z oburzenia.
SAMANTA (śpiewa fragment piosenki "Winna" Chylińskiej):
"Ja... to... ta z obrazka.
Ja... to... ta, co krzyczy.
Ta... co... ciągle sobie... drwi!
Ja... znów... ko-goś gryzę.
Ja... ko-goś obrażam.
Nie-grze-czna i grzeszna.
Taaak!
Bo kiedy tylko staję się
zbyt ludzka, niż byś tego chciał,
wtedy oto widzisz, że
jesteś taki, jak ja!
Nie jest źle!!!
JA jestem winna.
Dobrze jest!!!
ZAWSZE będę winna.
Nie jest źle!!!
JA jestem winna.
Dobrze jest!!!
ZAWSZE będę winna".
JULIANNA (patrząc na Samantę, śpiewa fragment "Królowej" Closterkeller):
"Pomiędzy cieniem i oddechem świec
swą tajemnicę ona karmi cicho i... chowa się, się, się, się, się, się...
W ogrodach świeżo znalezionych prawd,
wśród głosów, co prowadzą myśli i nie dają spać.
Co wieczór kąpie się we własnej krwi,
świat przeklinając, albo modląc się do cienia.
Niezłomna, przędzie ciszę, aby żyć,
gdzie głosy kreślą ścieżki przeznaczenia.
U źródła prawdy klęczy w chorym śnie,
łapczywie pijąc z niego coraz więcej.
Ucieka od nas, nie słuchając słów
i jęczy pod nią coraz cieńszy lód,
a wokół coooraz goręcej, goręcej, goręcej, goręcej, goręcej!".
Obrażona Samanta wychodzi z pracowni.
SCENA ÓSMA:
Miejsce akcji: pracownia komputerowa w redakcji "Dziennika Referendalnego". Karol Nemezis i Angelina siedzą przy jednym z urządzeń, stykając się ramionami.
KAROL NEMEZIS:
To do-do-dopiero trzy dni, odkąd wyszedłem n-n-na wolność, a j-już muszę się ma-martwić o b-b-bezpieczeństwo naszych ludzi, bowiem M-M-Mateusz Ge-Genezis postanowił... zołożyć p-pierwszą polską elektrownię ją-ją-ją-jądrową! Ten c-cwaniak twierdzi, ż-ż-że podjął taką de-decyzję, bo jest zaniepokojony stanem r-r-rodzimej gogospodarki i chciałby ją u-uczynić bardziej e-e-ekologiczną, tudzież ekonomiczną. Ale ja w-w-w-w-wiem, że nasz "najlepszy przyprzyjaciel" marzy tylko ooo tym, ż-żeby wy-wy-wyprodukować broń mamamasowej zagłady w celu zni-zniszczenia nas oraz wszystkich Y-Ynteligencików. (Otwiera jakiś plik w komputerze) Zo-zo-zobacz, co tutaj wy-wydziergałem!
Angelina wczytuje się w tekst, napisany przez Karola Nemezisa. Twarz kobiety wykrzywia się w perfidnym uśmiechu.
ANGELINA (ze szczerym podziwem):
Karolu, jesteś genialny!
KAROL NEMEZIS (siląc się na skromność):
D-dlaczego?
ANGELINA:
Ty to tak napisałeś, jakby to Genezis powiedział!
KAROL NEMEZIS (z udawanym zdumieniem):
Tak???
ANGELINA:
Dokładnie! Właśnie takich słów on by użył!
Nagle rozlega się natarczywe pukanie. Do pomieszczenia wchodzi jakiś Ynteligencik, ubrany w stylu moro, który wygląda na bardzo zaniepokojonego. Żołnierz maszeruje w stronę Nemezisa i Angeliny, staje na baczność, po czym przemawia szorstkim, wojskowym tonem.
YNTELIGENCIK (donośnym głosem):
Redaktorze naczelny! Melduję, że do redakcji "Dziennika Referendalnego" zbliża się klucz ptaków, gotowych do zbombardowania obiektu. Gatunki zwierząt: kruki, wrony. Liczba: około trzystu. Ptaki lecą z kierunku wschodniego, dotrą tutaj co najwyżej za cztery minuty. Proszę o rozkazy.
KAROL NEMEZIS (poważnie, do Ynteligencika):
Ooogłosić alarm po-po-powietrzny, zabezpieczyć wartościowe p-przedmioty, pooozamykać wszystkie okna i drzwi, a nanastępnie skierować ludzi do po-po-po-po-pomieszczeń o-ochronnych!
Ynteligencik salutuje, po czym - maszerując - wychodzi z pracowni.
ANGELINA (przestraszona):
Karolu, co z nami będzie?! Co z nami będzie?!
KAROL NEMEZIS (przytacza tytuł noweli S. Żeromskiego):
"Rozdziobią n-n-nas kruki, w-wrony"...
Redaktor naczelny "Dziennika Referendalnego" włącza jakiś plik dźwiękowy, toteż w całym budynku rozlega się długi, modulowany sygnał alarmowy. Karol i Angelina słuchają mechanicznego wycia. Kiedy dźwięk milknie, do pracowni komputerowej wbiega około ośmiu dziennikarzy - mężczyzn i kobiet.
PIERWSZY DZIENNIKARZ (zdyszany):
Usłyszeliśmy alarm, więc przybiegliśmy tutaj. Karolu, co się dzieje?!
KAROL NEMEZIS (niecierpliwie):
Ge-Genezis nasłał nanana nas stado p-ptaków. Będzie boombardowanie!
Nemezis wstaje z krzesła, podchodzi do zamkniętego okna i patrzy przez szybę na niebo. Angelina, dygocząc ze strachu, mocno przytula się do szefa Mandragory.
KAROL NEMEZIS (przeraźliwie):
Lecą!!!
Wszyscy dziennikarze podbiegają do okna, żeby zobaczyć kruki i wrony. Za oknem słychać głośne, wściekłe krakanie.
KAROL NEMEZIS:
U-używają broni bio-o-o-o-ologicznej! Niech to sz-sz-szlag!!!
Niespodziewanie rozlegają się strzały, sugerujące, że ktoś na zewnątrz używa broni palnej.
DRUGI DZIENNIKARZ:
Ynteligenciki otworzyły ogień!
PIERWSZA DZIENNIKARKA:
Jesteśmy uratowani!!!
KAROL NEMEZIS:
Mu-muszę im p-p-pomóc! Dagobercie, p-p-podaj mi strzelbę!
Pierwszy Dziennikarz zdejmuje ze ściany strzelbę, wiszącą na jakichś łańcuchach, a potem wręcza ją prezesowi Mandragory.
KAROL NEMEZIS (przyjmuje broń, otwiera okno i celuje do ptaków):
Powystrzelam was jak ka-ka-kaczki!!!
Redaktor naczelny "Dziennika..." oddaje trzy strzały.
KAROL NEMEZIS (wściekle):
Ch-cholera! Nie mogę t-t-trafić!
Nemezis jeszcze dwa razy strzela do ptaków.
KAROL NEMEZIS:
O ku-ku-ku-ku-ku-ku...!!!
DRUGA DZIENNIKARKA (błagalnie):
Karolu, możesz sobie kukać, ale błagam: nie kończ tego słowa!
KAROL NEMEZIS:
O kurczę - jak popopowiedziałaby Samanta M-Margla!!!
TRZECIA DZIENNIKARKA:
Nie żadne "kurczę", tylko kruki i wrony!
DRUGI DZIENNIKARZ (przemądrzale):
"Prawie" robi wielką różnicę.
DRUGA DZIENNIKARKA:
No właśnie!
KAROL NEMEZIS:
Nie mów "w-w-właśnie", bo cię ku-kura jajem trzaśnie!
ANGELINA (histerycznie):
Czy musicie się kłócić w takiej sytuacji?!
Nagle do pracowni wlatuje jakiś kruk. Wszyscy redaktorzy, z wyjątkiem Karola Nemezisa, piszczą i przylegają do ściany. Ptak miota się po całym pomieszczeniu, a dziennikarze krzyczą za każdym razem, gdy przefruwa obok nich. Szef Mandragory próbuje namierzyć kruka.
PIERWSZY DZIENNIKARZ (zrozpaczony):
Karolu, daj sobie siana! Postrzelisz kogoś z nas!!!
Zmęczony kruk siada na jednym z komputerów, a Nemezis uznaje to za idealną okazję do zabicia ptaka. Mężczyzna oddaje jeden strzał, trafiając zwierzę w lewo skrzydło. Ranny kruk spada na podłogę i zaczyna się rzucać po posadzce. Dziennikarze, a zwłaszcza Angelina, znowu piszczą.
KAROL NEMEZIS (pocieszająco):
Bez ne-ne-nerwów! Zaraz będzie p-po wszystkim!
DRUGA DZIENNIKARKA (błagalnie):
Nie zabijaj tego ptaszka! Zawieź go do weterynarza!
TRZECI DZIENNIKARZ (pogardliwie, do Drugiej Dziennikarki):
Pitolisz jak Wełniana Czapeczka...
Karol Nemezis zabija kruka. Przez długi czas panuje nieprzyjemna cisza.
ANGELINA (uroczyście, do redaktora naczelnego):
Karolu! Zachowałeś się jak wielki bohater, którym jesteś!
CZWARTY DZIENNIKARZ (wygląda przez okno):
Niebo jest już czyste, ale wokół budynku leży mnóstwo odchodów i martwych ptaków. Jak my teraz wyjdziemy z redakcji?!
PIERWSZA DZIENNIKARKA (dość obojętnie):
Będziemy musieli przejść po trupach. I po gównie...
CZWARTA DZIENNIKARKA:
Nie możemy tego zrobić! Te ptaszyska mogły być zarażone ptasią grypą!
PIERWSZA DZIENNIKARKA (zawstydzona):
O tym nie pomyślałam...
Szef Mandragory korzysta z komputera, aby włączyć mp3-kę, odwołującą alarm. Kiedy sygnał milknie, redaktor zwraca się do Angeliny.
KAROL NEMEZIS (zmęczonym głosem):
Andża, dz-dzwoń po Sa-Sa-Sa-Sanepid!
Angelina wychodzi na środek pracowni, omijając szerokim łukiem kruka, a potem wyjmuje z kieszeni telefon komórkowy i wystukuje odpowiedni numer.
ANGELINA (do telefonu):
Halo? Sanepid? Moje nazwisko Angelina Wichrowiec, dzwonię z redakcji "Dziennika Referendalnego". O godzinie 16 minut 20 zostaliśmy zbombardowani przypuszczalnie zakażonym materiałem organicznym. Nie możemy wyjść z budynku, ponieważ cała okolica jest zanieczyszczona ptasimi odchodami, a my boimy się zarażenia H5N1. Słucham? Nie, nie jestem pijana, myli się pani! Halo? Halo? Halo?! (Wyłącza telefon i wkłada go z powrotem do kieszeni) Wredna jędza, odłożyła słuchawkę!
KAROL NEMEZIS (niezadowolony z Angeliny):
Czy ty j-j-j-j-jesteś h-homo sa-sa-sapiens?!
ANGELINA (pospiesznie, lekko urażona):
Nie jestem "homo"! Jestem "hetero"!
W pracowni rozlega się śmiech, który rozładowuje wszelkie negatywne emocje.
SCENA DZIEWIĄTA:
Miejsce akcji: elegancka restauracja. Po prawej stronie sceny stoi stół, przy którym siedzą Mateusz Genezis, Julianna, Samanta, Aleksander oraz trzy Wełniane Czapeczki. Po lewej stronie znajduje się stół Karola Nemezisa, Angeliny, Marleny, Małgorzaty i trzech Ynteligencików. Nieco dalej stoją stoły, zajęte przez zagranicznych dziennikarzy oraz inne osobistości. W pomieszczeniu przebywają także Bartłomiej i Marzena, którzy sprawiają wrażenie, jakby chcieli wygłosić ważne przemówienie. Wszyscy bohaterowie są ubrani bardzo elegancko - mężczyźni noszą garnitury, a kobiety suknie wieczorowe. Genezis i Nemezis, pomimo formalnego odzienia, są zaopatrzeni w szable. Bartłomiej z Marzeną wyglądają nieco jak Tilo Wolff i Anne Nurmi (duet Lacrimosa) w teledysku "Lichtgestalt". Zagraniczni dziennikarze dysponują kamerami, aparatami fotograficznymi, dyktafonami, notesami elektronicznymi itd.
BARTŁOMIEJ (czerwony, stremowany):
No więc tak. Zabraliśmy się tutaj... eee... aby uczcić publikację pierwszego numeru czasopisma, założonego przez pannę Marzenę Łęgę i przeze mnie. Eee... "Pora na Amora. Tygodnik niepoprawnych romantyków" to pismo bulwarowe, które... eee... ma szansę stać się jednym z najpopularniejszych mediów w Polsce (Musi przerwać, gdyż nerwowy chichot odbiera mu mowę). Ponieważ zależy nam, aby "Pora na Amora" jak najszybciej zaskarbiła sobie... eee... uznanie społeczeństwa, postanowiliśmy zorganizować ten wieczór promocyjny. Hehehe...
MARZENA (serdecznie, śmiało, z promiennym uśmiechem):
"Tygodnik niepoprawnych romantyków" jest czasopismem całkowicie niezależnym, nastawionym na dostarczanie czytelnikom rozrywki oraz wolnym od postulatów jakiejkolwiek ideologii. Chcemy opowiadać o wspaniałych romansach, przeżywanych przez zwykłych ludzi, a także publikować prozę i poezję miłosną. W naszym piśmie nie zabraknie również wróżb i horoskopów, porad astrologów, plotek o gwiazdach, przepisów kulinarnych. Wielkim atutem "Pory na Amora" będą niewątpliwie drobne upominki, dołączane do każdego numeru pisma. Jeśli chodzi o pierwszy prezent, podarowany naszym czytelnikom, jest nim plastikowy breloczek w kształcie serduszka.
BARTŁOMIEJ (dobitnie):
No właśnie.
Na scenę wchodzi kilku kelnerów, którzy rozdają gościom napoje oraz darmowe egzemplarze "Pory na Amora. Tygodnika niepoprawnych romantyków". Angelina, korzystając z zamieszania, spogląda na Bartłomieja i przejeżdża palcem po własnej szyi (Sugeruje w ten sposób, że wkrótce obetnie chłopakowi głowę). Speszony Bartłomiej odwraca wzrok i patrzy z przerażeniem na Karola Nemezisa. Szef Mandragory nie wraca jednak na niego uwagi.
MARZENA (uroczyście, kiedy kelnerzy schodzą ze sceny):
Ponieważ dzisiejsze spotkanie jest poświęcone romantycznemu czasopismu, a w restauracji przebywają dziennikarze z czterech stron świata, chcielibyśmy przekazać państwu pewną ważną wiadomość... Bartłomieju, może ty powiesz?
BARTŁOMIEJ (przerażony):
Ja??? Eee... to znaczy... tak, oczywiście, już mówię! Eee... Marzena i ja wywodzimy się ze skrajnie różnych środowisk, ale... eee... los zechciał, abyśmy wstąpili na tę samą drogę życiową. Rozważywszy wszystkie argumenty i kontrargumenty, blaski i cienie, plusy i minusy... eee... zdecydowaliśmy się... zdecydowaliśmy się... zdecydowaliśmy się... eee... zdecydowaliśmy się...
MARZENA:
Zdecydowaliśmy się pobrać!!!
Kilku obcych dziennikarzy wydaje z siebie radosny okrzyk. Wszyscy goście, z wyjątkiem redaktorów "Twojej Kroniki" i "Dziennika Referendalnego", długo biją brawo. Kiedy ludzie przestają klaskać, zapanowuje grobowa cisza. Karol Nemezis jest tak wściekły, że wygląda, jakby miał zaraz wybuchnąć. Twarze Mateusza Genezisa, Julianny, Samanty, Aleksandra i trzech Wełnianych Czapeczek pozostają kamienne, nieprzeniknione. Angelina wpatruje się w prezesa Mandragory, jakby chciała spytać: "Co teraz zrobisz?".
KAROL NEMEZIS (zrywa się z krzesła, przewraca stół i dobywa szabli):
Veto!!! Nie po-po-po-pozwalam!!!
Przerażeni goście wpadają w panikę, a Nemezis ze złości przewraca kwietnik. Ynteligenciki wstają z krzeseł, chcąc walczyć u boku redaktora naczelnego. Trzy Wełniane Czapeczki także gotują się do walki. Samanta, jak zwykle zaradna, wyjmuje z torby procę i papierowe kulki. Julianna wykonuje znak krzyża, a jej usta poruszają się szybko, odmawiając modlitwę "Pod Twoją obronę...". Kilka osób ewakuuje się z restauracji. Również Aleksander nie wytrzymuje napięcia i schodzi ze sceny. Rosyjska Dziennikarka wstaje z krzesła, spoglądając to na redaktorów "Twojej Kroniki", to na reprezentantów Mandragory.
ROSYJSKA DZIENNIKARKA (skrajnie zbulwersowana):
Skaży mnie, pażałsta, szto wy diełajetie?! (Wskazuje głową wychodzącego Aleksandra) Kuda on idiot?!
SAMANTA (groźnie, napinając procę):
Tylko nie "idiot"!!!
JULIANNA (cicho):
"Idiot" to po rosyjsku "idzie"...
Rosyjska Dziennikarka, oburzona reakcją Samanty, podchodzi do studentki, by ją upomnieć.
ROSYJSKA DZIENNIKARKA (głosem nauczycielki, pragnącej skarcić nieznanego ucznia):
Kak tjebja zawut?!
SAMANTA (zdezorientowana):
Mój zawód??? Kurczę, ja dopiero studiuję!
JULIANNA:
Ta pani spytała cię o imię!
ROSYJSKA DZIENNIKARKA (lodowatym tonem):
Ja budu pisat o was w mojej gazjetje.
ANGELINA (do Marleny, Małgorzaty i Ynteligencików):
Zniszczyć wszystkie kamery, aparaty, dyktafony i notebooki!!! Świat nie może wiedzieć, co się tutaj wydarzyło!!!
Marlena, Małgorzata, Ynteligenciki, a nawet sam Nemezis chcą zaatakować cudzoziemskich dziennikarzy, toteż obcokrajowcy rzucają się do ucieczki.
ROSYJSKA DZIENNIKARKA (wychodząc z restauracji):
Ja ciustwuju sjebja kak w zooparkje!
W pomieszczeniu zostają tylko redaktorzy "Twojej Kroniki" i "Dziennika Referendalnego". Na scenę wchodzą kelnerzy, gotowi obezwładnić awanturników.
JULIANNA (pretensjonalnie, do Genezisa):
Mateuszu, naprawdę mnie zadziwiasz! Jak możesz siedzieć spokojnie, kiedy dookoła ciebie panuje absolutny chaos? Czy dzisiejsza sytuacja w ogóle cię nie porusza?!
MATEUSZ GENEZIS (do nieco uspokojonego Nemezisa):
I... panie Nemezis, znowu ulega pan emocjom. Tak. Rozumiem, że może pan nie być... uuum... zadowolony z decyzji tych młodych ludzi, ale proszę rozważyć jedną rzecz. Kimże pan jest, że zabrania Marzenie i Bartłomiejowi się pobrać? Czy jest pan ojcem ich? Gdyby nawet pan był... powiedziałbym: osobistym stróżem tej pary, to nie mógłby pan powstrzymać jej. Założyciele "Pory na Amora" są dorośli. Tak. I mają prawo decydować o sobie.
KAROL NEMEZIS:
Przyznam, że b-b-był czas, kiedy ro-rozważałem możliwość ożenienia B-B-Bartłomieja z Saamantą Ma-Ma-Marglą, ale potem s-stwierdziłem, iż nie p-p-powinien ooon utrzymywać żażażadnych k-kontaktów ze z-z-zwolennikami "Twojej Kroniki". (Pogardliwie, dumnie) Nigdy n-nie poozwolę, by Ba-Ba-Ba-Ba-Bartłomiej poślubił W-Wełnianą Cza-Czapeczkę! Czegoś t-t-takiego nigdy u nas nienienie było!
MATEUSZ GENEZIS:
Czy dysponuje pan aż tak wielką władzą, by... wpłynąć na losy... Marzeny i Bartłomieja? Może pan mieć media, władzę, pieniądze i tak dalej, ale nie przejmie pan kontroli nad sercami ludzkimi. Tak. Bo tylko Bóg panuje nad tym.
KAROL NEMEZIS (szyderczo):
N-n-no proszę, Genezis, nie wie-wiedziałem, że jest p-p-p-pan aż tak toolerancyjny! Jeśli się n-nie mylę, to w-w-właśnie pan uchodzi za nanananajbardziej za-zamkniętego człowieka w P-P-Polsce!
Miejsce akcji: sala sądowa. Osobami, zasiadającymi na ławie oskarżonych, są Mateusz Genezis, Julianna, Karol Nemezis i Angelina. W pobliżu redaktorów "Twojej Kroniki" stoi świadek - Samanta, świadkiem reprezentantów Mandragory jest Bartłomiej. Rozprawa dobiega końca, toteż wszyscy dziennikarze są bardzo zestresowani. Prokurator (ładna brunetka w okularach) wolno spaceruje po pomieszczeniu, obrońcy Genezisa i Nemezisa stoją spokojnie. Stary, poważny sędzia przysłuchuje się wypowiedziom zgromadzonych.
PROKURATOR (do Mateusza Genezisa):
A więc twierdzi pan, że był nieustannie oczerniany, znieważany, a nawet szantażowany przez Karola Nemezisa i jego współpracowników?
MATEUSZ GENEZIS (jak zwykle z godnością):
Co do Karola Nemezisa, mogę powiedzieć taką rzecz: on już w piaskownicy coś do mnie miał. Pamiętam... podwórko, piękna pogoda, szum drzew, my - jeszcze jako chłopcy... mali chłopcy... I co? Raz po raz obsypywał mnie piaskiem. Przebaczałem mu, zawsze przebaczałem, tak, jak nakazał Chrystus: "Nie siedem razy, tylko siedemdziesiąt siedem". Ale przyznam, że nie podobało mi się... uuum... postępowanie... jego.
PROKURATOR (zdziwiona):
Chrystusa?!
MATEUSZ GENEZIS:
Nemezisa. Było niegodne wszystko to, co czynił.
PROKURATOR:
Prawdę powiedziawszy, mało mnie interesują nierozstrzygnięte spory z przeszłości, ale to ciekawe, iż cały konflikt trwa już tyle dziesięcioleci...
KAROL NEMEZIS (wstając z krzesła):
P-p-pani prokurator, niechże pa-pa-pani nie robi ze mnie w-w-w-wiecznego prze-prześladowcy, nie miałem wy-wy-wyboru, musiałem jakoś r-reagować na skandaliczne zachowanie Ma-Ma-Mateusza G-Genezisa! Buntował j-j-j-jedne dzieci przeeeciwko drugim, czerpiąc zzz tego osobiste ko-korzyści, co we mnie, jako człowieku uczciwym i h-h-honorowym, wywoływało zdecydowany s-sprzeciw!
MATEUSZ GENEZIS (ze smutkiem):
Panie Nemezis, pan przeszedł samego siebie. Jak można tak... kłamać... zeznając pod przysięgą? Na Sądzie Ostatecznym zda pan sprawę z tego.
KAROL NEMEZIS (lekko oburzony):
Paaanie Ge-Genezis, rozumiem, że może pan m-m-m-m-mieć słabą papapamięc, ale ż-żeby nie pamiętać o tak eeewidentnym i ciągle po-powtarzającym się procesie?! Niech pan n-nie przeeesadza!
MATEUSZ GENEZIS:
Pamiętam, jak pan... no... przez całe przedszkole kolegował się z takim... Wackiem. (Do Julianny i Samanty). Wackiem, tak? Chyba Wackiem... W każdym razie, bawiliście się razem w wojnę, podchody, złodziei i tak dalej. Mieliście na drzewie taki... domek, bardzo malutki. Potem Wacek zaczął się kolegować z Wickiem i powiedział panu: "Żebym cię więcej nie widział w tym domku!". Odtąd żyliście z Wackiem... powiedziałbym: jak pies z kotem. Tak. Obrzucaliście się szyszkami...
KAROL NEMEZIS:
Ka-ka-kasztanami.
MATEUSZ GENEZIS (zawstydzony swoją pomyłką):
A, tak, kasztanami! Oczywiście, że kasztanami... Starcza skleroza przeszkadza człowiekowi... I co? Raz po raz dochodziło do walk między wami.
SAMANTA (zaciekawiona):
A te kasztany to były, kurczę, nagie, czy w takich zielonych, kolczastych kubraczkach?
MATEUSZ GENEZIS:
W kubraczkach.
KAROL NEMEZIS:
Bez ku-kubraczków.
MATEUSZ GENEZIS:
W kubraczkach.
KAROL NEMEZIS (zirytowany):
Milcz, ło-ło-łosiu, jak wiem l-l-lepiej! Nie było żaaadnych ku-ku-ku-kubraczków!
ADWOKAT GENEZISA (ostro):
Sprzeciw! To nie ma związku z rozprawą!
PROKURATOR:
Słusznie, mecenasie. Powróćmy do rozprawy. (Do Nemezisa) Panie redaktorze, chciałabym, żeby pan jeszcze raz opowiedział, co się wydarzyło tamtego dnia w piwnicy...
Samanta wzdryga się jak oparzona, ale usiłuje zachować zimną krew.
KAROL NEMEZIS:
My-myślałem, że ten te-e-e-e-emat jest już zamknięty, ale w-w-widzę, iż pani nadal m-m-ma jakieś w-wątpliwości. P-p-panna Samanta Ma-Margla wtargnęła do budynku "Dziennika Re-Re-Referendalnego", chcąc z-zostawić tam łaładunek wybuchowy, po to, żeby poważnie zaszkodzić mnie oraz m-m-moim dzie-dziennikarzom. Nie mogłem p-pozwolić, by po takim cz-czynie panna Ma-Ma-Ma-Ma-Margla czuła się bezkarna. To w-wszystko.
PROKURATOR:
Jak to możliwe, że ta młoda, drobna osóbka, uzbrojona jedynie w petardę, włamała się do dobrze zabezpieczonej redakcji wysokonakładowego pisma? Co pan robił, że tak późno zauważył obecność dziewczyny na terenie posesji?
KAROL NEMEZIS (gwałtownie czerwieniejąc):
N-n-no, nie p-pamiętam... Proszę n-nie wymagać ooode mnie, bym pamiętał, co robiłem t-t-tego i tego dnia, ooo go-go-go-godzinie tej czy o tamtej, kiedy panna X lub Y wła-włamała się do cudzej re-re-redakcji. P-pamięć ludzka nie jest nieo-o-o-o-o-ograniczona...
SAMANTA (rozbawiona):
Sprzeciw! Ja pamiętam, kurczę, co się wtedy działo!
ANGELINA (spoglądając na Samantę morderczym wzrokiem):
Milcz, łachudro! Mówię ci: milcz!
SĘDZIA (uderzając młotkiem w stolik):
Proszę oskarżoną o kulturalne wyrażanie się! (Do Samanty) Niech pani kontynuuje.
SAMANTA (wskazując palcem Angelinę):
Karol Nemezis ślinił się z tym babsztylem! Mam wrażenie, że chcieli się, kurczę, hydrzyć!
ADWOKAT NEMEZISA (skrajnie zbulwersowany):
Pani obraża mojego klienta! Wysoki Sądzie, domagam się, żeby ta młoda dama przeprosiła redaktora Nemezisa!
SAMANTA (nie czekając na decyzję Sędziego):
Przepraszam! (Na stronie) Boże, ty jeden wiesz, jak było naprawdę...
PROKURATOR:
Zmieńmy temat. (Do Nemezisa) W swoim wcześniejszym zeznaniu powiedział pan, że torturował pannę Marglę, ponieważ uznał ją za terrorystkę. Czy chciałby pan powiedzieć coś więcej na ten temat?
KAROL NEMEZIS (zaskakując wszystkich znajomością Biblii):
"Le-le-lepiej, by z-zginął jeden cz-cz-człowiek, niż gdyby m-miał zginąć ca-cały naród", czy j-j-jakoś tak. Nawet prezydent Sta-Sta-Stanów Zjednoczonych wie, że z terrorystami się n-nie dyskutuje. Co m-m-m-miałem zrobić, no?! Zależało mi na b-bezpieczeństwie redaktorów "Dziennika R-Re-Referendalnego"!
ANGELINA (wzruszona, ze łzami w oczach):
Mój bohaterze!!!
ADWOKAT GENEZISA (stanowczo):
Nie dorabiajmy ideologii do przemocy!
PROKURATOR:
Słusznie. To się mija z celem rozprawy. (Do Bartłomieja) Proszę mi powiedzieć, tak z własnego punktu widzenia, jaki był przebieg bitwy Ynteligencików z Wełnianymi Czapeczkami?
BARTŁOMIEJ (recytuje "Redutę Ordona" Mickiewicza):
"Nam strzelać nie kazano. - Wstąpiłem na działo
I spojrzałem na pole; dwieście harmat grzmiało".
KAROL NEMEZIS (cytuje "Potop" Sienkiewicza):
"K-kończ, waść! Wstydu o-o-oszczędź!".
BARTŁOMIEJ (rozkoszując się "Redutą..." jak jeden z bohaterów "Syzyfowych Prac"):
"Tam kula lecąc, z dala grozi, szumi, wyje,
Ryczy jak byk przed bitwą, miota się, grunt ryje; -
Już dopadła; jak boa śród kolumn się zwija,
Pali piersią, rwie zębem, oddechem zabija.
Najstraszniejszej nie widać, lecz słychać po dźwięku,
Po waleniu się trupów, po ranionych jęku:
Gdy kolumnę od końca do końca przewierci,
Jak gdyby środkiem wojska przeszedł anioł śmierci".
ADWOKAT GENEZISA:
Panu już podziękujemy...
SĘDZIA (autorytatywnym tonem):
Myślę, że w tym miejscu powinniśmy się zatrzymać. Panie i panowie, chciałbym odczytać wyrok. Niniejszym uznaję Juliannę Kłębuszek i Angelinę Wichrowiec za niewinne organizacji zamieszek na terenie naszego miasta.
Euforia w sali.
SĘDZIA:
Pana Mateusza Genezisa, założyciela "Twojej Kroniki", uznaję za winnego postawionych mu zarzutów i skazuję na półtora roku pozbawienia wolności.
Zarówno widzowie, jak i redaktorzy "Twojej Kroniki", gwałtownie bledną. Zdenerwowana Julianna spuszcza wzrok oraz zaciska sobie jedną dłoń na drugiej. W końcu głośno przełyka ślinę i spogląda na Mateusza.
JULIANNA (przerażona):
Mateuszu, nie wiem, jak to możliwe! Robiliśmy wszystko, żeby cię obronić!
MATEUSZ GENEZIS:
Julianno, to wszystko z woli Bożej...
JULIANNA (drżącym głosem):
Przecież nie jesteś niczemu winien! Gdybyś nie wystawił wojsk, Ynteligenciki zniszczyłyby lub zagrabiły wszystkie twoje media! Sędzia musi być przekupiony... Przecież nie mógłby cię skazać za działanie w obronie koniecznej!
MATEUSZ GENEZIS (powoli, melancholijnie):
Dobrze wiedzieliśmy, że kiedyś nie zdołamy się obronić. Czuliśmy ten zbliżający się... uuum... bicz Boży. Prawda? Więc czemu jesteś taka zdziwiona? Właśnie wybiła godzina nasza...
JULIANNA (prawie płacząc):
Ale to niesprawiedliwe, niesprawiedliwe! Jesteś takim dobrym, takim zatroskanym o Polskę człowiekiem! Prawdziwym katolikiem i patriotą! To propaganda Nemezisa sprawiła, że społeczeństwo straciło do ciebie zaufanie. Tysiące paszkwili, drukowanych na szeroką skalę, zrobiły swoje!
MATEUSZ GENEZIS:
A czy Pan Jezus, skazany na śmierć, wyśmiany i opuszczony, był czemukolwiek winny? Bóg Ojciec, posyłając swego syna... na śmierć... krzyżową... miał konkretny plan. Tak. I teraz jest podobnie.
JULIANNA (wycierając sobie łzy):
Mateuszu, choćby cały świat się od ciebie odwrócił, ja cię nie opuszczę! Zawsze byłeś dla mnie jak przybrany ojciec lub najlepszy nauczyciel. Nie zwątpię w twoją dobroć!
MATEUSZ GENEZIS:
Dziękuję, Julianno, za te... za te piękne słowa. Pan Bóg wynagrodzi ci to...
PROKURATOR (ostro):
Szanowni państwo, proszę o ciszę! Sąd nie odczytał jeszcze całego wyroku!
SĘDZIA:
Karola Nemezisa, prezesa Mandragory SA, skazuję na dwa i pół roku więzienia.
Angelinie opada szczęka. Kobieta wytrzeszcza oczy, chwiejnym krokiem wychodzi na środek sali, łapie się za głowę, aż w końcu pada na kolana.
ANGELINA (wyje, jakby dowiedziała się o czyjejś śmierci):
Nieeeeeeeeee!!!... Nie, nie! Nie!!! To nie może być prawdaaaaa!!! Nieeeeeeeeee!!!...
Angelina podnosi się, wyrywając sobie z głowy kępkę włosów, a potem spogląda agresywnie na wszystkich zgromadzonych.
ANGELINA (ochrypłym głosem):
Jak wam nie wstyd, łajdacy?! Karol Nemezis to wielki bohater, który wyzwolił was wszystkich z sideł Ciemności! Kto dał wam prawo, żeby tak mu się odpłacać?! Niewdzięcznicy! Historia pokaże, kto tak naprawdę miał rację! Okryjecie się hańbą na wieczne czasy, przyszłe pokolenia będą przeklinać wasze imiona! Sędzia-kalosz!!! Sędzia-kalosz!!! Nie możecie tknąć Karola Nemezisa! (Cytuje "Krzyżaków" Sienkiewicza) "Mój ci on jest!".
PROKURATOR (bezlitośnie):
Droga pani, proszę nie robić scen w sali rozpraw!
Angelina wybucha głośnym, dziecinnym płaczem. Kiedy opanowuje szloch i łkanie, zaczyna recytować wiersz "Przed sądem" Konopnickiej.
ANGELINA (spoglądając na Karola Nemezisa, a potem na całe pomieszczenie):
"Drobny, wychudły, z oczyma jasnemi,
W których łzy wielkie i srebrne wzbierały
I gasły w rzęsach spuszczonych ku ziemi,
Blady jak nędza", coś-tam, coś-tam,
"Jak ptak wyjęty z gniazda i już mrący",
coś-tam, coś-tam, "Stał w sądzie przed kratką.
A dziwna była ta sala sądowa,
Wielka i pusta, i ciemna, i chłodna,
I bezlitosna, i łez ludzkich głodna,
I nigdy dla nich nie mająca słowa
Miłości bratniej, i taka surowa,
Tak spiskująca ławkami w półkole
Na ludzką nędzę i ludzką niedolę",
coś-tam, coś-tam,
"Niechże was Chrystus - głos mówił - rozsądzi,
Kto więcej winien: czy ten nieświadomy,
Co drogi nie zna i w ciemnościach błądzi,
Czy wy, co grube spisujecie tomy
Karnej ustawy, a nie dbacie o to,
By uczyć dziecię, które jest sierotą?...",
coś-tam, coś tam,
"Pójdź, dziecię! Ja cię uczyć każę!".
MATEUSZ GENEZIS (recytuje fragment wiersza Borowskiego):
"Jestem poetą. To znaczy nazywam
rzeczy imieniem: na świat mówię - świat,
na kraj - Ojczyzna, czasem mówię chmurnie
na durniów - durnie".
SAMANTA (nie mogąc opanować swojego młodzieńczego buntu):
Nigdy więcej wojny, kurczę!!! Nigdy więcej wojny!!!
SCENA DRUGA:
Miejsce akcji: pracownia komputerowa w redakcji "Twojej Kroniki". Aleksander, Konrad, Marek, Marlena i Małgorzata siedzą przy komputerach, zaś Julianna stoi na środku pomieszczenia. Z racji ładnej, wczesnowiosennej pogody, okna są lekko uchylone. Wszyscy redaktorzy wyglądają na zmartwionych i zamkniętych w sobie.
JULIANNA:
Odkąd Mateusz trafił do więzienia, możemy liczyć jedynie na własne możliwości... Przez najbliższe półtora roku nie będzie z nami charyzmatycznego przewodnika, który swoją energią i niezłomnością dodawałby nam otuchy. Znajdujemy się w trudnej sytuacji życiowej, to prawda, ale nie ma takiego dnia, który by się nie skończył. Nim się obejrzymy, będziemy znowu w komplecie... No, ale przejdźmy do spraw bieżących. Marlena jest naszą nową współpracowniczką. Na co dzień studiuje dziennikarstwo, udziela się w rodzinnej piekarni, rozwija swoje artystyczne zainteresowania. Nasza druga pomocnica to Małgorzata, również studentka, ale nie będę o niej opowiadać, bo już zdążyliście się poznać. Cóż, moi kochani, zacznijmy naszą codzienną pracę! Na jutro potrzebujemy czegoś o papieżu...
MAŁGORZATA (ze sztucznym entuzjazmem):
Już się robi!
MARLENA (również sztucznie):
Do dzieła!
Redaktorzy "Twojej Kroniki" rozpoczynają pisanie artykułów. Julianna siada przy jednym z komputerów, naciska odpowiedni przycisk i czeka, aż urządzenie się uruchomi.
MARLENA (obłudnie, do Julianny):
Naprawdę nie wiem, jak mam pani dziękować za okazane zaufanie. Zawsze lubiłam "Twoją Kronikę", tudzież inne media, założone przez Mateusza Genezisa, ale nie spodziewałam się, iż kiedykolwiek nawiążę z wami współpracę. Jednocześnie trochę się lękam, że coś pójdzie nie tak i będzie pani ze mnie niezadowolona. To naprawdę paraliżuje...
MAŁGORZATA:
Pani Julianno! Pani spełnia moje marzenie o rzetelnej, utalentowanej dziennikarce, stawiającej czoła wszelkim przeciwnościom losu! Szkoda, że w Polsce nie ma więcej takich osób... Karol Nemezis powinien być zazdrosny, prawda, Marlena?
MARLENA:
Ależ oczywiście, Gosiu, masz całkowitą rację!
JULIANNA (poważnie):
Tylko pamiętajcie, że do wieczora musicie mi dostarczyć te dokumenty...
Dwie praktykantki momentalnie bledną. Spoglądają po sobie z przerażeniem, wiercą się niespokojnie, nerwowo wierzgają nogami.
MAŁGORZATA (udając głupią):
Eee... jakie dokumenty?!
JULIANNA:
No, te, o których wam mówiłam. Nie chodzi mi o to, żeby weryfikować wasze tożsamości, ale muszę coś odnotować w sprawozdaniu. Niestety.
Nagle rozlega się pukanie do drzwi. Na scenę wchodzi Sprzątaczka, która sprawia wrażenie bardzo zaniepokojonej.
SPRZĄTACZKA (pospiesznie):
Julianno, czy mogę poprosić ciebie i chłopców z redakcji? To bardzo pilne...
JULIANNA (wstając z krzesła):
Dobrze, Zosiu, już idę. (Do Marleny i Małgorzaty) Wybaczcie, dziewczyny, ale wyższa konieczność wzywa. Za chwilę do was wrócę.
Julianna, Aleksander, Konrad oraz Marek wychodzą z pracowni. Marlena gwałtownie wstaje z krzesła, wyjmuje z kieszeni telefon komórkowy i dzwoni do jakiejś osoby.
MARLENA (z wściekłością, do telefonu):
Andża, pizdo jebana, miałaś mi dostarczyć te kurewskie dokumenty! Ta cipa Julianna dopierdoliła się do mnie jak chuj i jeśli nie dam jej dokumentów, kapnie się, co jest grane... Kurwa, ja nie mogę czekać do piątku!!! Mam to mieć na dziś wieczór i chuj mnie obchodzi, że fałszowanie indeksów jest czasochłonne. Co? Wypierdalaj z tym swoim "Nie mogę", mam mieć dokumenty i tyle. Nie bądź żałosna, Andża, bo zależy ci na tym tak samo, jak mnie... Aha, jeszcze jedno! Wypłać mi wreszcie ten kurewski hajs za brudną robotę, bo wcale mi się nie uśmiecha zgrywanie wiernej fanki Mateusza Genezisa. Jak?! A pocałuj mnie w dupę, prosta dziwko, mam cię na dnie cipy... Dziś wieczorem muszę mieć dokumenty. Strzałka.
Marlena wyłącza telefon i wkłada go z powrotem do kieszeni spodni. Małgorzata przygląda się swojej towarzyszce, ale nie wypowiada ani jednego słowa.
MARLENA (z mieszaniną pogardy i politowania):
Straszna kurwa z tej Andży, co nie?...
MAŁGORZATA (pod nosem):
Andża - szmata, jakich mało...
Nagle wpada do pomieszczenia Julianna, a za nią Marek, Aleksander i Konrad. Redaktor naczelna "Twojej Kroniki" jest tak zbulwersowana, że przez chwilę nie może mówić. W końcu odzyskuje głos i zwraca się do młodych współpracowniczek.
JULIANNA (cedzi przez zęby):
Proszę, proszę... Co ja słyszę... Widzę, że mamy w redakcji szpiegów!
MARLENA (piskliwym głosem, szukając drogi ucieczki):
Eee... Pani Julianno, to nie jest to, co pani myśli! Ja pani wszystko wytłumaczę!
JULIANNA:
Tu nie ma nic do wytłumaczenia! Jesteś szpiclem Mandragory, który przeniknął do naszej redakcji, aby zdobyć jakieś informacje! Ech, moja panno... Nie wyobrażaj sobie, że to ci ujdzie na sucho. Szpiegostwo jest ciężkim grzechem, a ja nie mam uprawnień, by ci go odpuścić.
MARLENA (przeraźliwie, do Małgorzaty):
Uciekajmy!!!
Obie agentki wyskakują przez okno, głośno krzycząc. Po chwili słychać tupanie, które z każdą sekundą cichnie. Julianna, Marek, Aleksander i Konrad stoją w milczeniu, nie wiedząc, jak się zachować.
JULIANNA (cicho, powoli):
Po niedawnej rozmowie z Angeliną myślałam, że wojna mediów dobiegła końca. Ale nie, popełniłam błąd. Skoro redaktorzy "Dziennika Referendalnego" wysyłają do nas szpiegów, nie możemy mówić o jakimkolwiek pokoju... Oni nadal chcą z nami walczyć!
ALEKSANDER:
Sugerujesz, że to właśnie Angelina wynajęła te dwie agentki?
JULIANNA:
Tak, Aleksandrze, nie mam co do tego żadnych wątpliwości. Słyszałeś, co Marlena mówiła do telefonu? "Andża to, Andża tamto". Na pewno chodzi o Angelinę!
KONRAD:
Co zamierzasz zrobić?
JULIANNA (ironicznie):
A co mi pozostało?! Jeśli Mandragora chce z nami wojny, to będzie ją miała. Nie ma problemu. Ladies and Gentlemen, the Media War II is started!
Marek zaczyna głośno kaszleć.
SCENA TRZECIA:
Miejsce akcji: pracownia komputerowa w redakcji "Dziennika Referendalnego". W pomieszczeniu znajduje się jedynie Bartłomiej, piszący jakiś felieton, oraz Angelina. Kobieta stoi przy oknie i wpatruje się w pustkę.
ANGELINA (nie patrząc na Bartłomieja):
Czy pamiętasz, jaką przysięgę złożyłeś Karolowi? Że zawsze, bez względu na przeciwności losu, pozostaniesz wierny naszym ideałom.
BARŁOMIEJ:
Eee... no rzeczywiście... przysięgałem... I co z tego?
ANGELINA:
Czy nie widzisz, że teraz, kiedy Karol przebywa za kratkami, jesteś prawowitym władcą Mandragory SA?! Chyba nie rozumiesz, jak wielka odpowiedzialność na ciebie spadła!
BARTŁOMIEJ:
Rozumiem... trzeba być odpowiedzialnym... eee... to już taki zawód! (Chichocze nerwowo) Ale po co mi to mówisz?
Angelina podchodzi do Bartłomieja, po czym schyla się, żeby spojrzeć mu w oczy.
ANGELINA (szeptem):
Przyrzekłeś, że zrobisz wszystko, co w twojej mocy, aby przejąć media Genezisa. Czyż nie?
BARTŁOMIEJ (zaczyna się wiercić niespokojnie):
No tak... przyrzekłem... (Z nagłą irytacją) O co ci chodzi?!
ANGELINA (prostując się):
Przyszedł mi do głowy genialny pomysł! (Uśmiecha się perfidnie) Skoro obecnie mediami Genezisa zarządza Julianna, możemy ją łatwo usunąć. Bartłomieju, twoim świętym obowiązkiem jest zabicie tej kobiety!
Bartłomiej wzdryga się z niesmakiem, omal nie spadając z krzesła. Angelina prycha pogardliwie, wykrzywiając twarz.
BARTŁOMIEJ (wytrzeszczając oczy ze zdumienia):
Zabić Juliannę? Zabić...Juliannę?! Nigdy w życiu!
Angelina, widząc dezaprobatę Bartłomieja, postanawia zmienić taktykę. Przysuwa się do redaktora, udaje, że strzepuje mu pyłek z ramienia, poprawia kaptur od jego bluzy.
ANGELINA (słodkim, mrukliwym głosem):
Bartolomeo... Chłopcze miły... Zabicie Julianny to jedyna droga do przejęcia mediów Genezisa. Powiedz sam, czy mamy jakieś inne wyjście? Nie! Musimy to uczynić...
BARTŁOMIEJ:
Ale... zabić kogoś? To nie w porządku! Nie wolno nam...
ANGELINA (głaszcząc Bartłomieja po ramieniu):
Karol Nemezis byłby zawiedziony, gdyby się dowiedział, że jego ulubiony redaktor lituje się nad ekipą Genezisa. Gdyby wiedział, że okażesz się takim tchórzem, nie uczyniłby cię dziedzicem Mandragory...
BARTŁOMIEJ (rozpaczliwie):
Zabijanie... zabijanie jest złe! To wielka zbrodnia... coś... niehonorowego!
ANGELINA (rechocząc szyderczo):
Chłopie, czy ty żyjesz w średniowieczu?! Kto we współczesnych czasach troszczy się o honor?! Chyba tylko tacy zacofani popaprańcy, jak Wełniane Czapeczki! (Powracając do kokieteryjnego tonu) No Bartłomieju, zastanów się... Czy likwidacja Julianny nie należy do twoich powinności? Musisz to uczynić! To twoja misja.
BARTŁOMIEJ (lekko rozgniewany):
Ja nikogo nie zabiję! Ani mi się śni!
Angelina siada Bartłomiejowi na kolanach, i to twarzą do młodzieńca.
ANGELINA (słodko, błagalnie):
Bartłomieju... Zrób to dla Karola, dla Mandragory, dla Ynteligencików... (Jeszcze subtelniej) Zrób to dla mnie...
BARTŁOMIEJ (rozglądając się w poszukiwaniu drogi ucieczki):
Eee... jak ci tak zależy na... jeśli chcesz śmierci Julianny... to idź budynku "Twojej Kroniki" i zabij ją!
ANGELINA (z zalotnym nadąsaniem):
Ale sama nie pójdę...
BARTŁOMIEJ:
Nie masz wyjścia.
ANGELINA (natarczywie):
Ale sama nie pójdę!
BARTŁOMIEJ:
Musisz.
Angelina całuje swojego rozmówcę w czubek nosa.
ANGELINA (tuląc się do Bartłomieja):
Proszę cię, zabij Juliannę... Tak cię pięknie proszę!
Bartłomiej zdecydowanie kręci głową, a Angelina wstaje z jego kolan. Kobieta cofa się kilka kroków, po czym krzyżuje ręce na piersiach.
ANGELINA (obrażona):
Cóż, skoro naprawdę jesteś taką łamagą, będę musiała wziąć sprawy w swoje ręce. Zobaczysz, że dokonam tej zbrodni szybko i estetycznie. Wstydź się, Bartłomieju! Po kimś takim, jak ty, spodziewałam się czegoś lepszego!
Redaktorka wychodzi z pracowni, trzaskając drzwiami. Niespodziewany hałas sprawia, że Bartłomiej spada na podłogę.
SCENA CZWARTA:
Miejsce akcji: prywatny gabinet Julianny. Dziennikarka siedzi na obrotowym fotelu, słuchając pierwszej zwrotki i refrenu "Belyi Plashik" TATU. W końcu wyłącza odtwarzacz i głośno ziewa. Wielki zegar elektroniczny wskazuje godzinę 23:23, za oknem panują "egipskie ciemności".
JULIANNA (ospale):
Popatrz, biedna niewiasto... Znowu spędzasz noc w redakcji... Może ludzie mają rację? Może naprawdę jesteś pracoholiczką?...
Kobieta wstaje z fotela i segreguje jakieś kartki, porozrzucane na biurku. Po chwili ziewa, zatykając sobie dłonią usta.
ANGELINA (za oknem, ostrym szeptem):
Pogięło was?!
Julianna zamiera w bezruchu, czekając, aż głos ponownie się odezwie. Ponieważ przez długi czas panuje cisza, redaktorka powraca do segregowania dokumentów.
ANGELINA (za oknem, jeszcze ostrzejszym szeptem):
No chyba was pogięło!
Nagle Angelina wskakuje przez okno do gabinetu i podbiega z nożem do Julianny. Redaktorka "Twojej Kroniki", zapominając o senności, wytrąca napastniczce broń z ręki. Angelina zaczyna szarpać Juliannę za bluzkę.
JULIANNA (groźnie):
Puść moją bluzkę, wszetecznico! Puść ją, bo cię wytargam za te rude kłaki!
Julianna - widząc, że Angelina nie zamierza się uspokoić - spełnia swoją groźbę. Agresorka syczy z bólu, po czym zaczyna drapać ręce drugiej dziennikarki. Redaktor naczelna "Twojej Kroniki" przydeptuje obcasem stopę Angeliny, za co zostaje ugryziona w przedramię. Przyjaciółka Karola Nemezisa wyjmuje z kieszeni metalowy pilniczek, zakończony lśniącym ostrzem.
ANGELINA (zaczepnie):
Potraktowano cię kiedyś pilniczkiem do paznokci?!
JULIANNA (przestraszona):
Rzuć ten pilniczek!!...
ANGELINA:
Zawsze walczę na zasadzie: "Jedyną zasadą jest brak zasad". Teraz jest identycznie!
Julianna popycha swoją przeciwniczkę na najbliższą ścianę.
ANGELINA (ochryple):
Chciałaś mnie zabić!!!
JULIANNA (ostro):
To ty chciałaś mnie zabić! Właśnie po to przyszłaś do redakcji!
ANGELINA:
Już ja cię opiszę w moim artykule, psychopatko! Będziesz miała koszmary do końca życia!!!
Angelina odrywa kilka cekinów od bluzki Julianny. Redaktor naczelna "Twojej Kroniki" podbiega do biurka, wyjmuje z szufladki dezodorant i zdejmuje z niego zakrętkę.
JULIANNA (celując antyperspirantem w przeciwniczkę):
Co teraz powiesz, jawnogrzesznico?!
Przyjaciółka Karola Nemezisa próbuje uderzyć Juliannę, ale redaktorka "TK" spryskuje jej oczy dezodorantem. Angelina wydaje z siebie okropny pisk, zgina się w pół, po czym przykłada sobie dłonie do oczu.
ANGELINA (żałośnie):
Ty sadystko! Tak nie wolno!... (Rozciera sobie łzawiące oczy, jęcząc niemiłosiernie)
JULIANNA (tryumfalnie):
Wygrałam walkę!
Angelina wyjmuje z kieszeni puderniczkę, próbuje się przejrzeć w lusterku.
ANGELINA:
Słabo widzę, ale tego nie da się nie zauważyć... (Pretensjonalnie) Zobacz, wariatko, co mi zrobiłaś! Zobacz, jakie mam czerwone oczy! Na dodatek, rozmazał mi się makijaż... Jak ja teraz wyjdę na ulicę?!
JULIANNA (łagodnie):
To nie jest twój szczęśliwy dzień, Angelino... Idź do łazienki, przemyj sobie twarz i zjeżdżaj z mojej redakcji!!!
Redaktorka "Dziennika Referendalnego" bez słowa spełnia polecenie. Julianna wygląda przez okno i - widząc, że wspólnicy Angeliny uciekli - oddycha z ulgą.
SCENA PIĄTA:
Miejsce akcji: wielka drukarnia, należąca do Mandragory SA. Przy maszynach, drukujących "Dziennik Referendalny", "Trolejbus" i "Niskie koturny", stoją jeńcy wojenni - Wełniane Czapeczki. Wszyscy niewolnicy wyglądają na przemęczonych, zastraszonych, a zarazem pełnych dumy. Pracy robotników przyglądają się: Bartłomiej, Angelina oraz garstka Ynteligencików-strażników.
ANGELINA (z dumą):
Popatrz, Bartłomieju! To jest nasza nowa siła robocza!
BARTŁOMIEJ:
Widzę...
ANGELINA:
Wełniane Czapeczki wyręczają naszych poligrafów, którzy już dawno chcieli odpocząć od drukowania gazet. (Wskazuje palcem na sufit) Słyszysz ten hałas, dobiegający z góry? To właśnie drukarze zrobili sobie imprezę... Chociaż nie wykonują żadnych prac, nie tracą ani jednego grosza z comiesięcznej pensji. Jak za czasów komuny: "Czy kto robi, czy kto leży, parę złotych się należy"!
Bartłomiej przechadza się po pomieszczeniu, obserwując pracę jeńców wojennych. Wełniane Czapeczki spoglądają z pogardą na tymczasowego władcę Mandragory, ale zachowują milczenie. Młodzieniec wygląda, jakby był jeszcze bardziej skrępowany, niż zwykle.
BARTŁOMIEJ (bardzo nieśmiało):
Angelino... Oni tak... oni tak... codziennie?!
ANGELINA:
Słucham?
BARTŁOMIEJ:
No, czy oni codziennie... muszą tak... harować... żeby nie zostać rozstrzelanymi?!
ANGELINA (piskliwym głosem):
Nie wiem, o co ci chodzi, młodzieńcze! To chyba normalne, że jeńcy wojenni przynoszą korzyść swoim władcom, nie?
BARTŁOMIEJ (ze zdenerwowania wykonuje takie ruchy, jakby mył sobie ręce):
Chodzi mi o to, że... że oni mają takie spuchnięte oczy i zmęczone twarze... (Spuszcza wzrok, jakby wstydził się, że współczuje wrogim żołnierzom) A to znaczy, że harują dzień i noc bez wytchnienia!
ANGELINA:
Bartolomeo, na tym polega praca niewolnicza!
BARTŁOMIEJ:
Ale... czy nie można by... zrobić im przerwy? Chociaż na godzinkę...
ANGELINA (zirytowana, kręcąc głową):
Chłopcze, ja cię naprawdę nie rozumiem! Wełniaki to zwolennicy naszego największego wroga - Mateusza Genezisa, którzy nie zmiłowaliby się ani nad tobą, ani nade mną, ani nad innymi osobami z naszego otoczenia. Dlaczego tak się nad nimi litujesz?
BARTŁOMIEJ:
Bo... bo oni też są ludźmi!
ANGELINA:
I co z tego?
BARTŁOMIEJ:
Wydaje mi się, że potrzebują trochę odpoczynku... trochę rozrywki... Nie sądzisz?
ANGELINA (ostro):
Słuchaj, Bartłomieju, zachowujesz się skandalicznie! Przysiągłeś Karolowi, że nigdy nie dopuścisz się zdrady, okazując litość naszym wrogom. Musisz się wywiązać z tego przyrzeczenia, czy ci się to podoba, czy nie! Kolejna sprawa: jeśli nadal będziesz taki łaskawy, stracisz autorytet swoich podwładnych, a to poważnie osłabi twoją pozycję społeczną. Dopóki Karol przebywa w więzieniu, jesteś szefem "Dziennika Referendalnego" oraz innych wpływowych mediów. Zachowuj się adekwatnie do swojej sytuacji życiowej. Wełniane Czapeczki to jedynie siła robocza, pracująca na rzecz Mandragory. I tak ma pozostać. Jak mówi przysłowie: "Porządek musi być!".
BARTŁOMIEJ (cytuje motto niemego filmu "Metropolis" Fritza Langa):
"Pośrednikiem między umysłem a dłońmi musi być serce!".
Angelina jest tak oburzona, że zamiera w bezruchu. Jej oczy najpierw się rozszerzają, a potem niebezpiecznie zwężają. Kobieta oddycha ciężko, zaciskając z całej siły zęby.
ANGELINA (cicho):
Zdrajca...
PIERWSZY YNTELIGENCIK:
Zdrajca!
POZOSTAŁE YNTELIGENCIKI:
Zdrajca! Zdrajca!
Ynteligenciki-strażnicy osaczają Bartłomieja, wpatrując się w niego jak w antylopę, którą trzeba zabić i pożreć. Zwolennicy "Dziennika Referendalnego" powoli przybliżają się do chłopaka, skandując cicho: "Bartolomeo - zdrajca! Powiesić go za jajca!".
ANGELINA (jadowicie):
Oj, Bartłomieju, nie spodziewałam się po tobie takiej nielojalności... Strach pomyśleć, jak bardzo zawiedziony będzie Karol Nemezis, kiedy dowie się o twoim występku. Bartolomeo, Bartolomeo... Nie jesteś godzien, aby zastępować tego wielkiego bohatera i publicystę! Po prostu nie jesteś godzien!
DRUGI YNTELIGENCIK:
Co więcej, nie jest godzien, żeby dalej współpracować z "Dziennikiem Referendalnym"!
Angelina, patrząc na Bartłomieja, nuci refren "Nero" Closterkeller ("Żegnaj, mój miły, dobrze wiesz: za kłamstwo cios, za zdradę krew!").
BARTŁOMIEJ (do Angeliny):
Jesteś okrutna!
ANGELINA:
A ty jesteś żałosnym, wełniakolubnym wiarołomcą, który plami dobre imię "Dziennika Referendalnego" i jego zacnego założyciela!
PIERWSZY YNTELIGENCIK (do Bartłomieja):
Powinieneś wisieć!
POZOSTAŁE YNTELIGENCIKI:
Powinieneś wisieć!
Bartłomiej brutalnie popycha dwóch strażników, żeby zrobić sobie przejście. Po chwili wybiega z fabryki, chwytając za rękę najbliżej stojącą niewolnicę - Marzenę (bladą, czarnowłosą nastolatkę, odzianą w czarne, gotyckie ubrania).
SCENA SZÓSTA:
Miejsce akcji: ganek, przyozdobiony egzotycznymi roślinami. Bartłomiej i Marzena (Wełniana Czapeczka) zastanawiają się, czy powinni wejść do siedziby stacji PVM.
BARTŁOMIEJ:
Ech... Chyba nie mamy wyjścia... Musimy poprosić Mimezisa o pomoc!
MARZENA (sceptycznie):
Prawdę powiedziawszy, czarno widzę współpracę z PVM-em. Ta stacja prezentuje takie same poglądy, jak "Dziennik Referendalny", no i nie przepada za Wełnianymi Czapeczkami...
BARTŁOMIEJ (poirytowany):
Słuchaj, laska! Zwróciłem ci... zwróciłem ci wolność, więc wypadałoby... żebyś... eee... okazała mi trochę wdzięczności! Potrzebuję pomocy, bo nie mogę wrócić do redakcji "Dziennika...", chociaż zostawiłem tam... eee... pieniądze, dokumenty, klucze od domu, kluczyki od samochodu... (Błagalnie) Wejdź ze mną do siedziby PVM-u! Będzie mi raźniej!
MARZENA:
Dlaczego chcesz się spotkać akurat z Mimezisem?
BARTŁOMIEJ:
Stwierdziłem, że tego... no... że tylko Mimezis będzie naprawdę przejęty moim... naszym losem. Jestem prawowitym dziedzicem Mandragory SA, a nie mogę powrócić na swoje terytorium, bo Angelina zbuntowała Ynteligenciki przeciwko mnie. Chciałbym, żeby... żeby Mimezis pomógł mi... odzyskać władzę. Kapujesz? Tylko on jest w stanie... eee... to uczynić.
MARZENA (nadąsana):
Ale czy JA jestem ci do czegoś potrzebna?!
BARTŁOMIEJ:
Skoro ja stanąłem po twojej stronie, to ty teraz... eee... stań po mojej! Tak będzie fair...
MARZENA:
Dlaczego mówisz, że chcesz "odzyskać władzę", skoro za dwa lata powróci Karol Nemezis i upomni się o swoje stanowisko?
BARTŁOMIEJ:
Bo... bo do tego czasu Angelina... może... eee... narobić wiele szkód! To niebezpieczna kobieta: bezwzględna, dwulicowa, zmienna jak chorągiewka, pełna hipokryzji... Nie masz pojęcia...
MARZENA:
Skąd pewność, że tylko Mimezis może ci pomóc w walce o odzyskanie szefowskiego stołka? Czy na świecie brakuje imperialistów medialnych?
BARTŁOMIEJ (zirytowany):
Wybrałem Mimezisa, bo miałem taką...taką fantazję! Poza tym, prędzej dogadam się z nim, niż... eee... z kimś pokroju Mateusza Genezisa! (Zawstydzony swoim stwierdzeniem) Wybacz, ale taka jest prawda...
MARZENA (arogancko, wyniośle, groźnie):
Licz się ze słowami, bo zostawię cię samego z kupą zmartwień na głowie!
BARTŁOMIEJ (szyderczo):
Dużo w tobie "dumy niewolniczej". Niestety, ta cecha nie prowadzi do... eee... niczego dobrego.
MARZENA (do siebie):
Jezu... Wolałabym siedzieć w drukarni i drukować "Dzienniki Referendalne", niż dalej dyskutować z tym przymułem!
Bartłomiej, ośmielony własną irytacją, puka do drzwi. Ponieważ nikt nie otwiera, młodzieniec korzysta z domofonu.
WOŹNY (przez domofon):
Słucham?
BARTŁOMIEJ:
Dzień dobry! Czy jest Fabian Mimezis... eee... Mimezis Fabian?
WOŹNY:
Proszę się przedstawić!
BARTŁOMIEJ:
Nowak Bartłomiej.
MARZENA (szeptem, do Bartłomieja):
I Marzena Łęga...
BARTŁOMIEJ (do domofonu):
I Łęga Marzena!
WOŹNY:
Nie ma pana Mimezisa. Wyjechał na ważne spotkanie do Bukaresztu.
BARTŁOMIEJ (rozczarowany):
To przepraszam.
Głośne kliknięcie, dochodzące z głośnika, sugeruje, że Woźny odłożył słuchawkę.
MARZENA (dość obojętnie):
Co teraz zrobisz?
BARTŁOMIEJ:
Nie wiem. Możemy pójść... dajmy na to... do redakcji "De facto". Pasuje ci?
MARZENA (ironicznie wywraca oczami):
Szczerze mówiąc, wszystko mi jedno... Towarzyszę ci tylko dlatego, że jestem twoją dłużniczką, chociaż wcale o to nie zabiegałam.
BARTŁOMIEJ (z nagłą wesołością):
A może wreszcie przestaniemy się kłócić i zmienimy... eee... temat rozmowy?!
MARZENA (zdumiona):
Przecież my się wcale nie kłócimy! O czym chcesz rozmawiać?
BARTŁOMIEJ:
Nie wiem. Wymyśl coś.
Marzena i Bartłomiej siadają na jednym ze schodków.
MARZENA:
Byłeś kiedyś nad Balatonem?
BARTŁOMIEJ:
W Starachowicach jest Balaton. To taki... eee... staw, lubiany przez... młodszą młodzież.
MARZENA:
Nie mów, że jesteś ze Starachowic!
BARTŁOMIEJ:
Jestem. I co z tego?
MARZENA (z mieszaniną dumy i radości):
Ty mój krajaninie, niech no cię uścisnę! Ja też jestem starachowiczanką, i to z krwi i kości!
BARTŁOMIEJ:
Serio?!
MARZENA:
Jak bum cyk-cyk! Uczę się w Technikum na Maja, zwanym Kurnikiem. Mój brat chodzi do zerówki, a siostra - do Gimnazjum nad Stawem. Moja mama do niedawna pracowała w Constarze, ale potem przeprowadziła się za granicę... Tęsknię za nią, chociaż wiem, że znalazła dobrze płatną pracę.
BARTŁOMIEJ (chichocze):
Wiesz, że mój wujek koszachtował z mafią starachowicką?
MARZENA:
Z mafią starachowicką?! Chryste Panie! (Z udawanym przerażeniem) Bartolomeo, ja się ciebie boję!
BARTŁOMIEJ:
Nie musisz. Jestem... eee... łagodny jak baranek!
MARZENA (żartobliwie):
Ale dla mnie na zawsze pozostaniesz przystojnym skurczybusem.
BARTŁOMIEJ:
Dlaczego?
MARZENA:
Może i jesteś nieśmiały, ale charakterek to ty masz. Nemezis dobrze wiedział, kogo wybiera na swojego następcę. Wszystkie Nowaki to cwaniaki. Zauważ, iż nawet w dowcipach Nowak jest najprzebieglejszą bestią.
BARTŁOMIEJ (zmieszany):
Cóż, skoro tak uważasz...
MARZENA:
Słuchaj, Bartłomieju, zaczynam cię lubić! Chyba powinniśmy już pójść w swoją stronę. Siedzenie przed siedzibą PVM-u na pewno nam nie pomoże... Opowiedz mi jeszcze o swoim wujku, dobrze?
BARTŁOMIEJ:
Ech, nie ma o czym mówić. On zawsze był... taki trochę pacnięty.
Chłopak i dziewczyna wstają ze schodka, po czym opuszczają scenę.
SCENA SIÓDMA:
Miejsce akcji: pracownia komputerowa w redakcji "Twojej Kroniki". Na biurku redaktor naczelnej stoi wazon z kwiatami, okna są zasłonięte białymi, pięknie haftowanymi firankami. Z głośników płynie utwór "Wiosna" Vivaldiego, czysta podłoga lśni jak drogi kamień, ściany są udekorowane kwiatowymi kompozycjami. W pomieszczeniu przebywają: Julianna, Samanta, Dominika, Aleksander, Marek, Konrad oraz Mateusz Genezis, który właśnie wyszedł z więzienia.
JULIANNA (nie ukrywając wzruszenia):
Mateuszu, tak się cieszę, że do nas wróciłeś! Tęskniliśmy za tobą jak za własnym ojcem, zwłaszcza, że los nie zawsze się do nas uśmiechał. Proszę, usiądź na krzesełku, pewnie jesteś zmęczony podróżą! Powiedz, jak ci się udało wywalczyć wcześniejszy powrót do domu? Ta oszustka Angelina napisała, że posunąłeś się do korupcji, ale nikt przy zdrowych zmysłach nie wierzyłby w takie bzdury. Czy wyszedłeś z więzienia za dobre sprawowanie? (Wyjmuje z szafki kilka artykułów, wyciętych z kolorowych czasopism) Zaprzyjaźnione media... zaprzyjaźnione media, a nie te ścierwa od Nemezisa... napisały o tobie wiele ciepłych słów! Przez cały rok były z tobą w duchowej łączności, przypominały czytelnikom o twoich licznych zasługach. Możesz być pewny, że przyjaciele nie opuścili cię w biedzie!
MATEUSZ GENEZIS:
Kochani, nawet nie wiem, co powiedzieć! Tyle dobroci, tyle życzliwości... Widać, że jesteście ludźmi sumienia, ale: prawego sumienia. Tak. Bóg zapłać za to miłe powitanie! Pan Jezus widzi, ile jest dobra w was i kiedyś wam to wynagrodzi. Ale wszystkim dziękuję: i Juliannie, i stałym współpracownikom "Twojej Kroniki", i studentom naszym, tak, bo to młodzi są przyszłością świata. Jesteście ludźmi dobrze uformowanymi i to widać - już po spojrzeniach waszych. Dlaczego o tym mówię? Jak się tak patrzy na was, to człowiek przestaje się martwić o przyszłość - o przyszłość Kościoła, Polski, Europy... i tak dalej. Wy jesteście nadzieją ludzkości, ale musicie być silni, bo są tacy, którym nie podoba się to.
JULIANNA:
Przez jakiś czas nachodzili nas obcy dziennikarze. Baliśmy się, że dojdzie do jakiegoś nieszczęścia, ale - dzięki Bogu - wszystko skończyło się dobrze. Teraz mamy spokój, jednak nie cieszmy się za wcześnie, bo Angelina może wykorzystać nasz brak czujności. Ta kobieta jest przebiegła jak lisica, a zarazem okrutna jak modliszka.
MATEUSZ GENEZIS (z głębokim westchnieniem):
Tak... Szatan działa jak wojownik ninja: subtelnie i bezszelestnie. Często przychodzi... uuum... w jakiejś pięknej masce, aby wkupić się w łaski człowieka. Tak. I trzeba uważać na to.
ALEKSANDER:
Jestem przekonany, że skoro Mateusz został przedterminowo uwolniony, to z Nemezisem będzie podobnie. Angelina z pewnością wpłaci kaucję.
MAREK:
Jak sądzicie, czy Angelina będzie skłonna zwrócić Nemezisowi władzę? Słyszałem, że rozpanoszyła się jak mało kto...
SAMANTA (żywo):
Oczywiście, że zwróci mu władzę! Angelina ubóstwia Nemezisa, jakby był, kurczę, co najmniej Billem z Tokio Hotel!
MATEUSZ GENEZIS:
Bill z Tokio Hotel to żaden autorytet.
SAMANTA (wybuchając śmiechem):
Stąd moje porównanie!
ALEKSANDER:
Musimy się liczyć z tym, że Mandragora może nas zaatakować ze zdwojoną siłą. Karol Nemezis na pewno tęskni do starych, dobrych awantur...
SAMANTA (przemądrzale):
Kurczę, nie możemy stać bezczynnie, czekając na cios w plecy! Jeśli chcemy zwyciężyć, musimy rozpocząć jakieś aktywne działania! Współczesny świat to dżungla. Jeśli nie "zjemy" naszych wrogów, to oni "zjedzą" nas. Zastanówcie się, kurczę, co jest dla nas korzystniejsze...
KONRAD (kpiąco):
Tobie tylko kurczęta w głowie! Jeśli chcesz opowiadać o kurczakach i jedzeniu, to idź do KFC, ale nie zadręczaj nas swoim wojującym makiawelizmem!
SAMANTA (nieco urażona):
Chciałam tylko zauważyć, kurczę, że nie możemy stać z założonymi rękami. Ktoś mądry powiedział kiedyś: "Najlepszą obroną jest atak".
ALEKSANDER:
Czy wiesz, że są to słowa Adolfa Hitlera?
SAMANTA (zmieszana):
Mniejsza z tym! Możemy, na przykład, pomazać sprayem redakcję "Dziennika Referendalnego". Albo, kurczę, zepsuć Nemezisowi laptopa. Genialne pomysły, prawda?
JULIANNA (ostro, niecierpliwie):
Samanto, mamy już dosyć twoich "genialnych pomysłów"! Ostatnio, kiedy realizowałaś swoje fantastyczne wizje, wylądowałaś w piwnicy Karola Nemezisa. Opanuj się wreszcie, dziewczyno!
SAMANTA (nadal entuzjastycznie):
A może by tak, kurczę, zainstalować im szarańczę???
JULIANNA:
Zainstaluj sobie rozum - cała ludzkość na tym skorzysta!
Wszyscy redaktorzy wybuchają śmiechem, tylko Samanta wytrzeszcza oczy z oburzenia.
SAMANTA (śpiewa fragment piosenki "Winna" Chylińskiej):
"Ja... to... ta z obrazka.
Ja... to... ta, co krzyczy.
Ta... co... ciągle sobie... drwi!
Ja... znów... ko-goś gryzę.
Ja... ko-goś obrażam.
Nie-grze-czna i grzeszna.
Taaak!
Bo kiedy tylko staję się
zbyt ludzka, niż byś tego chciał,
wtedy oto widzisz, że
jesteś taki, jak ja!
Nie jest źle!!!
JA jestem winna.
Dobrze jest!!!
ZAWSZE będę winna.
Nie jest źle!!!
JA jestem winna.
Dobrze jest!!!
ZAWSZE będę winna".
JULIANNA (patrząc na Samantę, śpiewa fragment "Królowej" Closterkeller):
"Pomiędzy cieniem i oddechem świec
swą tajemnicę ona karmi cicho i... chowa się, się, się, się, się, się...
W ogrodach świeżo znalezionych prawd,
wśród głosów, co prowadzą myśli i nie dają spać.
Co wieczór kąpie się we własnej krwi,
świat przeklinając, albo modląc się do cienia.
Niezłomna, przędzie ciszę, aby żyć,
gdzie głosy kreślą ścieżki przeznaczenia.
U źródła prawdy klęczy w chorym śnie,
łapczywie pijąc z niego coraz więcej.
Ucieka od nas, nie słuchając słów
i jęczy pod nią coraz cieńszy lód,
a wokół coooraz goręcej, goręcej, goręcej, goręcej, goręcej!".
Obrażona Samanta wychodzi z pracowni.
SCENA ÓSMA:
Miejsce akcji: pracownia komputerowa w redakcji "Dziennika Referendalnego". Karol Nemezis i Angelina siedzą przy jednym z urządzeń, stykając się ramionami.
KAROL NEMEZIS:
To do-do-dopiero trzy dni, odkąd wyszedłem n-n-na wolność, a j-już muszę się ma-martwić o b-b-bezpieczeństwo naszych ludzi, bowiem M-M-Mateusz Ge-Genezis postanowił... zołożyć p-pierwszą polską elektrownię ją-ją-ją-jądrową! Ten c-cwaniak twierdzi, ż-ż-że podjął taką de-decyzję, bo jest zaniepokojony stanem r-r-rodzimej gogospodarki i chciałby ją u-uczynić bardziej e-e-ekologiczną, tudzież ekonomiczną. Ale ja w-w-w-w-wiem, że nasz "najlepszy przyprzyjaciel" marzy tylko ooo tym, ż-żeby wy-wy-wyprodukować broń mamamasowej zagłady w celu zni-zniszczenia nas oraz wszystkich Y-Ynteligencików. (Otwiera jakiś plik w komputerze) Zo-zo-zobacz, co tutaj wy-wydziergałem!
Angelina wczytuje się w tekst, napisany przez Karola Nemezisa. Twarz kobiety wykrzywia się w perfidnym uśmiechu.
ANGELINA (ze szczerym podziwem):
Karolu, jesteś genialny!
KAROL NEMEZIS (siląc się na skromność):
D-dlaczego?
ANGELINA:
Ty to tak napisałeś, jakby to Genezis powiedział!
KAROL NEMEZIS (z udawanym zdumieniem):
Tak???
ANGELINA:
Dokładnie! Właśnie takich słów on by użył!
Nagle rozlega się natarczywe pukanie. Do pomieszczenia wchodzi jakiś Ynteligencik, ubrany w stylu moro, który wygląda na bardzo zaniepokojonego. Żołnierz maszeruje w stronę Nemezisa i Angeliny, staje na baczność, po czym przemawia szorstkim, wojskowym tonem.
YNTELIGENCIK (donośnym głosem):
Redaktorze naczelny! Melduję, że do redakcji "Dziennika Referendalnego" zbliża się klucz ptaków, gotowych do zbombardowania obiektu. Gatunki zwierząt: kruki, wrony. Liczba: około trzystu. Ptaki lecą z kierunku wschodniego, dotrą tutaj co najwyżej za cztery minuty. Proszę o rozkazy.
KAROL NEMEZIS (poważnie, do Ynteligencika):
Ooogłosić alarm po-po-powietrzny, zabezpieczyć wartościowe p-przedmioty, pooozamykać wszystkie okna i drzwi, a nanastępnie skierować ludzi do po-po-po-po-pomieszczeń o-ochronnych!
Ynteligencik salutuje, po czym - maszerując - wychodzi z pracowni.
ANGELINA (przestraszona):
Karolu, co z nami będzie?! Co z nami będzie?!
KAROL NEMEZIS (przytacza tytuł noweli S. Żeromskiego):
"Rozdziobią n-n-nas kruki, w-wrony"...
Redaktor naczelny "Dziennika Referendalnego" włącza jakiś plik dźwiękowy, toteż w całym budynku rozlega się długi, modulowany sygnał alarmowy. Karol i Angelina słuchają mechanicznego wycia. Kiedy dźwięk milknie, do pracowni komputerowej wbiega około ośmiu dziennikarzy - mężczyzn i kobiet.
PIERWSZY DZIENNIKARZ (zdyszany):
Usłyszeliśmy alarm, więc przybiegliśmy tutaj. Karolu, co się dzieje?!
KAROL NEMEZIS (niecierpliwie):
Ge-Genezis nasłał nanana nas stado p-ptaków. Będzie boombardowanie!
Nemezis wstaje z krzesła, podchodzi do zamkniętego okna i patrzy przez szybę na niebo. Angelina, dygocząc ze strachu, mocno przytula się do szefa Mandragory.
KAROL NEMEZIS (przeraźliwie):
Lecą!!!
Wszyscy dziennikarze podbiegają do okna, żeby zobaczyć kruki i wrony. Za oknem słychać głośne, wściekłe krakanie.
KAROL NEMEZIS:
U-używają broni bio-o-o-o-ologicznej! Niech to sz-sz-szlag!!!
Niespodziewanie rozlegają się strzały, sugerujące, że ktoś na zewnątrz używa broni palnej.
DRUGI DZIENNIKARZ:
Ynteligenciki otworzyły ogień!
PIERWSZA DZIENNIKARKA:
Jesteśmy uratowani!!!
KAROL NEMEZIS:
Mu-muszę im p-p-pomóc! Dagobercie, p-p-podaj mi strzelbę!
Pierwszy Dziennikarz zdejmuje ze ściany strzelbę, wiszącą na jakichś łańcuchach, a potem wręcza ją prezesowi Mandragory.
KAROL NEMEZIS (przyjmuje broń, otwiera okno i celuje do ptaków):
Powystrzelam was jak ka-ka-kaczki!!!
Redaktor naczelny "Dziennika..." oddaje trzy strzały.
KAROL NEMEZIS (wściekle):
Ch-cholera! Nie mogę t-t-trafić!
Nemezis jeszcze dwa razy strzela do ptaków.
KAROL NEMEZIS:
O ku-ku-ku-ku-ku-ku...!!!
DRUGA DZIENNIKARKA (błagalnie):
Karolu, możesz sobie kukać, ale błagam: nie kończ tego słowa!
KAROL NEMEZIS:
O kurczę - jak popopowiedziałaby Samanta M-Margla!!!
TRZECIA DZIENNIKARKA:
Nie żadne "kurczę", tylko kruki i wrony!
DRUGI DZIENNIKARZ (przemądrzale):
"Prawie" robi wielką różnicę.
DRUGA DZIENNIKARKA:
No właśnie!
KAROL NEMEZIS:
Nie mów "w-w-właśnie", bo cię ku-kura jajem trzaśnie!
ANGELINA (histerycznie):
Czy musicie się kłócić w takiej sytuacji?!
Nagle do pracowni wlatuje jakiś kruk. Wszyscy redaktorzy, z wyjątkiem Karola Nemezisa, piszczą i przylegają do ściany. Ptak miota się po całym pomieszczeniu, a dziennikarze krzyczą za każdym razem, gdy przefruwa obok nich. Szef Mandragory próbuje namierzyć kruka.
PIERWSZY DZIENNIKARZ (zrozpaczony):
Karolu, daj sobie siana! Postrzelisz kogoś z nas!!!
Zmęczony kruk siada na jednym z komputerów, a Nemezis uznaje to za idealną okazję do zabicia ptaka. Mężczyzna oddaje jeden strzał, trafiając zwierzę w lewo skrzydło. Ranny kruk spada na podłogę i zaczyna się rzucać po posadzce. Dziennikarze, a zwłaszcza Angelina, znowu piszczą.
KAROL NEMEZIS (pocieszająco):
Bez ne-ne-nerwów! Zaraz będzie p-po wszystkim!
DRUGA DZIENNIKARKA (błagalnie):
Nie zabijaj tego ptaszka! Zawieź go do weterynarza!
TRZECI DZIENNIKARZ (pogardliwie, do Drugiej Dziennikarki):
Pitolisz jak Wełniana Czapeczka...
Karol Nemezis zabija kruka. Przez długi czas panuje nieprzyjemna cisza.
ANGELINA (uroczyście, do redaktora naczelnego):
Karolu! Zachowałeś się jak wielki bohater, którym jesteś!
CZWARTY DZIENNIKARZ (wygląda przez okno):
Niebo jest już czyste, ale wokół budynku leży mnóstwo odchodów i martwych ptaków. Jak my teraz wyjdziemy z redakcji?!
PIERWSZA DZIENNIKARKA (dość obojętnie):
Będziemy musieli przejść po trupach. I po gównie...
CZWARTA DZIENNIKARKA:
Nie możemy tego zrobić! Te ptaszyska mogły być zarażone ptasią grypą!
PIERWSZA DZIENNIKARKA (zawstydzona):
O tym nie pomyślałam...
Szef Mandragory korzysta z komputera, aby włączyć mp3-kę, odwołującą alarm. Kiedy sygnał milknie, redaktor zwraca się do Angeliny.
KAROL NEMEZIS (zmęczonym głosem):
Andża, dz-dzwoń po Sa-Sa-Sa-Sanepid!
Angelina wychodzi na środek pracowni, omijając szerokim łukiem kruka, a potem wyjmuje z kieszeni telefon komórkowy i wystukuje odpowiedni numer.
ANGELINA (do telefonu):
Halo? Sanepid? Moje nazwisko Angelina Wichrowiec, dzwonię z redakcji "Dziennika Referendalnego". O godzinie 16 minut 20 zostaliśmy zbombardowani przypuszczalnie zakażonym materiałem organicznym. Nie możemy wyjść z budynku, ponieważ cała okolica jest zanieczyszczona ptasimi odchodami, a my boimy się zarażenia H5N1. Słucham? Nie, nie jestem pijana, myli się pani! Halo? Halo? Halo?! (Wyłącza telefon i wkłada go z powrotem do kieszeni) Wredna jędza, odłożyła słuchawkę!
KAROL NEMEZIS (niezadowolony z Angeliny):
Czy ty j-j-j-j-jesteś h-homo sa-sa-sapiens?!
ANGELINA (pospiesznie, lekko urażona):
Nie jestem "homo"! Jestem "hetero"!
W pracowni rozlega się śmiech, który rozładowuje wszelkie negatywne emocje.
SCENA DZIEWIĄTA:
Miejsce akcji: elegancka restauracja. Po prawej stronie sceny stoi stół, przy którym siedzą Mateusz Genezis, Julianna, Samanta, Aleksander oraz trzy Wełniane Czapeczki. Po lewej stronie znajduje się stół Karola Nemezisa, Angeliny, Marleny, Małgorzaty i trzech Ynteligencików. Nieco dalej stoją stoły, zajęte przez zagranicznych dziennikarzy oraz inne osobistości. W pomieszczeniu przebywają także Bartłomiej i Marzena, którzy sprawiają wrażenie, jakby chcieli wygłosić ważne przemówienie. Wszyscy bohaterowie są ubrani bardzo elegancko - mężczyźni noszą garnitury, a kobiety suknie wieczorowe. Genezis i Nemezis, pomimo formalnego odzienia, są zaopatrzeni w szable. Bartłomiej z Marzeną wyglądają nieco jak Tilo Wolff i Anne Nurmi (duet Lacrimosa) w teledysku "Lichtgestalt". Zagraniczni dziennikarze dysponują kamerami, aparatami fotograficznymi, dyktafonami, notesami elektronicznymi itd.
BARTŁOMIEJ (czerwony, stremowany):
No więc tak. Zabraliśmy się tutaj... eee... aby uczcić publikację pierwszego numeru czasopisma, założonego przez pannę Marzenę Łęgę i przeze mnie. Eee... "Pora na Amora. Tygodnik niepoprawnych romantyków" to pismo bulwarowe, które... eee... ma szansę stać się jednym z najpopularniejszych mediów w Polsce (Musi przerwać, gdyż nerwowy chichot odbiera mu mowę). Ponieważ zależy nam, aby "Pora na Amora" jak najszybciej zaskarbiła sobie... eee... uznanie społeczeństwa, postanowiliśmy zorganizować ten wieczór promocyjny. Hehehe...
MARZENA (serdecznie, śmiało, z promiennym uśmiechem):
"Tygodnik niepoprawnych romantyków" jest czasopismem całkowicie niezależnym, nastawionym na dostarczanie czytelnikom rozrywki oraz wolnym od postulatów jakiejkolwiek ideologii. Chcemy opowiadać o wspaniałych romansach, przeżywanych przez zwykłych ludzi, a także publikować prozę i poezję miłosną. W naszym piśmie nie zabraknie również wróżb i horoskopów, porad astrologów, plotek o gwiazdach, przepisów kulinarnych. Wielkim atutem "Pory na Amora" będą niewątpliwie drobne upominki, dołączane do każdego numeru pisma. Jeśli chodzi o pierwszy prezent, podarowany naszym czytelnikom, jest nim plastikowy breloczek w kształcie serduszka.
BARTŁOMIEJ (dobitnie):
No właśnie.
Na scenę wchodzi kilku kelnerów, którzy rozdają gościom napoje oraz darmowe egzemplarze "Pory na Amora. Tygodnika niepoprawnych romantyków". Angelina, korzystając z zamieszania, spogląda na Bartłomieja i przejeżdża palcem po własnej szyi (Sugeruje w ten sposób, że wkrótce obetnie chłopakowi głowę). Speszony Bartłomiej odwraca wzrok i patrzy z przerażeniem na Karola Nemezisa. Szef Mandragory nie wraca jednak na niego uwagi.
MARZENA (uroczyście, kiedy kelnerzy schodzą ze sceny):
Ponieważ dzisiejsze spotkanie jest poświęcone romantycznemu czasopismu, a w restauracji przebywają dziennikarze z czterech stron świata, chcielibyśmy przekazać państwu pewną ważną wiadomość... Bartłomieju, może ty powiesz?
BARTŁOMIEJ (przerażony):
Ja??? Eee... to znaczy... tak, oczywiście, już mówię! Eee... Marzena i ja wywodzimy się ze skrajnie różnych środowisk, ale... eee... los zechciał, abyśmy wstąpili na tę samą drogę życiową. Rozważywszy wszystkie argumenty i kontrargumenty, blaski i cienie, plusy i minusy... eee... zdecydowaliśmy się... zdecydowaliśmy się... zdecydowaliśmy się... eee... zdecydowaliśmy się...
MARZENA:
Zdecydowaliśmy się pobrać!!!
Kilku obcych dziennikarzy wydaje z siebie radosny okrzyk. Wszyscy goście, z wyjątkiem redaktorów "Twojej Kroniki" i "Dziennika Referendalnego", długo biją brawo. Kiedy ludzie przestają klaskać, zapanowuje grobowa cisza. Karol Nemezis jest tak wściekły, że wygląda, jakby miał zaraz wybuchnąć. Twarze Mateusza Genezisa, Julianny, Samanty, Aleksandra i trzech Wełnianych Czapeczek pozostają kamienne, nieprzeniknione. Angelina wpatruje się w prezesa Mandragory, jakby chciała spytać: "Co teraz zrobisz?".
KAROL NEMEZIS (zrywa się z krzesła, przewraca stół i dobywa szabli):
Veto!!! Nie po-po-po-pozwalam!!!
Przerażeni goście wpadają w panikę, a Nemezis ze złości przewraca kwietnik. Ynteligenciki wstają z krzeseł, chcąc walczyć u boku redaktora naczelnego. Trzy Wełniane Czapeczki także gotują się do walki. Samanta, jak zwykle zaradna, wyjmuje z torby procę i papierowe kulki. Julianna wykonuje znak krzyża, a jej usta poruszają się szybko, odmawiając modlitwę "Pod Twoją obronę...". Kilka osób ewakuuje się z restauracji. Również Aleksander nie wytrzymuje napięcia i schodzi ze sceny. Rosyjska Dziennikarka wstaje z krzesła, spoglądając to na redaktorów "Twojej Kroniki", to na reprezentantów Mandragory.
ROSYJSKA DZIENNIKARKA (skrajnie zbulwersowana):
Skaży mnie, pażałsta, szto wy diełajetie?! (Wskazuje głową wychodzącego Aleksandra) Kuda on idiot?!
SAMANTA (groźnie, napinając procę):
Tylko nie "idiot"!!!
JULIANNA (cicho):
"Idiot" to po rosyjsku "idzie"...
Rosyjska Dziennikarka, oburzona reakcją Samanty, podchodzi do studentki, by ją upomnieć.
ROSYJSKA DZIENNIKARKA (głosem nauczycielki, pragnącej skarcić nieznanego ucznia):
Kak tjebja zawut?!
SAMANTA (zdezorientowana):
Mój zawód??? Kurczę, ja dopiero studiuję!
JULIANNA:
Ta pani spytała cię o imię!
ROSYJSKA DZIENNIKARKA (lodowatym tonem):
Ja budu pisat o was w mojej gazjetje.
ANGELINA (do Marleny, Małgorzaty i Ynteligencików):
Zniszczyć wszystkie kamery, aparaty, dyktafony i notebooki!!! Świat nie może wiedzieć, co się tutaj wydarzyło!!!
Marlena, Małgorzata, Ynteligenciki, a nawet sam Nemezis chcą zaatakować cudzoziemskich dziennikarzy, toteż obcokrajowcy rzucają się do ucieczki.
ROSYJSKA DZIENNIKARKA (wychodząc z restauracji):
Ja ciustwuju sjebja kak w zooparkje!
W pomieszczeniu zostają tylko redaktorzy "Twojej Kroniki" i "Dziennika Referendalnego". Na scenę wchodzą kelnerzy, gotowi obezwładnić awanturników.
JULIANNA (pretensjonalnie, do Genezisa):
Mateuszu, naprawdę mnie zadziwiasz! Jak możesz siedzieć spokojnie, kiedy dookoła ciebie panuje absolutny chaos? Czy dzisiejsza sytuacja w ogóle cię nie porusza?!
MATEUSZ GENEZIS (do nieco uspokojonego Nemezisa):
I... panie Nemezis, znowu ulega pan emocjom. Tak. Rozumiem, że może pan nie być... uuum... zadowolony z decyzji tych młodych ludzi, ale proszę rozważyć jedną rzecz. Kimże pan jest, że zabrania Marzenie i Bartłomiejowi się pobrać? Czy jest pan ojcem ich? Gdyby nawet pan był... powiedziałbym: osobistym stróżem tej pary, to nie mógłby pan powstrzymać jej. Założyciele "Pory na Amora" są dorośli. Tak. I mają prawo decydować o sobie.
KAROL NEMEZIS:
Przyznam, że b-b-był czas, kiedy ro-rozważałem możliwość ożenienia B-B-Bartłomieja z Saamantą Ma-Ma-Marglą, ale potem s-stwierdziłem, iż nie p-p-powinien ooon utrzymywać żażażadnych k-kontaktów ze z-z-zwolennikami "Twojej Kroniki". (Pogardliwie, dumnie) Nigdy n-nie poozwolę, by Ba-Ba-Ba-Ba-Bartłomiej poślubił W-Wełnianą Cza-Czapeczkę! Czegoś t-t-takiego nigdy u nas nienienie było!
MATEUSZ GENEZIS:
Czy dysponuje pan aż tak wielką władzą, by... wpłynąć na losy... Marzeny i Bartłomieja? Może pan mieć media, władzę, pieniądze i tak dalej, ale nie przejmie pan kontroli nad sercami ludzkimi. Tak. Bo tylko Bóg panuje nad tym.
KAROL NEMEZIS (szyderczo):
N-n-no proszę, Genezis, nie wie-wiedziałem, że jest p-p-p-pan aż tak toolerancyjny! Jeśli się n-nie mylę, to w-w-właśnie pan uchodzi za nanananajbardziej za-zamkniętego człowieka w P-P-Polsce!
Dodaj Komentarz
RSS komentarzyKomentarze: 1
Ciekawostka związana z "Drugą wojną medialną":
zabawa językowa, polegająca na przestawianiu kolejności imion i nazwisk, jest inspirowana pewnym autentycznym dialogiem.
:-)













